Saturday, June 29, 2013




    Siedzę przed ekranem mojego komputera i cierpię. Jest sobota. Postanowiłem popracować dzisiaj nad budowaniem rozpoczętego wcześniej krawężnika przy drodze dojazdowej do garażu. Dochodziłem do ukończenia jednej strony i coś mnie zabolało w plecach. Nad samym tyłkiem!
Zignorowałem to na początku, ból się jednak zwiększał. Ja oczywiście uparty, jak mnie znacie i chciałem skończyć tą stronę. Niestety. Gdzieś dwa metry od końca, musiałem zrezygnować. Za późno, trudno już było się podnieść, bo robiłem na kolanach. Zostawiłem wszystko i doczłapałem do ogrodu. Ani usiąść, ani się położyć. Każdy nieodpowiedni skręt ciała wywołuje straszny ból.
     Nawyzywałem się od głupich ....... i ...... a także .....  Niewiele to dało. Masaże też dużo nie pomogły. Spędziłem więc popołudnie od leżaka, do krzesła. Od wolnego spaceru do prób gimnastyki. Nigdzie nie wytrzymałem zbyt długo. Ponieważ bezczynność jest u mnie  raczej niemile widziana, przysiadłem w moim pokoju i naciskam klawisze komputera. Chociaż to mogę robić, mimo ciągłego bólu. Zobaczymy ile wytrzymam.
     Nic się od wczoraj ciekawego nie wydarzyło, a ponieważ jestem w kiepskim humorze, załączę więc coś na rozweselenie. Siebie i mam nadzieję także Was.

 


Moja mama nauczyła mnie wiele. Od wczesnej młodości sączyła we mnie wiedzę, jaka się nie śniła filozofom...
Nauczyła mnie doceniać dobrze wykonaną pracę
"Jeśli zamierzacie się pozabijać, zróbcie to na zewnątrz - przed chwilą skończyłam sprzątać!"
Nauczyła mnie religii
"Lepiej się módl, żeby na dywanie nie było śladu"
Nauczyła mnie podróży w czasie
"Jeśli się nie wyprostujesz, strzelę cię tak, że się znajdziesz w przyszłym tygodniu!"
Nauczyła mnie logiki
"Dlaczego? Bo ja tak powiedziałam!"
Nauczyła mnie przewidywania
"Tylko załóż czystą bieliznę, na wypadek gdybyś miał wypadek"
Nauczyła mnie ironii
"śmiej się, a zaraz ci dam powód do płaczu!"
Nauczyła mnie tajemniczego zjawiska osmozy
"Zamknij się i jedz kolację!"
Nauczyła mnie wiele o wytrzymałości
"Będziesz tu siedział, póki nie zjesz tego szpinaku"
Uczyła mnie meteorologii
"Wygląda, jakby tornado przeszło przez twój pokój"
Nauczyła mnie o zagadnieniach fizyki
"Gdybym krzyczała, że spada na ciebie meteor, czy byś raczył mnie wysłuchać?"
Nauczyła mnie hipokryzji
"Powtarzałam ci milion razy - nie wyolbrzymiaj!"
Nauczyła mnie o kręgu życia
"Wydałam cię na ten świat, to mogę i na tamten"
Nauczyła mnie modyfikacji zachowań
"Przestań zachowywać się jak twój ojciec!"
Nauczyła mnie zazdrości
"Są miliony dzieci, które mają mniej szczęścia i nie mają takich wspaniałych rodziców jak ty!"

Jeszcze jedno. To jest stare ale zawsze mi się podobało. Jeżeli komuś przeszkadza brzydki język, to lepiej tego nie czytać. Przeważnie próbuję unikać używania „trudnych„ słów na mojej stronie ale w tym tego nie można ominąć, bo straciłoby to całą wartość piękności polskiego języka.

Miałem juz dzisiaj nic nie pisac, ale sie wkurwiłem jak nigdy!
> > Musze odreagować.
> > Sorry za błędy i ogólny chaos, ale mam to w dupie.
>>Niech to chuj strzeli, jebany dr Oetker! No co mnie kurwa podkusiło, żeby kupić budyń z tej zajebanej firmy? Siedziałem sobie w domu, czytałem to i tamto, aż mnie nagle złapała ochota na budyń. A z pięć lat już tego gówna nie jadłem.
> No i się wziąłem, ubrałem, pobiegłem do sklepu. Poproszę budyń. Proszę. Dziekuję.
Szybki powrót do domu. Na opakowaniu napisane że gotować mleko, potem wsypać, bla, bla, bla. Zrobiłem jak kazali. I co? I wyszło mi kakao! Rzadkie jak sraczka. Tego sie nie da jesć. Jak te pieprzone chamy mogą nazywać to cos budyniem i jeszcze chwalić się nową recepturą? Mam tego dosć. Dosć jebanej demokracji, kapitalizmu
i całego tego scierwa, które weszło do nas po '89. Chce takich budyniów jak za komuny! W brzydkich opakowaniach, ale gęstych z takimi wkurwiajacymi grudkami!
I kisieli też chcę! Niedawno na własne oczy widziałem jak moja znajoma PIŁA kisiel!
Jak kurwa można pić kisiel? Czy nasze dzieci już nie będą pamietały, że to należy wyjadać łyżeczką, do której wszystko się lepi i na koniec trzeba oblizać?
Kto mi zabrał szklane litrowe butelki z koka kola? Komu one przeszkadzały?
I mleko w butelkach i smietana, które kwasniały bo były prawdziwe! A teraz po tygodniu stania na kaloryferze dalej jest "swieże" - co to kurwa za mleko?
A dzieci myslą, że to mleczarnia mleko daje a krowa jest fioletowa. A te butelki takie fajne kapsle miały, skoble do strzelania w dupę się z nich robiło!.
. . A gumki się z szelek wyciągało Gdzie teraz takie szelki? Dlaczego teraz nawet wafelki prince polo są w tych cudnych opakowaniach zachowujących swieżosć przez pięćset lat? Ja chcę wafelków w sreberkach! I nie tylko prince polo ale i Mulatków!
Jaki dziad skurwił sie zachodnią technologią, dzięki której teraz wszystkie cukierki
rozpływają się w ustach, a nie tak jak kiedys, trzeba je gryzć było, tak normalnie jak ludzie!?
> No pytam sie, no! Pierdole mieć do wyboru setki rodzajów lodów i nie móc zdecydować się, na jaki mam ochotę!? Kiedys były tylko bambino w czekoladzie
i wszyscy byli szczęsliwi, a jak rzucili casatte to ustawiała się kolejka na pól kilometra. Czy ktos pamięta jak smakuje prawdziwa bułka? Nie, kurwa, nie tak jak w waszych pierdolonych sklepach, napompowane powietrzem kruche gówna.
Prawdziwe bułki są twardawe, wyraziste w smaku, a najlepiej z prawdziwym masłem,
które wyjęte z lodówki jest niemożliwe do rozsmarowania! O margarynie za komuny można było tylko pomarzyć, a jak była, to taka chujowa, chyba Palma sie nazywala.
Wielkie pierdolone koncerny wyjebały na amen z rynku moja ukochaną oranżadę,
którą za młodu gasiłem pragnienie, a mordę przez pięć godzin miałem czerwoną.
I jej młodsza siostre - oranżadke w proszku, której nikt nigdy nie rozpuszczał w wodzie, Bo służyła do wyjadania oblizanym palcem. Nawet ukochane parówki mi zajebali, dzis już nie robi się takich dobrych jak kiedys... W telewizji dwa kanały, na każdym nic do oglądania. Teraz mamy sto kanałówi też nic nie ma. Możemy wpierdalać pomarańcze, banany i mandarynki, a kiedys jak przyszedłes z czyms takim do szkoły, to cię szefem nazywali. Fast foodów też nie było i każdy żywił się w drewnianych budach i żarlismy z aluminiowych talerzy i jakos nikt sraczki nie dostał,
a smieci wokoło nie było bo nie było zasranych jednorazówek. A jak chcielismy Ameryki to żywilismy sie zapiekankami z serem i pieczarkami i hod-dogami nabijanymi na metalowe pale. Buła, parówa, musztarda! Nic więcej do szczęscia nie potrzebowalismy.
Spierdalaj zasrana Ameryko.
A taką kurwa miałem ochotę na budyń!

