Tuesday, March 29, 2016
Ustawa o minimalnej płacy
W Stanach Zjednoczonych a szczególnie w Stanie Nowy Jork, demokraci próbują przeforsować ustawę o podwyższeniu minimalnej płacy do 15 dolarów na godzinę. Dlaczego o tym piszę?
Wygląda to pięknie. Liberałowie dbają bardzo o ludzi i chyba tylko Ci bez sumienia, zwyrodniali republikanie, bogaci kapitaliści będą próbowali to zablokować. Przecież każdemu należy się żyć w lepszych warunkach. Jest w tym jednak kilka problemów.
Pierwszy jest prosty. Prace o niskich zarobkach, nie stworzone zostały dla ludzi utrzymujących rodziny, próbujących żyć wygodnie. Są to prace tymczasowe dla studentów, uczniów próbujących dorobić sobie kilka groszy (np. na piwo), emigrantów rozpoczynających życie w tym kraju (tak ja ja zaczynałem), tych którzy stracili lepsze prace i potrzebują coś tymczasowego.
Kiedy pracowałem w takich miejscach, a w moich czasach zarabiałem 4 dolary na godzinę, wiedziałem że to nie będzie na całe życie. Miałem jednak możliwość trochę zarobić i w tym samym czasie szukałem coś lepszego. I oczywiście znalazłem. To już zależy od każdego z osobna. Trzeba potrafić coś robić lub trzeba chcieć się nauczyć, trzeba probować a nie oczekiwać że praca sama sie pojawi. Gdy podwyższymy te najmniej płatne prace do stosunkowo wysokich zarobków, nikt nie będzie dalej szukał czegoś lepszego. Praca ta stanie sie stała i zabraknie ich dla tych o których wspomniałem na początku: studentów, emigrantów.
Po drugie. Są dwa rodzaje prac o niskich zarobkach. Pierwsze to w większych branżach ale sprzedających bardzo tanie produkty. Tak więc możemy (szczególnie biedniejsi) wpaść do McDonalda na tani posiłek, do Dunkin Donut na tanią kawę, do Wal-mart kupić tanie rzeczy.
Co się stanie, kiedy wszyscy tam pracujący dostaną duże podwyżki? Czy ktoś jest na tyle naiwny, i uwierzy w to że właściciele tych miejsc zaobsorbują ten koszt? Oczywiście że ceny się natychmiast podniosą i Ci najbiedniejsi zostaną ukarani, bo już nic taniego nie będzie w tym kraju. Bogaci na to srają, bo ich stać na dużo lepsze miejsca!
Inne miejsca zatrudniajace tych o najniższych zarobkach to małe prywatne firmy. Te nie są w stanie podnieść cen swoich produktów. Nie wytrzymałyby konkurencji większych firm. Będą więc musiały zwolnić niektórych pracowników. I zamiast pięciu, będą mieli czterech. Podwyższenie więc najniższych zarobków spowoduje zwolnienie dużej ilości osób.
Podobnie stało się niedawno, kiedy wprowadzono nakaz ubezpieczenia pracowników pracujących na pełnym stażu. Wiele firm wyrzuciło natychmiast takich pracowników i zatrudniło innych na pół etatu.
Rząd nie może kontrolować każdej, nawet najmniejszej pierdoły w naszej ekonomii. Nie trzeba znać się na niej, żeby zrozumieć że wiele rzeczy regulownych jest przez zapotrzebowanie i zbyt. Nie nauczysz lwa wpierdalać trawy!! Ale może jak sam bardzo by głodował, kto wie może by jej spróbował.
Każda sytuacja ma swoje rozwiazanie. Jeżeli w szkołach wszyscy rzucili się na kierunek inżyniera budowlanego, to wiadomo że będzie ich za dużo i najgorsi nie znajdą pracy albo za marne pieniądze. Lub odwrotnie. Tak było za moich czasów. Kiedy wrócilismy na studia nie było dużo prac w naszych zawodach. Po ich zakończeniu sytuacja się zmieniła i nadal się poprawiała, ponieważ mało było chętnych w tym kierunku.
