Powiem krótko. Wróćiliśmy z imprezy o 4 rano i dzisiaj nie jestem w stanie nic robić. A pamiętam czasy, kiedy kończyło się imprezę o 7 rano i w południe szło się na inną. Ale to sto lat temu.
Showing posts with label Słonie. Show all posts
Showing posts with label Słonie. Show all posts
Sunday, September 21, 2014
Wednesday, September 3, 2014
Spotkanie z Masajami
24 Sierpień
Dzisiaj po śniadaniu opuszczamy Tloma Lodge i udajemy się do następnego
miejsca.
Początkowo jedziemy tą samą drogą, po górze
krateru. Zjeżdżając na dół, po zewnętrznej stronie, zatrzymujemy się w wiosce
Masajow.
Przed wejściem wita nas syn wodza i opowiada krótko o mieszkańcach i ich życiu.
On ma tylko dwie żony, jego ojciec – dziesięć. Z ogrodzonej płotem (wykonanym z gałęzi) wioski wychodzi duża grupa mieszkańców. Kobiety ustawiają się w szeregu a mężczyźni podobnie, po drugiej stronie. Zaczyna się powitanie. Kobiety śpiewają. Ich rodzaj śpiewu to wykrzykiwanie jakiś słów i wydawanie różnych dźwięków, można powiedzieć melodyjnym rytmie przy tylko jednym instrumencie. Wygląda to jak metrowa rura, wykonana z materiału podobnego do bambusa, tylko trochę grubsza. Mężczyźni podskakują w tym rytmie, co jest ich tańcem.
Przed wejściem wita nas syn wodza i opowiada krótko o mieszkańcach i ich życiu.
On ma tylko dwie żony, jego ojciec – dziesięć. Z ogrodzonej płotem (wykonanym z gałęzi) wioski wychodzi duża grupa mieszkańców. Kobiety ustawiają się w szeregu a mężczyźni podobnie, po drugiej stronie. Zaczyna się powitanie. Kobiety śpiewają. Ich rodzaj śpiewu to wykrzykiwanie jakiś słów i wydawanie różnych dźwięków, można powiedzieć melodyjnym rytmie przy tylko jednym instrumencie. Wygląda to jak metrowa rura, wykonana z materiału podobnego do bambusa, tylko trochę grubsza. Mężczyźni podskakują w tym rytmie, co jest ich tańcem.
Po tym powitaniu, wchodzimy do wioski. Tam jeszcze raz odbywają się ich rytuały.
Mężczyźni podskakują w sławnym Masajskim stylu. Każdy próbuje podskoczyć wyżej
niż inni. Kobiety śpiewają i kołyszą się także w charakterystyczny dla nich
sposób.
Po chwili dołączają do nich Wiesia i Elaine,
a ja z chłopami idę skakać.
Kiepsko mi to idzie, bo oni są młodzi i sprawni a mnie wystarcza siły żeby poderwać nogi, ale dupa już za ciężka.
a ja z chłopami idę skakać.
Kiepsko mi to idzie, bo oni są młodzi i sprawni a mnie wystarcza siły żeby poderwać nogi, ale dupa już za ciężka.
Później zaglądamy do szałasu syna wodza. Wszystkie wykonane są z gałęzi
pokrytymi wysuszonymi odchodami zwierząt. Właśnie dotykałem dachu tego domu,
kiedy on mówił z czego są zrobione. Szybko poderwałem rękę.
Wewnątrz jest strasznie ciasno. Szczególnie wejście, bo nie jest to
tylko otwór, ale mały kręty korytarz. To chyba po to, żeby utrudnić zwierzętom
w dostaniu się do środka. No i oczywiście mnie też, po ledwie się tu
przeciskam. Wewnątrz tylko jedna mała dziurka w suficie, która służy jako okno,
wentylacja i komin. Po jednej stronie mieszczą się dwa łóżka (obok siebie). Na
jednym śpią rodzice, na drugim dzieci (5).