--------------------------------------------------------------------------------------------------------
 
   Ponieważ skończyły się nasze awantury z żoną, więcej nie mogę wymyśleć, będę kończył ciekawymi myślami, mądrościami. Moimi i innych.

 

Alkohol nie rozwiąże twoich problemów... A z drugiej strony, mleko też nie...

Thursday, June 27, 2013





    Oczywiście zaczynam od najważnieszego, czyli pobytu w Polsce. Jeszcze niedawno rozmawialiśmy o moim przyjeździe, cieszyliśmy się (przynajmnie ja) z tego powodu a tu już po wszystkim. Wskazówki zegara kręcą się coraz szybciej i wszystko szybko mija. Pozostają nam tylko wspomnienia.
     Po powrocie do Stanów wpadłem natychmiast w wir pracy. To już końcówka mojej budowy. Pracujemy po 12, 14 godzin dziennie a także w soboty. Trudno więc było znaleźć czas na napisanie czegoś na stronie a jeszcze trudniej na przeróbkę zdjęć i zrobienie filmu. Każdego wieczoru po trochu, udało mi się coś złożyć.
    Tym razem wyprawa do polski była troszeczkę inna. Zatrzymałem się najpierw w Warszawie, której nie widziałem ponad trzydzieści lat. Nie mówiąc o przejazdach z lotniska do Goliny.
    Spotkałem się z rodzinką Sparażyńskich, czyli Ciocią i Wujkiem ale pojawił się też Marek z żoną i córką. Chociaż bardzo krótko, było mi bardzo miło. Zresztą nikomu, kto ich zna nie muszę tego tłumaczyć, jak gościnny i rodzinny jest ten dom. Zawsze uśmiech na twarzy. Nieraz im wszystkim tego zazdroszczę. Posiedzieliśmy przy zastawionym jedzeniem stole. Wszystko było bardzo smaczne i chociaż jestem na diecie, trochę sobie podjadłem. Oczywiście głównym punktem kulinarnej części wieczoru, były pączki upieczone przez Ciocię, te które później dowiozłem do Goliny i wszyscy o nie walczyli. Pogadaliśmy, powspominaliśmy, pośmialiśmy się trochę i znów pożegnanie. Ale według Sparażyńskich, trzeba się cieszyć z tego co się ma!
      Wieczorem, razem z Wujkiem udaliśmy się na Starówkę a po pewnym czasie zosałem sam i pospacerowałem sobie po uroczych miejscach Starego Miasta. Po tym taksówka, hotel, piwko, piwko, piwko (nie będę wyliczał, bo jeszcze chce coś napisać) i spanko.
    Na następny dzień powrót na lotnisko, wynajęcie samochodu i w drogę do Goliny.
O tym co w Golinie nie będę pisał, bo wszyscy co tam byli dokładnie wiedzą co się działo a inni będą zazdrościli. 
     Jednego dnia wyjechaliśmy na wycieczkę do Torunia i Inowrocławia.
Wiem z doświadczenia, że wycieczki grupowe mają różne problemy. Jeden chce zwiedzać miasto, inny muzea, ktoś się śpieszy, żeby więcej zobaczyć a inny chce wolno żeby niczego nie stracić. I tak dalej. U nas nie ma tego problemu. Już od początku zwiedzania, każdy (nic o tym nie mówiąc) rozgląda się za przyjemną kawiarnią, gdzie można usiąść, wypić cappucino, piwko zjeść loda. A z tamtąd też można oglądać okolice. I jest nam bardzo miło. Później zwiedzanie i inna knajpka. I każdy z nas ma wspaniały czas. Ktoś mi się zapytał czy może do jakiegoś muzeum. Napięcie w twarzach, chwila oczekiwania. Ja szybko odpowiadam nieee i znów uśmiechy na twarzach.
     Innego dnia, wyjechaliśmy do Tomka Wiśniewskiego. Następny miły wieczór. Tomek wybudował ostatnio małą wędzarnię i razem z Iką zrobili kiełbasy, które uwędzone, cieplutki znikały ze stołu zaraz po ich wyciągnięciu z pieca. Na tym właśnie polega mój problem z przyjazdami do polski. Dieta przez miesiące a w ciągu tygodnia wszystko wraca. Ale jak się pochamować jak wszędzie coś innego i smacznego. To się je. No i oczywiście piwko też trochę pomaga.
      Wybrałem chyba zły tydzień w roku, bo okazało się, że był bardzo krótki! A niektóre tygodnie ciągną się w nieskończoność. Jak zwykle smutne chwile pożegnania, jednak z nadzieją, że już niedługo to się zmieni.
     Kiedy to piszę, mój film się nagrywa. Niestety trochę to trwa. Jest już cały złożony ale samo nagrywanie, ponieważ tworzę go w HD, trwa wiele godzin. Nie wiem czy zdążę go załączyć na mojej stronie. Kiedy więc klikniecie na zdjęcie i film się nie pojawi to znaczy, że trzeba będzie spróbować później. Jak tylko się nagra, Tak samo ze zdjęciami.

                                 
Warszawa
 
 
Toruń i  Inowrocław
 

                                                                       Golina
 
 
 

Monday, June 3, 2013



Chciałem podzielić się z Wami ciekawostkami. Jak niektóre rzeczy, które mamy pod ręką na codzień, mogą nam ułatwić życie. A także nie musimy kupować drogich produktów, które bardzo często nie działają.


