Saturday, October 4, 2014
New York, New York.
14 grudnia urodziła się nasza córka Elaine.
Przesiadywałem wtedy w szpitalu całymi godzinami ale nie znając terminu porodu, którego zresztą nikt nie był w stanie przewidzieć, przegapiłem moment urodzin naszej córki. Kiedy zjawiłem się po jej urodzeniu, pielęgniarka, poznając mnie, zaczęła mi coś tłumaczyć. Niestety niewiele mogłem zrozumieć. Domyślałem się tylko, że próbuje mi wytłumaczyć, że dziecko żyje i nie powinienem się bać. Nie bać się? Czego? Nie rozumiałem co ona ma na myśli, aż zaprowadzono mnie do sali gdzie leżała moja córka. Żeby tam wejść trzeba się było dokładnie wysmarować jakimś płynem, wyglądającym jak jodyna, założyć maskę, fartuch, rękawice.
Moment w którym zobaczyłem pierwszy raz moją Elaine, zostanie na zawsze w mojej pamięci. Moją pierwszą myślą było to, że dziecko urodziło się upośledzone. Elanie ważyła przy urodzeniu tylko dwa funty i przez następne kilka dni traciła jeszcze na wadze. Twarz miała pokrytą włosami i zmarszczkami, jak 100-letnia kobieta. Usta jej były szeroko otwarte i nieruchome. Później dowiedziałem się, że nie potrafiła ona jeszcze poruszać mięśniami szczęki. Leżała w inkubatorze, podłączona do olbrzymiej ilości kabli i rurek. Wszystko to wyglądało strasznie. Powiedziano mi, że to całkiem normalne u wcześniaków, ale nie byłem o tym wcale przekonany.
Najciekawsze było karmienie mojej córki. Używano do tego dużą strzykawkę, wypełnioną czymś podobnym do mleka z cienką rurką zamiast igły. Wciskało się tą rurkę przez nos do żołądka. Było to bardzo stresujące, bo wydawało się że średnica rurki jest większa od przełyku. Kiedy wszystko było już na swoim miejscu, wciskało się delikatnie zawartość strzykawki do tej małej istotki. Dziecko było nakarmione!
Wkrótce po urodzeniu się Elanie, znalazłem pracę jako pomocnik elektryka w Bellevue Hospital. Praca nie była trudna, ale angielski był dużym problemem. W tym też czasie, dano nam do zrozumienia, że musimy znaleźć sobie mieszkanie, bo z hotelu trzeba się było wynosić. Jeszcze raz potwierdziło to, że nasz polski sponsor, bacznie uważa na to żebyśmy się nie rozleniwili. My Polacy, wiemy dobrze, że nie wolno pozwolić ludziom się zrelaksować, bo prowadzi to do lenistwa. Inne grupy narodowościowe, np. rosyjscy żydzi tego nie rozumieją. Opowiadano nam, że w pierwszy dzień po przyjeździe do stanów, dostają pokój w czystym hotelu, z lodówką wypełnione jedzeniem. Mogą tam mieszkać do momentu znalezienia mieszkania i pracy, w czym aktywnie pomagają im ich organizacje. Uważam, że to na pewno im nie pomaga w budowaniu charakteru i odporności psychicznej. Co gorsze, już po kilku dniach Rosjanie wysyłani są do darmowej szkoły angielskiego. To dopiero strata czasu i marnowanie pieniędzy! My Polacy na to byśmy nie pozwolili. Języka w końcu można nauczyć się na ulicy. Moim zdaniem polska metoda przygotowania emigrantów do życia w nowym kraju, jest dużo praktyczniejsza i na pewno oszczędniejsza. Poza tym jeżeli się ludziom za dużo pomaga, to potem nie dają sobie rady w życiu.
