Sunday, September 8, 2013

Turcja - Poniedziałek 26 Sierpień




Poniedziałek 26 Sierpień.

   Dzisiejszy wyjazd na zwiedzanie, przesunęliśmy na 11:30, ponieważ zaraz po tym jedziemy na lotnisko. Zaraz po śniadaniu spakowaliśmy więc wszystko do walizek i zostawiliśmy je w recepcji, bo pokój trzeba było oddać.
     Zaczynamy jak zwykle od spotkania z przewodnikiem i w drogę. Dzisiaj pierwszy przystanek – podziemne miasto Kayamakli. Chociaż istniało przez tysiące lat w ostatnich czasach było zapomniane i ponieważ wejścia do niego były ukryte nie wiadomo było gdzie jest. Dopiero jakiś pasterz natrafił na kamień który po przesunięciu odkrył od nowa tajemnicze tego miejsca. W roku 1964 oddano je do oglądania przez turystów. Jest tam siedem pięter ale dolne dalej są oczyszczane i wzmacniane, żeby były bezpieczne do zwiedzania.  Było budowane latami a głównym celem była oczywiście ochrona przed wrogiem.  Miasto to w późniejszych czasach zamieszkiwali chrześcijanie, którzy chronili się tam przed Rzymianami.
    Każde piętro miało swój cel.  I tak pierwsze to stajnia. Tam trzymano większość zwierząt. Widać wykute w ścianach wgłębienia, gdzie wlewano dla nich wodę i karmę. 


 Były tam też pomieszczenia mieszkalne. Następne piętro to kaplice, pomieszczenia na chrzciny. Znaleziono tam też groby. Wygląda na to że tam chowani byli ludzie związani z kościołem. Trzecie piętro zawiera najważniejsze obszary podziemia: miejsca przechowywania win i pokarmów oraz kuchnie . Poziom zawiera również płaski kamień z wgłębieniami, gdzie przerabiano miedz. W niektórych miejscach znaleźć można olbrzymi kamień- koło, który używano do blokowania korytarzy. Tak był umieszczony, ze przesunąć go można było tylko od wewnątrz.


Następne poziomy to mieszkalne, toalety i służące do wszelakich innych funkcji ale nie otwarte jest dla zwiedzających. Na samym dole były też zbiorniki wodne. Z tego miejsca wydrążony jest pionowy tunel, który służył do doprowadzenia świeżego powietrza a także jako studnia wodna w chwilach, kiedy żyli oni na zewnątrz. Całość wygląda niesamowicie tajemniczo i ponuro. Trudno uwierzyć, że mieszkały tu tysiące ludzi.



     Zabawna historie opowiedział nam przewodnik. Miał wycieczkę z USA. Oczywiście wśród naszych znalazł się grubas. Został ostrzeżony (ale jak mu to powiedzieć? Panie, jest pan tłusty i nie przeciśnie się pan przez te korytarze? Idź pan na dietę i wróć za rok?), ale odmówił bezwarunkowo i twierdził, że nie będzie z nim żadnych problemów. Przewodnik nic nie mógł poradzić i wyruszyli w drogę. Nie długo trzeba było czekać, kiedy ten zaklinował się w jednym z korytarzy. I tu największy problem. Za nimi idą następne wycieczki. Nie ma możliwości wycofania się. Zaczęli przepychać go przez wąskie miejsca, a tam większość to wąskie miejsca. Ubrany był w skórzana kartkę, z której mało zostało po tej wyprawie. Nikt już prawie nie dbał o to co tam zobaczyć, tylko jak wydostać tego grubasa z tuneli. Szli przez to dwie godziny a w normalnym tempie można to zrobić w ciągu pół godziny. Przewodnik był wykończony i do tego na końcu, wszystkie wycieczki za nimi obrażały jego a nie tego grubasa, że na to pozwolił.
    Drugi przystanek, to Dolina Gołębi. Zatrzymaliśmy się tu na chwile poprzedniego dnia. Odchody gołębi używane były przede wszystkim jako nawóz w rolnictwie. Wykuwano więc pomieszczenia w skałach z jednym wejściem dla ludzi i pełno małych otworów dla ptaków. Te chowały się tam przed gorącem i oczywiście srały za darmo. Co jakiś czas ludzie dostawali się tam i to zbierali.