  Chcesz się pozbyć chwastów na chodniku lub w szczelinach asfaltu i w każdym innym miejscu? Wystarczy spryskać pełnej wytrzymałości ocet na chwasty i oglądać jak więdną i umierają (kilka dni później, prawdopodobnie).   Dodaj dwie łyżki octu (i dwie cukru) do wody w wazonie. Kwas zapobiega przed gniciem łodyg kwiatów.
    Inna metoda utrzymania ciętych kwiatów dłużej w wazonie to dodanie łyżeczki cukru i wrzucenie amerykańskiego centa (lub kilku). Dlaczego amerykańskiego? Bo jest z miedzi. Czyli u Was można wrzucić coś z miedzi. Podobno nie działa na wszystkie kwiaty.    Ponieważ jest bardzo kwaśny, ocet działa jako rozpuszczalnik dla większości klejów. Aby usunąć uporczywe naklejki, czy stary klej do tapet, posmaruj miejsce ocetem i niech się moczy przez kilka minut. Teraz możesz usunąć klej bez problemu.
  Jeśli zostaniesz ukąszony przez pszczołę lub ugryziony przez komara lub pająka, stosować ocet do rany, aby złagodzić ból i swędzenie. Dlaczego? Nie wiem. Ale to naprawdę działa.    Inna metoda usuwania swędzenia i opuchnięcia od ukąszenia komara to posmarować miejsce ukąszenia zwykłym mydłem. Ale trzeba to zrobić szybko po pogryzieniu. Sprawdzone przez Wieśkę wiele razy. Działa.
    Posmaruj octem szyby samochodu i rano nie będą pokryte szronem.    Ocetem także można usuwać wosk po świeczkach.
     Masz automatyczną maszynę do kawy? Po wielu użyciach, szklany pojemnik pokryty jest brązowym nalotem. Zaparz nową kawę. Tylko nie dawaj żadnej kawy a zamiast wody, wlej octu. Samo się umyje. Później zrobić to samo, tylko z wodą, żeby wypłukać ocet.   Rdza na narzędziach? Cóż, trzeba lepiej o nie dbać. Ale w międzyczasie, ocet może usunąć rdzę z narzędzi, jak również starych śrub i gałek. Wystarczy zanurzyć element w occie przez noc, a kwas pójdzie do walki z korozją.
Założę się, wewnątrz kuchenka mikrofalowa widziała lepsze dni. Aby łatwo oczyścić, postawić miskę z 1/2 szklanki octu i 1 wody w filiżance. Doprowadzić do wrzenia. Wszystkie brudy zostanie poluzowane. Można je łatwo wytrzeć.   Kto kupuje maślankę? Zamiast tego, możemy zrobić maślankę zrobić, dodając łyżkę octu do filiżanki zwykłego mleka. Daj mu pięć minut do zagęszczania, i voila! 
  Żelazko skuteczniej działa kiedy umieścimy kawałek folii aluminiowej pod osłoną deski do prasowania.Folia będzie odbijanie ciepła z żelazka, więc obie strony prasowane są na raz.  Posypać sody oczyszczonej w tenisówki, skarpety, buty i kapcie do zlikwidowania zapachu (u kobiet) lub smrodu (u mężczyzn).
 Pozbądź się mrówek w domu, mieszając razem równe części sody oczyszczonej i soli . Posypać mieszankę gdziekolwiek widzisz chodzące mrówki.   Dodaj kilka kropli wódki do wazonu z kwiatami. Wódka wydłuża życie (zawsze to wiedziałem, tylko wstydziłem się przyznać) kwiatom, ponieważ hamuje produkcję etylenu, co pomaga roślinie przetrwać dłużej.
Jeśli masz ból gardła lub kaszel, wymieszaj cytrynę z miodem i wodą na drinka, który ułagodzi twój ból.

Sunday, June 2, 2013

   


    Minął prawie rok od ostatniego pobytu w polsce a ja nigdy nie pokazałem zdjęć z tych dni. Wiadomo, że głównym powodem wybrania daty ostatniej podróży, były szwagra, Wiesia Kazusia 60-te urodziny. Z tej imprezy jest też większość zdjęć a także spotkania po imprezie u Grażyny i Kazia. Są też zdjęcia z wyjazdu do Lichenia i Uniejowa. Ale o tym wszystkim pisałem dawno temu, więc teraz tylko zdjęcia.
  
 
 
     Nasz wolny czas, spędzamy na obserwacji naszej rodziny Rudzika. Okazuje się, że urodziło się aż pięć piskląt. Trochę im ciasno w tym gniazdku. Rosną jak na drożdżach. Codziennie widać różnicę. Są cały czas głodne i na razie nie widzą dobrze, więc reagują na głosy rodziców albo na ruch. Nieraz jak zawieje silniejszy wiatr, podrywają się i szukają pokarmu. Chwila potem usypiają. I tak w kółko. Trudno jest coś sfilmować, choć są tak blisko, bo gniazdko jest pod sufitem. Nie mam więc możliwości zrobienia zdjęć z góry. Ale i tak udaje mi się je sfotografować. Poniżej krótki filmik i najnowsze zdjęcia.
 
                                                        Zdjęcia
 
 
Film
 
 
 

    Mieliśmy piękny weekend. Ponieważ Elaine ma przerwę w szkole (tylko przerwę, bo bierze dodatkowe przedmioty latem), zabrałem ją na wycieczkę w przeszłość. Kiedy była mała, przez wiele lat jeździliśmy nad jezioro Silver Mine. W tym czasie nie było tam żadnych innych ludzi. Tylko my i nasi znajomi. Czyli prywatne jezioro. Gdzieś po pięciu latach, zaczęli pojawiać się Portorikanie. A Ci to całymi rodzinami. Radia, BBQ, hałas. W każdy tydzień, było ich coraz więcej i my powoli zrezygnowaliśmy z tego miejsca. Tam bywała z nami nasza mama, kiedy odwiedzała nas w Nowym Jorku. Wiąże się z tym miejscem wiele wspomnień.
       Znaleźliśmy nasze jezioro dość łatwo, choć martwiłem się, że mogę nie trafić. Dużo się nie zmieniło, oprócz tego, że nasza plaża trochę zarosła krzewami. Pojawił tam się też nasz rząd i teraz pobierają opłaty za wjazd do tego miejsca i wszędzie pojawiły się napisy: zabronione się kąpać, zabronione palić ogniska etc. Niestety cywilizacja.
     W powrotnej drodze zatrzymaliśmy się w przydrożnym sklepie. Właściciele mają swoje sady, pola uprawne i wszystko tam jest zrobione na miejscu. Miody, dżemy, ciasta, chleby i wiele innych rzeczy. Wypiliśmy kawę i zamówiliśmy te same ciastka, które jedliśmy dwadzieścia lat temu. Okazało się, że właściciel się nie zmienił i wszystko wyglądało tak jak za dawnych czasów. Tutaj czas stał w miejscu.


    Oczywiście kilka zdjęć z tego miejsca.
 
 
 
 

Tuesday, May 28, 2013



   Choć do naszych wakacji w Turcji mamy jeszcze trochę czasu, mam z tym mały problem. Planowałem całą wycieczkę doć długo a teraz mam trochę wątpliwości. Jedną z atrakcji, która ma nam umilić czas a jednocześnie dodać trochę emocji ma być lot balonem nad terenami Cappadoci. Jak już pisałem, jest to bardzo popularne w tamtym regionie. Codziennie dziesiątki olbrzymich balonów wzbija się nad przepięknymi terenami, księżycowym krajobrazie powulkanicznych wzgórz i skał wraz z setkami domów i kościołów wykutych w tufowych skałach. A tutaj wadomość. Kilka dni temu, dwa z tych balonów zderzyły się i jeden z nich spadł na ziemię. Zginęło czterech turystów a dwudziestu kilku jest rannych. A nie jest mi to potrzebne, bo i bez tego wypadku trudno mi się było na to zdecydować. Mam lęk wysokości.

Całe życie walczę z lękiem latania samolotami i teraz ta próba. W tej chwili nie zamierzam zrezygnować z tej atrakcji ale kto wie jak będę się czuł przed samym lotem. Z drugiej strony, jak mówią: Będzie co będzie, stanie się co ma się stać i tak, ku..a mać, przedstawienie musi trwać!

    Z tego co widać na filmie nakręconym przez jednego z uczestników, jeden z koszy balonu uderzył w balon poniżej. Musiał zrobić dziurę w powłoce, ponieważ ten zaczął tracić powietrze i gwałtownie spadł. Poniżej ten film.

