Showing posts with label Kenia. Show all posts
Showing posts with label Kenia. Show all posts

Sunday, September 21, 2014

Druga część filmu z Afryki

   Powiem krótko. Wróćiliśmy z imprezy o 4 rano i dzisiaj nie jestem w stanie nic robić. A pamiętam czasy, kiedy kończyło się imprezę o 7 rano i w południe szło się na inną. Ale to sto lat temu.
 Załączam tylko drugą część filmu z Afryki. 
    Przypominam, wejście na filmy jest przez kliknięcie na poniższe zdjęcie.
 
 

Friday, September 19, 2014

Wizyta u lekarza

     Wczoraj przeżyliśmy bardzo męczący dzień. Mieliśmy umówione spotkanie z lekarzem, specjalistą związane z problemami córki. Miejsce docelowe bardzo daleko od nas, bo aż w Pennsylwanii i dojazd tam trwa około 4 godzin. Urwałem się z pracy i wyruszyliśmy o 12 w południe. Nie mieliśmy żadnych problemów w drodze i dobiliśmy na miejsce pół godziny przed czasem. Niepotrzebnie. Wszystko się przedłużało i czekaliśmy na wizytę aż 2.5 godziny. Byliśmy prawie zdecydowani „delikatnie„ im podziękować i wracać, ale to by nie miało żadnego sensu, bo i tak starciliśmy dużo czasu. Sama wizyta też trwała prawie godzinę, bo przy okazji ja skorzystałem i zrobili mi kilka testów. 
Niestety wyniki dla Elaine nie są najlepsze. Po za drobniejszymi problemami, potwierdziło się, że jest duża mozliwość pojawienia się u niej cukrzycy. Będzie dalej musiała sprawdzić i potem martwić się będziemy co z tym zrobić. U mnie nie znaleziono żadnych problemów. Może tylko jeden, ale muszę zrobić więcej testów. Okazało się, że mam jakieś ciężkie metale (ołów, rtęć, etc.) w swoim organizmie.
Jest duża mozliwość, że to ze Strefy Zero. 
    Dopiero teraz zacząłem się zastanawiać, dlaczego badania, które mamy co kilka lat, związane z pracami w Strefie Zero, nie zawierają żadnych  testów sprawdzających ten problem. Logicznym by się wydawało, że po wdychaniu tych wszystkich dymów, było takie zagrożenie. Następnym razem, będę musiał się spytać i poprosić o dokładniejsze testy.
    Już po wizycie, byliśmy tak głodni, że jadąc, szukaliśmy miejsca gdzie można by było coś zjeść. I nie przeszkadzało nam (jesteśmy razem na diecie), zatrzymać się w znalezionym Taco Bell, czyli meksykańskie, bardzo dużo kaloryczne jedzenie.
      Dobiliśmy do domu po 24-ej to znaczy, że zostało mi do spania tylko 4.5 godziny. 
    Dzisiaj skończyłem film z Afryki. W tej chwili ładuję pierwszą część do YouTube. Jak zwykle będę musiał trochę poczekać i zobaczymy, czy nie zablokują mi z powodu muzyki. Nie chcę jej zmieniać, bo wydaje mi się że bardzo pasuje do tego filmu i napracowałem się na wycinaniem fragmentów i dopasowaniem jej do nastroju całości. Jeżeli film zablokują, to proszę o powiadomienie i włożę go na Vimeo. Miłego oglądania. Ostrzegam, że sam koniec pierwszej części, zawiera sceny z ataku krokodyla na zebrę i nie wszyscy może chcą to oglądać. Skróciłem to do bardzo krótkiego fragmentu. 
 
 Kiedy to piszę, film jeszcze nie jest w pełni załadowany do YouTube. Trwa to nieraz chwilę, szczególnie że jest on w HD. Może to trochę potrwać. Ale niedługo powinien się pojawiać.
 
 
 

Saturday, September 13, 2014

Ostatni dzień


       29 Sierpień

Czas upłynął bardzo szybko i wakacje dobiegają końca. Zaczynamy od tej samej pobudki o 6 rano. Stoliczek wstawiony do namiotu, kawa, herbata i to ciasteczko, które nadaje się dla pigmeja a nie dla nas. To jest złośliwe podawanie czegoś takie. Tym razem przezornie przy wczorajszej kolacji zrobiliśmy sobie po bułce z masłem, bo tak na pusty żołądek to trudno wytrzymać te kilka godzin. Dogadujemy się z przewodnikiem, że jest to nasz ostatni dzień i chcemy wszystko robić spokojnie i relaksowo. Jeżeli coś spotkamy to dobrze ale jak nie, to nie ma co szaleć i szukać. Będziemy cieszyć się oglądaniem terenów Afryki i tego co spotkamy. On jednak próbuje jeszcze raz znaleźć geparda.
     Pierwszy przystanek jest przy bardzo dużej grupie sępów, zjadających jakieś pozostałości po obiedzie lwów. Między nimi stoją Marabuty a także szakale.