     Po drodze do miasta Goreme, zatrzymujemy się w miejscu, gdzie robią biżuterie.  Nie jestem tym bardzo zainteresowany ale znów czegoś się dowiaduje. Chociaż nazwa na to wskazuje nigdy nie pomyślałem, że kamień turkus pochodzi od Turków. Tam znaleziono największe złoża im z tego kraju pochodzi jego nazwa.

     Goreme to dolina kościołów.  Większe, mniejsze. Jest ich siedem w tym jednym miejscu.




Zwiedzając te miejsca odkrywam, że ludzie nie mają poczucia humoru. Stoimy na brzegu wzgórza a pod nami głęboka dolina. W pewnym momencie podchodzi para do obok stojącego mężczyzny i pyta mu się po angielsku jak tam mogą się dostać.  Wtedy ja odpowiadam: Najprędzej to zeskocz. Nie podobało mu się to i odszedł obrażony.   Później spotykamy polska wycieczkę. Na końcu wlecze się para i usłyszałem, ze mowa ze jeszcze maja 20 minut do odjazdu. Wtedy po polsku mowie, ze widziałem jak autobus odjeżdżał kilka minut temu. Tez się obrazili. Po tym przestałem żartować. 
     Zatrzymujemy się na obiad w pobliskim miasteczku. Nowe budynki wymieszane są z historycznymi jaskiniami. Wiele z nich ciągle zamieszkanych. Restauracje, hotele, prywatne. Tak jak nasza restauracja. Duży taras, mały wybudowany budynek, ale wchodząc do środka widać że ciągnie się on wewnątrz góry. Kiedy dziewczyny zamawiały jedzenie, ja szybko przeszedłem się w pobliżu, żeby zobaczyć cos więcej.



     Jeszcze jeden przystanek. Tym razem fabryka dywanów. Oczywiście ręcznie robionych. Ciekawym pomieszczeniem było miejsce gdzie z kokonów larw motyli robiono jedwab. Nigdy tego nie widziałem.




 I na tym kończy się nasza pierwsza cześć wakacji. Opuszczamy Kapadocje i udajemy się nad Morze Śródziemnomorskie. Wylatujemy  dość późno a do hotelu dojeżdżamy o drugiej w nocy. 

Thursday, September 5, 2013


   

 
  Niedziela 25 Sierpień.

   Wstajemy o 3:30 rano. O czwartej pijemy kawę, jemy ciastko i zabierają nas autokarem na balony. Jest jeszcze bardzo ciemno i dość chłodno.  Pogoda tutaj jest typu pustynnego, czyli bardzo gorąco w dzień (około 40 stopni) i chłodno w nocy (15 stopni). Nie mamy kurtek ani swetrów. Są w zagubionej walizce. Elaine i Wiesia pożyczają z hotelu ciepłe chusty do okrycia a ja w podkoszulce.  Mnie to nie przeszkadza.
    Po godzinie, dojeżdżamy do miejsca, gdzie mamy wystartować. Dalej bardzo ciemno.
Podchodzimy do naszego balonu. Zaczynają go już napełniać gorącym powietrzem.


   Po chwili wchodzimy do kosza. Cieszę się, że moja towarzyszka z autobusu wchodzi z drugiej strony bo bym zaprotestował. W połowie drogi autobusem, wsiadła rodzinka żydowska z Rosji. Nie było już dużo miejsc, wiec córka, około 14 lat usiadła obok mnie. Coś strasznego. Tak jak ortodoksyjni Żydzi, śmierdziała ( nie przesadzam ze słowem) czosnkiem. Chociaż odwróciłem głowę w innym kierunku, dalej trudno było oddychać. Dziwię się że dalej lubię czosnek po tej podróży.
    Jest nas w koszu 24 osoby. Powoli pojawia się światło. Wszędzie wokół nas wznoszą się balony. Musi ich być blisko setki.



