Saturday, August 9, 2014

Zwierzyniec

     Ostatni weekend, przed naszym wyjazdem, w który musimy wszystko załatwić. Będzie jeszcze jeden, ale to dwa dni przed wylotem i  nie chcę zostawiać niczego na ostatnią chwilę. Dzisiaj więc poszedłem do fryzjera, ostatnie zakupy. Chyba  wszystko już mamy. Czekamy tylko na wizy. Z tego co słyszałem, załatwione są już do Tanzanii i została jeszcze Kenia. 
     Wczoraj dograliśmy problem z powrotem. Po 9 godzinach lotu z Kenii do Amsterdamu, mamy 8-śmio godzinną przerwę przed wylotem do Nowego Jorku. Załatwiłem więc hotel pod lotniskiem. Po wylądowaniu wpadniemy tam na godzinę. Weźmiemy prysznic, odświeżymy się. Oddamy pokój i pojedziemy do centrum Amsterdamu. Nie będziemy przejmować się dużo tym co zwiedzić, lecz raczej pochodzimy po centrum, posiedzimy w jakiś kawiarniach, zjemy coś i spokojnie wrócimy na lotnisko i tak zakończymy naszą wycieczkę.

    Po południu wyszliśmy do naszego ogrodu. Tym razem nie miałem żadnych projektów do skończenia, więc pełny relaks na słońcu, przy nie zmieniającej się idealnej pogodzie.
Wyszedłem z ogrodu na zewnętrzny trawnik, żeby trochę podlać trawę i  krzaki. Stojąc na środku jednego z nich, usłyszalem jakieś dziwne dzwięki. Tak jakby pisk małego zwierzaka. Spojrzałem pod nogi ale nic nie znalazłem. Pomyślałem, że może wąż ogrodowy wydał taki dzwięk ale po sprawdzeniu wykluczyłem tą wersję. Jeszcze raz przyjrzałem się trawie i zauważyłem malutki plac, bez trawy. Tylko ziemia, ale tak jakby ktoś ją wysypał. Obok niej malutka plama uschniętej trawy, która się poruszała. Odsunąłem wolno trawę i znalazłem malutki dołek, wypełniony noworodkami jakiegoś zwierzątka. Musiałem na nich stanąć i zaczęły piszczeć. Na szczęście nic im sie nie stało, bo były we wgłębieniu. Wygląda na to, że to malutkie zajączki. Mamy ich tu bardzo dużo. Są one dużo mniejsze niż te które znałem w polsce. Przykryłem je szybko trawą i teraz obserwuję, kiedy matka wróci, żeby je nakarmić. Myślę, że później wieczorem, lub w nocy.



    W ogrodzie jak zwykle cały zwierzyniec i kiedy się opalaliśmy, cały czas coś się pojawiało, bo w karmiku mieliśmy ziarna słonecznika. 
 



 
Jak zwykle coś na rozweselenie. Moim ulubionym tematem jest małżeństwo, więc dzisiaj też o tym.
 
 
Facet dał ogoszenie do gazety „Szukam żony„. Jeszcze tego samego dnia otrzymał mnóstwo odpowiedzi. Zdecydowana większoć zaczynała się słowami: Weź pan moją!

Żona do męża:
Wychodzę do znajomej na pięć minut. Jak byś mógł, to przemieszaj bigos co pół godziny.

Dlaczego ty na swoją żonę mówisz flanelka?
Bo to jest zdrobniale od słowa szmata.

Dzwoni telefon.
- Dzień dobry, czy mogę z Jolą?
- Niestety małżonki nie ma w domu.
- To wiem, jest u mnie. Ja pytam, czy mogę.

Wchodzi staruszek do konfesjonału i nawija:
- Mam 92 lata. Mam wspaniałą żonę. która ma 70 lat. Mam dzieci, wnuki i prawnuki. Wczoraj podwoziłem samochodem trzy nastolatki. Zatrzymaliśmy się w motelu i uprawiałem seks ze wszystkimi trzema...
- Czy żałujesz synu tego grzechu?
- Jakiego grzechu?
- Co z Ciebie za katolik?
- Jestem Żydem...
- To czemu mi to wszystko opowiadasz?
- Wszystkim opowiadam!

W barze toczy się rozmowa o brzydkich połowicach. Pewien mężczyzna podnosi głowę znad kufla i mówi:
- Moja żona jest taka brzydka, że jak ostatnio postawiłem ją w sadzie zamiast stracha na wróble, to ptaki oddały mi zeszłoroczne czereśnie...
- A moja ma wymiary 90/60/80 mówi inny.
- Super - klaszczą panowie - to prawie idealna!
- Taak... - wzdycha facet - A druga noga jest taka sama....

