Powiem krótko. Wróćiliśmy z imprezy o 4 rano i dzisiaj nie jestem w stanie nic robić. A pamiętam czasy, kiedy kończyło się imprezę o 7 rano i w południe szło się na inną. Ale to sto lat temu.
Sunday, September 21, 2014
Friday, September 19, 2014
Wizyta u lekarza
Wczoraj przeżyliśmy bardzo męczący dzień. Mieliśmy umówione spotkanie z lekarzem, specjalistą związane z problemami córki. Miejsce docelowe bardzo daleko od nas, bo aż w Pennsylwanii i dojazd tam trwa około 4 godzin. Urwałem się z pracy i wyruszyliśmy o 12 w południe. Nie mieliśmy żadnych problemów w drodze i dobiliśmy na miejsce pół godziny przed czasem. Niepotrzebnie. Wszystko się przedłużało i czekaliśmy na wizytę aż 2.5 godziny. Byliśmy prawie zdecydowani „delikatnie„ im podziękować i wracać, ale to by nie miało żadnego sensu, bo i tak starciliśmy dużo czasu. Sama wizyta też trwała prawie godzinę, bo przy okazji ja skorzystałem i zrobili mi kilka testów.
Niestety wyniki dla Elaine nie są najlepsze. Po za drobniejszymi problemami, potwierdziło się, że jest duża mozliwość pojawienia się u niej cukrzycy. Będzie dalej musiała sprawdzić i potem martwić się będziemy co z tym zrobić. U mnie nie znaleziono żadnych problemów. Może tylko jeden, ale muszę zrobić więcej testów. Okazało się, że mam jakieś ciężkie metale (ołów, rtęć, etc.) w swoim organizmie.
Jest duża mozliwość, że to ze Strefy Zero.
Dopiero teraz zacząłem się zastanawiać, dlaczego badania, które mamy co kilka lat, związane z pracami w Strefie Zero, nie zawierają żadnych testów sprawdzających ten problem. Logicznym by się wydawało, że po wdychaniu tych wszystkich dymów, było takie zagrożenie. Następnym razem, będę musiał się spytać i poprosić o dokładniejsze testy.
Już po wizycie, byliśmy tak głodni, że jadąc, szukaliśmy miejsca gdzie można by było coś zjeść. I nie przeszkadzało nam (jesteśmy razem na diecie), zatrzymać się w znalezionym Taco Bell, czyli meksykańskie, bardzo dużo kaloryczne jedzenie.
Dobiliśmy do domu po 24-ej to znaczy, że zostało mi do spania tylko 4.5 godziny.
Dzisiaj skończyłem film z Afryki. W tej chwili ładuję pierwszą część do YouTube. Jak zwykle będę musiał trochę poczekać i zobaczymy, czy nie zablokują mi z powodu muzyki. Nie chcę jej zmieniać, bo wydaje mi się że bardzo pasuje do tego filmu i napracowałem się na wycinaniem fragmentów i dopasowaniem jej do nastroju całości. Jeżeli film zablokują, to proszę o powiadomienie i włożę go na Vimeo. Miłego oglądania. Ostrzegam, że sam koniec pierwszej części, zawiera sceny z ataku krokodyla na zebrę i nie wszyscy może chcą to oglądać. Skróciłem to do bardzo krótkiego fragmentu.
Kiedy to piszę, film jeszcze nie jest w pełni załadowany do YouTube. Trwa to nieraz chwilę, szczególnie że jest on w HD. Może to trochę potrwać. Ale niedługo powinien się pojawiać.
Labels:
Africa,
film z safari,
Kenia,
Tanzania,
wizyta u lekarza
Wednesday, September 17, 2014
Problemy w pracy
Skończyły się
opowieści o Afryce. Teraz powracam do monotonii codziennego życia. Chociaż
określenie to może nie jest trafne, bo te kilka miesięcy, aż do Nowego Roku, to
zawsze czas czymś wypełniony.
W ta sobotę
impreza u znajomej. Robi to co roku a głównym elementem jest pieczona świnia.
Oczywiście tańce i zabawa. Jest to dość daleko od nas w stanie Connecticut i
potrzebujemy 1.5 godziny, żeby tam dojechać. Za tydzień następna impreza u
innej pary. Tym razem kilka ulic od nas, więc można sobie pozwolić na trochę większą
ilość alkoholu. Później to już październik. 1 listopada coroczna zabawa
Halloween w naszym domu. Trzeba będzie wystroić dom i wszystko przygotować. Następnie
wiadomo, święta i Nowy Rok.
W pracy zaczynam
poważnie się martwić, co przyniesie nam przyszłość. Budowa która dostałem jest
od samego początku przegraną wojną. Ludzie, którzy pracowali nad jej kosztem i są
powodem, że ją wygraliśmy, zdali sobie sprawę jak bardzo źle wykonali swoją robotę
i dwóch z nich natychmiast rzuciło pracę a trzeci siedzi teraz w odwykówce dla alkoholików.
Tylko to wystarcza na zdanie sobie sprawy, że mam ciężki orzech do zgryzienia.
Obliczamy wstępnie, że cena jest za niska o około 20 milionów dolarów. To
jeszcze nie wszystko. Musi być wykonana w odpowiednim czasie albo będziemy
karani 19,000 dolarów za każdy dzień opóźnienia.
Sprawa
komplikuje się jeszcze bardziej, jeśli chodzi o samo jej wykonanie. W czasie
jej przebijania, mieliśmy kilku pod kontraktorów, którzy podali swoje ceny, za
wykonanie ich robot. Oczywiście przyjęliśmy je i dodane zostały do naszego głównego
kontraktu. Po wygraniu wszyscy zaczęli się wycofywać. Najpierw odpadli
hydraulicy. Za cenę jaka podali nie mogliśmy nikogo znaleźć i mój szef zdecydował
się, że ja sam muszę tą część wykonać. Potem odpadli malarze i oczywiście
następny jest dużo droższy. Jeszcze kilku innych i z tym teraz walczymy.