  
     Niestety nie musimy czekać na wypadek balonem. W poprzedni czwartek miałem duże szczęście w nieplanowanym spotkaniu z sarną. Jechałem do pracy Pallisade Parkway z szybkością około 100 kilometrów na godzinę. Droga ta otoczona jest lasem. Kilka mil przed mostem Washingtona wyskoczyła sarna, prosto pod mój samochód. Nawet nie zdąrzyłem dodtknąć hamulców. Odbiła się od samochodu, uderzyłem drugi raz. Znów się odbiła i zaraz po tym przez nią przejechałem. Nawet się nie zatrzymałem. Trochę roztrzęsiony, dojechałem do mostu i tam zgłosiłem policji o wypadku. Dobrze, bo jak kiepsy kryminalista zostawiłem za sobą odciski palców. Moja tablica rejestracyjna wbiła się w sarnę i tam została.
      Miałem szczęście , że jechałem moim dużym SUV. Gdyby samochód był mniejszy, sarna przeleciała by przez maskę i wbiła by się w przednie okno. To już mogło być niebezpieczne.
   Drugie szczęście, że nie zadziałały poduszki powietrzne, bo przy tej szybkości z poduszką wbitą w twarz nie miałbym szansy opanowania samochodu i prawdopodobnie wjechał bym w las.

Tak więc oceniając całość, jestem w czepku urodzony! Ha ha. Nie chcę tego testować w balonie.
      Samochód uszkodzony ale nie tak najgorzej. Przedni zdeżak, grill (tak też jest po polsku? atrapa?) no i chłodnica. Mogło być gorzej. Samochód musiał być odkołowany ale wszystko poszło sprawnie.

    Ogród nasz jest pełen życia. Zwierzęta pobudziły się z zimowego snu i zaczynają swoje wiosenne porządki. Ptaków jest jeszcze więcej niż w tamtym roku. Śpiewają nawet w nocy a myślałem, że wszytskie powinny spać. Najciekawszy jest Robin (Rudzik). Wymyślił sobie zbudować gniazdo na kolumnie naszego patio. Widać, że mu się powiodło i znalazł kobitkę, bo widać było ostatnio, że wysiaduje na jajkach. Wszystko to na naszych oczach, bo tylko 2 metry od miejsca, gdzie siedzimy przy stole. Teraz chodziliśmy na palcach, bo biedny wylatywał jak nas widział i strasznie krzyczał. W ostatnie dni, trochę się przyzwyczaił. W niedzielę wykluło się pisklę lub pisklęta. Jeszcze go nie widzieliśmy, ale na ziemi znaleźliśmy kawałek skorupki od niebieskiego jajka. I od tego czasu cały czas przynosi pokarm. W poniedziałek mieliśmy Święta, Memorial Day (Dzień Pamięci Narodowej). Normalnie w ten dzień robimy BBQ, niestety nie tym razem, bo gniazdo jest zaraz nad grillem. Moglibyśmy go uwędzić. Zamówiliśmy więc grzecznie chińskie jedzenie i zjedliśmy w domu, żeby go nie straszyć. Jaka porządna rodzinka?

 
 

 


Thursday, May 16, 2013

 



     Dzisiaj płacę karę za brak zorganizowania. Chociaż nie jest to prawda! Wszystko mam ułożone, zanotowane, skopiowane. A jednak. Jedyna rzecz której nie zrobiłem, jest mi teraz potrzebna.

     Szukam nazwiska i telefonu lekarza do którego chodziłem a ostatni raz widziałem ze trzy lata temu. I mam wszystkich innych, tylko nie tego co szukam. Przeleciałem przez wszystkie dokumenty, notatki i nic. Rok po pracy w Sterfie Zero czyli od roku 2002-go dostałem jakiegoś uczulenia, które pojawiało się raz w roku na wiosnę. W kilku miejscach, na plecach dostawałem wysypkę. Nic w tym groźnego, ale jak się tego nie wyleczy szybko to zostawia ślady na ciele. Chodziłem do wielu lekarzy i każdy wymyślał cuda, co to może być. Jeden nawet powiedział, że wygląda to jakbym był pogryziony przez pluskwy. Ha  ha. No ale się przestraszyłem. Powiedziałem mu tylko, że dziwne, że te pluskwy gryzą tylko mnie a nie żonę. Muszą być same samice. Po wielu próbach dali mi jakieś antbiotyki i mijało. Niestety wracało na drugi rok. Wreszcie jeden po pobraniu próbek, stwierdził, że to jest jakaś bakteria, którą ma każdy z nas, tylko że u mnie z jakiegoś powodu się uaktywnia. Przez trzy lata miałem spokój. Dzisiaj znów wróciło. A ja nie mam telefonu do lekarza ani nazwiska. Tak jak mówiłem. Płacę za swoją głupotę.

     W pracy urwanie głowy. Czas przyspiesza z godziny na godzinę a pracy jakby przybywało. Nie wiem czy dam radę skończyć na czas. Jeśli się uda, to naprawdę będę miał okazję do upicia się.

Załączę tylko jedno zdjęcie z najdłuższego mostu, już po rozebraniu starego.


    U nas w kraju afera za aferą. Nie można się już ich doliczyć. A najśmieszniejsze, że w większości gazet (które są liberalne), najważniejsza historia, bo drukowana na całych czterech stronach, to operacja i usunięcie piersi Angeliny Jolie.

    Demokraci oczywiście uważają, że wszystko to jest wymyślone, wydmuchane przez partię republikańską i jest to zwykłe polowanie na niewinnego niczemu Obame.

Pierwsza to kontrowersyjne (nie przez większość kongresu) przegłosowanie zmiany systemu ubezpieczeń i przejęcie prywatnej incjatywy przez rząd.  Następna była sprzedaż broni przez nasz rząd dla mafii meksykańskiej. Prasa śmiała się, że to nic wielkiego!!! Nikt nie stracił pracy.

Atak terrorystów w Libii, Bengazi na ambasadę amerykańską w wyniku czego zamordowany został nasz ambasador i trzech innych ludzi. Przez długi okres rząd i gazety rozdmuchiwały historię, że to był protest przeciwko filmowi nabijającego się z Koranu i zrobionego przez amerykańskiego żyda, którego tutaj, natychmiast wsadzono do więzienia za podatki. Teraz powoli wychodzi na jaw, że to kłamstwo. Nie wiadomo kto jest w to najwięcej zamieszany ale dużo wskazuje na Clinton a nawet Obamę. Jeszcze przed atakiem, ambasador prosił wielokrotnie o wsparcie bo obawiał się tego ataku. Prośby zostały odrzucone. W chwili zaatakowania ambasady, kilka grup wojsk znajdujących się w pobliżu prosiło o pozwolenie udania się na pomoc i tu też dostali odmowę. Już po ataku, ktoś postarał się o usunięcie z każdej wiadomości, przesłanych e-maili, wszystkiego co było związane ze słowami terroryzm, muzułmanie, etc. A Żyd dalej siedzi w więzieniu!

    Następna sprawa jest dla wolności jeszcze groźniejsza. IRS (instytucja która zajmuje się naszymi podatkami) zaczęła zwiększać nacisk na organizacje które związane są z partią republikańską. Zwolnione są one od podatków (oczywiście także demokratyczne) ale mają regulamin, którego muszą przestrzegać. Np. nie wolno im wydawać reklam związanych z partiami. Próbowano udowaodnić im, że te prawa łamią i narzucić na nich podatki czyli po prostu je zlikwidować. Nie przypomina to Wam początków niemieckich socjaldemokratów przed II wojną. Co mówi na to rząd i Obama. Oczywiście zgadzają się z tym, że jest to nie zgodne z prawami ameryki, ale uważają, że tak naprawdę to nic się nie stało i nie jest to działanie rządu, tylko kilku podrzędnych pracowników, którzy nie chcieli źle. Tylko im nie wyszło.