- Co Ty sobie myślisz, ja też chcę mieć jakieś kieszonkowe!
  W związku z tym od dzisiaj za seks w pościeli płacisz mi 100 zł a na dywanie 30 zł.
Na to mąż:
- A żeby Cię babo szlak jasny strzelił...- po czym wyszedł
z domu.
W celibacie wytrzymał tydzień, po tym czasie przychodzi
w milczeniu do żony kładzie stówkę na stół i patrzy na nią.
Żona bez słowa zaczyna się rozbierać i kieruje się w stronę
pościeli.
Mąż widząc to odpowiada szybko:
- Nie, nie, nie kochana, nie myśl sobie.... trzy razy na dywanie
i dycha z powrotem !

       Spotykają się trzy rozwódki: Amerykanka, Rosjanka (jeszcze z ZSRR) i Polka i wspominają swoje rozwody.
Amerykanka mówi:"
       - Mój Johnny - jak mnie zdradził - niczego się nie spodziewał. Udawałam, że o niczym nie wiem, ale wynajęłam prywatnego detektywa. Detektyw zrobił mu mnóstwo zdjęć, ja te zdjęcia wzięłam na uroczystość jego urodzin i wręczyłam mu je jako prezent przed wszystkimi członkami klubu golfowego. Musiał w dowód przeprosin przepisać na mnie udziały w fabryce konserw, akcje z pól naftowych i naszą posiadłość
w Nebrasce.
       Jak mnie drugi raz zdradził, to znów wynajęłam prywatnego detektywa, ten narobił zdjęć, ja te zdjęcia wzięłam i zaniosłam na zebranie zarządu jego spółki. To go wykopali z zarządu. Na przeprosiny musiał przepisać na mnie naszą posiadłość, kolekcje klejnotów rodzinnych, stadninę koni i resztę akcji.
       A jak mnie trzeci raz zdradził, to się rozwiodłam, bo to przecież wstyd z takim gołodupcem żyć.

Na to mówi Rosjanka:
- Witia - jak mnie pierwszy raz zdradził, to wzięłam starą Soczkinę, ta go spiła, przesłuchała, o wszystkim mi powiedziała. No to poszłam do jego brygadzisty
i poskarżyłam mu się. Wytknęli go palcami na zebraniu aktywu robotniczego, zmusili do samokrytyki i publicznego przyrzeczenia poprawy. Jak mnie drugi raz zdradził, to napisałam skargę na okręgowy zjazd partii - to go wyrzucili z partii. A jak mnie kolejny raz zdradził, to się musiałam rozwieść, bo to wstyd z bezpartyjnym żyć.

Na to Polka:
- Jak mnie mój Franek pierwszy raz zdradził, to ja go dwa razy.
Jak mnie drugi raz zdradził, to ja go cztery razy. Ale jak mnie trzeci raz zdradził, to musiałam się rozwieść, bo przez tego palanta przecież kurwą bym została.....


 
 
 
 
 
 