Żeby zacząć
cokolwiek robić, musimy zaprojektować z detalami metody wykonania każdej
czynności ( np. rozbiórki starej drogi). Plany które dostajemy są bardzo ogólne
i do naszych obowiązków należy znalezienie metod tych prac. Niestety co chwila
znajdujemy problemy, które coraz więcej utrudniają ich wykonanie, szczególnie że
walczymy z obniżeniem kosztów i skróceniem czasu. Staje się to po prostu
niemożliwe.
Trudno mi usnąć
co wieczór, bo zawsze coś nowego siedzi mi na głowie i próbuję to rozwiązać, a
kiedy mózg pracuje, sen jest prawie niemożliwy.
Może wiec dobrze jest, że można iść na imprezę i przy dobrej
zabawie trochę o tym zapomnieć.
Pracuje także
nad filmem z wakacji. Dopiero teraz przejrzałem wszystkie nakręcone filmy. Jest
bardzo dużo materiału i szkoda mi cokolwiek wycinać, ale i tak nie zmieszczę
się w mniej niż pół godziny. Będę musiał to podzielić na dwie części, żeby umieścić
w Youtube. Idzie mi dość dobrze i mam nadzieję,
że pod koniec tygodnia będę miał możliwość załączenia go na tej stronie.
Wolę jednak
pisać o czymś weselszym niż moje kłopoty, ale jest to problem którego nie pozbędę
się przez najbliższych kilka lat, więc chyba nieraz powróci.
Monday, September 15, 2014
Nairobi - Nowy Jork
30 Sierpień
Wyobraź sobie niekończące się sawanny z
przechodzącymi tysiącami gnu,
rozleniwione rodziny lwów rozłożone pod akacjami,
wody wypełnione dziesiątkami hipopotamów .
Wyobraź sobie miejsce, zupełnie nieświadome cywilizacji, gdzie zwierzęta nadal są władcami. Trudno uwierzyć, że takie miejsce nadal istnieje. To się nazywa Tanzania, Kenia, Botswana - Afryka. Jest ona jest mistyczna; kraj dziki ale ma swoje prawa; to upalne inferno w dzień a relaksujący chłód nocą, to raj dla fotografa. Czułem się w obowiązku podzielić się tym doświadczeniem podróży z innymi. Ta podróż to nie tylko wakacje, to pasja.
rozleniwione rodziny lwów rozłożone pod akacjami,
wody wypełnione dziesiątkami hipopotamów .
Wyobraź sobie miejsce, zupełnie nieświadome cywilizacji, gdzie zwierzęta nadal są władcami. Trudno uwierzyć, że takie miejsce nadal istnieje. To się nazywa Tanzania, Kenia, Botswana - Afryka. Jest ona jest mistyczna; kraj dziki ale ma swoje prawa; to upalne inferno w dzień a relaksujący chłód nocą, to raj dla fotografa. Czułem się w obowiązku podzielić się tym doświadczeniem podróży z innymi. Ta podróż to nie tylko wakacje, to pasja.
Będąc w Afryce, budząc się każdego ranka, martwię się że to już koniec.
Chce więcej. Niestety, kiedyś się to
musiało skończyć.
Śpimy dłużej, ale o 7 rano wszyscy wstajemy. Pakujemy resztę rzeczy i
udajemy się na ostatnie śniadanie.
Pożegnania z tymi co nas obsługiwali, byli dla nas bardzo mili i wracamy
do namiotu po nasz bagaż. Po drodze zmuszeni jesteśmy na przystanek. Na naszej
dróżce spotykamy dwie rodziny mangust, sprzeczających się o miedzę. Te
mniejsze, mangusty karłowate, bronią swoich terenów, przez które przechodziły
te większe, pręgowane. Kończy się to na obelgach (w ich języku), ale do rękoczynów
nie dochodzi. Prychają, sykają na siebie i po chwili te większe schodzą z drogi i znikają w krzakach.
Po rozliczeniu się w recepcji obozu, wsiadamy do jeepa i wyjeżdżamy na lądowisko
samolotów. Jest blisko obozu. Poranek jest chłodny i trochę zachmurzone. Dobry
czas na odjazd.
Kilka samolotów ląduje ale nasz spóźnił się o pół godziny.
Wylatujemy do Nairobi. Przelot bardzo
przyjemny. Można pod nami oglądać widoki
Afryki.
Zwierzęta to małe kropki, ale dalej można je rozróżnić. Po jakimś czasie pojawiają się chmury, które są zaraz pod naszym samolotem. Lądujemy szczęśliwie na małym lotnisku, pełnym różnej wielkości samolotów, należących do organizacji charytatywnych jak UN, Czerwony Krzyż, etc.
Zwierzęta to małe kropki, ale dalej można je rozróżnić. Po jakimś czasie pojawiają się chmury, które są zaraz pod naszym samolotem. Lądujemy szczęśliwie na małym lotnisku, pełnym różnej wielkości samolotów, należących do organizacji charytatywnych jak UN, Czerwony Krzyż, etc.
Do tego momentu pisałem co nas spotkało, czyli o wrażeniach bardzo przyjemnych.
Niestety od tej chwili to horror!
Już od wczoraj zdałem sobie sprawę (niestety, przeoczyłem to w programie
naszej wycieczki), że w Nairobi mamy 11 godzin między lotami. Podano nam opcję,
że możemy wynająć jakiś pokój na przeczekanie tego czasu, lub wynająć samochód
z przewodnikiem na wycieczkę po Nairobi. Wszystko to oczywiście za dodatkowy koszt.
Jeszcze przed tym zabrano nas do olbrzymiej restauracji ( to było już wliczone
w całość). Był to rodzaj BBQ – jedz bez ograniczeń.