   Niesamowity widok i natychmiast przypomina mi się ten wypadek, który zdarzył się tu miesiąc temu, kiedy dwa balony się zderzyły i jeden spadł na ziemię. Kilka osób zginęło a reszta dostała się do szpitala.  Jak się okazuje, sterowanie tego balonu to tylko w górę i w dół. Na różnych wysokościach są wiatry w innych kierunkach. Na wysokości 30 metrów leci się na południe, 100 metrów na zachód i tak dalej.  Przy starcie jest ciasno. Ci co wystartowali pierwsi, są już bardzo wysoko. My próbujemy wcisnąć się miedzy innych.  Niestety po kilku minutach lotu, zderzamy się z innym. Na szczęście jesteśmy na dokładnie tej samej wysokości. Najgorzej jak kosz jednego z nich uderzy w powłoki balonu, wtedy może zrobić dziurę i bez schodów do nieba (albo pieklą, jak w moim przypadku) zamieniamy się w aniołka. Piloci balonów próbują utrzymać się na tej samej wysokości, żeby do tego nie doszło i czekają aż wiatr nas rozdzieli.  Okręcamy się wokół siebie i dopiero po kilku minutach balony się rozdzielają.  Ja sam się dziwie bo mam lęk przestrzeni, nie miałem z tym problemu ale Elaine się bała. Reszta lotu przebiega bez żadnych dodatkowych problemów.
    Wznosimy się nad okolicznymi terenami.  Wschodzi słońce. Pojawiają się widoki nie z tej planety. Nawet nie będę próbował tego opisywać. Zapiera dech. Może zdjęcia coś przekażą. Myślę jednak, że trzeba zobaczyć to samemu, żeby poczuć atmosferę tego miejsca.
 



 
    Godzina lotu. W górę, w dół, w górę i lądujemy. Nawet dosyć płynnie, szczególnie, że kosz siada na mała przyczepę ciągniętą prze samochód. Inaczej trudno by im było załadować ten kosz bez ciężkiego sprzętu. 
 Na zakończenie lampka szampana. Może raczej słodkiej zabarwionej wody z bąbelkami, bo trudno to nazwać szampanem. Rozdanie „dyplomów” potwierdzających, że lecieliśmy balonem i wracamy do hotelu.



 Śniadanie, chwila odpoczynku i udajemy się na spotkanie naszego przewodnika.
Zjawia się dokładnie o wyznaczonej godzinie. Tak jak wszyscy tutaj, jest bardzo miły. Będzie oprowadzał tylko z nas, jest więc pewna swoboda kontrolowania, co chcemy robić.
    Pierwszy przystanek to miasto Ugrup. Oglądamy, dla nas już typowe widoki, tutejszych krajobrazów. Chociaż podoba nam się bardzo, to później okazuje się, że to tylko początki emocji.
 
 
 
Kilkanaście minut jazdy i przystanek w Dolinie Wyobraźni. Tak nazywają ja tubylcy. Nazwa pochodzi od wyglądu skał. W każdej można znaleźć  kształty, które kojarzą nam się z rożnymi przedmiotami, zwierzętami.  I wszyscy widzą coś innego. Znajdujemy wielbłąda, dłoń, pingwiny etc. 
 


 
     Zostawiamy naszego przewodnika i spędzamy poł godziny na spacerze po tym bajecznym ogrodzie fantazji. Szkoda odchodzić, ale jedziemy dalej.
    Pasbagi to następny przystanek. Tutaj mieszkał jeden ze sławnych mnichów. Są oczywiście klasztory wydrążone w skalach. Znów kamienne stożki, wzgórza. I choć podobne to każdy z tych zakątków ma coś innego, swój osobliwy urok.
    Znajduje tam odpowiedź na pytanie, które mnie męczyło. Dlaczego są skały w kształcie stożków a na czubkach osadzone są kamienie, jakby im ktoś założył czapki.  Okazuje się, że przy wybuchach wulkanów, najpierw wylatywały materiały, które stworzyły obecne skały piaskowe. Są one łatwo wymywane przez wody i powietrze. Przez tysiące lat, erozja stworzyła te kopce. Wierzchnia warstwa to skały bazaltowe, twardsze, które się tak szybko nie rozpadały. Zostawały więc na szczytach tych stożków i zostają tam aż do momentu, kiedy czubek staje się za cienki i nie potrafi utrzymać ich ciężaru. Pewnego dnia po prostu bazalt spada.

 
    Inna ciekawa informacja to pojedyncze okienka na ich szczytach. To miejsca zamieszkania pustelników. Wspinali się tam po stopniach, raczej dziurach wydrążonych w skale i modlili się całe życie w tych 10 metrów kwadratowych pomieszczeniach. Prawdopodobnie do momentu, kiedy machnęli ręka, mówiąc  mam tego dosyć i poszli do knajpy dobrze się napić.  Ludzie, wierni dostarczali im posiłki.