Amerykanie mają chyba na to trochę inny pogląd. Po urodzeniu się Elaine, pani z opieki społecznej w szpitalu, która znała naszą sytuację, załatwiła nam tymczasowe mieszkanie. To już nie pierwszy raz okazało się, że pomoc nadeszła niespodziewanie ze strony osób, od których się tego najmniej spodziewaliśmy. Dostaliśmy pokój w MacDonald House. Jest to charytatywna instytucja, ufundowana przez sławnego właściciela restauracji z hamburgerami. Celem jej jest pomaganie biednym rodzinom z ciężko chorymi dziećmi. Tam też zastały nas pierwsze Święta Bożego Narodzenia.
W wigilię Bożego Narodzenia straciłem pracę. Poinformował mnie o tym Polak, któremu pomogłem dostać pracę w mojej firmie. Mówił on dużo lepiej ode mnie po angielsku, dlatego szybko nawiązał dobre układy z naszym szefem. No więc w wigilię chłopak ten przyszedł do mnie żeby mi przekazać, że niestety nie ma pracy dla nas dwóch i szef mnie zwalnia. Jak to się nasi potrafią zakręcić! Byłem tym całkowicie załamany. Pobiegłem do domu, żeby zatrzymać Wiesię, która miała tego popołudnia iść na zakupy świąteczne! Znalazłem ją w supermarkecie.
„Niestety kochanie straciłem pracę. Nie stać nas na te zakupy. Bierzemy tylko to co musimy.”
Wzięliśmy więc chleb, śledzie w occie, papierowe talerze, plastikowe sztućce i butelkę asti spumanti, który ma tutaj rangę polskiego „jabcoka”. Wróciliśmy do naszego tymczasowego mieszkania. Był wieczór wigilijny. W szpitalu walczyła o życie nasza córeczka, a my bez pracy i bez perspektyw na przyszłość, siedzieliśmy samotni w przytułku dla biednych. Nasze marzenia znów były w rozsypce. Siedząc na podłodze, rozłożyliśmy nasz świąteczny posiłek. Przygryzaliśmy śledzia suchym chlebem, popijając to słodkim winem i życzyliśmy sobie wesołych świąt. Trudno było powstrzymać łzy. Byliśmy całkowicie sami przy tym biednym stole wigilijnym, złączeni wspólna troską o dziecko i o naszą przyszłość. W takich sytuacjach zwykle się mówi, że jutro musi być lepsze, ale wtedy w to nie wierzyliśmy.
A jednak po kilku tygodniach Wiesia znalazła pracę jako kelnerka w polsko-ukraińskiej restauracji Kiev. Tam też poznaliśmy Ewę, która nam zaoferowała pomoc i zabrała nas do swojego mieszkania, kiedy zostaliśmy wyproszeni z „hotelu MacDonalds”. Pozwoliło nam to na odłożenie kilku dolarów i po paru miesiącach wynajęliśmy nasze pierwsze mieszkanie. Ja kontynuowałem poszukiwania stałej pracy dla siebie. Nie było to jednak łatwe. Na początku lat 80-tych w nowym Jorku był kryzys ekonomiczny. Trudno było cokolwiek znaleźć. Brałem więc co popadnie. Były to przeważnie prace tymczasowe i nigdy nie wiedziałem kiedy je stracę. Kosztowało nas to dużo nerwów. Jak tylko odłożyliśmy kilka dolarów, traciłem pracę i zaczynaliśmy od nowa. Próbowałem wszystkiego. Byłem kucharzem, stolarzem, elektrykiem, sprzedawcą, sprzątaczem, etc.
Najdłużej pracowałem jako taksówkarz. Była to dla nas najlepsza sytuacja, bo mogłem pracować w nocy, a w dzień opiekować się Elaine, żeby Wiesia mogła pójść do swojej pracy. Pracowaliśmy więc na dwie zmiany. Rankiem wracając do domu, spotykałem się z Wiesią gotową do wyjścia. Wymienialiśmy kilka słów i zostawałem sam z Elaine. Po całej nocy pracy kładłem się na niepościelonej kanapie, sadzałem dziecko na podłodze obok siebie, otoczone zabawkami i próbowałem się przespać. Elaine rozumiała, że ja chciałem spać, będąc jednak malutkim dzieckiem nudziła się. Co chwila więc próbowała otworzyć mi oczy rozciągając moje powieki swoimi malutkimi paluszkami i pytała się czy jeszcze śpię. Niejednokrotnie musiałem pracować dłużej i nie zdążyłem dojechać na czas do domu. Przekazywaliśmy więc sobie dziecko w Wiesi restauracji, albo w jakimś innym umówionym miejscu. Ponieważ ja pracowałem w soboty a ona w niedziele, rzadko spędzaliśmy wspólnie czas. Trwało to ponad dwa lata.