Do stołu donosili nam co chwila wszystko co można było upiec. Od zwykłego kurczaka, wołowiny, owcy, indyka do egzotycznych jak struś, krokodyl a nawet: bycze jaja!
Do stołu donosili nam co chwila wszystko co można było upiec. Od zwykłego kurczaka, wołowiny, owcy, indyka do egzotycznych jak struś, krokodyl a nawet: bycze jaja!
Wieśka zdecydowała się skosztować tego smakołyku bez zastanowienia, ja z
Elaine broniliśmy się przez długi czas, aż wreszcie skubnęliśmy po kawałku. Nic
specjalnego.
Posiedzieliśmy dość długo. Nie było gdzie się spieszyć i zdecydowaliśmy
się na wycieczkę po stolicy Kenii.
Domyślaliśmy się, że było to po prostu naciągniecie nas na dodatkowy
koszt. Wylatując z naszego obozu, dowiedziałem się, że są tam loty do Nairobi dwa razy dziennie. Drugi około
17-ej, czyli byłoby to dla nas idealne,
bo samolot do Amsterdamu wylatuje o 22:30. Ale firma turystyczna wysyłając nas
wcześniej, zarobiła na obiedzie no i oczywiście na tej wycieczce samochodem.
(Teraz już dodam, że po powrocie, zrobiłem im poważną awanturę i
dostajemy częściowy zwrot kosztów za ten dzień)
Wypytuje się przewodnika o miejsca, które warto zobaczyć. Najpierw
prosimy, żeby pojechać do centrum. Ten odradza i ostrzega, że są tam olbrzymie
korki i może być to nieprzyjemne. Zresztą przekonaliśmy się o tym, przejeżdżając
przez kilka skrzyżowań. Każde z nich to koszmar. W większości okrężnice, brak świateł, nikt
nie przestrzega przepisów. Przez jedno przejeżdżaliśmy 20 minut. Samochody wyrzucają kłęby brudnego dymu. Nie
ma czym oddychać. Zaczęła boleć mnie głowa.
Ta wycieczka od samego początku nie miała sensu. Tu nic nie ma do
oglądania. Wybieramy miejsce, które po nazwie wygląda jak przytułek dla
opuszczonych dzikich zwierząt.
Cholera! Znów błąd. Wygląda to jak ZOO, tylko, że tu znajduje się dużo lwów
i kilka innych zwierząt. Przeszliśmy to wszystko w ciągu 5 minut. Tym bardziej
był to absurd, że wracamy z 10-cio
dniowym safari. Następnie zaczęło kropić i musieliśmy kupić parasolki po 10 dolarów,
czyli razem 30 a samo wejście kosztowało nas 75 dolców.
Wychodzimy coraz więcej podrażnieni tą sytuacją. Przewodnik chce zabrać
nas do innego miejsca, gdzie można karmić dzikie zwierzęta. . Ja natychmiast protestuję.
Proszę o znalezienie jakiegoś parku, gdzie można po prostu pochodzić dla
zabicia czasu.
Zabiera nas do głównego, gdzie stoi ich pomnik wyzwolenia kraju.
I tu muszę płacić za parking, tym razem to tylko 5 dolarów.
I tu muszę płacić za parking, tym razem to tylko 5 dolarów.
Sytuacja pogarsza się z minuty na minutę. Park (trudno to nazwać
parkiem), ma jedną alejkę z piachu, jeden pomnik (ten dla nich ważny) i kilka
marniutkich drzew posadzonych przez prezydentów, premiera i ważne osobistości.
Do tego zacząłem się źle czuć. Chyba te jaja byka! Muszę do toalety. Okazuje
się że jest tu jedna. Biegnę w tym kierunku. Tam siedzi babcia klozetowa i nie
chce mnie wpuścić, bo chce opłaty w walucie kenijskiej. Dopiero po wielu
prośbach, przyjmuje dolara i pozwala mi wejść. Wewnątrz toalety znajduję dziury w
podłodze. Do tego bardzo małe. Namyślam się jak ja w to trafię. Zresztą
wszystko pokryte jest tym, czym ludzie nie trafili. Nie mogę i nie będę opisywał
całego moje tam doświadczenia, powiem tylko, że wyszedłem więcej chory niż wszedłem.
To wystarczyło. Zostało nam jeszcze 6 godzin, ale mówimy mu że
rezygnujemy z wycieczki i prosimy o podwiezienia na lotnisko. Płacić musimy całą
sumę.
Lotnisko straszne. Nie ma czym oddychać. Po kilku godzinach, wpuszczają
nas (powyżej 200 osób) do jednego pomieszczenia, skąd mamy wsiąść na samolot.
Brak miejsc do siedzenia. Niektórzy muszą stać. Za chwile ogłoszenie, że samolot opóźniony jest
o dwie godziny. Jesteśmy wykończeni. Jest duszno, gorąco. Spoceni, zmęczeni
doczekujemy się momentu, kiedy otwierają drzwi i wsiadamy do samolotu.
Teraz 8 godzin. Jedzenie okropne. Nic nie zjadłem. Na szczęście byłem
tak zmęczony, że część lotu przespałem. W czasie startu, byliśmy już 13 godzin
w podroży. Po wylądowaniu – 21 godzin. Teraz mamy 11 godzin czekania, czyli 32 godziny.
I ostatni lot do NY – 8 godzin, to suma 40 godzi. Można by było oblecieć całą
kulę ziemską.
Mieliśmy w planie wypad do miasta ale nikt z nas nie miał już na to
ochoty. Miałem zamówiony hotel przy lotnisku, niestety tylko do 12 godziny w
południe. Wystarcza nam to jednak na prysznic i kilka godzin snu. Po tym udajemy się do restauracji i na koniec do
lobby na kawę i ciastko. Tak wytrzymujemy do 15-ej. Jeszcze trzy godziny i do
domu.