Wszyscy walczą o najmniejszy kawałek. W czasie kiedy to oglądamy, pojawia się słońce i ostatni raz przyglądamy się sawannie przy tym wschodzie.
Jest to też dzień w którym ponownie poznajemy inność tutejszej pogody. Przede wszystkim jesteśmy wysoko nad poziomem morza, ale także są to tereny półpustynne, bardzo suche. Temperatura potrafi spaść, lub podnieść się w ciągu jednej godziny o 15 stopni Celsjusza.  Dziewczyny zawinięte w koce, czekają na powrót ciepła.

 
      Po sępach spotykamy rodzinę hien,


dużo słoni, afrykańskie orły



 i oczywiście wszystkie te które są z nami na co dzień – antylopy.
     Jest bardzo wcześnie i zwierzęta są bardzo ożywione. Obserwujemy wiele walk (często zabaw) między antylopami. Walczą na rogi, gonią się po sawannie.



Cały czas coś się dzieje ale geparda nie możemy spotkać. Wracamy na śniadanie, bardzo ważny moment w naszej codzienności.


Później pijemy herbatkę w naszym namiocie. Wiesia przywiozła kubeczki i termos (także herbatę). Codziennie prosimy o gorącą wodę i w każdej chwili mamy coś do picia.
    Zabawne jest to, że kubki (prawdopodobnie dla małych dzieci)  mają wmontowaną rurkę, z której można wypijać zawartość ale oczywiście nie gorącej herbaty i nie używamy ich, ale wystają one z krawędzi kubka. Śmieję się, że nie wiem co złego jest z tą Wiesi herbatą, ale musi być stara lub zatruta, bo po każdym piciu boli mnie jedno oko!

 
    Safari w południe zaczynamy od przystanku nad rzeką. Są tam bawoły i hipopotamy. Zaraz po tym wita nas duża rodzina słoni. Jeden z nich tarza się w błocie.


Jest to bardzo typowe dla słoni. Błoto zastępuje kremy chroniące nas od słońca i nie muszą za to płacić. Następnym razem radzę spróbować.
     Zatrzymujemy się w jednej z tutejszych oaz roślinności.  Jest też średniej wielkości staw w większości pokryty czymś podobnym do rzęsy. Dużo drzew, czyli cień, gdzie zwierzęta mogą się ochłodzić. Oprócz tych zadawalających oczy widoków, przyglądamy się antylopom Gnu i dużej ilości ptactwa.





Najwięcej jednak ciekawią nas gromady małp. Najpierw koczkodany, ich igraszki, zabawy. Między tym beztroskimi zajęciami, zawsze jest chwila na higienę, czyli wybieranie sobie nawzajem kleszczy i innego robactwa siedzącego w sierści i natychmiastowe ich zjadanie. Przyjemne z pożytecznym.
     Druga grypa to pawiany. Te siedzą w płytkiej wodzie chłodząc się ale jednocześnie coś jedzą. Nie jestem pewien czy tą rzęsę, czy coś w niej znajdują. Najciekawszy jest malutki pawian i na niego skierowane są nasze oczy.


 
     Są tam też dwa hipopotamy, które nieruchome, częściowo wynurzone są z wody i pokryte tym co zarasta te wody.

 
     Powrót na lunch. Mamy 3 godziny. Jest za gorąco żeby jeździć. Zresztą wszystkie zwierzęta też chowają się przed tym skwarem. Wykorzystuje ten czas i proszę pobliskiego strażnika, żeby zaprowadził mnie do naszej rzeki, gdzie wypoczywają olbrzymie krokodyle. Są tu dwie rodziny. Podobno złożyły tu jajka (około 50), które przykryte są teraz piaskiem. Przy nich zawsze czuwa matka.
Zbliżam się do nich na odległość może 5 metrow. Pamiętam dobrze wskazówkę jednego z tubylców, że jak krokodyl, aligator Cię goni, to nigdy nie uciekaj prosto. Nie masz szans i staniesz się pokarmem. Trzeba biec zygzakiem, bo krokodyle na lądzie, nie mają możliwości szybkiego skręcania, przez co tracą szybkość.  Tak więc myśląc o tym i na włączonym wstecznym biegu robię im zdjęcia.



