Wednesday, September 3, 2014

Spotkanie z Masajami


24 Sierpień

   Dzisiaj po śniadaniu opuszczamy Tloma Lodge i udajemy się do następnego miejsca.
Początkowo jedziemy tą samą drogą, po górze krateru. Zjeżdżając na dół, po zewnętrznej stronie, zatrzymujemy się w wiosce Masajow.

Przed wejściem wita nas syn wodza i opowiada krótko o mieszkańcach i ich życiu.


 On ma tylko dwie żony, jego ojciec – dziesięć. Z ogrodzonej płotem (wykonanym z gałęzi) wioski wychodzi duża grupa mieszkańców. Kobiety ustawiają się w szeregu a mężczyźni podobnie, po drugiej stronie. Zaczyna się powitanie. Kobiety śpiewają.  Ich rodzaj śpiewu to wykrzykiwanie jakiś słów i wydawanie różnych dźwięków, można powiedzieć melodyjnym rytmie przy tylko jednym instrumencie. Wygląda to jak metrowa rura, wykonana z materiału podobnego do bambusa, tylko trochę grubsza. Mężczyźni podskakują w tym rytmie, co jest ich tańcem.
    Po tym powitaniu, wchodzimy do wioski. Tam jeszcze raz odbywają się ich rytuały. Mężczyźni podskakują w sławnym Masajskim stylu. Każdy próbuje podskoczyć wyżej niż inni. Kobiety śpiewają i kołyszą się także w charakterystyczny dla nich sposób.
    Po chwili dołączają do nich Wiesia i Elaine,


 a ja z chłopami idę skakać.


Kiepsko mi to idzie, bo oni są młodzi i sprawni a mnie wystarcza siły żeby poderwać nogi, ale dupa już za ciężka.
    Później zaglądamy do szałasu syna wodza. Wszystkie wykonane są z gałęzi pokrytymi wysuszonymi odchodami zwierząt. Właśnie dotykałem dachu tego domu, kiedy on mówił z czego są zrobione. Szybko poderwałem rękę.

 
    Wewnątrz jest strasznie ciasno. Szczególnie wejście, bo nie jest to tylko otwór, ale mały kręty korytarz. To chyba po to, żeby utrudnić zwierzętom w dostaniu się do środka. No i oczywiście mnie też, po ledwie się tu przeciskam. Wewnątrz tylko jedna mała dziurka w suficie, która służy jako okno, wentylacja i komin. Po jednej stronie mieszczą się dwa łóżka (obok siebie). Na jednym śpią rodzice, na drugim dzieci (5).  Ciekaw jestem jak odbywają się tu rytuały rozmnażania. Dzieci musza mieć frajdę przysłuchując się temu, bo zobaczyć dużo nie mogą.  Po środku kuchnia, czyli ognisko


 a w drugim końcu mała klatka na zwierząt niemowlatków (według Elaine). Całość jest mniejsza niż moja kuchnia.
    Wychodzimy na zewnątrz. Wszędzie kręcą się malutkie, zasmarkane dzieci a na każdym z nich przesiaduje dziesiątki much.

 
    Po za ogrodzeniem wioski znajduje się ich szkoła. Na malutkim stołku siedzi groźna nauczycielka. Duża tablica zapisana jest znakami i literkami. W ławeczkach kręci się duża grupka dzieci.


Jeden z nich podchodzi do tablicy i patykiem wskazuje na litery a reszta głośno wykrzykuje jej znaczenie A,B,C…
    Po tym pokazie kończymy nasze spotkanie z Masajami. Jesteśmy pod wrażeniem tego wydarzenia ale musimy jechać dalej.
    Godzinę trwa następna cześć jazdy naszym Jeepem.  Zatrzymujemy się przy wąwozie Olduvai Gorge. Pisałem poprzednio o historii tego miejsca. Stąd pochodzi nasz pradziadek Homo Antoninus Kasprzykus.  Przewodnik opowiada o historii tego miejsca a my podziwiamy widoki z tego miejsca. Robimy także dodatkowa przerwę na lunch.