    I jeszcze jedna. Najnowsza. Ministerswo Sprawiedliwści zaczęło włamywać się do linii telefonicznych amerykańskich dziennikarzy. Kolekcjonować numery telefonów tych którzy dzwonili do tych dziennikarzy. Zbierać informacje. Atakowali wszystkich, którzy pisali na temat rządu, Obamie etc. Tutaj ktoś popełnił wielki błąd. Zaatakowano tych, którzy ich cały czas bronili, wybielali, chronili. Tym razem prasa zareagowała. Wszędzie piszą, że to jest łamanie praw, wolności. Obudzili się. Może inaczej, bo oni nie spali tylko pisali w ciemnych okularach. Może zrozumieli, że ten obecny rząd nie dba o nikogo i o nic, tylko o swoje interesy, które okazuje się nie mają nic wspólnego z naszą konstytucją i wolnością. Tym razem już kogoś zwolniono z pracy.

      Na zakończenie. Nie wiem czy nasz prezydent ma coś wspólnego z jakąkolwiek z tych afer. Nie jest to udowodnione. Ale. Jeśli nie, to co on robi w Białym Domu? Za każdym razem tłumaczy się, że on nic o tym nie wiedział, nikt go o tym nie informował. Nie świadczy to o tym, że stracił on całkowitą kontrolę i nie on rządzi tym krajem. Po drugie jeżeli ktokolwiek z nas, byłby na jego stanowisku i coś takiego by się działo i wszystko to robione byłoby przez innych. Pierwszą rzeczą, którą bym robił to sam próbował dojść do tego kto za tym stoi i pociągnął bym go do odpowiedzialności. A tu cichuteńko. Nikt nie traci pracy, wszyscy są zadowoleni, znika osobista wolność jednostek. Ale Angelina Joli ma operacje. Straszne. Po co zajmować się polityką.

Monday, May 6, 2013

     Poniedziałek 6 Maj


     Nie raz zaczynałem od zdania, że nic ważnego się nie dzieje i nie ma o czym pisać. Ostatnie dni, takie właśnie były. No i wywołałem wilka z lasu.

Dzisiaj byliśmy w wiadomościach każdej głównyej stacji radiowej a także w telewizji.

Moi podwykonawcy, firma Hellmann Electric, pracowali na skrzyżowaniu Rockaway . Dwóch elektryków obsługiwało (zaznaczam tutaj, że nie jestem pewien polskich słów, określających sprzęt techniczny, więc piszę dokładnie przełożone z angielskiego)  ciężarowy samochód z podnośnikiem, dźwigiem zakończonym koszem. Dźwig ten można obsługiwać, będąc wewnątrz tego kosza. Ten który oni obsługiwali, mógł się wznieść na wysokość 20 do 25 metrów. Tak wygląda ten pojazd.




   Przeliczyli się z odległością. Ramię dźwigu oddaliło się zbyt daleko od samochodu (mówię o dystansie a nie wysokości) i ciężarówka straciła balans. Kiedy kosz uderzył ziemię, jeden z nich wypadł na zewnątrz a drugi oparty był o balustradę ochraniającą kosz i to okazało się gorsze niż wypadek jego kolegi. Kiedy przybyłem na miejsce, zaczął się już robić tłok. Dziesiątki policyjnych samochodów, straży pożarnej, karetek pogotowia. Telewizja i prasa. A w górze helikoptery. Część z nich dla pomocy a inni szukają sensacji. Najlepiej jakby ktoś zmarł, wtedy to jest historia!!. Na szczęście dla nas a mniej dla nich, nikt nie zginął. Ten który wypadł z kosza ma złamaną nogę w kostce. Ten drugi połamane żebra, przebite płuca, złamana noga w kilku miejscach. Oczywiście najważniejsze było zabrać ich do szpitala. Trochę to trwało. Później akcja postawienia ciężarówki na koła. Kilka zdjęć.






    Oczywiście dla mnie był to ciężki dzień. Policja zablokowała każdy dojazd na budowę i na trzy godziny większość prac została zatrzymana. Później, zanim wszyscy powrócili do normalnego rytmu, był koniec dnia pracy. A dla mnie każdy dzień jest ważny. Czuję, jak powoli tracę kontrolę nad moją budową. Codziennie coś! W większości niezależne ode mnie. Nikt na końcu nie będzie oceniał z jakich powodów zawaliłem prace. Odpowiedzialnym będę ja.

      Wracając do domu słuchałem wiadomści w radiu. Znów przekonałem się jak prasa kłamie. Tak jak po Strefie zero. Historie które dochodzą do nas z radia, gazet nie pokrywają się z tym co się naprawdę dzieje. W radiu mówili, że pracownicy przygnieceni byli do ziemi koszem tego dźwigu, sprzęt przez nich podawany brzmiał jak dźwig, który podnosi tysiące ton, etc. W telewizji wywiady dawali policjanci, strażacy, jak ratowali tych ludzi, jak stawiają ciężarówkę na koła. Ha, ha. To wszystko była nasza praca. Oni tylko zabrali rannych. Ale za to ja byłem z moimi trzema pracownikami a ich było ze stu!!! A każdy z nich wydawał rozkazy, szczególnie jak kamery na nich były skierowane.

Teraz trochę inna historia. Wszyscy wiemy, że banki są od tego żeby na nas zarobić a nie pomagać. Normalne, business. Ale tydzień temu zdałem sobie sprawę, jakie mogą być różne metody zarabiania na nas pieniędzy. Spróbuję to wytłumaczyć i będę używał równych cyfr, żeby łatwiej zrozumieć.

    Poprzedniego miesiąca, nie wysłałem do banku spłat za pożyczkę  za dom. Nie wiem jak to się stało, bo zawsze próbuję robić to na czas. Kiedy się o tym dowiedziałem, natychmiast wszedłem na komputer i elektronicznie wysłałem pieniądze. Dwa tysiące dolarów. Pieniądze te, tego samego dnia zniknęły z mojego konta. Czyli na razie wszystko w porządku. Zależało mi na szybkim naprawieniu sprawy, bo nie chcę mieć problemów z bankiem. Co dziennie sprawdzałem, czy pieniądze te przelane zostały do banku, który dał mi pożyczkę. Okazało się, że dostały się tam dopiero po 5 dniach. Czyli. Mnie pieniądze zabrali i przez cały tydzień byli ich właścicielami. Niby nic, ale!   Powiedzmy, że w moim banku (Citibank) jest 100000 ludzi (a jest dużo więcej) i każdy wysyła pieniądze w ten sposób. W ciągu jednego tygodnia bank trzyma 200,000,000 dolarów, które nie są ich. Powtarza się to co miesiąc, a także w resztę tygodni z innymi ludźmi bo każdy ma inne terminy do spłaty. Jak się temu dobrze przypatrzycie, to oni zawsze posiadają sumę 200 milionów, które do nich nie należą. Czyli dają mi pożyczkę na drugi dom z moich pieniędzy i zciągają ze mnie olbrzymie procenty nie inwestując w to jednego centa. Mądre?

    Jeszcze jedna ciekawa informacja. Kilka tygodni temu mieliśmy ciekawy przypadek w świecie finansów. Hakerzy podali na Twitter (podobne do Facebook), że w Białym Domu wybuchły dwie bomby. Sztuczka jest w tym że podali to (włamując się na ich strony) jako główna agencja prasowa. Na Wall Street wybuchła mała panika i Dow spadł natychmiast o 150. Szybko się wszystko wyjaśniło i wszystko wróciło do normy. Pokazuje nam to jednak olbrzymi problem. Który na razie nie istnieje w wielkiej formie. Teroryzm na komputerach. Możne tyle spraw zamieszać, że kiedyś spowodować mogą poważny kryzys na świecie. Zanim się wyjaśni (tym razem było krótkie) ludzie mogą potracić fortuny i inni mniejsze sumy ale wszystkie oszczędności całego życia. Mam nadzieję, że się mylę.