Friday, August 8, 2014

Ciąg dalszy lat 70-tych PRL-u

   
Dzisiaj kontynuuję temat -  lata PRL-u.  Pisałem o produktach tych czasów, ale naprawdę najważniejszy jest sam system w którym się wychowaliśmy. Najtęższe głowy komunistycznego świata, od rosyjskich do polskich, wymyślały jak ten absurdalny, sztuczny świat można kontrolować i sztucznie przedłużać jego życie. Najprostszym wyjściem jest oczywiście terror, ale musi on być całkowity a wiadomo że nie wytrzymuje to na bardzo długi okres. A oni myśleli o wieczności. Tworzone były wiec przeróżne scenariusze i wprowadzane były one w zależności od środowiska i czasów.
      Rosja miała większy kłopot, bo musieli trzymać straż nad wieloma krajami. Pierwsza rzecz jaka stworzyli to nienawiść do siebie, sąsiednich krajów. To było dość łatwe, bo już sama historia do tego doprowadziła, ale chcieli żeby tak zostało. Jeżeli jakiś kraj podnosił głowę, to natychmiast wkraczały wojska sąsiadów. I tak my do Czechosłowacji, Czesi do Węgier, etc.  Przez to my bardzo lubiliśmy Węgrów, co nie miało żadnego znaczenia a nikt nie lubił „pepiczków”, czy „Szwabów”.
     Rosja kontrolowała też każdy kraj w inny sposób.  Wiedzieli, że Polakom nie można zabronić religii, bo to bardzo szybko skończyło by się  protestem i walkami. Także Polacy, mieli pewną swobodę w podróżach zagranicznych. Trudno by było tego zabronić, jak prawie każdy z nas ma rodzinę gdzieś po za granicami polski. Kraj nasz za to miał największą kontrole nad artykułami codziennego użytku. Brakowało wszystkiego. I dawali nam poczucie radości, kiedy raz na raz wyrzucali na półki sklepów lepsze produkty.
     Niemcy, Węgrzy i nawet Czesi nie mieli takiego problemu. Za to pozbawieni byli innych przywilejów. Niemcy nie mogli wyjeżdżać z kraju aż do wieku emerytalnego. Wtedy pozwalano im odwiedzić rodzinę po drugiej stronie muru. Dlatego tak nas nienawidzili, kiedy my jeździliśmy do Zachodnich Niemiec do pracy. Pamiętam dobrze jak przechodziłem granice Berlina Wschodniego i Zachodniego, zawsze robili nam jakieś problemy. W większości wypadku bez powodu. Tu opowiem krótką historie, która mi się zdarzyła.
      W czasie studiów, dostałem paszport i wizę do Niemiec Zachodnich, oczywiście w zamiarach pracy. Zanim przeszedłem granice w Berlinie, zatrzymałem się u koleżanki (Ani Gadzinowskiej), która w tym czasie mieszkała w Berlinie Wschodnim. Oczywiście skończyło się to spotkaniem przy alkoholu i zostałem tam na noc. W następny dzień, udałem się na granicę i tu niespodzianka. Straż graniczna Niemiec Wschodnich, zabroniła mi przejścia, bo okazało się, że miałem przejść przez ten kraj w ciągu 24 godzin, na zasadzie wizy tranzytowej, chociaż my nie musieliśmy mieć wiz do NRD. Zachowywali się jak Gestapo.  Ja zrozpaczony, nie wiedząc co się dzieje błagałem o pozwolenie przejścia, a Ci dosłownie wyrzucili mnie z powrotem. Udałem się do polskiej Ambasady i tam dowiedziałem się o powodach tego zatrzymania i powiedziano mi, że nic nie mogą mi pomóc. Byłem załamany, bo miałem nadzieje, że będę mógł zarobić trochę pieniędzy, nie tylko pieniędzy ale zachodnich Marek. Wróciłem do Anki i przy alkoholu wymyśliłem co mogę zrobić.
    Udałem się na dworzec kolejowy i kupiłem bilet do Pragi. Nie miałem żadnych pieniędzy ani bagażu. Chciałem tylko wyjechać z Niemiec i potem wrócić i natychmiast przejść do Niemiec zachodnich, czyli w czasie krótszym niż 24 godziny. Nie byłem pewien czy to się uda, ale nie miałem innego wyjścia. Na granicy Niemiec i Czech, wpadli celnicy i pytaj się czy mam bagaż. Mówię że nie, bo jadę do kolegi na jeden dzień i nic mi nie potrzeba. Na pytanie czy mam pieniądze, odpowiadam że nie bo kolega mnie zaprosił i płaci za wszystko. Popatrzyli trochę podejrzliwie ale puścili. W Pradze wysiadłem i natychmiast kupiłem bilet do Berlina.
     Przestraszyłem się kiedy na tej samej granicy, do przedziału weszli Ci sami „gestapowcy”. Teraz już mi nie wierzyli. Na te same pytania, odpowiedziałem, że dojechałem do Pragi ale kolega się nie pojawił, a ponieważ nie miałem żadnych rzeczy ze sobą ani pieniędzy, postanowiłem wrócić. Przeszukali, cały przedział, zaglądali w każdą dziurkę, ale oczywiście nic nie znaleźli. Jeszcze jak pociąg ruszał, stali pod oknem i  myśleli,  jak i co ja przemycam.
    Plan okazał się prawidłowy i beż żadnych problemów przeszedłem granicę do Berlina Zachodniego. Zostało mi tylko w pamięci ich spojrzenia, pełne nienawiści i chamskie zachowanie.
       W krajach tych także wolność religii, prawie nie istniała.

    Propaganda pracowała na pełnych obrotach. Powstawało nowe słownictwo, historia polski i świata zostawała zmieniana już w podręcznikach szkoły podstawowej.  Codziennie wpajano w nas miłość do Związku Radzieckiego i udowadniano jakimi wrogami są kraje zachodnie. Jedną z broni dużego kalibru była nasza ulubiona Kronika Filmowa. Kto nie lubił oglądać jej przed seansem filmu fabularnego na który wybraliśmy się do kina? Pamiętam dobrze jedną z kronik, gdzie pokazywano nam jak amerykanie zrzucają stonkę ziemniaczaną na pola uprawne w Związku Radzieckim i walka rządu i rolników a tą plagą. Oczywiście wytłumaczone było natychmiast, dlaczego brakuje w sklepach towarów rolnych. To przez tych obrzydliwych kapitalistów.
      Z drugiej strony, musieli nas czymś zająć, zabawić. Najważniejszą bronią był alkohol. Tani, wszędzie dostępny. Tworzono więc święta, zabawy, różne okazje, żeby można było się rozprężyć, pobawić i zapomnieć o codziennych problemach. Doprowadziło to też do poważnego alkoholizmu.
 