 
    Przed odjazdem idziemy zrobić kilka zdjęć. Wiesia i Elaine ustawiają się na brzegu wąwozu. Ja cofam się, żeby mieć lepsze ujęcie. I wtedy…
    Może wrócę do czegoś co się zdążyło kilka dni wcześniej. Jeżeli ktoś z nas przywiezie jakaś zarazę z Afryki, to na pewno ja! Dwa dni temu, siedząc w jeepie, poczułem na plecach swędzenie. Nie zwracałem na to uwagi, ale po chwili zaczęło mnie trochę boleć. Pytam się Elaine czy nie mam tam czegoś a ta wpada w panikę (wiecie, że ona nie lubi żadnego robactwa). Wiesia odgania coś dużego, podobnego do muchy. Może to ta sławna Tse-Tse, nie mamy pojęcia. Zostawiła ślad. Dziurkę z której piła krew.  Następnego dnia, znów coś poczułem, tym razem na nodze. Ale to musiało być coś innego, bo od razu poważnie zabolało i ból się powiększał. Niestety nie zauważyłem co mnie dziabnęło. Bolało przez następna godzinę i nawet spuchło..
    Wracam do dzisiejszego dnia. Cofając się, wlazłem na krzew cierniowy. Potknąłem się i jedna noga wpadłem jeszcze głębiej. Szybko wyrwałem ja z tego krzaka ale już z dziesiątkami kolców . W kilku miejscach porozcinało mi to skórę. Ten krzak wygląda na taki z którego Jezusowi zrobili koronę. I znów się trochę nacierpiałem.


 
    Wyruszamy dalej. Droga jest straszna. Jak zwykle z ubitego piasku, kamienia ale wygląda to jak  tarka do prania.


Tak prze następne 3 godziny. Pod koniec spytałem się Seweryna kkkkktttooo tttąąą ddrrrrroooggggeeee wyyyybuuuddooowwaał?  Zresztą wiele samochodów ( a są to terenowe samochody, przygotowane do takich terenów) nie wytrzymuje tego wysiłku. Cztery z nich stoją na poboczach z podniesioną maską. Zatrzymujemy się przy każdym, ale nic nie możemy pomóc. Oni już wezwali „pomoc drogową”. Szkoda mi tych turystów ale jednocześnie myślę, lepiej oni niż my!
     Do tego w połowie drogi łapie nas poważna burza. Coś niespotykanego  w tym miesiącu.
     Wreszcie wjeżdżamy do Serengeti Park.


 Początkowo nie ma nic. Sucha ziemia, brakuje trawy. Brak drzew, krzewów. Prawie pustynia. Ale nawet tutaj pojawiają się zwierzęta. Po jakimś czasie pojawia się "roślinność".


 Wszystko jednak suche, bez jednego listka. Spotykamy tu Geparda. Siedzi w oddaleniu na małym wzniesieniu. Roślinność jest coraz bogatsza

 

 i pojawia się coraz więcej zwierząt. Żyrafy, słonie, cala rodzina lwów. Przeróżne antylopy i dużo drobniejszej zwierzyny.


 

 
     Nareszcie jesteśmy na miejscu. Serengeti Serena Lodge. Najładniejsze miejsce do tego momentu. Ale jesteśmy trochę zmęczeni ta podrożą. Kobiety też zmarznięte, bo się bardzo ochłodziło.

Idziemy prosto na kawę.
     Wszystko jest pięknie wykończone. Wiele szczegółów wykonanych przez lokalnych artystów. Kolumny, belki, drzwi, krzesła etc.


                      

 Domki też bardzo ładne.


Restauracja, bar, wszystko najwyższej klasy.

 


 A widoki ze stoku na którym znajduje się nasz hotel jeszcze efektowniejsze.
     Udajemy się do pokoju. Rozpakowujemy się i idziemy na obiad.



Kiedy kończymy, jest już ciemno. Okazuje się, że tu nie można chodzić samemu po zachodzie słońca. Miedzy domkami widać kupy słonia i innych zwierząt. Z latarką prowadzi nas pracownik hotelu. Słychać ryk lwa. Po chwili zatrzymuje się i mówi żeby poczekać, bo słyszy lamparta. Oświetla okolice i widzi ruchy w krzakach. Dzwoni do hotelu, żeby ostrzec innych. Pięknie!! Będzie mi się dobrze spało, wiedząc ze za oknami chodzi lew, lampart i słoń!


Tuesday, September 2, 2014

Krater Ngorongoro


23 Sierpień

    Jedziemy do krateru Ngorongoro.  Droga od samego hotelu jest zbudowana z ubitego piasku zmieszanego z drobnym kamieniem w odcieniu czerwonego koloru. Tutejsza ziemia pełna jest związków metalu i to powoduje jej zabarwienie. Wszystko wokół jest też tej samej barwy, bo pokryte kurzem z drogi. 