Jeżeli ktoś ma zakład zatrudniający osoby o najniższych stawkach i zacznie ich brakować, bo znajdą lepszą pracę, gwarantuje, że sam podwyższy stawki, próbując utrzymać swoich ludzi. Także w wypadku, kiedy znajdzie kogoś bardzo dobrego, dając mu podwyżkę żeby nie odszedł.
Dlaczego więc demokraci probują to zrobić? Bardzo proste. To jest ich jedyna metoda zdobywania głosów na następne wybory. No bo łatwiej głosować na Świetego Mikołaja, który rozdaje prezenty w lewo i w prawo, nie patrząc na to że zdobył je porzyczając pieniądze niż na bogatego biznesmena, który nie da Ci nic za darmo ale gwarantuje pracę i chce, żebyś sam sobie na to zarobił. Rzucają oni więc takimi ustawami i ludzie rozpływają się w zachwycie jacy wspaniali są Ci Demokraci. Tacy ludzcy! A tutaj powoli, powoli tup, tup, nadchodzi komunizm. W innej trochę formie niż nasz Polski, ale komunizm. A do niedawna cały świat z tym walczył. Doszło prawie do trzeciej wojny światowej. A teraz ogłupieni, okłamywani sami sobie powoli coś takiego budujemy.
Monday, March 28, 2016
Wracamy na północ Ugandy.
Piątek - 11 Marzec
Powinien to być krótki
dzień do opisywania. Żeby dojechać do wybranych miejsc, musieliśmy przejechać
przez całą Ugandę a zajmuje to trochę czasu. Dzisiaj opuszczamy Gorilla Camp na
południu kraju i jedziemy wschodnią stroną do Lake Mburo National Park. Zajmuje
to prawie 7 godzin. Pierwsza część to jak zwykle przejazd przez małe
miasteczka. Na pewno nie jest to nudna przejażdżka. Przyglądanie się tutejszemu
życiu, zachowaniu ludzi jest zawsze fascynujące. Mijamy wioskę za wioską. Znów pełno
dzieci czekających na okazje pomachania nam i wydania okrzyku powitania.
Próbuję zrobić
trochę zdjęć z tych miejsc. Nie zawsze się udaje, bo przelatujemy dość szybko.
Na celowniku są sklepy z mięsem, lub raczej z jednym kawałkiem mięsa. Ich
produkty muszą być kolorowe. To jest chyba najważniejsze. Czy ktoś u nas kupiłby
np. materac do łóżka w kwiateczki? A tam każdy jest w najróżniejszych
kolorach.
Wszędzie zbierają
się grupki motocyklistów. U nas byłoby to towarzyskie spotkanie fanatyków motocykli.
Tam to postój taksówek.
Tak, właśnie motocykl jest tutaj najpopularniejszą wersją
dowożenia klientów do celu. Przyglądając się tym jazdom, zastanawiamy się ile
jest tutaj wypadków i kierowca potwierdza, że bardzo dużo. Szczególnie kobiety,
które siedzą bokiem, bez trzymania, w długich sukniach, gubione są często w
czasie takich podroży.
Także suknie wkręcają się w szprychy kół.
Najwięcej jest sklepów
ze wszystkim i niczym. Każdy ma trochę napojów, słodyczy, kilka owoców i inne
drobiazgi.
Są też usługi jak krawcowa.
Zakład napraw
samochodowych i pokazanie nam, że bez mechanicznych podnośników, też można
zajrzeć pod samochód.
W jednej z tych
wiosek, kierowca przystaje i kupuje smażone banany. Rzuca się na nas duża grupa
sprzedających. Talerze pełne bananów. Świeżych, niedawno zerwanych z drzew,
smażonych, pieczonych, gotowanych, trzymanych na głowach.
Marian cyka zdjęcie jednej, która nie jest z tego zadowolona.
Sprzedają także inne
owoce i te ich szaszłyki nie wiadomo z czego.
Próbujemy tego
smażonego. Wolę świeże. Ten nie ma dużo smaku. Zjadamy po jednym i to mi
wystarcza.
Podbiegają też dzieci i rozdajemy co mamy przy sobie. Jakieś
czekoladki, orzechy, ciasteczka.
Ponownie w drogę.