 


   Mieliśmy więc nowe święta – 1-go Maja, Święto Odrodzenia Polski, 22 Lipca. Były Dożynki, Dzień Kobiet, Barbórka, Dzień Młynarza i innych zawodów. To tylko państwowe okazje do spotkań. Ale rozwijano też prywatne, czyli przyjęcia imieninowe, przyjęcia w zakładach pracy, dansingi, bale (od sylwestrowych do studniówek), zabawy szkolne i oczywiście prywatki. Przypomnijcie sobie ile tego było. Będąc w średniej szkole, był okres w którym byłem co tydzień na innej zabawie. Od szkoły medycznej do Ogólniaka w Koninie. Morzysławiu, Technikom Górniczego i wielu innych. Zawsze coś się działo.
    Każde spotkania, od partyjnych do zakładowych, kończyły się wyciąganiem butelek wódki i przekąsek.

 
   Nikt nie protestował, bo niby dlaczego. To były czasy! Oczywiście alkoholizm ciągle się zwiększał.

      Wpajano w nas też dumę z naszego przemysłu. A tak naprawdę, to zaczęło się to chyba od „Syrenki”. Powstała w 1957 roku i pierwsze egzemplarze  wykonywane były dosłownie ręcznie. Karoserie wyklepywano drewnianymi młotkami. Rok później ogłoszono, że samochód ten będzie produkowany masowo.  Milicja też je dostała.
 

Wielu Polaków stało się dumnymi właścicielami cudownego dziecka polskiego przemysłu samochodowego.
Pojawiła się Warszawa. Większa, wygodniejsza a nawet wykonana w kilku modelach.



Później przyszedł czas na polskiego Fiata 125P. I chyba najciekawszy samochód w historii światowego przemysłu – NRD-owski Trabant. 



Samochód wykonany z plastiku. Śmiano się zawsze, że szczury bardzo lubiły ten materiał i wyjadały dziury w samochodzie. Silnik dwusuwowy powodował, że z rury wydechowej wylatywały kłęby dymu.
    Zbiornik paliwa, umieszczony był nad silnikiem, ponieważ bez pompy, paliwo dostawało się do silnika na zasadzie grawitacji. Stworzyło to też problem, że przy wypadkach często dochodziło do zapalenia się samochodu. Mimo wszystko, posiadanie jakiegokolwiek samochodu znaczyło o tym, że albo ktoś miał kasę, czyli pieniądze albo miał pozycję w komunistycznym rządzie. Innym pozostawały rowery.
         „Turystyka powinna wywierać coraz większy wpływ na podnoszenie poziomu politycznego i kulturalnego szerokich mas całego społeczeństwa” tak przemówił Włodzimierz Raczek przewodniczący Komitetu Turystyki. Wtedy żeby wyjechać na eleganckie wakacje, trzeba było mieć specjalne skierowanie. Ci szczęśliwcy mogli się udać do specjalnych hotelików, domków kempingowych, domów wypoczynkowych. A Ci najlepiej ustawieni, pozwalali sobie na ekskluzywne wakacje w Bułgarii, Rumunii, Jugosławii. A reszta? Potrafili znaleźć miejsce na wypoczynek w każdym miejscu. Rozkładano się nad rzeczkami, jeziorami w lasach. Wyjeżdżano na jeden dzień albo na dłużej, to już z namiotami. Każde miejsce było dobre. Matki przygotowywały jedzenie, kanapki, jajka, pomidory. W termosy brało się herbatę i przepiękny wypad rodzinką do lasu. Rozkładało się koc i wszyscy byli szczęśliwi. Nikt nie narzekał, że można było wyjechać do Bułgarii. Cieszyło się z tego co się miało.




 

         Na zakończenie krótko o innych pamiątkach tych lat.

-         Czyn społeczny. W ramach czynu grabiono trawniki, sadzono drzewka (pamiętam, w teraz dużym lesie za Goliną, zasadziłem 13-ty rządek drzew).  Szło się na wykopki, w szkole podstawowej szliśmy na nagonki na zające, które łapano w rozstawione siatki i później sprzedawano do krajów zachodnich.
 
-  TPPR – czyli Towarzystwo Przyjaźni Polsko Radzieckiej. Zawsze podnosiło to pozycję ucznia, kiedy się tam zapisał a jak miał wystąpić na akademii to zwalniano go z lekcji.

  -  Niewidzialna Ręka – prowadzona przez Telewizję Polską. Wszyscy chcieli do tego klubu należeć.  Trzeba było tylko zrobić jakiś dobry uczynek, pomoc komuś i zostawić kartkę ze znakiem odciśniętej ręki. Ja też zapisałem się z kuzynami ale pamiętam, że mieliśmy problem w wymyśleniu jak i komu pomoc. Na chęciach zakończyliśmy naszą działalność w klubie.

  -  Akcja zbierania makulatury. Zbieraliśmy też my. Można było zarobić kilka złoty za sprzedany papier. W telewizji, w przerwach wyświetlano plansze, które informowały że 1 tona makulatury to dwa drzewa.
 