Zresztą my też po jakimś czasie zmieniamy swój kolor. Przy drogach stoją wszędzie dzieci i machają rekoma na znak powitania. W jednej z wiosek które mijamy, na kawałku betonu, tutejszy rzeźnik tnie na kawałki jakieś duże zwierzę (prawdopodobnie krowę).
     Dojeżdżamy do Parku Ngorongoro. Cała okolica znajduje się w Great Rift Valley. Krater nie jest prawdziwą pozostałością wulkanu. Powstał w wyniku gigantycznego pęknięcia skorupy ziemskiej. Tereny te zawierają góry, wulkany, jeziora, lasy.


 Samo dno naszego krateru wznosi się na wysokość 1600 metrów nad poziom morza a szczyty zbocza po którym jedziemy dużo wyżej.
     Poranek jest chłodny a przy wjeździe na szczyt temperatura dalej spada. Dziewczyny ubrane w letnie kurtki, narzekają na zimno, ja w krótkim rękawku czuje się bardzo dobrze.
     Droga która jedziemy jest urocza. Bardzo kręta, na zboczach krateru, pokryta gęstą, podzwrotnikową roślinnością. 


Zatrzymujemy się na chwilkę, bo na drodze jest pełno krwi. Okazuje się, że porankiem (są tu gęste mgły) ktoś wjechał w przechodzącego bawoła. Leży on na poboczu.
     Następny przystanek , żeby podziwiać krajobraz krateru. Robi duże wrażenie. Wokół nas wszystko jest zarośnięte. Dno jest puste. W dali widoczne jezioro, a raczej to co z niego zostało, bo większość wody wyparowała.  Tu i tam wyrastają drzewa a reszta pokryta niską roślinnością.

  Widać także stada zwierząt. Ruszamy dalej, tym razem to zjazd do krateru.
     Tereny te należą do Masajów. Spotykamy ich coraz częściej. Przeważnie ze stadami zwierząt. To jedni z nielicznych na naszej planecie, którzy jedzą tylko mięso. Nie znają oni warzyw.
    Na poboczu stoi grupka młodych Masajów z pomalowanymi białym kolorem twarzami. Są to praktykanci na wojowników. Później grupa dzieci, też pomalowani ale bardzo delikatnie w porównaniu z ich starszymi kolegami.
     Mamy piękna pogodę i cudowne widoki. Pośmialiśmy się trochę z Elaine. Rozmawiamy po polsku i ponieważ jesteśmy w innych sytuacjach niż w Nowym Jorku to używamy nietypowe słownictwo, co dla niej to pewna nowość. Zna polskie zasady, więc wie jak słowa układać i często tworzy nowe. Kiedy byliśmy na górze, nie mogła się napatrzeć na piękna „spaść”, oczywiście przepaść i martwiła się czy te  „niemowlatki” ( nowo urodzone zwierzęta) nie spadną z tej góry.
    Dobiliśmy do samego dna. Jest natychmiast cieplej. Tutaj w przeciwieństwie do Botswany, poruszać się można tylko wytyczonymi drogami. Jest ich bardzo dużo, ale jak się coś ciekawego zauważy to trzeba mieć szczęście, żeby zwierzę było blisko, bo z drogi zjeżdżać nie można. Ale dużo szczęścia nie potrzeba, bo zwierzyny jest tu mnóstwo. Z dużej odległości obserwujemy lwy i nosorożca, ale jest to za daleko, żeby zrobić zdjęcia. Bliżej nas chodzą żyrafy, hieny a nawet lis. Tu mam już pierwsze fotki, ale też nie najlepsze. Reszta to bajka. Bawoły chodzą dużymi stadami, zebry, antylopy Gnu prawie ocierają się o nasz samochód.




 Inne rodzaje antylop, strusie, duże ptaki są też w pobliżu.



    Jeździmy rożnymi drogami i wszystkim się zachwycamy. Dobijamy do zbiornika wodnego w którym siedzi dziesiątki hipopotamów. Niektóre śpią, inne obracają się do góry brzuchami.


Wywołuje to okrzyki zachwytu tych co to oglądają. Wokół wody stoi setki antylop, zebr i ptaków. Paradise!




    Dobija pierwsza po południu. Zatrzymujemy się na posiłek, który zabraliśmy z hotelu. Parkujemy przy jeziorze razem z innymi autami. Jest ich dużo. Piękne miejsce.