Kilka szybkich przystanków na zrobienie zdjęć ptakom i zwierzętom spotkanym po
drodze.
Mijane tereny są nadal górzyste i bardzo ładne. Najpierw pokryte były
plantacjami bananów, teraz herbaty.
Wjeżdżamy w
centrum trochę większego miasteczka. Tutaj pojawiają się meczety i muzułmanie, choć
jest ich bardzo mało. Zatrzymujemy się na lunch. W hotelu, restauracji. My
otwieramy swoje, przygotowane posiłki. Bałbym się cos tutaj zjeść. Kierowca
zamawia sobie tradycyjne jedzenie. Główne danie to jakiś placek z bananów,
bardzo podejrzanie wyglądający chleb i jakaś ciastowata masa, prawdopodobnie
też bananowa.
Zaraz za
miastem zmieniają się pejzaże. Tereny się wyrównują i pojawia się sawanna. Jest
już bardzo gorąco, prawie 30 stopni i nie ma wilgoci. Temperatury te muszą się
tutaj utrzymywać w tych granicach, bo zieleń nie jest już taka głęboka i
soczysta.
Jesteśmy w
ostatnim miejscu. Mihingo Lodge.
Ponownie na wysokich skałach z widokiem na duże jezioro a z drugiej
strony na mały zbiornik z wodą do którego cały czas dochodzą zwierzęta na
ochłodzenie.
Nasz domek, namiot jest olbrzymi.
Mamy główną sypialnię,
przedsionek, łazienkę, toaletę. Okna to po prostu siatki i Marian teraz siedząc
na kiblu, może nie tylko rozwiązywać krzyżówki ale przyglądać się naturze.
To miejsce ma
kilka braków. Nie ma internetu, drzwi nie mają zamków i każdy może wejść. Obsługa
też nie jest taka przyjemna jak w poprzednich, chociaż nic nie można im
zarzucić.
Po zostawieniu
walizek idziemy na basen. Jest położony na skraju skały, na którym stoi hotel.
Na dole przy wodzie stoją zebry i antylopy.
Popływaliśmy, poopalaliśmy
się i na koniec dnia jak zwykle obiad.
Wracamy do domku.
Tutaj, jak przystało na afrykański kraj, za siatkami usypia nas dziesiątki głosów.
Jeden jest trochę denerwujący. Brzmi jak gra komputerowa. Ta w której przebija
się baloniki. Marian obawia się że nie uśnie.
Jutro ostatni pełny dzień.
Saturday, March 26, 2016
Powtórka
Czwartek – 10 Marzec
Nie chce się wierzyć, bo
przepowiednie były pesymistyczne, ale wstajemy znów przy pięknej pogodzie.
O 6:30 budzi nas
delikatnie jeden z pracowników. Na stole stoi gorąca kawa i ciasteczka. Za
domem jakiś ruch. To inny z tutejszych, pali w piecu. Nad ogniem metalowa beczka
w której grzeje się dla nas woda do kąpieli.
Wychodzimy na śniadanie. Marian od wczoraj źle się czuje na
żołądku i je tylko toast z dżemem. Ja wsuwam jajecznicę z bekonem.
Kiedy opuszczamy obóz, jest już jasno i nie ma jednej chmurki na niebie. Ponownie jesteśmy
jedyni w grupie, ale mamy więcej obsługujących. Tym razem dziewięciu. Nie mają dużego ruchu, więc próbują się dołączyć do naszej dwójki, żeby zarobić napiwki.
Wygląda na to, że Ja i Marian, dzisiejszego dnia, mamy utrzymać całą tutejszą wioskę.
Trasa, którą
dziś dostajemy, zaczyna się od miejsca w którym się znajdujemy. Nie musimy wiec
jechać samochodem. Szczyty jak zwykle pokryte są mgłą.
Muszę sobie pogratulować, że poradziłem sobie z tą dzisiejszą
wspinaczką, chociaż miałem momenty, że brakowało tchu i musiałem przystawać. W
ciągu półtorej godziny, wspięliśmy się 500 metrów. Chociaż dróżka była
wydeptana, to po stromych zboczach, łatwo można stracić równowagę. Do samego
szczytu idziemy w cieniu drzew.