    Na zakończenie zdjęcie z tamtego tygodnia. Księżyc na mojej budowie o 6 rano.




A tutaj kolega zrobił zdjęcie naszemu kotu, w sobotę. Na zdjęciu napis - Jesteś w domu za wcześnie!

Sunday, April 21, 2013

Niedziela 21 Kwiecień

 

     Dzisiaj krótko i tylko zdjęcia po zakończeniu moich prac w domu.
Pierwsze zdjęcie z 2005-go roku. Nasz pokój do ćwiczeń i sauna.






 

Początek prac. Zlikwidowałem ścianę między tym pokojem a moim warsztatem. Przesunąłem saunę do warsztatu.





Tak wygląda to pomieszczenie po zakończeniu prac.

 
 
 

A tutaj mój warsztat. Niestety bardzo mały. Dlatego musiałem go dobrze zorganizować, żebym mógł wszystko znaleźć.

 
 

Krótki dodatek. Jak skończyłem pisać, wyszedłem na dwór coś sprawdzić i zastałem całe stado saren wcinających moją trawę i krzewy. Popiegłem natychmiast po aparat fotograficzny. Jak wróciłem, przesunły się do sąsiadów i po chwili odeszły ale udało mi się zrobić kilka zdjęć.


 

Friday, April 19, 2013

      Piątek 19 Kwiecień



    Prawdopodobnie to starość. Zamiast udać się z kolegami do baru albo na dyskotekę, spędzam piątek wieczór naciskając klawisze mojego komputera! Ciekaw jestem co będzie za dziesięć lat?
Spanko przy telewizorze?

     Skończyłem prace w moim domu. W ten weekend tylko posprzątam i będę mógł zrobić zdjęcia, żeby Wam pokazać. Teraz oczekiwał będę  na rozkazy generała, czyli mojej żony, na nowy projekt. Ciekaw jestem co wymyśli. Na pewno kilka tygodni zejdzie mi na posprzątaniu ogrodu, przycinaniu krzewów i innych prac na zewnątrz. Będę też musiał rozwalić część ściany między pralnią a łazienką. Zdarzyło się kilka razy, że po użyciu przez Wiesię mokrej sauny i prysznica,  pojawiła się woda na podłodze w pralni. Muszę dostać się do rur i sprawdzić gdzie jest przeciek no i oczywiście naprawić. Mam nadzieję, że sam zdołam to zrobić, bo hydraulicy są tu bardzo drodzy.

    W tym tygodniu założyłem także nowy termostat. Jest to najnowocześniejszy sprzęt tego rodzaju i ma wiele funkcji, które do tego czasu nie istniały. Ma nawet swoją nazwę: Gniazdo.



   Podstawowe funkcje są oczywiście takie same. Czyli zimą reguluje temperaturę na ogrzewanie mieszkania a latem klimatyzację. Teraz różnice.
  - Tarcza termostatu jest zawsze czarna ale w momencie, kiedy się przechodzi obok niego, natychmiast się włącza i pokazuje temperaturę w mieszkaniu.
  - Ma olbrzymią skalę programowania. Można ustawić go na każdy dzień i godziny. Czyli wychodząc (np.zimą) do pracy ustawiam go niższą temp. a jak wracam już jest cieplej a np. kładąc się spać, znów trochę chłodniej.
  -  Sam się uczy. Czyli jak bym nastawiał temp. ręcznie, bez programowania, po pewnym czasie będzie to robił sam.
  -  Jest podłączony do internetu, bezprzewodowo przez wi-fi. Mogę być w Polsce i kiedy wracam, mam możliwość zmiany temperatur z mojego telefonu. Także w każdej chwili widzę jaka jest temp. i np. w wypadku zepsucia się ogrzewania mogę zadzwonić do kogoś i poprosić go o wyłączenie wody, żeby nie zamarzła.
Piękna zabawka i działa naprawdę niezawodnie.

     Od kilku dni jestem trochę spokojniejszy. Wiesia ostatnio miała kłopoty w swojej pracy. Jej szef okazał się szowinistą i wykorzystywał ją w pracy. Pracowała po 12 godzin dziennie, także w soboty i wiele niedziel. Do tego nie miała za to płacone. Obiecywano duże bonusy a okazało się że dostawała jamłużnę. Konflikt ten się powiększał i nigdy nie byliśmy pewni, czy nie starci pracy, lub jej nie rzuci. W tym tygodniu miała spotkanie z właścicielem innej firmy i tego samego dnia została przyjęta. Zarobki podobne a może nawet lepsze a także lepszą pozycję. Będzie miała tytuł Senior V-ce President w dziale projektowania. Czyli nad nią jest tylko właściciel i Executive V-ce president. Firma nazywa się Haks. Jest stosunkowo młoda. Zaczęła jako firma mniejszości, bo właściciel pochodzi z Indii. U nas frimy należące do grup mniejszościowych (czyli prowadzone przez kobiety, czarnych, hiszpanów, indian etc) mają pomoc rządu. Część prac miasto i rząd federalny oddaje tym firmom. Rozwija się bardzo szybko i już ma biura w kilku stanach. Jej biuro znajduje się na Wall Street. Jest to bardzo stary, piękny budynek, który kiedyś był najwyższym w Nowym Jorku.

                                  Ten z zielonym (z miedzi) dachem

     Jeszcze krótko o najważniejszym wydarzeniu w Stanach. Na pewno wszyscy wiecie o wydarzeniu w Boston. Dwóch bombach, które wybuchły przy zakończeniu maratonu. W tej chwili, oglądam jak wywożą karetką pogotowia drugiego terorystę z Czeczni. Jego brat został zastrzelony przez policję, wcześniej. Kilka uwag.
   Po pierwsze trzeba przyznać, że nasza policja, FBI i inne służby są naprawdę pierwszej klasy.
Nie było możliwości, żeby te śmieci, terroryści mieli szanse na ucieczkę. Polowanie na nich było olbrzymich rozmiarów. Zrobili to też bardzo szybko.
   Po drugie, brzydzi mnie polityka liberałów, demokratów. Wszyscy byli w szoku z powodu zaatakowania niewinnych ludzi. Każde radio, mówiło o tym przez 24 godziny. Niestety w radiach liberałów, można było usłyszeć takie komentarze jak: mam nadzieję, że Ci którzy te bomby podłożyli, okażą się białymi ludźmi o konserwatywnych poglądach!  To jest na pewno robota ludzi, którzy nasłuchali się republikanów i Tea Party, etc. Nawet taką tragedię chcieli upolitycznić. Nie mogę tego pojąć. Każda grupa ludzi ma swoich ekstermistów. Komuniści, Konserwatyści, Demokraci etc. Nie można zaraz robić z tego polityki. Są to po prostu chorzy, zboczeni ludzie dla których życie innych ludzi nic nie znaczy.
I z nimi, tylko z nimi musimy walczyć. Jedyny problem, że większość z nich jest wiary muzułmańskiej. Uczeni są od dziecka nienawiści do zachodniej kultury i jest ich tak dużo, że trudno nam będzie z nimi wygrać. W tej chwili cieszy mnie, że jeden z nich nie żyje i mam nadzieję, że drugi szybko do niego dołączy!
   Jeszcze jedno. Dalej trwają polityczne walki o prawa do posiadania broni. W miasteczku, w którym chował się ten drugi, ogłoszone było, żeby wszyscy pochowali się w domach i nikomu nie otwierali. Nie wiadomo było gdzie się on pojawi. Ciekaw jestem, czy Ci, którzy są przeciwni posiadaniu broni, nie życzyli sobie w chwili kiedy siedzieli zamknięci w pokojach i oczekiwali na to co może się zdarzyć, żeby mieć pistolet w ręku? Ja na pewno chciał bym mieć broń w takich chwilach!