W wodzie pływają hipos. Wokół nas kręci się dziesiątki ptaków. Relaksujemy się przez 45 minut. Są tu nawet toalety i jest to jedyne miejsce w tej okolicy gdzie można je znaleźć.
     Po tym odpoczynku ruszamy dalej. Ponowne spotkania, ale nic innego niż poprzednie. Następnie zawracamy do obozu. Droga powrotna jest jeszcze ciekawsza niż zjazd. Są momenty, że można się przestraszyć. Jedziemy po stromych zboczach, bardzo wąskich drogach z dziesiątkami zakrętów.

Zdjęcia tego nie pokażą. Nakręcam film. Ciekaw jestem jak to będzie widać  na ekranie. Później już normalna droga. Odpoczynek w obozie. Ja mam zawsze trochę roboty z naładowaniem baterii do kamer, a później udajemy się na obiad.
    Trochę inaczej niż zwykle. Każdy wybiera sobie mięso (baranina, wołowina, wieprzowina) i także warzywa. Jest ich duży wybór. To zanosi się do kucharza, który smaży wszystko na patelni. Dodaje różne przyprawy, polewa winem i dodaje wybrany przez nas makaron. Wszystko razem przysmaża. Bardzo smaczne ale może trochę za tłuste, bo leją dużo oleju.
    Po powrocie szybkie pakowanie (jutro zmieniamy miejsce), przeglądanie zdjęć i gotujemy się do snu.


Monday, September 1, 2014

Pierwsze dni Safari w Tanzanii

Jesteśmy z powrotem. Przeżyliśmy wszystkie loty, nie zjadły nas zwierzęta, nie zaatakowali terroryści i na razie nie ma znaku eboli. Zacznę więc od początku. Mam 3000 zdjęć, wiele filmów, więc mogę łatwo śledzić naszą wycieczkę.
    Wyjechaliśmy 20 sierpnia. Zdążyłem jeszcze do pracy i po powrocie zabrałem dziewczyny czękające na mnie i wyjechaliśmy na lotnisko JFK. Bez problemu, wylatujemy na czas. 
    W Amsterdamie lądujemy o 7:30 rano (tracimy naturalnie 6 godzin). Wszystkie przeprawy celne bez problemu i o godzinie 10 ponowny start. Ponownie tracimy czas, tym razem godzinę i lądujemy w Tanzanii o 17:00.
    Walizki wychodzą na czas. Jest to bardzo małe lotnisko i po szybkiej odprawie celnej wychodzimy na zewnątrz, gdzie czeka na nas nasz przewodnik - Seweryn, który będzie nam przewodził przez cały pobyt w tym kraju. Krótka jazda samochodem do miasta Arusha, gdzie znajduje się nasz pierwszy hotel- Kibo Palace. Jest już ciemno, więc mało można zobaczyć. Tu prawie całkowicie brak oświetlenia. Po poboczach wszędzie idą ludzie z latarkami. Na drodze dość duży ruch. Wszystkie pojazdy bardzo stare, zniszczone. 
    Mijamy wioski. W każdej przy drogach - budki, stragany. W wielu zebrani są mieszkańcy. Siedzą, coś popijają i w wielu pomieszczeniach grają w bilarda.
    Pierwsza wyraźna różnica między tym co znamy na codzień, to zapach. Czuć ogniska, palone drewno, ale także coś innego. Może tak jak w Polsce palą butelki po Coca-Coli.
    Po godzinie dobijamy do hotelu. Bardzo ładny. Aż dziw bierze, że coś takiego stoi tu w tej biedzie.


 
W bramie stoi strażnik z bronią i sprawdza dokładnie samochód czy nie mamy ze sobą jakiejś bomby.
Błyskawiczne załatwienie formalności i jesteśmy w czystym wygodnym pokoju. Jest tu nawet telewizja. Ale to tylko jedna noc. Schodzimy na posiłek do restauracji. Bardzo smaczny posiłek.
    Po kolacji wychodzimy na zewnątrz, na kawę. Miałem ochotę usiąść przy basenie, ale pozostajemy przy stole z popielniczką. Po jakimś czasie słyszymy huk i odwracając się, widzę drzewo, które przewróciło się dokładnie tam, gdzie chcieliśmy usiąść. Byłoby to trochę komiczne. Obawiamy się lotów, eboli, terorystów a moglibyśmy zginąć pod głupim drzewem.
    Czas na spanie. Budzę się jednak o 4:30. Niestety już nie mogę usnąć. O 4:45 pieje kogut a o 5:00 słychać muzułmańskie wezwania na modlitwę. O 5:15 znów ten kogut a za następne 15 minut Elaine krzyczy przez sen Why! (dlaczego). Budzę ją. Natychmiast usypia. Ja niestety nie .
    Słońce wstaje około 6 rano. Nie wiem dokładnie, bo niebo jest zachmurzone.
    Zaczyna się następny dzień. Po smacznym śniadaniu wyjeżdżamy i najpierw przeprawa przez Arusha. Między samochodami chodzą zwierzęta i olbrzymia ilość motocykli i pieszych. Kobiety noszą wszystko na głowie.

