Showing posts with label Strefa Zero. Show all posts
Showing posts with label Strefa Zero. Show all posts

Monday, June 29, 2015

Wracam do wspomnień

    
    Nieraz są dni, kiedy jest dużo do napisania, ale mało czasu. A w inne dni nie ma o czym gadać.
     W pracy mały progres. Chociaż zacząłem jedną z główniejszych operacji. Rozbiórkę autostrady. Metoda którą tu zastosowaliśmy jest trochę inna niż normalnie. Przeważnie, rozbijamy beton w drobne kawałki i później oczyszczamy. Tym razem tniemy drogę na mniejsze kawałki i podnosimy te betonowe płyty, specjalną łopatą, zamocowaną na koparce. Brzmi to bardzo prosto i nie jest aż tak skomplikowane, ale ma swoje niebezpieczne krawędzie.
    Droga musi być pocięta przed rozebraniem, więc musiałem zamontować przeróżne wzmocnienia, które ja utrzymują przed zdjęciem. Na tej składance z bloków, posuwa się nasza maszyna i ludzie, wiec jest trochę niebezpiecznie, gdyby coś nie wytrzymało.
    Jest też wiele innych drobniejszych ale bardzo ważnych szczegółów, żeby to wszystko działało, ale nie chcę się tu bawić w wykładowcę budownictwa lądowego.
    Załączam kilka zdjęć z dzisiejszego dnia.




Przecinanie drogi na odpowiedniego rozmiaru kawałka.





Maszyna „łapie„ jedną z odciętych płyt.



Już zdjęta i ładowana na ciężarówkę


     Skończyłem już filmiki z wesela ale przyrzekałem też załączyć wszystkie zdjęcia z pobytu w Polsce. Chociaż jest ich trochę, to każde z innej imprezy czy miejsca i nie ma ich tyle, żeby zrobić z tego dobry pokaz. Możecie je sobie obejrzeć na stronie z Picasa.

 

Później postaram się zrobić coś z filmów nakręconych podczas pobytu.
     Ponieważ dzisiaj jest ten dzień, że nie ma o czym pisać, wrócę trochę do starych czasów.
      Wielu z Was zna historie z dni które spędziłem w Strefie Zero, ale nie wszystkie. Jest ich bardzo dużo, wystarczyłoby na książkę.
I nie chce wracać do tych tragicznych chwil ale raczej drobniejszych, niemniej ciekawych.
         Przez cały początkowy okres, pojawiali się ludzie, którzy za wszelka cenę, chcieli się dostać do zgliszczy banków. Nie byli to żadni przestępcy, ale Ci co mieli złożone depozyty w skrytkach bankowych. To jest najlepsza metoda przechowywania rzeczy wartościowych w bezpieczny sposób, a szczególnie tych, które chowane były przed biurami podatkowymi. Przechowywali tam złote monety, biżuterię, papiery wartościowe, etc.
   Problem jest w tym, że nikt nie spodziewał się takich wypadków. I Ci co mieli legalnie zarobione pieniądze, lub pamiątki rodzinne, szukali zwrotu od firm ubezpieczeniowych. Było jednak wielu, którzy tego nie mogli zrobić, bo przyznali by się do nielegalnych działań.