Praca taksówkarza nie była łatwa. Oglądając teraz filmy, w których pokazują nowojorskich taksówkarzy, śmieję się przypominając sobie tamte lata. Żeby dostać licencję, trzeba było zdać egzaminy ze znajomości miasta. To nie było jeszcze takie trudne do zrobienia, bo pytania i odpowiedzi można było zdobyć przez odpowiednie znajomości. Ale co potem? Wyobraźmy sobie próbę dowiezienia przeze mnie pasażera z Manhattanu na Brooklyn. Nie byłem pewny co do mnie mówi, bo nie rozumiałem wtedy dużo po angielsku. Ale nawet gdybym zrozumiał gdzie on chce jechać, to i tak nie miałem pojęcia jak się dostać na Brooklyn. Nie wiedziałem nawet jak dojechać do jakiegokolwiek mostu. Żeby więc uniknąć poważnych kłopotów, wypracowałem sobie metodę, która wyglądała mniej więcej w ten sposób:
Po pierwsze – unikać wyjazdu z Manhattanu, który jest łatwy do opanowania, bo większość ulic jest ponumerowana.
Po drugie – jak się tylko zorientujesz, że nie znasz miejsca do którego pasażer chce się udać, mówisz:
„Am sorry I not speak good English. This my first day. Show please were you go”.
W większości wypadków po usłyszeniu tego pasażer zamruczał pod nosem: „O Boże, to jest możliwe tylko w Nowym Jorku” - ale prowadził mnie tam gdzie chciał dojechać, bo nie miał innego wyboru.
„Pojedź prosto, potem w prawo, w lewo, potem znowu prosto. Gdzie jedziesz?! Przecież mówiłem że w lewo! Nie, nie w prawo, w lewo! O Boże!”.
Tak to mniej więcej wyglądało. Niestety nie zawsze wszystko poszło gładko. Raz jakaś kobieta poprosiła mnie o dowiezienie jej na Brooklyn. Po moim wypróbowanym wstępie myślałem że może zrezygnuje. Była ona jednak z tych upartych i nalegała, żeby ze mną jechać. Powiedziała, że mnie poprowadzi.
„Najpierw jedź prosto, potem weź zakręt w lewo na most Brooklyński. Jak będziemy na Brooklynie to wytłumaczę ci resztę”.
OK. Nie brzmiało to zbyt skomplikowanie. Jedynym problemem było to, że nie miałem pojęcia, który to jest most Brooklyński. Jadę więc prosto. Jadę i jadę, aż tu raptem widzę most. Szczęśliwy, skręcam w lewo i czekam na dalsze wskazówki. Po chwili pasażerka dotyka mego ramienia i zapytuje gdzie ja jadę. Dumnie więc odpowiadam; „Brooklyn Bridge”. Na co ona, uśmiechając się mówi, „ No nie zupełnie. Most to jest, ale nie Brooklyn tylko Manhattan”. Co było najbardziej zaskakujące w tej przygodzie, to fakt, że moja pasażerka nie oburzyła się za to że nie wiem co robię, ale zachowała do końca poczucie humoru i nawet wynagrodziła mnie bardzo porządnym napiwkiem za moje desperackie wysiłki.