Czuję się jednak dużo lepiej jak się od nich oddalam.
     Wracając , już blisko namiotu, spotykam dużą rodzinę mangust. Ten rodzaj zwierzątka ma bardzo dużo odmian, ale spotkane wyglądają na rodzinę mangust karłowatych.

 
      Ostatnie safari. Już przy wyjeździe widzimy, że pogoda nas zawodzi. Bardzo się chmurzy. Za to zdjęcia są efektowne.


 
Jeszcze raz przechodzi rodzina słoni. Kilka maluchów goni się między starszymi.



Jeden z mniejszych, potyka się bez przerwy i przewraca.
Chmurzy się coraz bardziej i temperatury spadają do takich, że zmuszają kobiety do wyciagnięcia koców.
     Na pobliskim kopcu termitów, siedzą sępy. Robię kilka zdjęć, ale zastanawiamy się dlaczego one się tu zebrały.


Szczególnie, że co chwila przylatuje nowy.

 
Wreszcie znajdujemy przyczynę. Za pobliskim drzewem znajduje się to czego szukaliśmy cały poranek. Jest Gepard. Musiał niedawno upolować to co ma przed sobą. 


Widocznie jest już dobrze najedzony, bo po 5 minutach zostawia swą zdobycz i odchodzi. Dowiadujemy się, że Gepard nigdy nie kończy swego jedzenia i zostawia większość dla innych. W przeciwieństwie do lwów, w chwili kiedy odejdzie od tego miejsca, nigdy już tam nie powraca. On spożywa tylko świeże mięso. Lwy, lamparty mają inny system trawienia i posiadają jakieś bakterie, które pozwalają im na spożywanie padliny a gepard tego nie maja i gdyby to jadł mógłby puszczać pawia, tak jak my po całonocnej imprezie.
    No i udało nam się postawić na mojej liście, znaczek przy gepardzie. Z listy tej zostały mi tylko dwa punkty. Nosorożec i ptaki flamingi. Chociaż widzieliśmy ich w Tanzanii, jednak z bardzo dużej odległości i nie mogę powiedzieć, że jest to zaliczone. Innym razem.
     Czas na powrót. Po drodze zaczyna kropić. Jeszcze przed dojazdem, zatrzymujemy się pod samotnym drzewem na kawę i ciastko. Jesteśmy w centrum olbrzymiego stada antylop. Jest chłodno i dalej kropi, więc nie pozostajemy tu długo, nie sprawia nam to przyjemności. Pijemy szybko i wracamy.

 
     Czeka nas jednak jeszcze jedna niespodzianka. Zaraz przy samym obozie spotykamy olbrzymie stado lwów. Każdy siedzi, lub leży osobno, w dość dużym oddaleniu od siebie. My podjeżdżamy do lwa i trzech lwiątek. Ta grupa świetnie się bawi. Lew udaje ataki i wpada na małe, łapie je w paszczę. Przewracają się i goniąc, zbliżają się do naszego samochodu na odległość 5 metrów.



Lew się trochę zmęczył i przysiada. Małe bawią się nadal. W pewnej chwili, ojciec wyciąga łeb i spogląda w bok. Musiał coś zauważyć. Może coś do upolowania.


Ja kręcę film, robię zdjęcia na wprost niego. Ten po chwili odwraca łeb i patrzy prosto na mnie.


Zdaje sobie sprawę, że ja też jestem dla niego kawałkiem mięsa. Daje znak kierowcy, że mam już dość  zdjęć i odjeżdżamy.
    Już w obozie, żegnamy się z naszym kilkudniowym przewodnikiem. Oczywiście mój portfel staje się lżejszy, bo każdemu trzeba zostawić typy. Wracamy do namiotu.
     Teraz trochę odpoczynku, zwijanie rzeczy. Trzeba zacząć się pakować. Wszyscy bierzemy prysznic. Ja niestety ostatni i martwię się że skończy mi się gorąca woda. Każdy namiot ma z tylu mały piecyk. Co jakiś czas przychodzi tam jeden z pracowników i dorzuca drewna do rozpalonego pieca. Nie wiem ile jest tam wody, ale nie potrzebnie się martwiłem. Wystarczyło.
   Elaine po umyciu włosów chciała je wysuszyć. Tu nie ma jednak suszarek i nie pozwalają używać własnych i bezpieczniki by na to nie pozwoliły. Kazali jej iść do łazienki przy barze. Tam jest suszarka. Po 15 minutach wróciła cała roztrzęsiona. Ona, jak już wspominałem, brzydzi się wszystkich robaków. Mówi, że tam były wszędzie. Jak suszyła, to cały czas pokrzykiwała a na koniec szybko wypadła z namiotu prosto na dużą pajęczynę.
    Już wymyci, przebrani, udajemy się na ostatni obiad. Jak zwykle wszystko bardzo smaczne. W połowie posiłku, zdaję sobie sprawę, że nad nami wiszą małe nietoperki ( czeska nazwa podoba nam się bardziej). Co jakiś czas odrywają się i przelatują nad naszymi głowami. Może dlatego nie ma tu światła, żeby ludzie się nie przestraszyli.