      Obiecywali bardzo dużo za pomoc do dostania się tam i próbę odzyskania swoich „bogactw”. Nie było jednak takiej możliwości.
Banki były w centrum zgliszczy i wszystko było pod obserwacją.
Wiadomo, że dochodziło do setki kradzieży ale ja trzymałem się od tego z daleka i dobrze pilnowałem swoich ludzi, żeby nie popełnili jakiejś głupoty.
     Przyszedł jednak czas, kiedy oczyszczając tereny Strefy Zero, doszliśmy do tych miejsc. Jednym z nich był Chemical Bank.
Wszystko było robione zgodnie z planem, więc kiedy mieliśmy wejść oficjalnie do ruin banku, dołączono do naszej grupy ludzi ich reprezentujących. Zadaniem ich było odzyskanie wszystkich znalezionych wartościowych materiałów.
        Budynek był bardzo naruszony, chociaż duża część przetrwała. Ale tylko ściany, metalowe konstrukcje, bo ogień strawił większość wyposażenia. Nie było więc czego szukać. Został tylko główny sejf.
Najpierw musieliśmy się dostać do środka. Troche potrwało, żeby przebić się przez ściany do jego wnętrza.
     Pierwszym pomieszczeniem w którym coś można było odzyskać to indywidualne sejfy. Właśnie te, do których tak bardzo chcieli się dostać ich właściciele. Śmieszne jak zawodna jest pamięć. Niektóre rzeczy widzę, jakbym przeżył to wczoraj a innych w ogóle nie pamiętam. I w tym wypadku nie przypominam sobie jak dostawaliśmy się do wewnątrz każdej z nich. Za to jak na zdjęciu widzę ich zawartość. W większości to popiół. Chociaż nie dostał się tam ogień, temperatury były tak wysokie, że każdy dokument zamieniony został na kupkę pyłu. Musiała być tam biżuteria, złote monety. Ale nie można było się domyśleć co, bo to co wydobyliśmy to grudki stopionego złota. To wszystko zabierane było przez ochronę banku. Czy oddane były właścicielom, czy zabrała to firma ubezpieczeniowa, czy „zginęły” w drodze transportu, tego już nie wiem. Ogólnie, wszystko co przetrwało w zgliszczach, należało do firmy ubezpieczeniowej. Tylko bardzo wartościowe rzeczy były wydobywane a wszystko inne miało być natychmiast niszczone.
Tak na przykład stało się kiedy doszliśmy do sklepu z perfumami. Wszystko przetrwało. Na p
ółkach stało setki, tysiące flakoników z najdroższymi perfumami na świecie. Naprawdę żal było, kiedy patrzyłem jak moje maszyny rozbijają je na kawałki. Chociaż było trochę przyjemniej oddychać wśród ich zapachów niż tym mdłym zapachem spalenizny strefy Zero.
     Jeden z moich operatorów nie wytrzymał i wyszedł z kabiny, żeby zabrać kilka butelek do domu. Po bardzo krótkim czasie otrzymałem telefon od policji, że go obserwują przez kamery i jeśli dalej tak będzie robił to go aresztują. 
 