  - Tablice informacyjne

    - Sąsiedzie, ucz swoje dziatki dbać o czystość klatki

    - Do pracy przychodź trzeźwy i wypoczęty

    - Pozdrawiamy kobiety pracujące dla pokoju i rozkwitu ojczyzny

    - Przestań pić. Chodź z nami budować szczęśliwe jutro!

    - Sklep nieczynny. Wolna sobota.

    - Klient nierozpłaszczony nie zostanie obsłużony

    - Pamiętaj! Zakład pracy Twoim drugim domem.

    - Nie stwarzaj zagrożeń. Pracuj bez pośpiechu.
 

- Tarcze szkolne. Dostawaliśmy dwie. Jedna na rękaw mundurka szkolnego ( w podstawowej granatowego, nylonowego paskudztwa z odpinanym białym kołnierzykiem) a druga tarcza na kurtkę.  Przy drzwiach szkoły czekał na nas wyznaczony dyżurny, który sprawdzał czy je mamy. Gdyby jej nie było, odsyłani zostaliśmy do domu. Wymyślało się metody przyczepiania agrafką, kleju, tak żeby po wyjściu ze szkoły można to szybko zdjąć.

Wiesia pierwsza od lewej


 - Pochody pierwszomajowe. Wysłuchiwanie długich przemówień, przejście przez ulice miasta. Dostawaliśmy flagi, chorągiewki. Pamiętam na studiach, rzucaliśmy się szybko na stanowisko gdzie były one złożone. Chodziło o to żeby złapać szybko flagę Polski. Jak zostały te czerwone to już nikt ich nie chciał brać i zostawały rozdawane pod przymusem.

Wiesia po lewej stronie nauczycielki.
 - Lista przebojów. Wyczekiwałem zawsze na ten program w radiu z ciekawością, która piosenka prowadzi na liście. Oddawać można było glos na najnowsze piosenki, wysyłając kartkę pocztową do polskiego radia.




Na tym zakończę te wspominki. Śmieszne jak bieda może zrobić z ludzi szczęśliwych. Każda rzecz cieszyła. Podobno najszczęśliwsi ludzie (brano pod uwagę jak się oni się czują, a nie warunki materialne) żyją w Ghanie w Afryce. Kilka następnych krajów na liście to też kraje ubogie. Prawdopodobnie jest w tym trochę racji. Potrafiliśmy się cieszyć, bawić i  korzystać z życia  dużo lepiej niż teraz. Czy bym do tego chciał wrócić. Oczywiście że nie. Przyzwyczajamy się do luksusów zbyt łatwo. Czyli tak naprawdę, sami się unieszczęśliwiamy i nie ma drogi powrotnej.

Wednesday, August 6, 2014

Przygotowania do wyjazdu.

   

    Przygotowania do wyjazdu są już w ostatniej fazie. Wiesia wróciła od lekarza i została zaszczepiona na żółtą febrę. Ja i Elaine zrobiliśmy to już wcześniej. Dzisiaj odebrałem też pastylki na malarię. Okazuje się, że dostaliśmy każdy inne. Ja muszę brać swoje tylko raz w tygodniu, tydzień przed wyjazdem, w czasie pobytu i trzy tygodnie po, a Wiesia codziennie prze 21 dni. Jeszcze nie wiem które ma Elaine.
      Mamy też już kremy na słońce, odstraszające różne robactwa i wszystkie inne potrzebne na wyjazd. Sprzęt elektroniczny jak apartaty, kamera filmowa gotowe, czyli baterie nabite, karty pamięci wyczyszczone. Są też latarki (bardzo ważne bo w nocy nie ma tam światła) i inny drobniejszy sprzęt.
     Niestety nie mamy jeszcze paszportów, które zostały wysłane po wizy. Firma która to załatwia, wysłała mi złe formy i teraz dopiero to naprawiłem. Oczekujemy na wiadomość. Mam nadzieję, że nie będzie już z tym więcej kłopotu. Zostało już tylko dwa tygodnie i ni ma czasu na problemy.
Jak się podróżuje samemu, to koszty nawet, gdyby były wysokie, to jendak nie są tak widoczne jak wypad całą rodziną. Same wizy kosztowały mnie 800 dolarów.   Dwa kraje, każdy po setce od osoby i za załatwienie stówka od kraju. Niestety przyjemności kosztują.
     Dzisiaj podzielę się z Wami kilkoma ciekawymi i zabawnymi histroyjkami.
Kopi luwak, czyli kawa Luwak, to gatunek kawy pochodzący z płd - wsch. Azji. Gatunek ten zbierany jest ręcznie przez ludność z wysp indonezyjskich Sumatra, Jawa i mniej ale także z Filipin i Wietnamu. Głównymi odbiorcami są Stany Zjednoczone i Japonia. Staje się dostępna też w innych krajach, w tym także w Polsce. Kopi Luwak jest najdroższą kaw na świecie - kilogram kosztuje okoo tysiąca euro. Wynika to z tego, że światowe zbiory wynoszą zaledwie 300-400 kg rocznie. Teraz pokażę jak ona powstaje i zapraszam do poszukania w sklepach i jej spróbowania.