Żona mnie zapytała:
 – Ostatnio mnie zaniedbujesz. Kiedyś kupowałeś mi kwiaty i czekoladki, a teraz?
 – Czy ty widziałaś, żeby wędkarz dokarmiał rybę, którą złowi?
     I znów była awantura!

Friday, April 12, 2013



Verizon Nightmare! 



Do ostatniego tygodnia, mój serwis domowy na telewizję, telefon i Internet, obsługiwała jedna firma - Optimum. Kilka tygodni temu, zmienili oni swój system w telewizji i nie podobało się to Wiesi i Elaine. Zdecydowaliśmy się na zmianę firmy. Początkowo wszystko szło bardzo sprawnie. Najpierw załatwiłem firmę satelitarną (DirectTV). W ciągu dwóch dni pojawili się w domu. Założyli antenę. Nowy sprzęt i w ciągu kilku godzin, wszystko pięknie działało. Komunikacja z firmą działała tak jak powinna. Telefonicznie, bez problemu dostawałem się do ich reprezentanta i wszystko załatwiane zostawało w ciągu kilku minut.

Niestety, firma ta obsługuje tylko telewizję. Mają podpisany kontrakt z firmą telefoniczną (Verizon), która ma załatwiać resztę, czyli telefon i Internet. Tu zaczęły się problemy. Nie wiem dokładnie jak w Polsce rozwinięty jest system automatycznych sekretarek, ale tutaj wyprowadza mnie to z równowagi.

Telefon zaczyna się od długiej litanii, że oni są tutaj, żeby nam ułatwić życie i potrzebują kilka informacji a wtedy, wszystko załatwione będzie błyskawicznie. Wtedy maszyna zaczyna zadawać pytania. Twój numer telefonu, nazwisko, imię, adres, etc. Najpierw możesz odpowiadać i automat to rozumie a jak nie to każą Ci wciskać 1 za tak albo 2 za nie. Jak przez to przejdziesz to zadają Ci pytania w jakim celu dzwonisz. I podają kilka różnych problemów i masz podać, który jest Twój. Oczywiście zawsze jest tak, że Twojego problemu tam nie ma i już z lekko wrzącą krwią, naciskasz 5, że masz inny problem. Przechodzisz przez wiele takich warstw pytań i w końcu, przy gotującej się krwi w swoich żyłach, maszyna mówi Ci: OK. Najlepiej, jak połączymy Cię z naszym reprezentantem. Telefon będzie odebrany przez pierwszego wolnego operatora i czas czekania jest......... około 5 min. Aaaa!!

Bardzo grzeczny pan, podnosi słuchawkę po 5 minutach i zaczyna zadawać (k...wa!) te same pytania co maszyna. Załatwiłem z nim wszystko, zaznaczając, że chce mieć ten sam numer telefonu. Nie ma problemu. Technik zjawi się u pana za dwa dni. Czy muszę być w domu? Nie!

A co z modem do Internetu? Przyślemy pocztą. Sam mogę założyć. Bardzo łatwe.

Tak zakończyła się pierwsza część. Na drugi dzień, na wszelki wypadek sprawdzam stronę z Verizon (moje konto) i znajduje informację, że zmienili mi numer telefonu. Bang! Natychmiast na telefonie. Jak się domyślacie, przechodzę przez to samo. W końcu się do nich dostaję. Nie mają pojęcia co się stało. Zmieniają numer zamówienia, przesuwają datę instalacji. Wszystko ze słowami, jesteśmy tu, żeby Ci służyć. Na drugi dzień dostaję pocztą modem a na nastepny dzień jeszcze jeden, bo idioci jak zmienili mój numer to dla nich są dwa zamówienia.

Czwartek rano, w pracy, dzwoni moja komórka. Jestem zajęty. Odczytuję treść po pół godzinie i jest wiadomość, że technik będzie w moim domu za godzinkę, i że nic nie muszę robić. Great!

Wracam do domu. Zaraz po zaparkowaniu, sprawdzam połączenia na zewnątrz. Nic się nie zmieniło. Wchodzę do domu. Sprawdzam. Telefon i Internet działa, ale na starym połączeniu, czyli nic się nie zmieniło. Po godzinie tracę Internet i telefon. Verizon przejął numer ale mnie nie podłączyli, czyli nie mam NIC! Łapię komórkę i od nowa. Po 10 minutach udaje mi się dostać do żywej osoby. Tylko, że k....a w Indii. Nie mogę jej zrozumieć, próbuję jej tłumaczyć mój problem, ale ta nie ma pojęcia jak mi pomóc. Wreszcie pytam się, czy ona jest w naszym stanie, czy gdzieś w Indii? A Ta mi mówi, z silnym hinduskim akcentem: Tak ja jestem w Indii, ale to nie ma znaczenia. Nie ma znaczenia.... job Twoja mać! Ja mam problem w New Jersey, potrzebuje technika a ta mi chce naprawić telefon w Indii. Mówię, że to nie jest do przyjęcia, daj mi swojego szefa. Pstryk.... rozmowa zakończona. 40 minut na telefonie na nic. Od nowa. Następne 10 minut, przechodzenia przez maszyny. Do tego cały czas Ci powtarzają, że nie muszę siedzieć na tym telefonie, tylko mogę wejść na Internet i tam można to szybciej załatwić. Tu już krzyczę na biedną maszynę. Jaki Internet! Dobrze, że mnie nie rozumie.

Tym razem przechodzę przez trzy różne osoby. Każda odsyła mnie do nowej. Tłumaczą się, że to nie jest ich działka. Po trzeciej osobie, rozmowa zostaje przerwana. 50 minut na słuchawce!!! Nic nie załatwione.

Następna próba. Tym razem krótko. Tylko 10 minut. Po przejściu etapu z maszyną, zostaję rozłączony. Popielniczka jest pełna petów. Usuwam szklane rzeczy z mojej okolicy, bo jak będę rzucał rzeczami, nie chcę mieć szkła na podłodze. Może się napić wódki?

Jeszcze raz. Przyrzekam sobie, że ostatni. Najgorsze, że wściekam się nieraz na osoby, które nie są niczemu winne. Raz zgłasza mi się facet i głosikiem homo, mówi: How are you? Jak Ci przeleciał dzień? Wszystko w porządku? Are you f...ing kidding me!!! Mój dzień został zrujnowany przez Was!! W porządku? Oczywiście. Dzwonię, bo chciałem sobie z Tobą porozmawiać o wyższości Świąt Wielkanocnych nad Bożego Narodzenia!!!

Nie będę nawet próbował opisać co przeszedłem, przez ostatnie 70 minut, bo tyle trwała ostatnia rozmowa. Powiem tylko, że zakończyła się wielkim: pocałujcie mnie tam gdzie słońce nigdy nie wschodzi i zrezygnowałem z ich usług.

Następny telefon, już do Optimum i prośba o przyjęcie mnie z powrotem. Po pięciu minutach, miałem podłączony telefon i Internet. Spytałem się tego faceta, który mnie obsługiwał, czy nie chce wyjść wieczorem, czegoś się napić!! Potem wyszedłem na taras, zawyłem jak wilk, wróciłem do domu i poszedłem spać, bo było już bardzo późno.