W tej części był Bank.

 
Jedne z drzwi do sejfu

 Zresztą robienie zdjęć też było nielegalne. Dopiero po kilku miesiącach, jako jeden z nielicznych dostałem pozwolenie fotografowania. Wszystkim, którzy zostali na tym złapani, zabierano kamery.

   W czasie całorocznej pracy w tym miejscu, znajdowaliśmy bardzo dużo wartościowych rzeczy. Także pieniędzy. Muszę się przyznać, że nieraz korciło, żeby coś zabrać. Znam wielu co się tam dorobiło. Niestety, coś nie pozwalało mi tego zrobić. Oddawałem więc wszystko policji, wiedząc o tym, że wiele z tego lądowało w ich prywatnych kieszeniach. Ale to ich sprawa. A może moja głupota?
Poniżej wiaderko z zebranymi pieniędzmi. 
 
   
      Następnie dostaliśmy się do głównego sejfu ze złożonym tam depozytem. Było ciemno. Wchodziliśmy z latarkami. Wszystko pokryte było delikatnym kurzem, ale nie tak jak w innych częściach, gdzie było tego kilka centymetrów. W oddali stały półki a na nich miliony dolarów. Rzucam taką sumą, bo było tego bardzo dużo, ale nie mam pojęcia jak dużo. W tej ciemności zdawałem sobie sprawę, że coś nie jest w porządku ale nie mogłem się domyśleć co. Podszedłem bliżej i przyjrzałem się dokładniej temu bogactwu. Znalazłem się w kraju liliputów. Wszystkie banknoty, zawinięte jeszcze w banderole, były o połowę mniejsze niż nasze normalne! Nie byłem pewien co to znaczy. Dopiero ktoś wyjaśnił, że banknoty te pod wpływem olbrzymich temperatur (jak wspominałem ogień się tam nie dostał) kurczą się do takich rozmiarów. Zdziwiony i podniecony, złapałem pierwsze z brzegu i…. w ręku został tylko popiół. Dotykałem następne i wszystko się rozpadało.
      Natychmiast przyszła mi myśl, że muszę znów stać się kryminalistą. Dlaczego znów? Uratowałem ze strefy zero wiele cennych przedmiotów. Kazano nam je niszczyć, ale wiedziałem, że się to kiedyś zmieni i warto zachować niektóre do muzeów. Chowałem je po kryjomu i oddałem po kilku miesiącach, kiedy wszystkim przeszła ta idea niszczenia. Większość z nich jest teraz w muzeum 9-11.
      Zostawało jednak zawsze ryzyko, że jak mnie złapią to zrobią ze mnie złodzieja. Mimo wszystko zaryzykowałem. Muszę zachować chociaż jedn
ą paczkę  – pomyślałem. Podnosiłem je przeróżnymi metodami i zawsze rozpadały się w popiół. Wreszcie przyniosłem kawałek plastyku i wsunąłem pod wybrane banknoty. Udało się. Trzymałem to drżącymi rękoma i Myślałem o tym jak ja to teraz wyniosę. Przejść trzeba było przez miejsca gdzie było dużo ludzi. I to się powiodło. Schowałem mój skarb w samochodzie i na następny dzień (pracowaliśmy wtedy po 16 – 18 godzin dziennie) przywiozłem to do domu.
       Wiedziałem, że kiedyś to będzie jeden z najważniejszych eksponatów w muzeum. Tylko jak to przechować. Postanawiałem spryskać to lakierem bezbarwnym. Myślałem, że wyleje na to kilka warstw i po ich zaschnięciu, stworzą otoczkę, która może utrzyma to w całości.
     Pierwszą warstwę, kładłem bardzo delikatnie, z daleka i wszystko wyglądało na to, że się uda. Pieniądze nasiąknęły lakierem i trochę ściemniały. Zostawiłem wszystko na stole i poszedłem do swojego pokoju.
       Po krótkim czasie usłyszałem otwierane drzwi i głos córki. Wyszedłem natychmiast, żeby się tym pochwalić i wtedy usłyszałem jej pytanie: Ojciec, co to jest? Krzyknąłem natychmiast: nie dotykaj tego!, ale było za późno. Elaine trzymała w ręku kupkę popiołu.
        Tak zakończyła się moja kryminalna przygoda a z tego znalezionego majątku, zostały tylko wspomnienia.