Takich ludzi spotyka się często w Nowym Jorku. To dziwne i wspaniałe miasto. Zlepione z dziesiątek różnych narodowości. Wiele osób nie lubi Nowego Jorku. Twierdzą, że ludzie są tu bardzo zabiegani i nieprzyjemni. Nowojorczycy są podobno samolubni i obojętni na tragedie osób żyjących obok. Może to i prawda. Życie w tym zatłoczonym mieście i nieustająca walka o sukces, nauczyło nas że trzeba otoczyć się powłoką pozornej obojętności, żeby tu przetrwać. Jest to jednak tylko maniera, która ułatwia codzienne życie. Kiedy się pozna głębiej naturę miasta i jego mieszkańców, zaczyna się rozumieć, że ta pozorna obojętność jest tylko zewnętrzną skorupą, pod którą kryje się często szczera życzliwość, zrozumienie i współczucie. To miasto otwarte jest dla każdego. Każdy ma tu szansę na sukces bez względu na pochodzenie i ilość posiadanych pieniędzy. Mieszkają tu ludzie, którzy potrafią ciężko pracować a jednocześnie cieszyć się życiem. Miasto to jest pełne życia. Mała jest tu różnica między dniem i nocą. Jest barwne, urzekające i na pewno nie nudne. Potrafi ono dostarczyć wrażeń nawet najbardziej wymagającym osobom. Nowojorczycy, choć na pozór wydają się tacy obojętni, potrafią być uczynni, przyjaźni a nawet bohaterscy, jak okazało się tragicznego 11 września 2001. Oczywiście jak każde inne miejsce na świecie, Nowy Jork ma też swoją ciemną stronę.
Miała ją także praca taksówkarza. Nowy Jork w latach 80-tych nie był tak bezpieczny jak dzisiaj. Przekonałem się o tym na własnej skórze. Jeżdżąc na taksówce miałem wiele niebezpiecznych przygód. Raz zostałem zaatakowany nożem, który wbito mi w plecy. Na szczęście ostrze zostało zatrzymane przez kość.. Oprócz odrobiny krwi i dużej ilości strachu, nie było większej szkody. Innym razem jakiś maniak próbował dusić mnie sznurem, zarzuconym na gardło. Ale tym razem byłem na ten atak trochę lepiej przygotowany. Zdecydowałem, że skoro mnie dusi to znaczy że nie ma pistoletu albo noża. Zacząłem się więc bronić. Dostało mu się dobre bicie ode mnie i uciekł. Został mi tylko ślad na szyi, który musiałem wytłumaczyć przed żoną. Oczywiście nie powiedziałem jej prawdy, bo nie chciałem jej martwić. Stałem się też ofiarą rabunku z pistoletem. To naprawdę mnie wystraszyło i krótko po tym incydencie przestałem jeździć.
Labels:
bezrobocie,
New York,
taksówkarz,
urodziny Elaine
Friday, October 3, 2014
Nowy Świat
Do Nowego Jorku lecieliśmy z kolegą, którego poznaliśmy w obozie. Tomek miał duże poczucie humoru, było nam więc trochę raźniej. Z lotniska zabrał nas autobus, dowożąc do hotelu, gdzie mieliśmy mieszkać przez najbliższe trzy tygodnie. Okazało się że hotel położony jest w centrum Manhattanu, na 36 ulicy i 6 alei. Długo czekaliśmy na przydzielenie nam pokoju. Wreszcie udaliśmy się na 6 piętro. Było to jedno z tych miejsc w których nikt nie mieszka jak nie musi. Drzwi, okna i meble pokryte były tą samą farbą, białego koloru. Widać było dokładnie pęknięcia i dziury, dzięki temu jak po słojach ściętego drzewa można było ustalić, że jest to już 20-ta warstwa. Trudno było dotknąć jakąkolwiek rzecz, bez narażenia się na permanentne przyklejenie się do niej. I był tam bardzo dziwny zapach, a raczej smród starego, zbutwiałego drewna, brudnych dywanów i ostatniej warstwy farby. Najważniejsze było jednak, że mieliśmy gdzie mieszkać. Zmęczeni, położyliśmy się spać.
Na drugi dzień w pojawił się u nas Tomek. Czuł się samotny i zagubiony w swoim pokoju. Po krótkiej rozmowie wyszedł i wrócił z walizkami żeby z nami zamieszkać. Było nam trochę ciasno i nie najwygodniej, szczególnie że drzwi od łazienki się nie zamykały, ale za to dużo weselej.