 
Autobusy zastąpione są mikrobusami. Każdy z nich wypełniony stłoczonymi pasażerami. Jeden jeździ na zewnątrz, przyczepione do drzwi i wyszukuje nowych klientów. Mało kto liczy się z przepisami. Mijają nas z każdej strony. Wielu jedzie po chodnikach.
   Po jakimś czasie wyjeżdżamy z miasta. Jednak dalej widać tłumy ludzi. Dzieci prowadzą stadka kóz, osłów, które załadowane są pojemnikami z wodą. Tu ogólnie brakuje wody. Każdy musi ją sobie przywieźć z odległych zbiorników lub rzek. 

 
    Po chwili pojawiają się wioski Masajów. Dowiadujemy się, że mają oni po wiele żon i każda ze swoimi dziećmi ma swoją chatkę.
 
 
 Kraj ten jest w większości chrześcijański ale niestety i tu zaczynają się pojawiać muzułmanie. Podobno przekupują oni Masajów, żeby przeszli na ich wiarę, dając im w zamian za to kozy, bydło. Dzieci przyjmowane są do ich szkół i zaczyna się pranie mózgów.
    Po trzech godzinach dojeżdżamy do Tloma Lodge. Piękne miejsce a tak naprawdę jest to plantacja na kilkudziesięciu hektarach ziemi. Wszystko co tu jemy pochodzi z ich ogrodów. Pomidory, sałata, cebula, et. Nawet kawa.
 
 
    Po lunchu, udajemy się do pobliskiego Parku Narodowego - Lake Manyara Park. Pierwsze spotykamy ptaki i różnego rodzaju małpy.
 

 
 Na parkingu, jedna próbuje dostać się do samochodu.
 
 Następnie przejeżdżamy obok zebr, żyraf, antylop. Dobijamy do brzegu jeziora. Jest tu duża ilość ptaków. Głównie pelikany.
 

 
Zaraz obok w błocie leżą hipopotamy. Po jednym spaceruje żółw i ptaki.
 
 
Te robią sobie dobrą ucztę i czyszczą mu nos. 
    Wyjeżdżamy prawie na węża. Seweryn mówi, że to kobra. Nie chce mi się wierzyć, bo wygląda jak zwykła żmija. Kiedy podjeżdżamy bardzo blisko, ta podnosi się i pokazuje swój prawdziwy wygląd. Ostrzega nas, że jest gotowa zaatakować. Teraz dopiero widać, że jest to czarna kobra.
 
 
 Już z „pełną twarzą„ powoli się oddala.
    Po drodze zatrzymujemy się w bardzo dużym sklepie z wyrobami tutejszych artystów.
 

 
Oczywiście kończy się to na drobnych zakupach. Ceny bardzo wysokie, więc trzeba trochę ponegocjować. Im więcej dajemy temu co nam sprzedaje, tym więcej obniża cenę. Jemu 10 dolarów i cena 20 dolarów mniejsza. 
   Po tym wracamy już do hotelu i po obiedzie idziemy spać.

Sunday, August 17, 2014

Pakowanie

Prawdopodobnie jest to moje ostatnie wejście na blog przed wyjazdem do Afryki, czyli będzie przerwa przez kilka tygodni. 
       Dzisiaj sporządziłem listę rzeczy, które trzeba zabrać na wycieczkę. Musimy mieć pewność, że nic nie zapomnimy. Jest wiele drobiazgów i większość z nich jest bardzo potrzebna. Tabletki na malarię, inne lekarstwa, sprzęt fotograficzny,lornetka, latarki, transformatory, ciuchy, okulary, kremy na komary, na słońce, paszporty, dokumenty i wiele innych. Wieczorem pakujemy się a dopniemy wszystko we wtorek, czyli ostatni wieczór przed wyjazdem.
   Na początek załączam zdjęcia z mojego ostatniego pobytu w Polsce. Całkowicie o nich zapomniałem. Można je wszystkie zobaczyć na Picasa albo poniżej.
Wejście jest przez kliknięcie na poniższe zdjęcie, pokazujące  jak to w Polsce ładnie pali się w piecach. Trudno powiedzieć co tam jest spalane, ale to na pewno nie węgiel, czy drewno a raczej plastikowe butelki lub inne śmieci. 
 