Thursday, April 9, 2015

Miliard dolarów dla pracowników Strefy Zero



     Po wakacjach zrobiło się trochę nudno. Nic ciekawego w naszym powszednim życiu. Myślę już trochę o czerwcowym  wyjeździe do Polski. Będzie bardzo wypełnione atrakcjami, bo czeka nas wesele Kamila i Izy a także wygląda na to, że będziemy mieli dodatkową atrakcję. Rocznica ukończenia szkoły średniej i w związku z tym zabawa i spotkanie się z kolegami z tych tak dawnych już czasów. Nie wspominam ile lat, bo to wstyd.
      Pogoda się poprawia i chociaż jesteśmy daleko w tyle z wiosną, zdarzają się już cieplejsze dni. A w związku z tym zaczęły się moje prace w ogrodzie. Trochę dodatkowego ruchu zawsze się przyda a sprawia mi dużo przyjemności doprowadzanie naszego ogródka do stanu używalności.
      Tutaj pojawia się mały konflikt. Wiecie, że uwielbiam naturę. Lubię oglądać zwierzęta, ptaki. Robić im zdjęcia. Ale w naszym ogrodzie niestety robią one nam bardzo dużo szkody. Nie mogę nic poradzić na sarny, które w tym roku zjadły mi połowę krzewów przed domem. Nic nie wychodzi z odstraszeniem dzięcioła, który uwielbia wyprowadzać mnie z równowagi i robi dziury w ścianach domu. Są też wiewiórki, które niszczą mi strasznie trawniki, kopiąc tam dziury, chowając swój pokarm. Z tym problemem powinienem dać sobie radę. Kupiłem klatkę, pułapkę i już udało mi się złapać trzy wiewiórki. Wywożę je w miejsce gdzie jest dużo drzew i tam je wypuszczam. Może mi się uda pozbyć się przynajmniej jednego problemu.
        Dzisiejszego poranka czytałem poranny dziennik.
Jak zwykle znajdzie się jakaś wiadomość która mnie wyprowadza z równowagi. Powinienem przestać czytać. Dzisiaj na temat strefy zero. Podano wiadomość, że rząd dochodzi do sumy miliarda dolarów, które wypłacane są poszkodowanym w wypadkach 11 września. Dochodzę do wniosku, że jestem jednym z nielicznych głupców, którzy dla zasady nie biorą rozdawanych pieniędzy, kiedy wszyscy inni z tego żyją.  Wymieniane sumy są olbrzymie. Przypadki są oczywiście bardzo różne. W wielu, w wypadku śmierci, pieniądze otrzymywali małżonkowie. W innych, gdzie zostało zgłoszenie pogorszenia zdrowia, pieniądze dostają się sami poszkodowani. Jak już pisałem wiele razy, większość to bzdura. Żaden z moich pracowników nie jest chory.
     Wielu zmarło po latach na atak serca. To też jest przyczyną Strefy Zero? Jak to możliwe? Albo na przykład na raka prostaty? Czy temu gazy weszły do tyłka? Nie protestował bym, gdyby tu naprawdę chodziło o problemy z płucami i temu podobnymi. Może ktoś nawdychał się tego wszystkiego więcej niż inni. Ale tam pieniądze zbierają za każdy wymyślony problem. Od kaszlu do odcisków na palcach. Już 4,415 poszkodowanych otrzymało pieniądze a na decyzje czeka 10,549 osób. Czyste wariactwo i nikt nie odważa się zaprotestować. Nie wypada. A gdybym się do tego szaleństwa dołączył, to może nie musiał bym czekać na emeryturę tylko teraz już siedziałbym wygodnie w fotelu w moim ogródku i planował następny wakacyjny wypad, bo znudzony był bym siedzeniem w domu.
         Muszę powiedzieć, że Polacy nie zostają w tyle w wypadkach sądzenia się. Bardzo często czytając o zwariowanych sprawach sądowych, zauważa się nasze nazwiska. Tak też jest w ostatniej, słynnej sprawie. Kiedy przyjechałem do Stanów, pracowaliśmy z żoną w restauracji Kiev. Ona jako kelnerka a ja kucharz. Dobrze, dobrze. Nie ma się z czego śmiać!
       Kiev znajdował się na rogu Drugiej Alei i Siódmej Ulicy. Właśnie w tym miejscu, na drugim rogu tego samego skrzyżowania, tydzień temu zapadł się budynek po wybuchu gazu. Tam też była restauracja. Podobno ktoś nielegalnie podłączał gaz i to było przyczyną wypadku. Uszkodzone zostały dwa budynki obok. Cudem, zginęło tam tylko dwie osoby ale wielu zostało rannych.


Nasz "Kiev" był w budynku na rogu po lewej stronie zdjęcia.
     No i już pojawiła się sprawa w sądzie o odszkodowania. I znów absurd. Nie od tych najbardziej poszkodowanych. W tym wypadku żadne pieniądze nie pomogą rodzicom w bólu po stracie pary młodych ludzi którzy tam zginęli. Dwie panienki, w tym Polka  Anna Ramotowska, tak się przestraszyły (mieszkały kilka budynków dalej), że nie są w stanie normalnie żyć.                Wyprowadzają się z Nowego Jorku i będą próbowały dojść do siebie, w innym mieście. Ciekawe, że następnego dnia, miały wywiad w telewizji i wyglądały pięknie. Makijaż, ładnie ubrane, uśmiechnięte. Tak też zresztą wyglądają na zdjęciach w prasie. Jakoś nie można zauważyć tego panicznego strachu przed Nowym Jorkiem i ich załamania nerwowego. 


Dobrze, że nie zostałem sędzią, bo nie tylko żebym wyrzucał takich z sądu, to dawał bym kary pieniężne za naciąganie miasta na niepotrzebny koszt.

Wednesday, October 8, 2014

Strefa Zero

Powracam dzisiaj do dalszego ciągu moich wspomnień.    