Na wierzchołku, robi się trochę jaśniej ale
idziemy w gęstych chaszczach, bujnej roślinności. Tutaj ciężko pracuje maczeta
w ręku przewodnika. Za szczytem, schodzimy jakieś 100 metrów w dół i tam
rozdzielamy się. Tylko dwóch głównych idzie z nami. Reszta przysiada i czekać
będą na nasz powrót.
Przed nami
poruszają się krzaki. Jest bardzo gęsto i nie bardzo można zobaczyć co jest za
ścianą zieleni. Przewodnik bardzo wolno odsuwa kilka gałęzi i eureka! Są kilka metrów
przed nami. I pierwszy zauważony to srebrno grzbiety, czyli przywódca stada.
Siedzi samotnie i wcina ze smakiem liście i korę.
Po prawej stronie odkrywamy samicę
z maluchem. To gorylątko jest przeurocze. Wisi do góry nogami na gałęzi i
zadowolone kołysze się jak na huśtawce.
Co chwila, niezgrabnie zmienia swoje
pozycje i na końcu prawie spada. Matka go ratuje i ściąga na ziemię. Przyglądamy
się tej grupce. Stoimy teraz dwa metry od nich.
Matce znudziło się to miejsce.
Podnosi się i oddala, szukając wygodniejszego. Przechodząc obok, prawie się o
nas ociera.
Srebrny też odchodzi, a my zaraz za nimi.
Nie trzeba było
daleko szukać. Spotykamy następną samicę, także z dzieckiem. Ponownie
przystanek i przypatrujemy się, nie zapominając o robieniu zdjęć i filmu. Stoimy jeszcze bliżej. Są na wyciagnięcie ręki.
Gorylica robi do nas miny. Przygląda mi się dokładnie. Nie byłem jednak w jej
typie, bo po chwili, odwraca się i znów żuje liście.
Okazuje się, że
srebrny też tutaj jest. Trzeba było wyciąć trochę gałęzi, bo nie było go widać.
Po kilku minutach, coś go zdenerwowało. Zawył, podniósł się błyskawicznie i ruszył
w naszą stronę. Marian był odwrócony do niego tyłem. Ja nagrywałem film z samicą.
Przeszedł wydając groźne dźwięki, ocierając się o Mariana. Strażnicy pytali
się, czy Maryś się nie zmoczył. Stało się to bardzo szybko, więc nie zdążył.
Kilka razy zmieniamy miejsca, ale godzina,
która jest maksymalnym czasem który możemy spędzić z Gorylami, dobiegła końca.
Nie mamy wyboru, musimy wracać.
Droga powrotna prowadzi nas w innym
kierunku, niż ta którą przyszliśmy. Schodząc, spotkaliśmy jeszcze jednego
Goryla. Prawie na niego weszliśmy. Strażnik, próbuje wyciąć kilka gałęzi, dla
lepszego widoku. Goryl, niezadowolony ale tak jak od niechcenia, walną go łapą
w nogi. Widać że nie było to agresywne. Więcej jak delikatnie: odwal się
człowieku!
Jest już bardzo gorąco, a droga którą
schodzimy, jest pod pełnym słońcem.
Wejście było ciężkie, ale zejście jest
trudniejsze. Potykamy się i ześlizgujemy. Kiedy zatrzymujemy się na lunch, nie
zależy mi już nawet na wycieraniu potu. Czuje się jak w bardzo gorącej saunie.
Siadamy na kamieniach i wypijamy wodę, zjadając przy tym nasze przygotowane
jedzenie.
Minęło 5.5 godziny od czasu rozpoczęcia
wspinaczki, kiedy doszliśmy do miejsca w którym czekał na nas kierowca. Nogi
mam jak z waty, zalany potem. Przyjemnie jest usiąść w samochodzie.
Zaraz po powrocie do naszego obozu lunął
deszcz. Dobrze. Lepiej teraz niż jutro. Możemy spokojnie odpocząć.