Kwitnący kawowiec.

Łaskun, to zwierzę żyjące w tych krajach, bardzo podobne do kota. Uwielbia jeść dojrzałe owoce kawowca. Tu karmiony przez farmera.
Miąższ owoców zostaje strawiony, ale samo nasiono nie, lecz po nadtrawieniu przez enzymy trawienne i lekkim sfermentowaniu przez bakterie przechodzi przez przewód pokarmowy i jest wydalany w stanie prawie nie naruszonym, jedynie nieco sfermentowany. Po przejściu przez jego organizm, ziarna tracą gorzki smak i kawa z nich wytwarzana zyskuje nowy, niepowtarzalny smak.

Odchody Łaskunów.

Po dokładnym wymyciu w wodzie, ziarna poddaje się suszeniu.

Kilka dni po suszeniu na słońcu, cienki naskórek kurczy się i pojawiają się ziarna kawy.

Po tym wszystkim  ziarna kawy zostaąj wypalane i gotowe są do sprzedarzy.
Tu już do sprzedaży. Ekskluzywna, droga kawa w eksluzywnym opakowaniu.
     Ciekaw jestem ilu z Was jest teraz chętnych do jej wypicia? Może lepiej nie wiedzieć jak niektóre produkty są wytwarzane. A może ta naturalna kawa jest lepiej produkowana niż te zwykłe  do których dodawana jest cała chemia. 
 
I na koniec humor. Dzieci tej strony nie czytają, Więc to dla starszych. Mam nadzieję że nikt się nie obrazi.

- Czy kobieta może mieć biust prostopadły?
 - Tak, jak zmywa podłogę.

- Czy kogut znosi jajka?
 - Tak, jak schodzi po drabinie.

- Czym jest pocałunek?
 - Pukaniem do drzwi na piętrze, z pytaniem czy dół jest do wynajęcia.

- Czym różni się grzech od żalu?
 - Grzech włożyć a żal wyjąć.

- Czym się różni paszport od penisa?
 - Tym, że paszport można kilkakrotnie przedłużyć.

- Czym się różni teściowa od Coca-Coli?
- Niczym. Jedno i drugie dobre jak zimne.

- Dlaczego facet ma dwa jaja?
- Bo z trzeciego wykluł się ptaszek.

- Jak się mówi, kiedy biały robi to z czarną?
 - Wali w ciemno.

- Jak się mówi, kiedy biały robi to z białą?
- Wciska ciemnotę.

- Jak wygląda pozycja „na żabę„?
 - Ona leży, jemu leży, ona rechocze.

- Jaka jest różnica między kobietą mającą okres a terrorystą?
 - Z terrorystą można negocjować.

- Jaka jest różnica między urzędem skarbowym a fryzjerem?
- W urzędzie skarbowym golą dokładniej.

- Jakie wino jest najmocniejsze?
 - Mszalne, bo jeden wypije a wszyscy śpiewają.

- Kiedy pomidor traci cnotę?
 - Kiedy się go pieprzy.

- Kto to jest mąż?
 - Zastępca kochanka do spraw finansowo-gospodarczych.

Pozdrwiam.
Dodatek.  Po wypuszczeniu tej strony, sprawdziłem, jak google tłumaczy to na język angielski. Tak jak się spodziewałem, szczegolnie humor często nie ma żadnego sensu. Tak na przykład pieprzy, tłumaczy na fuck i wiele innych.

 
 
 

Tuesday, August 5, 2014

Lata PRL-u





W krajach rozwiniętych takich jak Stany Zjednoczone, Anglia, etc., praca satyryków była bardzo ciężka. Trudno jest zadowolić przeróżne gusta tłumu. U nas w latach 70-tych, 80-tych, kabarety, satyrycy nie musieli się dużo wysilać. Nasz system bym kabaretem samym w sobie. Trzeba było tylko dobrze obserwować i umieć to przekazać, żeby ominąć uważne oko cenzora.
     Przeciętny Polak trudno wiązał koniec z końcem i jak pamiętam, przeważnie kasy wystarczało wszystkim do 13-tego a później musieli kombinować. A nawet jak mieli pieniądze, to trudno było znaleźć coś do kupienia. A same produkty, też często nadawały się do kabaretowych programów.