Ciekaw jestem jak odbywają się tu rytuały rozmnażania. Dzieci musza mieć
frajdę przysłuchując się temu, bo zobaczyć dużo nie mogą. Po środku kuchnia, czyli ognisko
a w drugim końcu mała klatka na zwierząt niemowlatków (według Elaine). Całość jest mniejsza niż moja kuchnia.
a w drugim końcu mała klatka na zwierząt niemowlatków (według Elaine). Całość jest mniejsza niż moja kuchnia.
Wychodzimy na zewnątrz. Wszędzie kręcą się malutkie, zasmarkane dzieci a
na każdym z nich przesiaduje dziesiątki much.
Po za ogrodzeniem wioski znajduje się ich szkoła. Na malutkim stołku
siedzi groźna nauczycielka. Duża tablica zapisana jest znakami i literkami. W ławeczkach
kręci się duża grupka dzieci.
Jeden z nich podchodzi do tablicy i patykiem wskazuje na litery a reszta głośno wykrzykuje jej znaczenie A,B,C…
Jeden z nich podchodzi do tablicy i patykiem wskazuje na litery a reszta głośno wykrzykuje jej znaczenie A,B,C…
Po tym pokazie kończymy nasze spotkanie z Masajami. Jesteśmy pod wrażeniem
tego wydarzenia ale musimy jechać dalej.
Godzinę trwa następna cześć jazdy naszym Jeepem. Zatrzymujemy się przy wąwozie Olduvai Gorge. Pisałem
poprzednio o historii tego miejsca. Stąd pochodzi nasz pradziadek Homo Antoninus Kasprzykus. Przewodnik opowiada o historii tego miejsca a
my podziwiamy widoki z tego miejsca. Robimy także dodatkowa przerwę na lunch.
Przed odjazdem idziemy zrobić kilka zdjęć. Wiesia i Elaine ustawiają się
na brzegu wąwozu. Ja cofam się, żeby mieć lepsze ujęcie. I wtedy…
Może wrócę do czegoś co się zdążyło kilka dni wcześniej. Jeżeli ktoś z
nas przywiezie jakaś zarazę z Afryki, to na pewno ja! Dwa dni temu, siedząc w
jeepie, poczułem na plecach swędzenie. Nie zwracałem na to uwagi, ale po chwili
zaczęło mnie trochę boleć. Pytam się Elaine czy nie mam tam czegoś a ta wpada w
panikę (wiecie, że ona nie lubi żadnego robactwa). Wiesia odgania coś dużego,
podobnego do muchy. Może to ta sławna Tse-Tse, nie mamy pojęcia. Zostawiła ślad.
Dziurkę z której piła krew. Następnego
dnia, znów coś poczułem, tym razem na nodze. Ale to musiało być coś innego, bo
od razu poważnie zabolało i ból się powiększał. Niestety nie zauważyłem co mnie
dziabnęło. Bolało przez następna godzinę i nawet spuchło..
Wracam do dzisiejszego dnia. Cofając się, wlazłem na krzew cierniowy. Potknąłem
się i jedna noga wpadłem jeszcze głębiej. Szybko wyrwałem ja z tego krzaka ale
już z dziesiątkami kolców . W kilku miejscach porozcinało mi to skórę. Ten
krzak wygląda na taki z którego Jezusowi zrobili koronę. I znów się trochę
nacierpiałem.
Wyruszamy dalej. Droga jest straszna. Jak zwykle z ubitego piasku, kamienia
ale wygląda to jak tarka do prania.
Tak prze następne 3 godziny. Pod koniec spytałem się Seweryna kkkkktttooo tttąąą ddrrrrroooggggeeee wyyyybuuuddooowwaał? Zresztą wiele samochodów ( a są to terenowe samochody, przygotowane do takich terenów) nie wytrzymuje tego wysiłku. Cztery z nich stoją na poboczach z podniesioną maską. Zatrzymujemy się przy każdym, ale nic nie możemy pomóc. Oni już wezwali „pomoc drogową”. Szkoda mi tych turystów ale jednocześnie myślę, lepiej oni niż my!