Trzeba będzie szybko zapomnieć o tym koszmarze, bo zepsuje nam piękne wspomnienia z naszego safari. Nauczy
mnie to jednak, dokładnego sprawdzania planu wycieczki.
Labels:
horror,
Nairobi,
powrót,
Pożegnanie,
przeloty
Saturday, September 13, 2014
Ostatni dzień
29 Sierpień
Czas upłynął bardzo szybko i wakacje
dobiegają końca. Zaczynamy od tej samej pobudki o 6 rano. Stoliczek wstawiony
do namiotu, kawa, herbata i to ciasteczko, które nadaje się dla pigmeja a nie
dla nas. To jest złośliwe podawanie czegoś takie. Tym razem przezornie przy
wczorajszej kolacji zrobiliśmy sobie po bułce z masłem, bo tak na pusty żołądek
to trudno wytrzymać te kilka godzin. Dogadujemy się z przewodnikiem, że jest to
nasz ostatni dzień i chcemy wszystko robić spokojnie i relaksowo. Jeżeli coś
spotkamy to dobrze ale jak nie, to nie ma co szaleć i szukać. Będziemy cieszyć
się oglądaniem terenów Afryki i tego co spotkamy. On jednak próbuje jeszcze raz
znaleźć geparda.
Pierwszy przystanek jest przy bardzo dużej grupie sępów, zjadających jakieś
pozostałości po obiedzie lwów. Między nimi stoją Marabuty a także szakale.
Wszyscy walczą o najmniejszy kawałek. W czasie kiedy to oglądamy, pojawia się słońce i ostatni raz przyglądamy się sawannie przy tym wschodzie.
Jest to też dzień w którym ponownie poznajemy inność tutejszej pogody. Przede wszystkim jesteśmy wysoko nad poziomem morza, ale także są to tereny półpustynne, bardzo suche. Temperatura potrafi spaść, lub podnieść się w ciągu jednej godziny o 15 stopni Celsjusza. Dziewczyny zawinięte w koce, czekają na powrót ciepła.
Wszyscy walczą o najmniejszy kawałek. W czasie kiedy to oglądamy, pojawia się słońce i ostatni raz przyglądamy się sawannie przy tym wschodzie.
Jest to też dzień w którym ponownie poznajemy inność tutejszej pogody. Przede wszystkim jesteśmy wysoko nad poziomem morza, ale także są to tereny półpustynne, bardzo suche. Temperatura potrafi spaść, lub podnieść się w ciągu jednej godziny o 15 stopni Celsjusza. Dziewczyny zawinięte w koce, czekają na powrót ciepła.
Po sępach spotykamy rodzinę hien,
dużo słoni, afrykańskie orły
i oczywiście wszystkie te które są z nami na co dzień – antylopy.
dużo słoni, afrykańskie orły
i oczywiście wszystkie te które są z nami na co dzień – antylopy.
Jest bardzo wcześnie i zwierzęta są bardzo ożywione. Obserwujemy wiele
walk (często zabaw) między antylopami. Walczą na rogi, gonią się po sawannie.
Cały czas coś się dzieje ale geparda nie możemy spotkać. Wracamy na śniadanie, bardzo ważny moment w naszej codzienności.
Później pijemy herbatkę w naszym namiocie. Wiesia przywiozła kubeczki i termos (także herbatę). Codziennie prosimy o gorącą wodę i w każdej chwili mamy coś do picia.
Cały czas coś się dzieje ale geparda nie możemy spotkać. Wracamy na śniadanie, bardzo ważny moment w naszej codzienności.
Później pijemy herbatkę w naszym namiocie. Wiesia przywiozła kubeczki i termos (także herbatę). Codziennie prosimy o gorącą wodę i w każdej chwili mamy coś do picia.
Zabawne jest to, że kubki (prawdopodobnie dla małych dzieci) mają wmontowaną rurkę, z której można wypijać
zawartość ale oczywiście nie gorącej herbaty i nie używamy ich, ale wystają one
z krawędzi kubka. Śmieję się, że nie wiem co złego jest z tą Wiesi herbatą, ale
musi być stara lub zatruta, bo po każdym piciu boli mnie jedno oko!
Safari w południe zaczynamy od przystanku nad rzeką. Są tam bawoły i
hipopotamy. Zaraz po tym wita nas duża rodzina słoni. Jeden z nich tarza się w błocie.
Jest to bardzo typowe dla słoni. Błoto zastępuje kremy chroniące nas od słońca i nie muszą za to płacić. Następnym razem radzę spróbować.
Jest to bardzo typowe dla słoni. Błoto zastępuje kremy chroniące nas od słońca i nie muszą za to płacić. Następnym razem radzę spróbować.
Zatrzymujemy się w jednej z tutejszych oaz roślinności. Jest też średniej wielkości staw w większości
pokryty czymś podobnym do rzęsy. Dużo drzew, czyli cień, gdzie zwierzęta mogą
się ochłodzić. Oprócz tych zadawalających oczy widoków, przyglądamy się
antylopom Gnu i dużej ilości ptactwa.
Najwięcej jednak ciekawią nas gromady małp. Najpierw koczkodany, ich igraszki, zabawy. Między tym beztroskimi zajęciami, zawsze jest chwila na higienę, czyli wybieranie sobie nawzajem kleszczy i innego robactwa siedzącego w sierści i natychmiastowe ich zjadanie. Przyjemne z pożytecznym.
Najwięcej jednak ciekawią nas gromady małp. Najpierw koczkodany, ich igraszki, zabawy. Między tym beztroskimi zajęciami, zawsze jest chwila na higienę, czyli wybieranie sobie nawzajem kleszczy i innego robactwa siedzącego w sierści i natychmiastowe ich zjadanie. Przyjemne z pożytecznym.