 
    Ciekawe historie, piękne widoki ale trzeba jechać dalej.
    Miasto Avanos leży nad Czerwoną Rzeka (Kazilirmak). Jest to miejsce sławne z produkcji ceramiki. Czerwoną glinę wydobywano z dna rzeki a białą z okolic. Wchodzimy do jednego z takich miejsc. Firma nazywa się Firca. To już 6 pokolenie produkuje tutaj światowej sławy ceramikę. Oglądamy wszystkie fazy ich produkcji.  Wchodzimy także do różnych pomieszczeń, gdzie wystawione są ich najpiękniejsze produkty. Wszystkie robione ręcznie.  Piękne ale niestety nie na nasza kieszeń. Są tam wyroby od 300 do tysięcy dolarów za każdy talerz.
    Elaine spróbowała ulepić na kole garncarza jakiś produkt. Nawet jej jakoś poszło, ale to mogło nadać się tylko na doniczkę do kwiatów.


Zaraz po tym idziemy na obiad. Ładna restauracja, ale jedzenie tylko dobre. Zrelaksowani jedziemy dalej.
    Już ostatni przystanek na dzisiaj – Goreme.  Wśród wszystkich domków w skalach, wyróżnia się jeden, który nazywany jest zamkiem. Zresztą widać dlaczego. Dużo większy od pozostałych wystaje ponad całą okolice.


 Na dole młoda para robi sobie zdjęcia. Strój ślubny nie rożni się od naszych, może tylko tym ze biedny pan młody w tuxido przy tych temperaturach zalany jest potem.
    Wracamy do hotelu. Tutaj cudowna wiadomość. Chłopak, który nas odebrał z lotniska, dzwonił i przekazał nam wiadomość o znalezieniu walizki. Wydzwaniał na lotnisko kilka razy dziennie i jakoś wydobył nasz bagaż z tamtego burdelu. Sam dowiózł ją do naszego hotelu. Strasznie miły, młody człowiek. Ja już się cieszę na myśl, że wciągnę na siebie krótkie spodnie.
    Odświeżamy się i odpoczywamy.

 
 

Trochę bola nogi. Wieczorem idziemy na kolacje ale Elaine poczuła się zle i wróciła do pokoju. I znów ludzie bardzo pomocni. Robią jej specjalna herbatę, przynoszą jakieś jedzenie twierdząc ze pomoże i faktycznie. Po dwóch godzinach Elaine dochodzi do siebie.
    Pierwszy raz w życiu czujemy się tak swobodnie w innym kraju. Ludzie są tu naprawdę bardzo mili, uczynni i widać, że to nie wymuszone. Jestem tym zaskoczony. Nie myślałem tak nigdy o Turkach. Zobaczymy jak będzie w innych zakątkach tego kraju.

Wednesday, September 4, 2013

Turcja



Już po wakacjach. Tyle czekania, planowania a teraz zostały tylko wspomnienia. Ale jest co wspominać. Był to jeszcze jeden wspaniały tydzień.

Piątek 23 sierpnia.

   Samolot jest opóźniony. Dowiedziałem się o tym od Grażyny. Dzwoniła z Polski, bo mieli podłączony na internecie podgląd na nasz lot. Nie martwiliśmy się tym dużo, bo wiedzieliśmy, że mamy 5 godzin czekania na lotnisku w Istambule na przesiadkę do Kayseri.
    Nawet się ucieszyłem, bo siedzenie na lotnisku jest meczące. Tureckie linie lotnicze, okazały się dobrej jakości. Każdy ma swój ekran, dużo filmów do wyboru, dobre jedzenie. Nawet się nie dłużyło i 9 godzin lotu szybko minęło. Niestety samolot częściowo nadrobił opóźnienie. Czekaliśmy na następny samolot 3.5 godziny. Następny lot i jesteśmy na miejscu. Kayseri jest trzecim co do wielkości miastem w Turcji, ale bardzo brzydkie, przynajmniej z tego co zobaczyliśmy jadąc autobusem. Bardzo rozrzucone i złożone z setek bloków mieszkaniowych. Tak jak nasze komunistyczne miasta, między innymi Konin.
   Niestety tutaj czeka na nas przykra niespodzianka. Zgubili nam jedna walizkę. Dla mnie to problem, bo tam są wszystkie moje rzeczy. Zostałem tylko w jednych długich spodniach a temperatury są powyżej 40 stopni. Dobrze, że kobiety maja większość swoich rzeczy, nie muszę słuchać ich narzekań. Ale straty są duże. Tam były papierosy, Wiesi kostiumy kąpielowe, wiele kosmetyków, Elaine bielizna. Każdy coś stracił. Obsługa na lotnisku bardzo kiepska i nikt się tym bardzo nie przejmuje. Nawet nie ma biura na zagubione rzeczy. Wszyscy w kółko powtarzają, żeby się nie martwić. Dobrze im tak mówić!
   Jedziemy do naszego hotelu w małym miasteczku Ayvali. Godzina jazdy. Tereny przez które przejeżdżamy są dość ubogie i mało ciekawe. Jednak im bliżej celu tym ładniej.
   Wreszcie nasz hotel Gamirasu Cave Hotel. Jest przepiękny. Wszyscy są zachwyceni.