Tak prze następne 3 godziny. Pod koniec spytałem się Seweryna kkkkktttooo tttąąą ddrrrrroooggggeeee wyyyybuuuddooowwaał? Zresztą wiele samochodów ( a są to terenowe samochody, przygotowane do takich terenów) nie wytrzymuje tego wysiłku. Cztery z nich stoją na poboczach z podniesioną maską. Zatrzymujemy się przy każdym, ale nic nie możemy pomóc. Oni już wezwali „pomoc drogową”. Szkoda mi tych turystów ale jednocześnie myślę, lepiej oni niż my!
Do tego w połowie drogi łapie nas poważna burza. Coś niespotykanego w tym miesiącu.
Wreszcie wjeżdżamy do Serengeti Park.
Początkowo nie ma nic. Sucha ziemia, brakuje trawy. Brak drzew, krzewów. Prawie pustynia. Ale nawet tutaj pojawiają się zwierzęta. Po jakimś czasie pojawia się "roślinność".
Wszystko jednak suche, bez jednego listka. Spotykamy tu Geparda. Siedzi w oddaleniu na małym wzniesieniu. Roślinność jest coraz bogatsza
i pojawia się coraz więcej zwierząt. Żyrafy, słonie, cala rodzina lwów. Przeróżne antylopy i dużo drobniejszej zwierzyny.
Wreszcie wjeżdżamy do Serengeti Park.
Początkowo nie ma nic. Sucha ziemia, brakuje trawy. Brak drzew, krzewów. Prawie pustynia. Ale nawet tutaj pojawiają się zwierzęta. Po jakimś czasie pojawia się "roślinność".
Wszystko jednak suche, bez jednego listka. Spotykamy tu Geparda. Siedzi w oddaleniu na małym wzniesieniu. Roślinność jest coraz bogatsza
i pojawia się coraz więcej zwierząt. Żyrafy, słonie, cala rodzina lwów. Przeróżne antylopy i dużo drobniejszej zwierzyny.
Nareszcie jesteśmy na miejscu. Serengeti Serena Lodge. Najładniejsze
miejsce do tego momentu. Ale jesteśmy trochę zmęczeni ta podrożą. Kobiety też
zmarznięte, bo się bardzo ochłodziło.
Idziemy prosto na kawę.
Idziemy prosto na kawę.
Wszystko jest pięknie wykończone. Wiele szczegółów wykonanych przez
lokalnych artystów. Kolumny, belki, drzwi, krzesła etc.

Domki też bardzo ładne.
Restauracja, bar, wszystko najwyższej klasy.
A widoki ze stoku na którym znajduje się nasz hotel jeszcze efektowniejsze.
Domki też bardzo ładne.
Restauracja, bar, wszystko najwyższej klasy.
A widoki ze stoku na którym znajduje się nasz hotel jeszcze efektowniejsze.
Udajemy się do pokoju. Rozpakowujemy się i idziemy na obiad.
Kiedy kończymy, jest już ciemno. Okazuje się, że tu nie można chodzić samemu po zachodzie słońca. Miedzy domkami widać kupy słonia i innych zwierząt. Z latarką prowadzi nas pracownik hotelu. Słychać ryk lwa. Po chwili zatrzymuje się i mówi żeby poczekać, bo słyszy lamparta. Oświetla okolice i widzi ruchy w krzakach. Dzwoni do hotelu, żeby ostrzec innych. Pięknie!! Będzie mi się dobrze spało, wiedząc ze za oknami chodzi lew, lampart i słoń!
Kiedy kończymy, jest już ciemno. Okazuje się, że tu nie można chodzić samemu po zachodzie słońca. Miedzy domkami widać kupy słonia i innych zwierząt. Z latarką prowadzi nas pracownik hotelu. Słychać ryk lwa. Po chwili zatrzymuje się i mówi żeby poczekać, bo słyszy lamparta. Oświetla okolice i widzi ruchy w krzakach. Dzwoni do hotelu, żeby ostrzec innych. Pięknie!! Będzie mi się dobrze spało, wiedząc ze za oknami chodzi lew, lampart i słoń!