Druga grypa to pawiany. Te siedzą w płytkiej wodzie chłodząc się ale
jednocześnie coś jedzą. Nie jestem pewien czy tą rzęsę, czy coś w niej znajdują.
Najciekawszy jest malutki pawian i na niego skierowane są nasze oczy.
Są tam też dwa hipopotamy, które nieruchome, częściowo wynurzone są z
wody i pokryte tym co zarasta te wody.
Powrót na lunch. Mamy 3 godziny. Jest za gorąco żeby jeździć. Zresztą
wszystkie zwierzęta też chowają się przed tym skwarem. Wykorzystuje ten czas i
proszę pobliskiego strażnika, żeby zaprowadził mnie do naszej rzeki, gdzie
wypoczywają olbrzymie krokodyle. Są tu dwie rodziny. Podobno złożyły tu jajka
(około 50), które przykryte są teraz piaskiem. Przy nich zawsze czuwa matka.
Zbliżam się do nich na odległość może 5
metrow. Pamiętam dobrze wskazówkę jednego z tubylców, że jak krokodyl, aligator
Cię goni, to nigdy nie uciekaj prosto. Nie masz szans i staniesz się pokarmem.
Trzeba biec zygzakiem, bo krokodyle na lądzie, nie mają możliwości szybkiego skręcania,
przez co tracą szybkość. Tak więc myśląc
o tym i na włączonym wstecznym biegu robię im zdjęcia.
Czuję się jednak dużo lepiej jak się od nich oddalam.
Czuję się jednak dużo lepiej jak się od nich oddalam.
Wracając , już blisko namiotu, spotykam dużą rodzinę mangust. Ten rodzaj
zwierzątka ma bardzo dużo odmian, ale spotkane wyglądają na rodzinę mangust
karłowatych.
Ostatnie safari. Już przy wyjeździe widzimy, że pogoda nas zawodzi.
Bardzo się chmurzy. Za to zdjęcia są efektowne.
Jeszcze raz przechodzi rodzina słoni.
Kilka maluchów goni się między starszymi.
Jeden z mniejszych, potyka się bez przerwy i przewraca.
Jeden z mniejszych, potyka się bez przerwy i przewraca.
Chmurzy się coraz bardziej i temperatury
spadają do takich, że zmuszają kobiety do wyciagnięcia koców.
Na pobliskim kopcu termitów, siedzą sępy. Robię kilka zdjęć, ale
zastanawiamy się dlaczego one się tu zebrały.
Szczególnie, że co chwila przylatuje nowy.
Wreszcie znajdujemy przyczynę. Za pobliskim drzewem znajduje
się to czego szukaliśmy cały poranek. Jest Gepard. Musiał niedawno upolować to
co ma przed sobą.
Widocznie jest już dobrze najedzony, bo po 5 minutach zostawia swą zdobycz i odchodzi. Dowiadujemy się, że Gepard nigdy nie kończy swego jedzenia i zostawia większość dla innych. W przeciwieństwie do lwów, w chwili kiedy odejdzie od tego miejsca, nigdy już tam nie powraca. On spożywa tylko świeże mięso. Lwy, lamparty mają inny system trawienia i posiadają jakieś bakterie, które pozwalają im na spożywanie padliny a gepard tego nie maja i gdyby to jadł mógłby puszczać pawia, tak jak my po całonocnej imprezie.
Szczególnie, że co chwila przylatuje nowy.
Widocznie jest już dobrze najedzony, bo po 5 minutach zostawia swą zdobycz i odchodzi. Dowiadujemy się, że Gepard nigdy nie kończy swego jedzenia i zostawia większość dla innych. W przeciwieństwie do lwów, w chwili kiedy odejdzie od tego miejsca, nigdy już tam nie powraca. On spożywa tylko świeże mięso. Lwy, lamparty mają inny system trawienia i posiadają jakieś bakterie, które pozwalają im na spożywanie padliny a gepard tego nie maja i gdyby to jadł mógłby puszczać pawia, tak jak my po całonocnej imprezie.
No i udało nam się postawić na mojej liście, znaczek przy gepardzie. Z
listy tej zostały mi tylko dwa punkty. Nosorożec i ptaki flamingi. Chociaż
widzieliśmy ich w Tanzanii, jednak z bardzo dużej odległości i nie mogę
powiedzieć, że jest to zaliczone. Innym razem.
Czas na powrót. Po drodze zaczyna kropić. Jeszcze przed dojazdem,
zatrzymujemy się pod samotnym drzewem na kawę i ciastko. Jesteśmy w centrum
olbrzymiego stada antylop. Jest chłodno i dalej kropi, więc nie pozostajemy tu
długo, nie sprawia nam to przyjemności. Pijemy szybko i wracamy.
Czeka nas jednak jeszcze jedna niespodzianka. Zaraz przy samym obozie
spotykamy olbrzymie stado lwów. Każdy siedzi, lub leży osobno, w dość dużym
oddaleniu od siebie. My podjeżdżamy do lwa i trzech lwiątek. Ta grupa świetnie
się bawi. Lew udaje ataki i wpada na małe, łapie je w paszczę. Przewracają się
i goniąc, zbliżają się do naszego samochodu na odległość 5 metrów.
Lew się trochę zmęczył i przysiada. Małe bawią się nadal. W pewnej chwili, ojciec wyciąga łeb i spogląda w bok. Musiał coś zauważyć. Może coś do upolowania.
Ja kręcę film, robię zdjęcia na wprost niego. Ten po chwili odwraca łeb i patrzy prosto na mnie.
Zdaje sobie sprawę, że ja też jestem dla niego kawałkiem mięsa. Daje znak kierowcy, że mam już dość zdjęć i odjeżdżamy.
Lew się trochę zmęczył i przysiada. Małe bawią się nadal. W pewnej chwili, ojciec wyciąga łeb i spogląda w bok. Musiał coś zauważyć. Może coś do upolowania.