Thursday, March 24, 2016
Terroryści w Belgi
Pracuję już od tygodnia po 12 godzin dziennie i nawet jak wracam do domu, bo budowa trwa 24 godziny na dobę. Zawsze ktoś dzwoni o poradę, co trzeba zrobić. Potrwa to jeszcze jeden tydzień. Mało czasu na wszystko inne a jak jest troszeczkę, to czuję się tak zmęczony, że nie chce mi się tego robić. W chwilach relaksu, przechodzę przez zdjęcia z Ugandy, ale filmów jeszcze nie przejrzałem. Z podróży zostało mi do opisania pozostałych kilka dni i postaram się to skonczyć w następnym tygodniu.
Wydarzenia w Europie, skłoniły mnie jednak do napisania kilku słów. Od wielu lat powtarzam swoją niezmienioną opinię. Obudźmy się z idiotycznego snu o muzułmańskiej niewinności, albo przyjdą dni, że obudzić się już nie będziemy mogli. Bardzo ładne i pobożne są hasła tych „dobrych„ (ja uważam - naiwnych) członków społeczności, wierzących w propagandowe hasło: Nie wszyscy muzułmanie są źli! Można by to pokazać w żarcie który chodzi po internecie.
Uważasz, że nie wszyscy muzułmanie są terrorystami, nie wszyscy gwałcicielami, nie wszyscy są źli? Wyobraź sobie miskę z cukierkami. Wiesz że 10% jest śmiertelnie zatrute. Śmiało, poczęstuj się. Nie myślę.
Jeżeli ktoś tak naprawdę uważa, to czemu nie oglądamy w telewizji, arabów, muzułmanów protestujących przeciwko terroryzmowi. Nie widzimy muzułmanów ustawiających kwiaty w miejscach wyznaczonych ku czci zmarłych w atakach terrorystycznych. Nie ma organizacji muzułmanskich, grzmiących o barbarzynstwie zwanym terroryzmem. Raczej odwrotnie, oglądamy często, jak tłumy wiwatują na wiadomość o udanym akcie islamistów.
Zgadzam się, że wiekszość nie jest zdolna do takiego działania, ale wiem, że nie są oni także temu przeciwni.
Kiedy raz przeżyje się dni w których ogląda się zamordowanych po zamachach, przechodzi się przez zdewastowane miejsca, ogląda się ból ludzi, którzy kogoś tam stracili, nie zrozumie się całkowicie zwierzęcego zachowania tych ludzi. Ja to przeżyłem. Słysząc o takich wypadkach, każdy z nas wierzy, że to się stanie gdzieś indziej i nigdy się nam osobiście to nie przydarzy. Tak, pooglądamy sobie dzienniki, pożalimy się trochę, bo tak wypada. O szkoda tych ludzi! I w głębi duszy cieszymy się, że to nie przydarzyło się nam i wierzymy że sie nie przydarzy.
Tak własnie wychowali sie Belgowie, Francuzi, Holendrzy. Oni najwięcej w to wierzyli. I wychowali sobie raka z przerzutami. Nie wiadomo, czy będą mogli to uleczyć. Nie wiadomo, czy nie jest już za poźno. Jest to poważne ostrzeżenie dla świata. Jeszcze jest czas, żeby wszyscy wzięli sie za tą chorobę i uratowali nas i nasze dzieci.
Jeszcze jest czas, żeby wyplenić te chwasty z naszej społeczności. Może wtedy przyjdą dni, kiedy będziemy mogli przechodzić przez muzułmańskie dzielnice bez obaway, że nas ktoś porwie i utnie głowę. Kiedy meczety beda mogły stac obok kościołow.
Pamiętam dokładnie rozmowy, z moim współpracownikiem. Bardzo inteligentnym. Tarek nigdy (podobno nigdy nie można mówić nigdy), nie zostałby terrorystą. Ale ile razy go próbowałem zmusić do stwierdzenia, że terroryzm jest zły, tyle razy wymigiwał sie od takiej odpowiedzi. I nigdy tego nie skrytykował.
Moje modlitwy są z rodzinami zabitych, ale teraz nie mamy czasu na żale. Czas obudzić się ze snu!
Tuesday, March 22, 2016
Goryle we mgle
Środa – 9 Marzec
Nadszedł dzień, dla którego tutaj
przyjechałem. Poszukiwanie i próba spotkania Goryli.