    Przez następne kilka lat pracowałem na mniejszych budowach. Wreszcie w 1998 roku dostałem bardzo ważny projekt. Była to odbudowa drogi szybkiego ruchu przed budynkami World Trade Center. Pomimo różnych komplikacji, skończyłem tą budowę na czas. Był wrzesień 2001 roku i robiłem na niej ostatnie, wykończeniowe prace.  Tam  zastała mnie katastrofa WTC.

    Zaczął się okres w moim życiu o którym można by napisać grubą książkę. Do dzisiaj trudno mi wracać myślami do tamtych dni. Każdy z Nowojorczyków dobrze pamięta dzień 11 września. Na pewno każdy z nas trochę inaczej zareagował na tą tragedię, ale wszyscy byliśmy nią wstrząśnięci i przesiąknięci grozą. Ja jeszcze długo po zapadnięciu się budynków WTC nie mogłem tak naprawdę uwierzyć, że to się stało. Budziłem się codziennie rano z myślą, że może to wszystko co się zdarzyło, było tylko nocnym koszmarem. W tych pierwszych minutach po obudzeniu się każdego nowego dnia, próbowałem wierzyć, że normalny i bezpieczny świat, jaki znaliśmy kiedyś, nadal istnieje, że nie otacza nas chaos i zniszczenie.

    Pamiętam, że nieraz pracując pod WTC przed 11-tym września zastanawialiśmy się co by się stało, gdyby te gigantyczne budynki z jakiegoś powodu się zawaliły. Oczywiście nikt wtedy jeszcze nie myślał o atakach terrorystycznych. Próbowaliśmy obliczyć, jak duży obszar pokryłyby gruzy i zastanawialiśmy się czy udałoby nam się wydostać z życiem z takiej katastrofy. Nikt z nas w najmniejszym stopniu nie spodziewał się wtedy, że za kilka lat staniemy w obliczu takiej sytuacji.

    Ponieważ moja budowa była w pobliżu WTC, zostaliśmy natychmiast zatrudnieni przy akcji ratunkowej i odgruzowywaniu. Pierwsze godziny i dni pracy w „strefie zero”, jak później nazywane było to miejsce, upłynęły pod znakiem rozpaczliwych prób ratowania ludzi, którzy byli gdzieś tam pod gruzami. Pracowały nas tam setki, tysiące. Podzieleni byliśmy na brygady i pod kierownictwem strażaków wydzieraliśmy gołymi rękoma kawałki betonu i stali z niewyobrażalnie wielkiej góry gruzów. Próbowaliśmy znaleźć szczeliny w rumowisku, żeby się dostać do jego wnętrza. Za każdym razem kiedy odkopywaliśmy jakieś miejsce w którym mogliby być ludzie, wszyscy przestawali pracować. Najpierw wołaliśmy w głąb gruzów, czekając na jakaś odpowiedź. Po chwili któryś ze strażaków wciskał się do środka szukając śladów życia. Po jakimś czasie wracał na zewnątrz rozczarowany że nic nie znalazł. Zapadała chwila martwej ciszy, po czym ludzie, wyglądający jak duchy pod powłoką białego pyłu, zawzięcie zabierali się znowu do pracy.

    W pierwszym tygodniu odgruzowywania WTC czułem się trochę zagubiony. Pracowały tam największe firmy nowojorskie. Roboty prowadzone były przez najlepszych inżynierów. Trudno mi się nawet było dowiedzieć w czym mógłbym pomóc. Wszystko działo się spontanicznie, bez większej organizacji. Po kilku dniach postanowiłem wziąć inicjatywę w swoje ręce. Wszyscy skoncentrowani byli po zachodniej stronie WTC, gdzie był najłatwiejszy dostęp do gruzów. Zabrałem więc swoich ludzi i maszyny na stronę wschodnią. Musiałem najpierw utorować sobie drogę do placu WTC, bo wszystkie sąsiednie ulice były zasypane. Zacząłem więc usuwać przeszkody od strony południowej. Na pierwszy ogień poszły samochody, które często stały na środku ulicy pozostawione przez uciekających właścicieli. Ale i te legalnie zaparkowane musiały być usunięte. Przykro było patrzeć na spustoszenie jakie robiły moje maszyny, ale była to też pewna zabawa. Pierwszy i ostatni raz w życiu, mogłem robić co chciałem z samochodami. A były tam miedzy innymi te najlepsze: Mercedes, BMW, etc. Były one zgniatane, miażdżone i przenoszone na wyznaczone składowisko.