Ja kręcę film, robię zdjęcia na wprost niego. Ten po chwili odwraca łeb i patrzy prosto na mnie.
Zdaje sobie sprawę, że ja też jestem dla niego kawałkiem mięsa. Daje znak kierowcy, że mam już dość zdjęć i odjeżdżamy.
Już w obozie, żegnamy się z naszym kilkudniowym przewodnikiem.
Oczywiście mój portfel staje się lżejszy, bo każdemu trzeba zostawić typy.
Wracamy do namiotu.
Teraz trochę odpoczynku, zwijanie rzeczy. Trzeba zacząć się pakować.
Wszyscy bierzemy prysznic. Ja niestety ostatni i martwię się że skończy mi się gorąca
woda. Każdy namiot ma z tylu mały piecyk. Co jakiś czas przychodzi tam jeden z
pracowników i dorzuca drewna do rozpalonego pieca. Nie wiem ile jest tam wody,
ale nie potrzebnie się martwiłem. Wystarczyło.
Elaine po umyciu włosów chciała je wysuszyć. Tu nie ma jednak suszarek i
nie pozwalają używać własnych i bezpieczniki by na to nie pozwoliły. Kazali jej
iść do łazienki przy barze. Tam jest suszarka. Po 15 minutach wróciła cała roztrzęsiona.
Ona, jak już wspominałem, brzydzi się wszystkich robaków. Mówi, że tam były
wszędzie. Jak suszyła, to cały czas pokrzykiwała a na koniec szybko wypadła z
namiotu prosto na dużą pajęczynę.
Już wymyci, przebrani, udajemy się na ostatni obiad. Jak zwykle wszystko
bardzo smaczne. W połowie posiłku, zdaję sobie sprawę, że nad nami wiszą małe
nietoperki ( czeska nazwa podoba nam się bardziej). Co jakiś czas odrywają się
i przelatują nad naszymi głowami. Może dlatego nie ma tu światła, żeby ludzie
się nie przestraszyli.
Labels:
gepard przy zdobyczy,
Kenia,
koczkodany,
krokodyle,
Ostatni dzień,
pawiany,
walki antylop,
zabawa lwów
Friday, September 12, 2014
Rocznica 11 września
Wczoraj
minęła 13 rocznica 11 września. Przez zrządzenie
losu i częściowo przez przypadek, zostałem świadkiem tych wydarzeń. Od
pierwszego dnia do ostatniego,
oficjalnego zaznaczonego jako zakończenie odgruzowywania terenów Strefy
Zero.
W czasie tych wszystkich minionych lat, zdecydowałem się tylko kilka
razy powrócić w to miejsce i to nie z osobistych względów. Kilka razy
oprowadzałem znajomych i rodzinę w tej okolicy i kilka razy z TVP w dniach
rocznicy tego wydarzenia. Nigdy jednak nie zaszedłem dalej niż ten otwarty
plac, na którym zbudowany jest park i muzeum WTC. Chociaż ciekawi mnie co
umieszczone jest wewnątrz budynku muzeum, które z wydobytych przeze mnie
pamiątek zostało tam umieszczonych, czy wiszą zdjęcia które robiłem w czasie
tych prac. Nie jestem jeszcze gotowy żeby tam zajrzeć. Wiem tylko z relacji
znajomych, że szyba z 82-go piętra, którą odnalazłem i uratowałem jest jednym z
eksponatów. Ale osobiście wydostałem dużo więcej ciekawych materiałów. Nie wiem
czy się tam znajdują.
Każdy z nas przeżył jakąś osobistą tragedię.
Nie ma możliwości porównywania ich do siebie. Strata jednej osoby, może
zostawić większy odcisk w psychice danej osoby, niż oglądanie śmierci wielu
przez kogoś innego. Ja zostawiłem to wszystko z daleka za sobą.
Potrafię o tym rozmawiać, choć w
większości tego unikam. Na co dzień, chwile te zamykane są w najgłębszych
zakamarkach mojej pamięci.
Pamiętam pierwsze dni, tygodnie, gdzie byłem dumny z Nowojorczyków za postawę
w tych chwilach. To się jednak zmieniło.
Dużo z nich wykorzystało to wydarzenie
na zrobieniu pieniędzy. Pojawiło się wielu oszustów. Większość zapomniała o tym
kto popełnił to przestępstwo i dalej po tylu latach nie są przygotowani na to,
że pewnego dnia stanie się coś podobnego. Może nie w NY, może nawet nie w
Stanach. Mam nadzieje, że się mylę.
Będąc z TVP w tym miejscu, oglądałem turystów rozciągających ręce, z
radosnym uśmiechem kiedy inny robił im zdjęcie wołając: uśmiechnij się! Nie przypominam sobie, żeby ktokolwiek zachowywał
się tak na cmentarzach. Ale niestety, miejsce to stało się największa atrakcją
Nowego Jorku i zwiedzający, w większości, nie wyobrażają sobie chwil i dni
jakie my tu przeżyliśmy.
Odchodziłem z tego miejsca, widząc czarne chmury pokrywające zburzone
budynki. W tym samym miejscu, którym stałem, 13-cie lat temu, szedłem pierwszy
raz i potykałem się o ludzkie szczątki.
Dawno temu, nasi rodzice, dziadkowie po przeżyciu
II-ej wojny światowej powtarzali słowa – „Nigdy więcej”. Dzisiaj chciałbym powiedzieć to samo.