 
 
 
 Kapadocja jest położona miedzy dwoma pasmami gór. Jedne przy Morzu Czarnym i z drugiej strony przy Morzu Śródziemnomorskim. Chociaż wygląda to jak dolina to położona jest wysoko i pokryta wzgórzami. Wszędzie górki, wzgórza z miękkiej skały piaskowej. Ludzie którzy tu mieszkali prze tysiąclecia, zamiast budować domy, drążyli je w tych skalach. Są one wszędzie. Nieraz pojedyncze, nieraz grupy i często całe miasta. Nasz hotel jest w miejscu dawnego klasztoru. Została jeszcze kaplica, choć bardzo zniszczona. Pokoje są jak z bajki, duże, wygodne.



Okolice urocze i cieszy mnie że Wiesia i Elaine są bardzo zadowolone, bo jak każdy mężczyzna wie, trudno mieć dobre wakacje, kiedy kobietom coś nie pasuje!
   Nie mamy nic w planie na dzisiejsze popołudnie. Zmiana czasu spowodowała, że dziś jest Sobota i mamy jeszcze cały dzień dla siebie. Poszliśmy więc pozwiedzać okolice.



 
 



   Ludzie są tu bardzo biedni. Dalej widać, że przebudowują stare jaskinie i budują wokół nowe mieszkania na ich terenach. Wszystko jest jednak bardzo prymitywne. Dla nas turystów, jest to jednak bardzo urocze. Dla nich bieda.


   Wracamy i po bardzo dobrym obiedzie, udajemy się do pokoju na wypoczynek. Włączam telewizje i szukam czegoś możliwego do oglądania. Większość to programy arabskie, muzułmańskie. Nie zależy mi bardzo na czymś specjalnym, tylko żeby coś grało. Znajduję jedyny program z filmem. Nie patrzę nawet jaki i zostawiam na tym kanale. Za chwile Elaine pyta, co ja zrobiłem. Nie rozumiem pytania. Okazuje się, że program jest polski! Są filmy, wiadomości. Elaine myślała, że założyli nam bo my z polski, ale oczywiście że to nie możliwe, bo oni wiedza, że my ze Stanów. Nie wiem dlaczego ale mamy polska telewizje. Jakiś Tele5. Szukając dalej, znajduje jeszcze drugi polski program z muzyka – Popbudzik. Świetnie, możemy słuchać Disco polo!
   Filmy z całej podroży załączę trochę później, bo muszę nad nimi popracować. Teraz tylko te kilka zdjęć.


Thursday, August 22, 2013

Hip Hip Hooray!


 
 
Praca zostala zatwierdzona. Firma dostaje bonus. Koszmar sie zakończył.

Napiszę po wakacjach!

Saturday, August 17, 2013

Birthday





      Cieszyć się, czy się nie cieszyć, O to jest pytanie?   Następne urodziny i zastanawiam się czy w moim wieku mam być z tego powodu zadowolony?  Może kiedy się obchodzi 100 lat jest powód, bo pobiło się wszystkich innych ale teraz to każdy rok przybliża nas do nieuniknionego. I chociaż liczymy się z tym, że zostało nam dużo ze złotych lat dostojnego wieku, to jednak wiele rzeczy może się zdarzyć. To tak jak z emeryturą. Powtarzamy: Już mam tej pracy dosyć, chciałbym odpocząć. To by działało, jakby można odejść na emeryturę jako 50-latek, ale niestety trzeba dociągnąć do emerytalnego wieku. Więc nie jestem pewien do czego się tak spieszę. 