Nie chcę krakać, ale dopisuje nam szczęście.
Tutaj, przez ostatnie dni, bez przerwy padało. My po obudzeniu zastajemy ładną pogodę.
Nie jest za gorąco, lekko zachmurzone niebo. Najważniejsze to że nie ma
deszczu.
Bardzo szybkie śniadanie i o 7:30
wychodzimy z naszego obozu do pobliskiego biura parku, gdzie rozpoczynają się
wszystkie wyprawy.
Najpierw załatwienie formalności,
następnie spotkanie przewodnika i zaczynamy. Dostajemy trasę pod literą H. Każda
grupa ma swoją. Do miejsca rozpoczęcia naszej przygody, trzeba dojechać
samochodem. Jak zwykle przyroda i widoki zachwycają. Jedziemy bardzo krętą drogą
po zboczach gór.
Wzbijamy się coraz wyżej i po jakimś czasie mam to uczucie w
uszach, kiedy wznosi się samolotem na dużą wysokość. Góry pokryte plantacjami
herbaty i bananów. Wszystko bardzo zielone. Przejeżdżamy prze kilka malutkich
wiosek. Nawet tutaj drogi wypełnione są dużą ilością idących ludzi, szczególnie
dzieci. Tak jakby czekały na samochody z turystami. Widząc nas, wymachują rękoma
i serdecznie pozdrawiają.
Nieraz przechodzą grupki kilkuletnich
dzieciaków, dźwigających na głowach cegły lub kanistry z wodą.
Nasze młode
pokolenie nie ma pojęcia jakie ma szczęście, że urodzili się w Polsce czy
Stanach.
Ponownie jesteśmy tylko jedynymi
klientami. Jest nas dwójka a z nami idzie dwóch z pistoletami maszynowymi,
jeden z maczetą, którą będzie wycinał roślinność, żeby ułatwić nam przejście.
Ubrani są w podobne do wojskowych, zielonych mundury.
Oprócz tego, dodatkowy,
który będzie nam niósł nasz plecak z wodą i jedzeniem oraz mój sprzęt
fotograficzny. Później spotykamy jeszcze dwóch, którzy teraz szukają dla nas miejsca
w którym znajdują się Goryle. Czyli
nasza dwójka i sześciu obsługujących. Plus kierowca. Nieźle!!!
Dostajemy proste laski do podpierania się
przy wspinaczce. Jest bardzo stromo. Oprócz tego jesteśmy na wysokości prawie
2000 metrów nad poziomem morza. Na szczęście nie jest bardzo gorąco, za to
wilgotno. Już po kilku minutach kapie ze mnie pot. Wspinamy się jednak bez
użalania.
Przewodnik kontaktuje się co chwila z tropicielami
Goryli. Wiemy już, że je spotkali. Taka wspinaczka może trwać wiele godzin, jak
się nie ma szczęścia. Nam udaje dotrzeć do tego miejsca w ciągu godziny.
Najpierw zauważyliśmy je bardzo wysoko,
na szczytach drzew. Bardzo szybko, jedna po drugiej opuszczają się na dół.
Jeden po drugim, pojawią się przy nas. No i zaczęły się kłopoty. Okazało się, że
przewodnik zatrzymał mnie dokładnie na mrowisku. Kończy się robienie zdjęć. Po
skarpetach i nogawkach, wspina się setki malutkich mrówek. Robią to bardzo
szybko i natychmiast jestem nimi pokryty. Wszyscy rzucają się mi na ratunek. Zgarniają
je liśćmi. Problem w tym, że wczepiają się one klesczami, szczególnie w
skarpety i trudno je zdjąć. Przesuwam się w bezpieczne miejsce ale jest ich już
na mnie cała armia. Marian oczywiście radośnie chichocze. Ja muszę ściągać
buty, podwijać spodnie. Daliśmy sobie jakoś radę, chociaż trochę zostałem pokąsany.
Niektóre doszły do szyi a wiele dostało się pod spodnie i koszulę.