Pierwszym problem jaki musieliśmy rozwiązać w naszym nowym domu był ten smród. Otwieranie okien, wietrzenie i spryskiwanie dezodorantem nie pomagało. Kilka dni po przyjeździe, idąc ulicami miasta, zobaczyliśmy Hindusa sprzedającego dziwne patyki. Zapalone, kopciły się wydając silną, aromatyczną woń. Nie namyślając się długo, kupiliśmy kilka i wróciliśmy do hotelu. Szybko je zapaliliśmy i minuta po minucie, smród był wypierany z naszego pokoju przez ten nowy, bardzo silny zapach. Byliśmy uratowani! Po pewnym czasie odezwał się Tomek:
„No i udało się. Pozbyliśmy się tego smrodu. Tylko jak się tu teraz kurwa pozbyć zapachu tych kadzideł?”
Po tygodniu pobytu w hotelu, zdaliśmy sobie sprawę z tego, że mamy nawet telewizję. Po przeciwnej stronie ulicy znajdował się inny hotel. Okno naprzeciwko nie miało firanek, a ten kto tam mieszkał ustawił swój telewizor w naszym kierunku. Wprawdzie nie było głosu i nie można było zmieniać kanałów, ale telewizja była! Zaczęliśmy ją więc namiętnie oglądać. Szczególnie, że jej właściciel lubił filmy rysunkowe, a te oglądało się całkiem nieźle bez fonii. W ten sposób poznaliśmy szybko wszystkie główne postacie świata kreskówek, niestety nie znając ich imion.
Natychmiast po przyjeździe udaliśmy się do siedziby polskiej organizacji, która nas sponsorowała. Jeszcze w Austrii, musieliśmy wybrać sobie sponsora z kilku organizacji, które brały udział w tym programie. Organizacje te otrzymywały pieniądze od rządu amerykańskiego aby pomóc nowoprzybyłym rodakom w poszukiwaniu pracy i mieszkania, a także, w razie potrzeby zapewnić podstawową opiekę zdrowotną. Sekretarka, która nas przyjęła nie była najmilsza. Nie miała dla nas czasu, bo wykonywała olbrzymią liczbę telefonów do rodziny i przyjaciół. Dyrektor też jej potrzebował, bo budował nowy dom i ciągle dzwonił jego architekt. Po kilku dniach doszliśmy do wniosku, że trzeba zacząć szukać czegoś na własną rękę.
Rozpoczęliśmy więc z Tomkiem poszukiwania pracy, nie bardzo mając pojęcie jak się do tego zabrać. Moja znajomość angielskiego była zerowa a Tomek znał tylko podstawowe słowa. Ktoś nam poradził żeby pojechać do Harrison w New Jersey, bo tam jest dużo fabryk. Wchodziliśmy więc do różnych miejsc, pytaliśmy o pracę i w odpowiedzi dostawaliśmy pliki papierów, które z trudem potrafiliśmy wypełnić. Później czekaliśmy tygodniami na odpowiedź, nie zdając sobie sprawy z tego, że nasze papiery prawdopodobnie wylądowały w koszu na śmieci.
Zaczął nam też trochę dokuczać głód. Żyliśmy za moje pieniądze zarobione w Austrii, a było tego tylko kilkaset dolarów. Tomek nie miał nic. Kupowaliśmy więc najtańsze produkty jakie można było znaleźć w sklepach. Naszym głównym pożywieniem były wtedy popularne, amerykańskie hot dogi. Kupiłem grzałkę elektryczną i podgrzewaliśmy parówki w metalowym kubku z wodą. Na śniadanie była parówka, na obiad dwie a na kolację … też parówka. Nie było to najzdrowsze jedzenie, szczególnie dla Wiesi mającej dalej problemy z ciążą, ale było to lepsze od głodu. Po kilku tygodniach, Tomek się zbuntował i podchodząc do lodówki w sklepie powiedział:
„Ja już kurwa nie będę jadł tych hot dogów. Kupujemy szynkę”. No i przez jeden dzień jedliśmy szynkę. Jednak na drugi dzień, po przeliczeniu pieniędzy, wróciliśmy na dietę parówkową.