Tuesday, November 27, 2012
AFRYKA - ciąg dalszy
18 Listopad
Pobudka, jak
zwykle o 5 rano. Szkoda marnować czas. Szybka poranna toaleta. Z ubieraniem się
nie ma dużych problemów. Przenoszenie się z miejsca na miejsce małymi
samolotami, zmusiło nas do zabrania ze sobą bardzo małej ilości ubrań.
Nie ma więc dużego wyboru. Jesteśmy gotowi w ciągu 20 minut. Także śniadanie,
które na nas czeka, pochłonięte zostaje w kilka minut. Wyjeżdżamy.
Nowa wycieczka na
największą wyspę w okolicy. Samochodem do łódki. Łódką do wyspy. Płyniemy jak zwykle kanałem w trzcinowym lesie.
Pierwszy kłopot. Jest nas ośmiu. Dwie grupy, czyli dójka przewodników i 6 turystów. Wody w niektórych miejscach są bardzo płytkie. Około 20 centymetrów głębokie. Silnik nie daje rady i musimy pomagać, odpychając się długimi, drewnianymi drągami. Zaczynamy przesadzać się, żeby zbalansować łódź. Mężczyźni siedzieli po jednej stronie i byliśmy troszkę przechyleni. To jednak nie wystarcza. Dochodzi do tego, że MT wychodzi do wody i nas popycha. Wspólnymi siłami wydostajemy się na głębsze wody. Zbliżamy się do wyspy. Przed samym końcem dopływamy do miejsca, gdzie wody są czyste od roślinności i tworzą małe jeziorko. Z wody wystaje siedem głów hipopotamów.
Blokują nam drogę. Łódź zwalnia i przesuwamy się bardzo wolno po jego brzegu. Wszystkie hippo bacznie nas obserwują. Udaje się nam dostać na drugą stronę i za chwilkę jesteśmy na miejscu. Znajdujemy zaparkowane samochody i udajemy się na poszukiwania zwierzyny.
Ciekawy jestem jak oni dostarczyli te wszystkie samochody, sprzęt. Jak wybudowali to wszystko, kiedy w pobliżu nie ma sklepu z potrzebnymi narzędziami i materiałem.
Tereny tej wyspy są bajeczne. Jest tu wszystko. Pustynie, gąszcze przeróżnej roślinności, baobaby, palmy, stawy wodne. TM jest w ciągłym kontakcie radiowym z innymi przewodnikami. W momencie znalezienia czegoś ciekawego, przekazują sobie informacje o ich lokalizacji. Ciekaw jestem jak oni odnajdują te miejsca. To tak jakby u nas w lesie, ktoś Ci powiedział: jedź prosto to tej sosny lekko przekrzywionej w lewo, skręć 30 stopni w prawym kierunku, jedź do krzaczka z poziomkami, skręć 20 stopni w lewo i tak dalej. Muszą naprawdę dobrze znać te tereny.
Co chwila spotykamy grupy i pojedyncze okazy różnych gatunków zwierząt. Zebry, antylopy, słonie, guźce, bawoły, pawiany, różne drobniejsze potworki i dziesiątki rodzajów ptaków.
Najwięcej wyróżniają się marabuty,
orły afrykańskie, czaple, bociany. Znów podziwiamy ich kolorowe upierzenie i przeróżne kształty.
TM dostaje wiadomość o lamparcie. Niestety, znów nie mamy szczęścia. Po dojechaniu na miejsce, zastajemy puste miejsce. Gdzieś się schował. Po wielogodzinnej jeździe, nie udaje nam się znaleźć królów tutejszych terenów - lwów. Nie żałujemy. Wrażeń jest tak wiele, że wystarczy nam na wiele lat.