    Po kilku dniach takiej pracy, dostałem się do WTC od strony południowej. Sprowadzając coraz więcej ludzi i maszyn, stopniowo zacząłem odgruzowywanie wschodniej części terenu. Moje wysiłki spotkały się z uznaniem ze strony władz miasta, które po miesiącu akcji ratowniczej przejęły pełną kontrolę nad wszelkimi pracami w strefie zero. Wybrały one kontraktorów, którzy mieli pozostać przy odgruzowywaniu WTC i podzieliły między nich pracę. W wyniku tego otrzymałem kontrolę nad 50% strefy zerowej. Był to dla mnie i dla mojej firmy wielki sukces, chociaż trudno było myśleć o sukcesie, kiedy osiągnięty on został w wyniku takiej strasznej tragedii jaka spotkała nasze miasto.

    Po następnych dwóch miesiącach, firma moja przejęła kontrolę nad całością prac w „strefie zero”.

    Techniczna cześć mojej pracy była bardzo trudna. Nigdy przedtem nie pracowałem przy rozbiórkach. Poza tym rozbiórki są zwykle kontrolowane, natomiast tutaj często mieliśmy do czynienia ze zdradzieckimi zwałami gruzu. Każdego dnia układaliśmy plany na dzień następny, tylko po to by je potem zmieniać. Decydowaliśmy się na posunięcia, które zagrażały naszemu życiu. Pamiętam jak pewnego dnia jedna z moich maszyn, wyciągająca stalowe belki na środku gruzowiska, zaczęła się zapadać. Pod nami było jeszcze 7 pięter. Patrząc na to miałem wrażenie że spadała ona na dół w zwolnionym tempie. Nadal nie wiem czy to przerażenie i nerwy stworzyły to wrażenie, czy tak się działo naprawdę. Pamiętam przerażoną twarz mojego operatora, który nie mógł nic zrobić. Maszyna przebiła się przez trzy piętra i nagle się zatrzymała. Wszyscy czekaliśmy w bezruchu na to co miało nastąpić. Myśleliśmy, że wszystko raptem się obsunie i maszyna zostanie zasypana gruzem. Po chwili jednak operator ostrożnie otworzył drzwi. Kiedy wyszedł, nie mógł ustać na nogach, które sprawiały wrażenie jakby zrobione były z gumy. Z trudem wyciągnęliśmy go na zewnątrz.

    Takie zapadnięcia zdarzyły się jeszcze wielokrotnie. Strach był nie tylko przed tym że można było spaść na dół, ale również, przed tym w co by się wpadło. Pod tą rampą z gruzów po której się poruszaliśmy, były olbrzymie niewygaszone ogniska. Temperatury sięgały tam kilku tysięcy stopni. Zdarzało się często, że koparki zanurzały swoją łopatę w gruzy i zamiast betonu wyciągały rozpaloną, płynną substancję. Mimo tych niesamowitych warunków, udało nam się przetrwać ten okres bez fatalnych wypadków.

    Pył, kurz i dym był wszędzie. Trudno było oddychać. Wszyscy naturalnie mieliśmy maski, ale nie zawsze dało się je używać. Ja ciągle musiałem wydawać polecenia przez radio, co w masce trudno byłoby zrobić, więc w większości czasu wisiała ona bezużytecznie na mojej szyi. Dymiło się tak z tych popiołów aż do stycznia następnego roku. Pod koniec nie był to już ogień, tylko para i dym z gorących materiałów. Trudno było w to uwierzyć, że prawie 5 miesięcy po zawaleniu się WTC coś się tam nadal tliło.