Labels:
muzem WTC,
rocznica 11 września,
Strefa Zero,
WTC
Wednesday, September 10, 2014
Kenia - kraina lwów
28 Sierpień
Pobudka o 6 rano. Głos z zewnątrz delikatnie
próbuje nas obudzić. Ja pierwszy z naszej rodziny otwieram oczy i pozwalam mu wejść. Jest jeszcze całkiem
ciemno. Rozsuwa zamek przy wejściu do namiotu. Po cichu wnosi stołek na którym
stawia świeżą herbatę i kawę. Także po jednym ciasteczku. Elaine nie wstaje. Źle się czuje. My w pół
godziny musimy być gotowi. Dzisiaj pierwszy raz nie jesteśmy sami. W jeepie
przysiada się do nas para z Niemiec.
Wyjeżdżamy przy wschodzie słońca i takie jest pierwsze zdjęcie dnia. Czy
ładnie?
Zaraz po tym spotykamy dziesiątki sępów. Siedzą na świeżo zabitej antylopie. Nagle wszystkie się podrywają i przysiadają obok. Nadbiega lwica. To jest jej zdobycz. Natychmiast zabiera się do jedzenia, ale cały czas się rozgląda.
Okazuje się że czekała na rodzinę. Po chwili podchodzą dwie dodatkowe lwice a za nimi kulejący lew. Ten zatrzymuje się w oddali i rozsiada wygodnie. Nowo przybyłe nie są głodne i rozkładają się obok pierwszej, która spokojnie pożera zdobycz.
Zaraz po tym spotykamy dziesiątki sępów. Siedzą na świeżo zabitej antylopie. Nagle wszystkie się podrywają i przysiadają obok. Nadbiega lwica. To jest jej zdobycz. Natychmiast zabiera się do jedzenia, ale cały czas się rozgląda.
Okazuje się że czekała na rodzinę. Po chwili podchodzą dwie dodatkowe lwice a za nimi kulejący lew. Ten zatrzymuje się w oddali i rozsiada wygodnie. Nowo przybyłe nie są głodne i rozkładają się obok pierwszej, która spokojnie pożera zdobycz.
Wygląda na to, że dzisiaj jest dzień lwów. Dosłownie za kilka minut,
prawie wjeżdżamy na druga grupę, także
przy świeżo zabitej antylopie Gnu. Tym razem są tam też małe lwiątka.
Znów oglądamy przez chwilę i jedziemy dalej. Nawet nie wspominam o drobnych spotkaniach, bo jest ich zbyt dużo. Antylopy, bawoły, dużo różnych ptaków. Co chwila pojawia się inny gatunek i na tych pięknych terenach czuje się prawdziwa Afrykę.
Znów oglądamy przez chwilę i jedziemy dalej. Nawet nie wspominam o drobnych spotkaniach, bo jest ich zbyt dużo. Antylopy, bawoły, dużo różnych ptaków. Co chwila pojawia się inny gatunek i na tych pięknych terenach czuje się prawdziwa Afrykę.
Dużo więcej interesująca jest rodzina hien. Są w każdym rozmiarze. Od kilkutygodniowych
do dorosłych. Uczymy się, że hieny chowają małe w jakimś dołku, norze i znikają
na długi czas, żeby zdobyć pożywienie. Po powrocie, małe mogą wyjść i się
pobawić. Jesteśmy dokładnie w tym czasie.
Oglądamy radość małych hien i ich zabawy.
Oglądamy radość małych hien i ich zabawy.
Kręcimy się po tej okolicy przez jakiś
czas, zaliczając następne spotkania i
wracamy na śniadanie. Musze trochę napisać o naszych towarzyszach z Niemiec.
Nie mogę się napatrzeć na tego faceta. Jest ciekawszy od lwów. Typowy „narcyz”, musi siebie uwielbiać, bo cały
czas robi sobie zdjęcia i do tego
i-phonem . Celem jest złapanie też widoków za nim, ale oczywiście trzymając
telefon przed sobą, na ekranie mieści się tylko jego twarz. Widać także jego
znajomość w technice robienia filmów. Kręci bez przerwy, nie ważne co i do tego
w czasie jazdy a tu jeździmy po polach, czyli przez górki i dołki. Obserwuje jego ekran i widzę
niebo, trawa, niebo trawa i to z dużą częstotliwością. Będę szukał na youtubie
jego filmu. Na pewno będzie ciekawy.
Elaine już na nas czeka. Czuje się dużo lepiej. Idziemy na śniadanie, które podobnie do
innych posiłków, serwowane jest na otwartym terenie.
Przepiękna pogoda i bardzo smaczne jedzenie. Na razie, w porównaniu z innymi miejscami, w tym obozie podają najsmaczniejsze posiłki..
Przepiękna pogoda i bardzo smaczne jedzenie. Na razie, w porównaniu z innymi miejscami, w tym obozie podają najsmaczniejsze posiłki..
Wyprawa między śniadaniem a lunchem jest najkrótsza, tylko 1.5 godziny,
poruszamy się więc tylko w okolicy obozu. Tym razem nie spotykamy nic
wyjątkowego. Tym bardziej, że jesteśmy już trochę rozpieszczeni i większość zwierząt
nas nie zadawala. Najciekawsze chwile, to spotkanie walczących ze sobą antylop
gazel. Podobnie jak barany, kozice, wpadają na siebie i zderzają się rogami.
Znów powrót, lunch i odpoczynek. W tej chwili udało mi się połączyć
przez skype z Olą i Kaziem i rozmawiamy przez chwilę.
Jeszcze przed wyjazdem, zauważyłem w rzece Mara, jakieś kotłowanie. To
dwa duże hipopotamy walczą ze sobą. Co chwila woda się burzy i dwie olbrzymie
paszcze wpadają na siebie. Moment przepychania i wszystko znika pod żółtą wodą.
Oddalają się po tym ataku i za chwilę powtórka z rozrywki. Ja zawsze z
aparatem, więc udaje mi się to złapać w obiektywie.
Podczas popołudniowego safari, spotykamy kilka ciekawych okazów ptaków.