Monday, April 8, 2013


    Poniedziałek 8 Kwiecień




Zacznę od wiadomości z Nowego Jorku. Mamy nowego sławnego Polaka w naszym mieście. Michał Jabłoński. W gazetach pojawił się artykuł i wywiad z tym 25-letnim „sprytnym„ chłopaku.

Opowiada, że był w Stanach kilka lat, wrócił do polski i trzy lata temu znów powrócił do Nowego Jorku. Tym razem doświadczony turysta, nie szukał mieszkania, tylko udał się do Nowojorskiego przytułku. Okazuje się, że nasze prawo miejskie, daje każdemu gwarancje przyjęcia do takich domów. Nie liczy się czy jesteś w kraju legalnie, z innego stanu, masz pieniądze. Nie ważne. I nie są to takie miejsca, które nieraz oglądaliście w filmach fabularnych. Wielkie hale, policja, gwałty i inne przestępstwa. Ten w którym on mieszka znajduje się w dzielnicy Chelsea. A tak on sam mówi o tym miejscu:

"Ludzie płacą 3.000 dolarów za mieszkanie tutaj, a ja mogę tu mieszkać za darmo!" Powiedział Michał Jabłonowski, 25, który przeniósł się z powrotem do miasta z rodzinnej Polski trzy lata temu, a obecnie przebywających w schronisku Bowery. "Mam jedzenie. Mam opiekę zdrowotną. To wspaniałe,'' Jabłonowski powiedział. "Tutaj, Miasto wspiera cię. Miasto pomaga Ci we wszystkim.'' "Dostajemy śniadanie, obiad i kolację. Mamy kuchnię mikrofalową i telewizor. Robią pranie za darmo ", zauważył Jabłonowski, który mieszkał w Nowym Jorku na rok przed powrotem do ojczyzny. Wrócił żeby żyć za darmo. Jabłonowski powiedział nawet dostaje przedpłacony telefon komórkowy - pozwalając na 1000 tekstów i 300 minut na miesiąc - "Teraz będę naprawiał zęby. Wszystko za darmo." poprzez Medicaid i chwalił się: "Kocham Nowy Jork, ponieważ nie można głodować w Nowym Jorku, można zawsze znaleźć jedzenie i ubrania ", powiedział. "Schroniska są naprawdę ładne. Masz czysty kąt. Miejsce do oglądania telewizji i przytulne, ciepłe miejsce do spania. Bezdomni mają tak dobrze, że nie chcą szukać pracy.''
     Do artykułu dodane są też krótkie wypowiedzi innych lokatorów tego przytułku. Ci pochodzą z innych stanów, ale twierdzą, że Nowy Jork jest najlepszy i tutaj się zjeżdżają.
     Może byłaby to ciekawa historia z miasta, które spełnia wszystkie nasze marzenia. Niestety, chciałoby się tam pobiec, sprawić im wielkie lanie i wyrzucić do innych krajów, stanów lub zagonić do pracy. Miasto im tego nie daje. My za to płacimy. Każdego roku więcej i więcej.
       Ciekawe jest też to, że sprawa była kiedyś w sądzie. Próba uregulowania przyjmowania do tych miejsc. Sąd odrzucił pozew i stwierdził, że każdy ma do tego prawo. My płacimy za mieszkanie, oni mają za darmo. My kupujemy ubezpieczenie (około $8000 na rok i dalej musimy płacić część kosztów medycznych), oni nie płacą centa. My płacimy za telefony, telewizję, pranie. Oni dostają to
wszystko bez opłat. Zapraszam do Nowego Jorku. Prawdziwy komunizm!!!

Wreszcie wiosna. Dzisiaj było 23 stopni Celsjusza. Jutro i w środę ma dojść do 27 stopni. W piątek zrobi się zimno (16 stopni). A jak idzie w Polsce ze sprzątaniem śniegu? Hi hi. Jestem trochę złośliwy.


   Wracam do zdarzenia na mojej budowie, o którym wspominałem Wam w rozmowie telefonicznej. Trzydzieści lat w zawodzie i jeden dzień, mógł przekreślić cały mój dorobek.
Tydzień temu, w piątek zaczęliśmy wbijać stalowe formy metalowe w celu zbudowania szalunku.
Wbijane są one w ziemię na głębokość 12 do 15 metrów.

Wbijane są tak, że później można kopać między nimi i powstaje głęboki  rów, wykop, w którym możemy bezpiecznie pracować i zakładać różne instalacje. W tym wypadku nowy system kanalizacji.





Wracam do piątku. Był to pierwszy dzień tej operacji, większość przeszła na montowaniu maszyny i przygotowaniu terenu. Poniedziałek jednak wyprowadził mnie z równowagi. Do południa nic nie zostało zrobione. Nawet jedna część szalunku nie została wbita w ziemię. Długa litania przeszła przez moje usta w kierunku moich pracowników. Pod koniec dnia, dużo się nie zmieniło. Wbili tylko jedną płytę. Do tego zwinęli się o trzeciej, czyli pół godziny za wcześnie. Dostało im się i groziłem, że wyrzucę wszystkich z pracy. Chcieli wracać, ale nie zgodziłem się, bo było już za późno. Na drugi dzień, zawsze jako pierwszy siedzę w biurze. Jest 6 rano. Powoli schodzą się moi pracownicy. W pewnym momencie, jeden z moich brygadzistów, rzuca pytanie. Jan? Czy tam gdzie wbijamy płyty, nie przechodzi podziemna, wysoko ciśnieniowa kanalizacja. W tej samej sekundzie zbladłem. Już wiedziałem, że wszyscy o tym zapomnieliśmy, ale ja jestem odpowiedzialny za wszystko, czyli to moja wina. Rury te przechodzą przez cały Brooklyn. W dzielnicy Coney Island są olbrzymie zbiorniki. Tam odprowadzane są wszystkie odchody z dolnej dzielnicy Brooklyn. Później olbrzymie pompy, przepychają to wszystko przez kilometry rur do dzielnicy Queens, gdzie znajduje się oczyszczalnia. Nie będę pisał o szczegółach technicznych. Jedno jest pewne. W momencie przebicia tych rur przez moje płyty, byłbym najsławniejszym Nowojorczykiem w tym dniu lub wielu dni. Setki tysięcy litrów odchodów wpłynęło by do oceanu, który jest tylko kilkanaście metrów o naszych wykopów. Budowa byłaby zatrzymana przez miasto i nie jestem sobie wyobrazić rozmiaru szkód. Pobiegłem natychmiast na miejsce tej operacji i zacząłem szukać czegoś, co dałoby mi jakiś namiar na tą linię. Znalazłem studzienkę i w prostej linii, od miejsca wbicia pierwszej płyty, zostało nam 3 metry. Czyli nie było tak źle i można było wbić jeszcze kilka z nich, bez problemu. Tym razem nie chciałem popełnić błędu. Natychmiast wysłałem koparkę i zaczęliśmy szukać rur. Tam gdzie obliczyłem, że powinna być, nic nie znaleźliśmy. Jeszcze pół godziny i jest. Dystans od płyty którą wbiliśmy i kanalizacji -.......tylko malutkie 2 centymetry. Gdyby nie urwali się z pracy wcześniej, była by tragedia.
Tym razem ktoś czuwał i się mną opiekował. Ludzie pracowali wolno, nic im nie wychodziło, urwali się wcześniej z pracy. Wszystko źle a tym razem dobrze. Dla porównania dodam, że przeciętnie wbijamy przynajmniej 15 takich płyt. A tutaj dwa dni tylko jedna. Czy ktoś wierzy w przeznaczenie?
Dodam, że byłem tak zdenerwowany, że musiałem udać się do wychodka i tutaj też nie będę pisał o szczegółach.