Wracamy tą samą drogą i znów przepływamy obok siedmiu hipopotamów. TM decyduje się na inną metodę przeprawy. Staje, znajduje drogę i przelatujemy przez to miejsce na pełnym gazie. Hipopotamy otwierają paszcze, ale my w kilka sekund jesteśmy po drugiej stronie.
Nie mamy kłopotów z płytkimi wodami. Podzieliliśmy się na dwie grupy. Szybko dobijamy do obozu. Znów rutynowa przekąska, piwo, papieros i odpoczynek.
O szesnastej, postanawiamy wrócić na tą samą wyspę. Podobny dojazd, tylko bez kłopotów. Zmieniamy kierunek i udajemy się na południową stronę. Może zabrzmi to nudno. Oglądamy podobne widoki z porannej eskapady. Nie jest to jednak prawda. Każde spotkanie w tym dzikim zakątku świata, ma swoje indywidualny charakter, inne emocje. Możne spędzić godziny w każdym wybranym miejscu i przyglądaniu się zachowaniu tutejszych mieszkańców.
Kolonia pawianów - bawiące się małe małpki; higiena starszych, wyłuskiwanie kleszczy, insektów z sierści partnerów;
uwaga lidera grupy, dbającego o porządek i bezpieczeństwo.
Słonie przy drzewach z figami. Jeden z nich przegania cały czas guźca, który kręci się pod nogami i też próbuje podjeść sobie tych smakołyków.
Rodzina guźców przy objedzie, czyli konsumowaniu niskiej roślinności. Wyglądają zabawnie, bo wszystkie jedzą na zgiętych przednich kolanach.
Wracamy do obozu. Ostatni przejazd przed hipopotamami. Piękny zachód słońca i jesteśmy u siebie.
Dzisiejszy obiad jest na zewnątrz i okazuje się, że to zły pomysł. Akurat dzisiaj wieczorem spadł deszcz. Na szczęście już pod koniec. Każdy złapał co mógł i schowaliśmy się pod dach. Chwila później udajemy się na odpoczynek.
19 Listopad
Wcześnie rano, budzi mnie ryk lwa. Szkoda, że nie wyszedłem na zewnątrz. Podobno przechodził przed naszym domkiem. Wstajemy później, bo dziś przeprowadzka do drugiego kamp. O ósmej poszedłem po gorącą wodę na herbatę i miałem mały kłopot. Na przejściu siedziały małpy i przewodnik nie chciał się ruszyć i wydawał groźne głosy. Co miałem robić? Wołać: a pójdziesz ty, cmokać, gwizdać? Musiałem przeczekać, aż ten łaskawie zszedł mi z drogi.
Po powrocie, musiałem gonić po pokoju jaszczurkę, która jakoś dostała się do środka. Później śniadanie i oczekiwanie na wyjazd na lotnisko.
O godzinie 14-tej, jesteśmy na „lotnisku„, czyli pasa z ubitego piasku. To będą następne emocje. Jest tak mały, że nie mogą wcisnąć naszych bagaży. Dopiero przy mojej pomocy, wpychamy go do podwozia samolociku. Cztery miejsca i po naszym wejściu jest pełen. Kiedy pilot zapala silnik i jego jedyne śmigło zaczyna się kręcić, musimy zasłaniać twarze. Piasek wpada przez otwarte okna. Po chwili ruszamy. Jest duszno i gorąco, bo zaraz po starcie, pilot zamknął okna. Widoki Afryki zapychają dech w piersi. Lecimy bardzo nisko. Widać spacerujące słonie, zebry, bawoły. Po 10-u minutach lądujemy. Para osób wysiada i znów ten sam start. Następne 20 minut i jesteśmy na miejscu.

Wychodzimy i następują przywitania i poznanie wszystkich tutaj pracujących.
Po rozpakowaniu, przekąska, piwo. Natychmiast udajemy się na pierwszą wyprawę. Jest to wycieczka na łodzi. Dziś nie będziemy szukać żadnej zwierzyny ale raczej płyniemy podziwiać okolice. A jest co. Wody są wszędzie. Porośnięte wysoką trzciną i papirusami. Kanały stworzone przez hipopotamy przecinają drogę w różnych kierunkach. Zachwycamy się widokami.