       Najważniejsze dla nas były święta. Nie tylko że były one dla nas ważne ale komunistyczny rząd próbował nas w tym czasie “pocieszać”. Pamiętacie 1-go Maja? Zaraz przed tym dniem w sklepach mięsnych pojawiała się kiełbasa, można było dostać papier toaletowy i gazety (wykorzystywane do wytarcia … najlepsza była Trybuna Ludu, a jak to poszło, to musiałaby trochę sztywniejsza np. Przyjaciółka) odłożyć na gorsze czasy. Pojawiały się cytryny, nawet pomarańcze. Nie mówiąc już o samym dniu 1-go maja, kiedy na imprezach serwowane były paróweczki. 
     Załączam tu pewna anegdotkę, którą kiedyś przeczytałem.

Wiadomo, że w tych latach i tych poprzedzających, nasza kuchnia była bardzo uboga. Podobno była to zasługa Gomułki, który niezbyt wyszukane gusty kulinarne narzucał społeczeństwu. Uwielbiał on kaszankę i oczywiście dostarczana ona była do Komitetu Centralnego przez prywatnego producenta. Jadł ją z kiszona kapusta, wiec często powtarzał, kapusta ma tyle kalorii i witamin, ile cytryny. Co miało w jakiś sposób udowodnić że nie potrzeba nam cytryn. Polacy pytali się, jak kwaszoną kapustę wycisnąć do herbaty!

Tak więc 1-Maja, Święto Bożego Narodzenia były okresem, gdzie czytaliśmy w gazetach, że zbliżają się transporty cytryn, pomarańczy (tzw. “jaj Fidela”), bananów. Czekaliśmy na to wszystko i naprawdę się one pojawiały.

      Z mięsem nie było inaczej, szczególnie jak chcieliśmy zjeść coś innego niż kiełbasa, czyli np. szynkę. Rząd nasz zawsze potrafił znaleźć wyjście z ciężkiej sytuacji i wprowadzał regulacje rynku chowając to pod płaszczykiem np. poprawy zdrowia obywateli kraju. Tak też wiele lat udowadniali nam, że margaryna jest dużo zdrowsza i powinniśmy zmniejszyć konsumpcje masła. Na mięso też wymyślono sposób. Pamiętacie jak z restauracjach i barach, nie można było zamówić potrawy z mięsem? W 80-tych latach, wprowadzono poniedziałki jako dni bezmięsne. Później dodano do tego środę. Śmieszne jest to, że łatwiej byłoby im ustanowić piątek bezmięsny, bo nasza religia by się z tym zgodziła, ale sama myśl, że pomogli by Kościołowi, byłaby herezją a po drugie myślę, że w ten sposób dodano jeszcze jeden dzień bezmięsny, gdyż wielu religijnych ludzi, mięsa w ten dzień nie dotyka.
     Wszystko to można było wytrzymać, do momentu kiedy zabrakło wódki. Wtedy Polacy zaczęli się buntować!

       Było za to wiele produktów, szczególnie dla dzieci, które pamiętamy aż do tych czasów. Ile one nam sprawiały radości.

  - Oranżada w proszku! Miała ona być dodawana do wody i dać nam dodatkowy napój chłodzący, których też brakowało. Nie pamiętam, żeby ktoś kiedykolwiek zawracał sobie głowę rozpuszczaniem tego w wodzie. . Natychmiast wyżerało się to cudo paluchem. Nie mówiąc o tym, że te paluchy nie były zawsze czyste. I tutaj zboczę trochę z tematu.

Nie twierdze, że dzieci były kiedyś brudne czy zaniedbane, ale higiena nie była najważniejsza w naszym życiu. Jadło się wszystko i wszędzie. Wszystko było naturalne, nie zawsze opłukane, czyste. I nikt nie miał żadnych uczuleń! Teraz wyczyściliśmy nasz organizm ze wszystkich bakterii, nawet tych potrzebnych, że co drugi z nas ma drobne lub poważne uczulenia. I niestety już nie ma możliwości powrotu do “natury”.

Wymiennie tu niektóre z produktów które wtedy mogliśmy zdobywać w naszych pustych sklepach.

- Herbata : Jubileuszowa, popularna, madras (rarytas!). Była też ohydna Ulung. Było powiedzenie: A kaj się taki ulung?

  

- Polo Cockta – to polska Coca-Cola albo prawie Cola.
 - Serki. Były Edamski, Tylżycki, Mazurski, Jeziorański. Wszystkie tak samo smakowały, tylko miale inne naklejki.

- Mleko w szklanych butelkach. Ze srebrnym wciskanym kapslem było chude a z żółtym – pełnotłuste. Pamiętacie w szkole podstawowej, jak zmuszani byliśmy do picia gorącego mleka. Najgorsze były te kożuchy zbierające się na powierzchni mleka.