Goryle w tym czasie zeszły na ziemię i ruszyły
w dżunglę. Marian ma moją kamerę, ale narzeka, że słońce mu się odbija w
soczewce i mało widzi. Odbieram sprzęt i
okazuje się, że wilgoć dostała się jakoś do środka i skropliła wewnątrz
obiektywu. Nie można tego wytrzeć. Mój aparat też trzeba bez przerwy wycierać,
ale natychmiast pokrywa się mgiełką. Robię wszystko co mogę ale dużo to nie
daje. Dopiero po kilkunastu minutach, para sama zniknęła.
Idziemy za Gorylami. Wreszcie przystanęły
i zaczęły ucztę, objadając się pobliskimi krzewami. Żywią się one liśćmi, lub ściągają
korę z gałęzi, która im też bardzo smakuje. Jest tutaj przywódca stada, srebrno
grzbiety, wiele samic, małe goryle i noworodek.
Mam pecha. Znów wlazłem w mrowisko. Nie
widać ich, bo wszystko przykryte jest liśćmi. Mrówki sa pod nimi. Atakują
bardzo szybko. Ponownie akcja ratunkowa. Domyślacie się co robi Marian.
Rechocze!
Kiedy skończyliśmy, srebrno grzbiety czymś
się wkurzył. Zaryczał groźnie i rzucił się w naszą stronę. Ostrzegali nas, żeby
w takich wypadkach się nie ruszać. Łatwo powiedzieć. To od nas nie zależy. Nogi
same reagują. Jak był tuż obok nas, cofnąłem się o dwa kroki, Marian też. Przebiegł
obok, prawie nas dotykając. Holly shit! Trochę się przestraszyłem. Później już
nie mieliśmy kłopotów.
Doszło mi następne niesamowite
doświadczenie. Obserwowanie dzikich Goryli z odległości kilku metrów. W
większości wypadku nie zwracają one na nas uwagi. Jest to jednak złudzenie.
Kilka razy okazało się, że dobrze sobie zdaja sprawę z naszej obecności.
Duża samica, wyciągnęła się w zieleni na sjestę.
Kilka razy odwracała się do nas i robiła przeróżne miny. Nie jesteśmy chyba dla
niej dużą atrakcją, bo wróciła do rozleniwionej pozycji, dłubiąc sobie w nosie.
Niestety musimy wracać. Przekroczyliśmy
limit czasu. Powrót nie jest wcale łatwiejszy. Trasa w górę i w dół. Jestem całkowicie
mokry, brudny ale szczęśliwy.
Z powodu szybkiego ich znalezienia,
wyprawa nie trwała zbyt długo. Nie musieliśmy nawet zabierać ze sobą jedzenia.
Wracamy do Gorilla Camp.
Na dole góry,
odbiera nas kierowca. Wszyscy ustawiają się w oczekiwaniu na napiwki. To jest
dla nich najprzyjemniejsza część dnia a dla nas najgorsza. Opłacało się jednak.
Wracamy tą sama drogą. Nakręcam trochę
filmu z krajobrazami tych terenów. Ponieważ poszło wszystko bardzo sprawnie,
jesteśmy u siebie bardzo wcześnie i mamy resztę dnia na odpoczynek. Marian
oczywiście ląduje w toalecie. Później odszedł do reatauracji w której można podłączyć
się pod internet. Ja odpoczywam w pokoju, przeglądam zdjęcia. Później
posiedzieliśmy przy kawie i oglądaliśmy L'Hoest's monkey małpy, tańczące na pobliskich drzewach.
Obiad i spać.
Jeszcze jedno. Być bogatym musi być
przyjemnie. Przypadkowo, smakujemy tego uczucia. Znów jesteśmy sami. Cała obsługa
tylko dla nas. Mamy przynajmniej 10 osób, które tylko dla nas pracują. Facet
stoi przy naszym domku i czeka czy jest coś do wyprania. Ustawiają nam stolik
na trawie i zapalają ognisko.
Siedzimy z Marianem przy stole, jak dwa bogate pedały
z zapaloną świecą na stole. Wszyscy stoją czekając co sobie zażyczymy. Nieźle,
szkoda że to się szybko skończy!
Subscribe to:
Posts (Atom)



















