Woda jest tak czysta, że ma się ochotę jej napić. Przewodnik opowiada wiele ciekawych faktów, jak to wszystko ma sens w tutejszej naturze. Jak powstają wysepki w okolicach, wpływ pogody i roślinności na tutejsze życie. Wszystko bardzo ciekawe. Spędzamy tak kilka godzin i zrelaksowani wracamy na obiad.
Dzisiejszy posiłek jest w miejscu ogrodzonym drewnianymi palami z dużym ogniskiem na środku placu. Po wypiciu drinków, pracownicy tworzą chór, śpiewają, tańczą. Nie jest to profesjonalna grupa ale jest przyjemnie i czujemy atmosferę Afryki. Jedzenie znów bardzo smaczne. Niestety, towarzystwo nie jest najprzyjemniejsze. Czwórka grubasów, bardzo niezadowolonych z życia. Nawet się nie witają jak wszyscy inni. Matka z synem. Odwrotnie od tamtych. Nie przestają gadać, szczególnie syn, w wieku 20-tu kilku lat. Cały czas mówi o sobie. Wysuszona para z Belgii. Nie mają nic do powiedzenia, ale ona próbuje dołączyć się do towarzystwa, niestety nie potrafi. Ostatnia para z Kanady. Jest przyjemniejsza. Wszystkie wakacje (dwa, trzy razy do roku) spędzają na łowieniu ryb. Indie, Nowa Zelandia, Kuba, Peru, etc. Nawet nie mają aparatu fotograficznego, bo jak łowią ryby to im szkoda czasu na robienie zdjęć??!! Jeżeli oni są normalni to ja nie. Ale przynajmniej można z nimi porozmawiać na różne tematy (nie o rybach).
Sunday, November 25, 2012
AFRYKAŃSKA PRZYGODA
16 Listopad
Tak wiele planów i wreszcie nadszedł czas na
moją afrykańską przygodę. Od dziecka czytałem dziesiątki książek podróżniczych,
nawet kilka na raz, co bardzo denerwowało mamę. Kiedyś było to tylko marzenie. Minęło wiele lat i
wyruszamy na czarny ląd.
Wylecieliśmy z NY wcześnie rano w
czwartek 14 października. Pierwszy lot prowadzi nas do Republiki Południowej
Afryki. Szesnaście godzin w jednym niewygodnym siedzeniu. Nie było jednak tak
źle. Obejrzałem kilka filmów, pospałem, trochę się wynudziłem i po przebyciu
13000 kilometrów, wylądowaliśmy w Johannesburgu. Tam 3 godziny oczekiwania na
następny samolot i kolejny lot, tylko 2 godziny.Lądujemy na lotnisku w Maun, Botswana. Teraz czuję, że jesteśmy w Afryce. Gorąco i sucho, 38 stopni Celsjusza. Jeden budynek wielkości naszej remizy strażackiej. W drzwiach podano nam karteczki do wypełnienia. Jest to podanie o wizę. Ustawiamy się w kolejce. Około 50 osób.
Tutaj wiadomo, że jesteśmy coraz dalej od cywilizacji. Jedyny urzędnik, przegląda każdego podanie i wbija stempel z wizą do Botswany. Po 1.5-rej godzinie stania, wpuszczają nas przez bramkę i okazuje się, że to prawie koniec portu lotniczego. Za bramką leżą walizki i zaraz za nimi drzwi. Wyjście na zewnątrz.
Spotykamy naszego przewodnika. Odbiera nas, zabiera walizki. Grupa 50 osób dzieli się na grupki i każda wylatuje innym, malutkim samolotem w kierunku swoich obozów. My dostajemy się do największego, bo aż na 8 osób. Wciskamy się do środka. Siedzę za pilotem. Okazuje się, że to ten sam, który nas przywitał i odbierał nasze walizki. Wylatujemy i jestem zaskoczony, że się nie boję. Czuję się bezpieczniej niż w tych wielkich.