Wednesday, September 10, 2014

Kenia - kraina lwów


    28 Sierpień

Pobudka o 6 rano. Głos z zewnątrz delikatnie próbuje nas obudzić. Ja pierwszy z naszej rodziny otwieram oczy  i pozwalam mu wejść. Jest jeszcze całkiem ciemno. Rozsuwa zamek przy wejściu do namiotu. Po cichu wnosi stołek na którym stawia świeżą herbatę i kawę. Także po jednym ciasteczku.  Elaine nie wstaje. Źle się czuje. My w pół godziny musimy być gotowi. Dzisiaj pierwszy raz nie jesteśmy sami. W jeepie przysiada się do nas para z Niemiec.
    Wyjeżdżamy przy wschodzie słońca i takie jest pierwsze zdjęcie dnia. Czy ładnie?


Zaraz po tym spotykamy dziesiątki sępów. Siedzą na świeżo zabitej antylopie. Nagle wszystkie się podrywają i przysiadają obok. Nadbiega lwica. To jest jej zdobycz. Natychmiast zabiera się do jedzenia, ale cały czas się rozgląda.


Okazuje się że czekała na rodzinę. Po chwili podchodzą dwie dodatkowe lwice a za nimi kulejący lew. Ten zatrzymuje się w oddali i rozsiada wygodnie. Nowo przybyłe nie są głodne i rozkładają się obok pierwszej, która spokojnie pożera zdobycz.

 
     Wygląda na to, że dzisiaj jest dzień lwów. Dosłownie za kilka minut, prawie wjeżdżamy  na druga grupę, także przy świeżo zabitej antylopie Gnu. Tym razem są tam też małe lwiątka.





Znów oglądamy przez chwilę i jedziemy dalej. Nawet nie wspominam o drobnych spotkaniach, bo jest ich zbyt dużo. Antylopy, bawoły, dużo różnych ptaków. Co chwila pojawia się inny gatunek i na tych pięknych terenach czuje się prawdziwa Afrykę.



 
       Dużo więcej interesująca jest rodzina hien. Są w każdym rozmiarze. Od kilkutygodniowych do dorosłych. Uczymy się, że hieny chowają małe w jakimś dołku, norze i znikają na długi czas, żeby zdobyć pożywienie. Po powrocie, małe mogą wyjść i się pobawić. Jesteśmy dokładnie w tym czasie.


Oglądamy radość małych hien i ich zabawy.
       Kręcimy się po tej okolicy przez jakiś czas, zaliczając następne  spotkania i wracamy na śniadanie. Musze trochę napisać o naszych towarzyszach z Niemiec. Nie mogę się napatrzeć na tego faceta. Jest ciekawszy od lwów.  Typowy „narcyz”, musi siebie uwielbiać, bo cały czas robi sobie  zdjęcia i do tego i-phonem . Celem jest złapanie też widoków za nim, ale oczywiście trzymając telefon przed sobą, na ekranie mieści się tylko jego twarz. Widać także jego znajomość w technice robienia filmów. Kręci bez przerwy, nie ważne co i do tego w czasie jazdy a tu jeździmy po polach, czyli przez  górki i dołki. Obserwuje jego ekran i widzę niebo, trawa, niebo trawa i to z dużą częstotliwością. Będę szukał na youtubie jego filmu. Na pewno będzie ciekawy.
     Elaine już na nas czeka. Czuje się dużo lepiej.  Idziemy na śniadanie, które podobnie do innych posiłków, serwowane jest na otwartym terenie.


Przepiękna pogoda i bardzo smaczne jedzenie.  Na razie, w porównaniu z innymi miejscami, w tym obozie podają najsmaczniejsze  posiłki..
    Wyprawa między śniadaniem a lunchem jest najkrótsza, tylko 1.5 godziny, poruszamy się więc tylko w okolicy obozu. Tym razem nie spotykamy nic wyjątkowego. Tym bardziej, że jesteśmy już trochę rozpieszczeni i większość zwierząt nas nie zadawala. Najciekawsze chwile, to spotkanie walczących ze sobą antylop gazel. Podobnie jak barany, kozice, wpadają na siebie i zderzają się rogami.