W Stanach chyba najważniejszym wydarzeniem są protesty w związku z zastrzeleniem przez policję czarnego, nieuzbrojonego nastolatka. Krótko po tym wydarzeniu w miasteczku Ferguson w Stanie Missouri tłumy czarnych wyszły na ulice i zaczęły się demonstracje, rabowanie sklepów i ataki na policję np. przez rzucanie zapalonych butelek z środkiem palnym.
   



    Tamtejsza policja przeszła do ofenzywy i doszło do strzelania z użyciem gumowych kul i użyciem gazów łzawiących.
 
    To wywołało natychmiastowy protest w USA z oskarżeniem policji o nadużycie siły. Gubernator Stanu zastąpił policję miasta - stanową i FBI. Od kilku dni wprowadzono stan wyjątkowy i od północy do piątej rano zakaz poruszania się w grupach. Niestety nie wytrzymało to długo i czarni wrócili na ulice. Wczoraj setki mieszkańców ponownie wyszła z protestami wykrzykując hasła, między innymi „zabijaj policję„.
     W pierwsze dni, nie było wiadomo w jakich warunkach doszło do zastrzelenia chłopaka, ale teraz pokazano dowody, że po prostu rabował sklep. Jest nawet film. Oczywiście rodzina i wielu innych uważają, że to zostało w jakiś sposób spreparowane. 
    Nie wiem co się tam naprawdę stało. Może być, że policjant pośpieszył się z decyzją i popełnił błąd. Po to są jednak sądy i gdyby nie usatysfakcjonowały by poszkodowanych, wtedy mają prawo do protestów. Oczywiście tych zgodnych z prawem. Nigdy palenie sklepów, rabowanie nie ma usprawiedliwienia. Ja jednak mam tego naprawdę dosyć. 
   Dosyć oskarżania białych o rasizm, dosyć pozwalania czarnym na rabowanie i rozruby a niezauważanie obrzydliwych mordów wykonanych przez czarnych na białych. Jeden z nich zdarzył się niedawno u nas, kiedy obrabowano białe małżeństwo w centrum handlowym a na końcu zastrzelono bezbronnego mężczyznę w obecności jego żony. Dosyć szantażowania nas przez grupy czarnych, że musimy ich przyjąć do pracy (często przy urzyciu siły). Dosyć utrzymywania olbrzymiej ich liczby, bo nie chce im się pracować. A wytłumaczenie, że nie mogą znaleźć pracy jest absurdalne. Będąc ponad trzydzieści lat w tym kraju, nie byłem raz na utrzymaniu rządu. Nieraz były to kiepskie prace, ale zawsze coś było. Popatrzmy na Meksykanów. Przechodzą granicę nielegalnie, muszą się ukrywać a dalej jakoś znajdują pracę. I do tego naprawdę ciężko pracują.
Otrzymując za darmo mieszkanie, pieniądze na podstawowe potrzeby ( wierzcie mi że nie są to małe pieniądze. Można to zauważyć, kiedy wychodzą z supermarketów. Ich wózki wypełnione są produktami. Na to nie mogą sobie pozwolić Ci co ciężko pracują, ale mają niskie wynagrodzenie), dostają za darmo telefony i wiele innych form pomocy. Im się nie opłaca iść do pracy. Dostając podstawowe prace, musieliby obniżyć swój standart życia. Oni chcą dostać pracę tylko w tych zawodach w których można byłoby zarobić tyle co inni dostają po kilkunastu latach pracach i  promocji, po ukończeniu szkół. I oczywiście, żeby nie musieć ciężko pracować.
    Mam dosyć tego, że każdy omija ten temat bo nie chcą być w kłopotach. Mam dosyć tłumaczenia tego problemu niewolnictwem sprzed 100 lat. Polacy musieliby się usprawiedliwiać swoje obecne problemy potopem Szwedzkim. Ameryka to kraj w którym każdy ma jednakowe szanse. Nie znaczy że jest to proste. Ale jak ktoś chce i się stara, to są możliwości. 
    No to się wyżaliłem. Ale jak Cię męczą w telewizji, gazetach, inetrnecie na ten sam temat to nieraz krew wrze. I mam tego dosyć, że komuś się nie podoba moje spojrzenie na ten problem.