Pierwsze lądowanie na lotnisku z ubitego piachu. Przy pasie startowym stoi żyrafa. Wysiada dwóch pasażerów. Start i następne lądowanie. Jesteśmy na miejscu. Dwadzieścia cztery godziny. Zmęczeni ale szczęśliwi. Odbiera nas TM (to jest jego imię, mówi się Ti-em).
Wsiadamy w wielkiego Land Rover i udajemy się do naszego obozowiska. Drogi to dwie koleiny w suchym piachu. Po godzinie przebijania się przez tą niesamowitą drogę, zjawiamy się w Kwetsani Camp.
Pierwsze miłe zaskoczenie. Miejsce jest urocze, cudowne. Zbudowane na wysepce. Inaczej. Na wyspie w ciągu 5 miesięcy. tereny te zalane są całkowicie od maja do września. Teraz, wody są tylko w rzeczkach. Cały Camp składa się z pięciu domków, czyli maksymalnie może tu być tylko 10-u gości. Oprócz tych domków, jest główny budynek (raczej drewniany namiot) gdzie znajduje się bar, pomieszczenie na relaks, jadalnia, mały basen. Wszystko to zbudowane jest 2 do 3-ech metrów nad ziemią, wokół olbrzymich drzew i wsparte drewnianymi palami. Domki są luksusowe, jak na miejsce w którym jesteśmy. Obite siatkami i materiałami wodoodpornymi. Łazienka, toaleta, sypialnia. Niczego nie brakuje. Nawet jest prąd elektryczny, wytwarzany przez generatory.
Po rozpakowaniu poszliśmy coś zjeść. Wiesia wróciła do domku odpocząć a ja i jeszcze jeden mężczyzna z Anglii oraz przewodnik, udaliśmy się na pierwsze wycieczkę po okolicy.
Tereny są płaskie, porośnięte trawą i niewysoką roślinnością. Można chyba nazwać to sawanną. Wszędzie widać małe wysepki drzew i wyższych krzewów. Spotykamy po drodze olbrzymie ilości antylop, kilka słoni. Szybko zrobiło się ciemno i musimy wracać.
Wieczorem w uroczym zakątku, ognisko, piwo, wino i idziemy spać.
Budzą nas o 5 rano. TM stoi za domkiem i woła: pobudka. Najpierw cicho, coraz głośniej. Ma stać i wołać do momentu kiedy się obudzimy. Szybkie śniadanie i wyjeżdżamy na safari. Szukamy lwów. TM znajduje świeże ślady. Jedziemy za tym tropem. Mijamy po drodze różną zwierzynę. Słonie, guźsce, antylopy, ptaki.
Niestety nie możemy dogonić lwów. Ślady prowadzą na inną wysepkę, ale tam nie mogliśmy przebić się naszym pojazdem. Muszę tu napisać, że Land Rover jest niesamowity na te tereny. Jeździmy po piachach, błocie, wodzie powyżej metra głębokości a ten ani razu się nie zakopał.
W połowie drogi zatrzymujemy się na kawę i ciasteczko.
Po krótkim pikniku, wracamy do bazy. Idąc do naszego domku, po dróżce zbudowanej nad ziemią, spotykamy dziesiątki małp - pawiany. Są wszędzie. Najbrzydsza zarazem najładniejsza, jest mała małpka, która urodziła się 3 tygodnie temu. Nasz przewodnik obserwował cały poród, który odbył się na tej dróżce po której idziemy.
Odpoczynek. Za gorąco, żeby coś robić. Czterdzieści stopni Celsjusza. O godzinie 10:30 jemy lunch i idziemy na basen. Relaks, opalanie.
Następny wypad ma być o 4-tej po południu, jak się trochę ochłodzi.
Pierwsze wrażenia.
Cisza. Słyszy się rzeczy na które nie zwracamy uwagi w powszedni dzień. Wiatr, szum liści, śpiewy ptaków.
Zapachy. Tego się nie da opisać. Przyjemnie jest wciągać głęboko powietrze i się nim zachwycać.