Przed wyjazdem, prosiłem, żeby podjechać do miejsca, gdzie możemy pooglądać krokodyle. Dowiózł nas tam po godzinie. Jest ich bardzo dużo. Jedne wylegują się na piaskach przy rzece inne pływają.
Przesuwamy się kilometr w dół rzeki. Jest tu widoczne miejsce, gdzie zwierzęta przekraczają rzekę. Po dwóch stronach stoją zebry i pilnie obserwują wodę. Po przeciwnej stronie są cztery. Jedna decyduje się i ostrożnie zbliża się do brzegu. Nie chce się przeprawiać, tylko zaspokoić pragnienie. Pije szybko i odsuwa się od brzegu. Wtedy pozostałe, kolejno robią to samo. Nic się nie zdarzyło i powoli się oddalają. Po naszej stronie stoi duże stado. Boją się jednak zbliżyć. W pewnej chwili z oddali zbliża się szybko pojedyncza zebra. Na nic nie zważając, zaczyna przechodzić na drugą stronę. Udało jej się posunąć o kilka metrów. Pod wodą czekał krokodyl. W pewnej chwili woda się spieniła i zebra znika. Od tej chwili to sceny, które oglądałem tylko na filmach. Walka o życie. Zebra wynurza się, ale krokodyl dalej ją trzyma. Co chwila znikają pod wodą i ponownie się pojawiają. Przeważnie krokodyle robią to w grupie i szybko topią zdobycz. Ten popełnił błąd. Był sam i zebra mu się wyrwała. Weszła częściowo na ląd, ale łeb krokodyla wysunął się błyskawicznie z wody i ponownie uchwycił ją za zadek .
Szarpali się tak przez chwilę i po każdym takim zmaganiu krokodyl tracił przewagę. Na końcu, trzymał ją już tylko za ogon.
Robiąc to zaciskał coraz więcej szczęki, aż jej go odgryzł.
Ta wydostała się szybko na brzeg i zniknęła w krzakach. W wodzie zabarwionej na czerwono, dalej wrzało, bo walczyły tam o coś dwa krokodyle. Musi być, że o ten ogon.
Przed wyjazdem, prosiłem, żeby podjechać do miejsca, gdzie możemy pooglądać krokodyle. Dowiózł nas tam po godzinie. Jest ich bardzo dużo. Jedne wylegują się na piaskach przy rzece inne pływają.
Przesuwamy się kilometr w dół rzeki. Jest tu widoczne miejsce, gdzie zwierzęta przekraczają rzekę. Po dwóch stronach stoją zebry i pilnie obserwują wodę. Po przeciwnej stronie są cztery. Jedna decyduje się i ostrożnie zbliża się do brzegu. Nie chce się przeprawiać, tylko zaspokoić pragnienie. Pije szybko i odsuwa się od brzegu. Wtedy pozostałe, kolejno robią to samo. Nic się nie zdarzyło i powoli się oddalają. Po naszej stronie stoi duże stado. Boją się jednak zbliżyć. W pewnej chwili z oddali zbliża się szybko pojedyncza zebra. Na nic nie zważając, zaczyna przechodzić na drugą stronę. Udało jej się posunąć o kilka metrów. Pod wodą czekał krokodyl. W pewnej chwili woda się spieniła i zebra znika. Od tej chwili to sceny, które oglądałem tylko na filmach. Walka o życie. Zebra wynurza się, ale krokodyl dalej ją trzyma. Co chwila znikają pod wodą i ponownie się pojawiają. Przeważnie krokodyle robią to w grupie i szybko topią zdobycz. Ten popełnił błąd. Był sam i zebra mu się wyrwała. Weszła częściowo na ląd, ale łeb krokodyla wysunął się błyskawicznie z wody i ponownie uchwycił ją za zadek .
Szarpali się tak przez chwilę i po każdym takim zmaganiu krokodyl tracił przewagę. Na końcu, trzymał ją już tylko za ogon.
Robiąc to zaciskał coraz więcej szczęki, aż jej go odgryzł.
Ta wydostała się szybko na brzeg i zniknęła w krzakach. W wodzie zabarwionej na czerwono, dalej wrzało, bo walczyły tam o coś dwa krokodyle. Musi być, że o ten ogon.
Dopiero teraz oderwałem się od kamery. Ciężko mi w takich chwilach, bo próbuję
zrobić zdjęcia i film. Kobiety się niestety do tego nie nadają. Zmieniam więc sprzęt,
nastawiam aparaty i nie zawsze zwracam uwagę na to co się wokół dzieje. Zdaje
sobie sprawę, że Elaine zakryła oczy i Wieśka też się odwróciła. Nie chciały na
to patrzeć. Nie będę chyba mógł umieścić tego w moim filmie i muszę zrobić
osobny.
Jeszcze przed odjazdem widzimy, jak pozostałe zebry ze stada, idą w to
miejsce za krzakami. Kiedy wyruszamy w drogę powrotną, widzimy wszystkie
razem.
Ta poszkodowana, dalej żyje. Kuśtyka trochę na przednią nogę. Widać dużą rany na udzie i zadku, gdzie naturalnie brakuje ogona. Zebry ze stada, podchodzą do nie kolejno i wygląda, że się cieszą. Dotykają ja głowami, przepychają się. Następny pokaz „człowieczeństwa” u tych głupich, dzikich zwierząt.
Ta poszkodowana, dalej żyje. Kuśtyka trochę na przednią nogę. Widać dużą rany na udzie i zadku, gdzie naturalnie brakuje ogona. Zebry ze stada, podchodzą do nie kolejno i wygląda, że się cieszą. Dotykają ja głowami, przepychają się. Następny pokaz „człowieczeństwa” u tych głupich, dzikich zwierząt.
Subscribe to:
Posts (Atom)







































