 
 
 

- A woda sodowa? W domu syfon a na ulicach saturator. I tutaj też była higiena. Najpierw piło się z tej samej musztardówce. Facet który to obsługiwał, po wypiciu sody przez jedną osobę stawiał ja na saturatorze, naciskał przycisk i malutka fontanna wody (zawsze tej samej, bo po spłukaniu szklanki, woda spływała do tego samego zbiornika była używana w nieskończoność) oblewała szklankę i ta była gotowa do następnego użytku. Można było się nawet napić tej sodówki z sokiem (soki ściągaliśmy z DDR-u) lub po prostu samej, czyli potocznie nazywanej “gruźliczanki”.
 
 
 

 
- Wata cukrowa. Wytwarzało się ja na naszych oczach. Cukier wsypywano do kręcącego się bębna i na skutek temperatury, powstająca cukrową watę zbierano drewnianym patykiem. Najczęściej można ja było dostać na odpustach, jarmarkach.

- Lizaki. Występowały w dwóch wersjach. Pierwsze to okrągłe, płaskie. Przeważnie były w kolorze czerwonym. Drugie w kształcie kogucika na drewnianym patyku i oryginalnie, nie były pakowane w celofan.
 

 

- Murzynki, czyli cieple lody (w Stanach nazwa byłaby uznana za rasizm), lody Kalipso, Bambino, Marcepany, Chałwa, blok lubuski, draże indyjskie, dropsy, toffi, herbatniki, irysy, kukulki, miętówki, prince polo, etc.


 

- Guma do żucia Donald – to był przykład działań dywersyjnych wrogich mocarstw. Obrazki z gum, można było wymienić na każdy potrzebny artykuł.


- Papierosy – Popularne, Sporty, Giewonty, Klubowe i te dla kobiet jak Carmeny, Caro. Pierwsze były palone przez prawdziwych mężczyzn. Szczególnie te bez filtra.


- Proszek IXI – Prawdziwy proszek do prania. Wielu twierdziło, że wyżerał dziury w rękach, ale gdyby to była prawda, większość kobiet w Polsce miała by ręce trędowatych, bo przecież całe pranie było wykonywanie ręcznie.

 

- Mydło. Pierwsze poznane przeze mnie mydło to oczywiście brązowa kostka, bez opakowania. Było ono tez używane przez kobiety do prania które robione na tarze (czyli pofałdowana blacha w drewnianej oprawie) o która tarło się bieliznę. Mydło wcierane było w mokra już bieliznę, lub krojone nożem na drobne platki. To zastąpiły później płatki mydlane, a nasze mydła, choć w jakości dużo się nie zmieniły, zaczęły pojawiać się w papierowych opakowaniach.


 

- Pasta do zębów Nivea. Polecana przez większość dentystów. A była inna? Pasta która się nie pieniła, zawierała w większości kredę i najważniejsze, że była obrzydliwa w smaku. Za to często używana do czyszczenia wszystkiego innego niż zęby, zaczynając od srebra i nie kończąc na tenisówkach.


- Ortalion. Płaszcz komunistycznej polski. Wzorzec mody, który bardzo reklamował sam Zbigniew Cybulski. Powstały nawet gangi ortalionowe, które kradły te płaszcze z lokali gastronomicznych. Ortaliony nosiło się wszędzie i na każdą okazje. W jednym z numerów “Przekroju”, redaktor pisma odradzał swojej czytelniczce wkładania ortalionu do ślubu, “gdyż swym szelestem mógłby zakłócić ceremonie”.
 


- Alkohol był dostępny wszędzie, ale można było pić jeszcze taniej. Czyli spożywając denaturat. Używany przeważnie do palników. Kobiety opalały na nim kury. A niektórzy wybrali to sobie jako ulubiony trunek. Nic nie znaczyła trupia czaszka na nalepce z nazwą. Metody picia były różne. Niektórzy przecedzali go przez kawałek chleba. Inni pili z cukrem. Wielu z nich skończyło permanentnym kalectwem lub śmiercią.
 



- Na koniec główny produkt komunistycznych czasów. Wiąże się z najważniejszymi wydarzeniami każdego dorosłego Polaka. Posiada wiele nazw i nieraz próbowano je podrobić ale to jest niemożliwe. Czyli nasz Jabol, ala J-23, Belt, Patykiem Pisane czyli nasz legendarny trunek, zasiarczone wino. Piło się to w domach i na świeżym powietrzu. Pili chłopi i inteligencja. Pito ze szklanek i z tak zwanego gwinta.

Kiedy byłem na studiach, trunek ten miał największe wzięcie w postaci tak zwanego grzańca. Posiadaliśmy wtedy wielolitrowe garnki, do których wlewało się maksymalna ilość butelek Jabcola. Dorzucało się do tego przyprawę - goździki i podgrzewało się na kuchniach gazowych. Jest to jedyne wino, które tak można było zrobić (oczywiście inne też można podgrzać, ale nie miały takiego smaku i prawdopodobnie z powodu braku siarki!!!)

 
Oczywiście można by było jeszcze podać setki innych przykładów, ale to była tylko na zachętę do pomyślenia o tych dawnych, “dobrych” czasach.