    Wracam do urodzin. Było ich już 57. W dziecięcym wieku to oczekiwanie na prezenty. Prawdę mówiąc, w sytuacji gospodarczej komunistycznej polski i naszych rodziców w tamtych czasach, nie było to nic imponującego dla dzieci. Prezenty musiały być praktyczne. Można więc było dostać skarpetki, portfel etc.  Jak Tomek Wiśniewski dostał od ojca skrzyneczkę z narzędziami stolarskimi (taka dla dzieci) to zostało mi dziś w pamięci, bo mu tak zazdrościłem.  Takie były czasy. To tak jak z ślubami. Ludzie dostawali nieraz te same rzeczy od różnych gości a były to ręczniki, pościel. Potem musieli to sprzedawać. 

      Później naszedł czas młodych lat.  Tutaj nie liczyły się prezenty ale impreza z kolegami. Nie były to imprezy z tańcami ale muzyka w tych czasach, była ważna częścią naszego życia. Co pamiętam najwięcej z tego okresu?  Ciemne pokoje oświetlone czerwonymi żarówkami, muzyka Pink Floyd, Led Zeppelin, Santana.....  Alkohol kupiony w Peweksie za uzbierane przez cały rok dolary. Przypomina mi się jaka wartość wtedy miały dolary. Kiedyś doszedłem do fortuny i miałem 10 dolarów. Kupiłem za to jeansy Wranglera, paczkę papierosów, butelkę wódki i jeszcze mi zostało.  Jeszcze jedna ważna rzecz, może najważniejsza to dziewczyny. Przecież to był czas, że zakochiwało się kilka razy do roku. Za każdym razem przeżywało się je, tak jakby to było pierwszy raz. Były też dziewczyny, które zmieniały nas jak rękawiczki. Specjalnie jedna, która tylko w naszej klasie elektrycznej w ciągu kilku lat zmieniła chyba z ośmiu z nas. Stwarzało to wiele problemów między nami. Jak rzuciła jednego i zaczęła z nowym, to oczywiście poprzedni pokłócił się z następca, ale natychmiast poprzedni porzuceni stawali się jego kolegami. Następna zmiana i znów to samo.  W końcu kiedy wszystkich nas rzuciła i przerzuciła się na inna klasę, znów byliśmy w pełnej zgodzie. Najważniejsze urodziny w tamtych latach to oczywiście osiemnaste. W klasie miałem kolegę o podobnym nazwisku. Różniliśmy się tylko jedną literką. On Szymański i ja Szumański. Ale urodziliśmy się w tym samym dniu. Bolek pochodził z Gniezna. Postanowiliśmy spędzić te urodziny razem u niego w domu. Dojechałem do Gniezna autobusem i od razu zaczęliśmy imprezę w jego pokoju. Co nam przyszło do głowy żeby pić wiśniówkę? Może tylko to miał? Po wypiciu olbrzymiej ilości tego trunku, poszliśmy na miasto i tam też zamówiliśmy wiśniówkę. Późno wieczorem wróciliśmy do domu. Tam czekała jego mama. Kiedy zobaczyła w jakim byliśmy stanie, jej twarz zmieniła się tak jakby to ona piła a nie my. Bolek dostał ręka w głowę z nakazaniem natychmiast pójścia do pokoju spać a mnie wyprosiła. Nic nie mogłem poradzić tylko doczłapałem się do autobusu i wróciłem do domu. Szybko dostałem się do łóżka żeby przespać te zaburzenia w głowie i żołądku. Niestety. Na drugi dzień była niedziela. Po tylko kilku godzinach snu, budzi mnie mama i każe wstawać do kościoła. Nie mogłem jej tłumaczyć, że ledwie stoję na nogach. Grzecznie ubrałem się i poszedłem do naszego kościołka. Niestety ból głowy i rewolucja w żołądku nie miała dla mnie litości. Nogi mi się trzęsły, stanąłem wiec na zewnątrz przy otwartych drzwiach. Tam próbowałem przestać mszę. Wytrzymałem do momentu komunii świętej. W tym momencie ksiądz podniósł kielich i wymówił swoje: I pijcie z niego wszyscy. Tego było dla mnie za dużo. Zwymiotowałem się za drzwi kościoła i natychmiast poszedłem do domu spać. Przez wiele następnych lat nawet zapach wiśniówki powodował mdłości i zaburzenia.