Małe wysepki roślinności. Mają jedno podobieństwo. W środku każdej, znajduje się kopiec termitów. Zapytałem się przewodnika co to oznacza. Termity budują swoje domki (termitiery) na otwartych terenach. Przez lata ptaki i inne zwierzęta, przychodzą w te miejsca, ponieważ są one ich przysmakiem. Przenoszą ze sobą nasiona drzew i krzewów. Tak więc wokół tych kopców, zaczęły tworzyć się małe oazy.
Przyroda jest niezniszczalna. Jest tu dużo pożarów. Zresztą ciągle widać dymy na horyzoncie. Spotykamy wszędzie wypalone tereny. Niektóre, wysokie palmy, mają czarne opalone pnie ale góra jest dalej zielona. Z tych całkowicie spalonych, wyrastają nowe. I tak czarne wypalone wysepki, pokryte są wszędzie nową zielenią.
Wieczorem można obserwować zwykłe, nie deszczowe chmury, w których wewnątrz następują wyładowania i błyskawice przebiegają z jednej strony na drugą.
Jestem tym wszystkim zafascynowany. Wiesia odpoczywa a ja siedzę na zewnątrz i przyglądam się każdej roślince, każdemu stworzeniu. Pochłaniam to jak najsilniejszy narkotyk. Cieszę się, że mogę tu być. Nawet nie smaruję się przeciw komarom. Niech sobie popiją mojej krwi. Po to tutaj jestem.
Po odpoczynku, zbieramy się o 16-tej. Wczorajsi goście zniknęli a zjawili się nowi. Wszyscy amerykanie. Wsiadamy w nasz pojazd i po 15 minutach dobijamy do miejsca, gdzie zacumowane są łodzie motorowe. Tym razem będziemy poruszać się po wodzie. Średnia głębokość - 1 metr. Są też miejsca głębsze. Wszystko zarośnięte jest trzcinami, trawami i słynnym papirusem z którego Egipcjanie wytwarzali papier. Płyniemy wąskimi przesmykami, stworzonymi przez hipopotamy. Niesamowite wrażenie. Znów pełno ptaków. Niektóre w przepięknych kolorach.
Dopływamy do jednego z głębszych miejsc. Znajdujemy się w towarzystwie Hipo. Łódź się zatrzymuje. Zostajemy natychmiast zauważeni. Hipo zanurza się i wypływając, pokazuje nam, że nie jesteśmy tu mile widziani.
Chowa się pod wodę i po chwili wynurza się gwałtownie, otwierając paszczę, pokazuje zęby. Stoimy dalej bez ruchu i on powoli się uspakaja. Po kilkunastu minutach obserwacji jego popisów w nurkowaniu, udajemy się w dalszą drogę. Dobijamy do następnej głębokiej wody. Tym razem cała rodzina. Matka z dzieckiem odpływa na bezpieczną odległość a ojciec pokazuje swoje niezadowolenie. Znów czas na obserwację.
Zaczyna zachodzić słońce i otaczające nas tereny zmieniają swoje barwy.
Zaczynamy powrót. Po obrocie łodzi, natychmiast się zatrzymujemy. Cała rodzina słoni, przechodzi przez kanał, którym się tutaj dostaliśmy. Pierwsza szła słonica a najmłodsze potomstwo trzymając ją za ogon szło w jej ślady. Później czwórka w różnym wieku. Na końcu, duży słoń. Zatrzymuje się co kilkadziesiąt metrów. Daje sygnał. Rodzina staje się w bezruchu. On podnosi trąbę, węszy, sprawdza czynie ma jakiegoś niebezpieczeństwa i wszyscy ruszają dalej. Po tej defiladzie wypłynęliśmy w nasz kanał i wróciliśmy do obozu, Czas na prysznic, przebranie i obiad. Jedzenie jak zwykle bardzo smaczne. Kilka kieliszków wina i spać.
Subscribe to:
Posts (Atom)