    O ludziach, którzy tam zginęli pod gruzami i odkopywaniu ich ciał nie będę pisać. Próbuję o tym jak najmniej myśleć. Nauczyłem się kontrolować moje emocje i blokować pamięć. Teraz mogę nawet już mówić o znajdowaniu tych ciał pod warunkiem, że nie będę wdawał się w szczegóły. Wtedy nie było to takie łatwe.

    Zdarzały się momenty w których nie potrafiłem panować nad sobą. Czasami, kiedy po ciężkim dniu pracy jechałem do domu samochodem, pojawiały się przede mną obrazy tego co widziałem w gruzach w ciągu dnia. Zaczynałem się wtedy trząść, często nawet płakać i nie byłem w stanie dalej jechać. Musiałem zatrzymać się na poboczu, żeby dojść do siebie. Często wpadałem w taki stan będąc w domu, a czasami nawet na przyjęciu albo w restauracji. Po pewnym czasie nauczyłem się blokować pamięć i obrazy , które tworzyła moja wyobraźnia.

Friday, September 12, 2014

Rocznica 11 września




  Wczoraj minęła 13 rocznica 11 września.  Przez zrządzenie losu i częściowo przez przypadek, zostałem świadkiem tych wydarzeń. Od pierwszego dnia do ostatniego,  oficjalnego zaznaczonego jako zakończenie odgruzowywania terenów Strefy Zero.
     W czasie tych wszystkich minionych lat, zdecydowałem się tylko kilka razy powrócić w to miejsce i to nie z osobistych względów. Kilka razy oprowadzałem znajomych i rodzinę w tej okolicy i kilka razy z TVP w dniach rocznicy tego wydarzenia. Nigdy jednak nie zaszedłem dalej niż ten otwarty plac, na którym zbudowany jest park i muzeum WTC. Chociaż ciekawi mnie co umieszczone jest wewnątrz budynku muzeum, które z wydobytych przeze mnie pamiątek zostało tam umieszczonych, czy wiszą zdjęcia które robiłem w czasie tych prac. Nie jestem jeszcze gotowy żeby tam zajrzeć. Wiem tylko z relacji znajomych, że szyba z 82-go piętra, którą odnalazłem i uratowałem jest jednym z eksponatów. Ale osobiście wydostałem dużo więcej ciekawych materiałów. Nie wiem czy się tam znajdują.
      Każdy z nas przeżył jakąś osobistą tragedię. Nie ma możliwości porównywania ich do siebie. Strata jednej osoby, może zostawić większy odcisk w psychice danej osoby, niż oglądanie śmierci wielu przez kogoś innego. Ja zostawiłem to wszystko z daleka za sobą.
Potrafię o tym rozmawiać, choć w większości tego unikam. Na co dzień, chwile te zamykane są w najgłębszych zakamarkach mojej pamięci.
     Pamiętam pierwsze dni, tygodnie, gdzie byłem dumny z Nowojorczyków za postawę w tych chwilach. To się jednak zmieniło.
Dużo z nich wykorzystało to wydarzenie na zrobieniu pieniędzy. Pojawiło się wielu oszustów. Większość zapomniała o tym kto popełnił to przestępstwo i dalej po tylu latach nie są przygotowani na to, że pewnego dnia stanie się coś podobnego. Może nie w NY, może nawet nie w Stanach. Mam nadzieje, że się mylę.
      Będąc z TVP w tym miejscu, oglądałem turystów rozciągających ręce, z radosnym uśmiechem kiedy inny robił im zdjęcie wołając: uśmiechnij się!  Nie przypominam sobie, żeby ktokolwiek zachowywał się tak na cmentarzach. Ale niestety, miejsce to stało się największa atrakcją Nowego Jorku i zwiedzający, w większości, nie wyobrażają sobie chwil i dni jakie my tu przeżyliśmy.
       Odchodziłem z tego miejsca, widząc czarne chmury pokrywające zburzone budynki. W tym samym miejscu, którym stałem, 13-cie lat temu, szedłem pierwszy raz i potykałem się o ludzkie szczątki.
Dawno temu, nasi rodzice, dziadkowie po przeżyciu II-ej wojny światowej powtarzali słowa – „Nigdy więcej”.  Dzisiaj chciałbym powiedzieć to samo.