 
      Znów powrót, lunch i odpoczynek. W tej chwili udało mi się połączyć przez skype z Olą i Kaziem i rozmawiamy przez chwilę.
     Jeszcze przed wyjazdem, zauważyłem w rzece Mara, jakieś kotłowanie. To dwa duże hipopotamy walczą ze sobą. Co chwila woda się burzy i dwie olbrzymie paszcze wpadają na siebie. Moment przepychania i wszystko znika pod żółtą wodą. Oddalają się po tym ataku i za chwilę powtórka z rozrywki. Ja zawsze z aparatem, więc udaje mi się to złapać w obiektywie.


 
     Podczas popołudniowego safari, spotykamy kilka ciekawych okazów ptaków.




Przed wyjazdem, prosiłem, żeby podjechać do miejsca, gdzie możemy pooglądać krokodyle. Dowiózł nas tam po godzinie. Jest ich bardzo dużo. Jedne wylegują się na piaskach przy rzece inne pływają.



Przesuwamy się kilometr w dół rzeki. Jest tu widoczne miejsce, gdzie zwierzęta przekraczają rzekę. Po dwóch stronach stoją zebry i pilnie obserwują wodę. Po przeciwnej stronie  są cztery. Jedna decyduje się i ostrożnie zbliża się do brzegu. Nie chce się przeprawiać, tylko zaspokoić pragnienie. Pije szybko i odsuwa się od brzegu. Wtedy pozostałe, kolejno robią to samo. Nic się nie zdarzyło i powoli się oddalają. Po naszej stronie stoi duże stado. Boją się jednak zbliżyć. W pewnej chwili z oddali zbliża się szybko pojedyncza zebra. Na nic nie zważając, zaczyna przechodzić na drugą stronę. Udało jej się posunąć o kilka metrów. Pod wodą czekał krokodyl. W pewnej chwili woda się spieniła i zebra znika. Od tej chwili to sceny, które oglądałem tylko na filmach. Walka o życie. Zebra wynurza się, ale krokodyl dalej ją trzyma. Co chwila znikają pod wodą i ponownie się pojawiają. Przeważnie krokodyle robią to w grupie i szybko topią zdobycz. Ten popełnił błąd. Był sam i zebra mu się wyrwała. Weszła częściowo na ląd, ale łeb krokodyla wysunął się błyskawicznie z wody i ponownie uchwycił ją za zadek .


Szarpali się tak przez chwilę i po każdym takim zmaganiu krokodyl tracił  przewagę. Na końcu, trzymał ją już tylko za ogon.


Robiąc to zaciskał coraz więcej szczęki, aż jej go odgryzł.  


Ta wydostała się szybko na brzeg i zniknęła w krzakach. W wodzie zabarwionej na czerwono, dalej wrzało, bo walczyły tam o coś dwa krokodyle. Musi być, że o ten ogon.
     Dopiero teraz oderwałem się od kamery. Ciężko mi w takich chwilach, bo próbuję zrobić zdjęcia i film. Kobiety się niestety do tego nie nadają. Zmieniam więc sprzęt, nastawiam aparaty i nie zawsze zwracam uwagę na to co się wokół dzieje. Zdaje sobie sprawę, że Elaine zakryła oczy i Wieśka też się odwróciła. Nie chciały na to patrzeć. Nie będę chyba mógł umieścić tego w moim filmie i muszę zrobić osobny.
    Jeszcze przed odjazdem widzimy, jak pozostałe zebry ze stada, idą w to miejsce za krzakami. Kiedy wyruszamy w drogę powrotną, widzimy wszystkie razem.


Ta poszkodowana, dalej żyje. Kuśtyka trochę na przednią nogę. Widać dużą rany na udzie i zadku, gdzie naturalnie brakuje ogona. Zebry ze stada, podchodzą do nie kolejno i wygląda, że się cieszą. Dotykają ja głowami, przepychają się. Następny pokaz „człowieczeństwa” u tych głupich, dzikich zwierząt.
    Czas do domu. Wieśka nie chce już nigdy oglądać krokodyli.
Jeszcze przed powrotem spotykamy serwala. Następny rodzaj dzikiego kota. Siedzi w krzakach i wystaje tylko jego głowa.


Nie będziemy czekać . Wracamy do obozu.