     Następny okres, już dorosłego człowieka to tańce, zabawy i oczywiście niezastąpiony alkohol.  Najpierw studia.  W tym czasie alkohol dominował nad tańcami. Z okresem mądrzenia i dorastania, sytuacja się zmieniała i zabawy stały się ważniejsze. Jedna z tych imprez miałem w stanach na początku naszego pobytu. Było to w czasach, kiedy mieszkałem w Astorii, Queens. Bawiliśmy się do samego rana. Około 6 rano, kiedy zostało nas osiem osób, ktoś wpadł na pomysł, żeby nie kończyć tego pięknego dnia i od razu pojechać na plażę. Wielkim zgodnym chórem wszyscy się zgodzili. Wsiedliśmy w mojego Chevroleta, zaopatrzeni w dwa coolery wypełnione lodem i butelkami alkoholu i w drogę. Dojechaliśmy na plaże Jones Beach około 7 rano. Nikogo tam jeszcze nie było. Porozkładaliśmy koce i szybko do następnych toastów. Było tego już trochę za dużo, wiec każdy po kolei padał i przysypiał. Pamiętam jedno. Kiedy wyciągałem się na kocu, plaża była pusta. Kiedy otworzyłem oczy, ta sama plaża, wypełniona była ludźmi. Szkoda, że nikt nie zrobił nam zdjęcia. Ośmiu ludzi śpiących jeden przy drugim, czerwoni od palącego słońca i od wypitego alkoholu. Butelki i kieliszki porozstawiana wokół nas. Na twarzach przechodzących ludzi można było rozróżnić dwie reakcje. Rozbawieni i śmiejący się, bo nasz obraz był powiedzmy tragiczny, lub wzburzeni i zgorszeni. Też nie ma co się im dziwić. Wiadomo dlaczego. Natychmiast obudziłem innych. Budzili się ze stękami i narzekaniami na ból głowy. Natychmiast potem zwinęliśmy sprzęt i wróciliśmy do domu.

    No i ostatnie lata. Nie robię już imprez. Wole je robić z innych okazji. Nowego roku, Halloween i bez okazji. Nie lubię jak wszyscy przychodzą i przynoszą prezenty. Lepiej jak ludzie przychodzą do mnie bez zobowiązań i wydawania pieniędzy na nieraz nieprzydatne rzeczy. Urodziny przeszły do rodzinnych celebracji. Z żoną i córką. Wyjście do restauracji, szampan. To raczej wszystko.
     Z tego wygląda, patrząc na to z matematycznego punktu widzenia, że następny okres to ja sam przy stole, woda z kranu, suchy chleb i przypominać będę sobie jak to było w innych okresach mojego życia.
    Oczywiście tak źle nie jest. Zabawy dalej trwają ale urodziny nie są już tym najważniejszym dniem roku.      Nie żałuję żadnego okresu poprzednich lat. Każdy miał coś innego, wspaniałego i niczego bym nie zmienił. Jedynie przykro wspominam momenty, kiedy pokazywałem niezadowolenie z otrzymanego prezentu w latach dzieciństwa. Jak dzisiaj pamiętam zatroskaną twarz mamy. Teraz wiem, że nie stać było ich na nic innego. Ale jako dziecko nie myślałem o tym. Zawsze powtarzam, że dawanie prezentów przynosi większą radość niż ich otrzymywanie. I ona napewno musiała to strasznie przeżywać, że ja tym się nie cieszę. Dzisiaj tak chciałbym dostać od niej portfel i ją mocno uściskać.

     Dzisiaj są moje urodziny. Nie potrzebuję żadnych prezentów. Wszystko co można otrzymać już dostałem. Wspaniałą, kochającą rodzinę, wielu przyjaciół, zdrowie, dobrą pracę. Czy można otrzymać lepszy prezent od moich?

    Na zakończenie kilka zdjęć, nie koniecznie z urodzin ale z różnych lat.
 
 

To jedyne zdjęcie kiedy byłem mały. Siedzę na dziadka kolanach.
 
 
Blondyn to ja. Ubrany w najnowszy styl majtek kąpielowych.

 
Początek szkoły średniej.

 
Zakończenie szkoły średniej.
 
Na studiach.

 
Pierszy rok w Stanach.

 
32-ie urodziny.

 
37-me urodziny.

 
40-te urodziny

 
50-te urodziny.


Ostatnie urządzane party na moje urodziny. 54 lat stary.