Problemów było wiele. Nie tylko nie mieliśmy pracy, mieszkania i pieniędzy, ale co ważniejsze były kłopoty z Wiesi ciążą. Zwróciłem się więc o pomoc do „naszej” organizacji. Powiedziałem im że żona musi się zbadać, bo ma słabą ciążę i grozi jej poronienie. Nie polepszał jej sytuacji również fakt, że chodziła z nami kilka kilometrów dziennie w poszukiwaniu pracy, bo nie mieliśmy pieniędzy na metro. Sekretarka która jadła właśnie pączka i piła kawę nie miała dla mnie zbyt wiele sympatii. Dała mi niezbyt delikatnie do zrozumienia, że skoro żona tyle wytrzymała to wytrzyma jeszcze dłużej. Niestety pomyliła się. W kilka dni później Wiesi odeszły wody płodowe. Była w piątym miesiącu ciąży.
Znaleźliśmy się w Bellevue Hospital. Wiesię natychmiast zabrano na oddział położniczy, a ja zostałem sam w poczekalni. Zrozpaczony, bezradny nie wiedziałem co ze sobą zrobić. Wyszedłem ze szpitala i biegiem udałem się do budynku polskiej organizacji. Byłem bardzo wzburzony kiedy wpadłem do sekretariatu. Wyrzuciłem z siebie wszystko co mnie bolało. Dyrektor tym razem miał dla mnie dużo więcej sympatii. Zaprosił mnie nawet do swojego gabinetu. Obiecywał pomoc w znalezieniu pracy i mieszkania. Okazało się, że było to jednak możliwe. To był ostatni raz kiedy widziałem się z tymi ludźmi. Wyszedłem od nich trzaskając drzwiami i nie przyjmując żadnej pomocy.
W szpitalu lekarze dawali nam 15% na uratowanie dziecka. Wiesia była w żałosnym stanie. Płakała i prosiła o pomoc. Jednemu z lekarzy zrobiło się nas żal i załatwił on Wiesi przewiezienie do szpitala St.Vincent. Do dzisiaj żałuję że nie zapisałem sobie jego nazwiska. Był on jednym z tych ludzi, którzy zmienili nasze życie. W tamtych czasach ST.Vincent miał jeden z najlepszych oddziałów dla wcześniaków. Tam też Wiesia przeżyła następne 2 tygodnie przed porodem. Początkowo otrzymywała środki na powstrzymanie porodu i zastrzyki na przyspieszenie rozwoju płuc dziecka. Były to środki eksperymentalne, więc Wiesia musiała podpisywać zgodę na ich stosowanie. Po dwóch tygodniach tych zabiegów nie udało się już jednak dłużej powstrzymać porodu.
Thursday, October 2, 2014
Powrót do wspomnień
Każdego dnia, zjawiam
się w pracy o 6 rano, czyli godzinę przed rozpoczęciem budowy. W większości na
wypadek jakiegoś telefonu z problemem, który trzeba natychmiast rozwiązać, żeby
roboty mogły zacząć się bez problemu. Jest to też chwila, w której mam czas na
przeczytanie wiadomości w naszej prasie. I chyba źle robię, bo zawsze coś wyprowadzi mnie z równowagi. Pierwsza uwaga
na temat naszych codziennych gazet. Zamieniają się powoli w te brukowce, które piszą
tylko o wydarzeniach w prywatnym świecie artystów, polityków, etc. Ludzi tu
więcej interesuje jaki papier toaletowy używa John Travolta niż problemy z
Iranem, czy wojna na Ukrainie. Trzydzieści procent to wiadomości sportowe i
tylko o amerykańskich sportach (baseball, football, hokej, koszykówka..). Jak odbywały
się mistrzostwa świata w siatkówce, gdzie grali także amerykanie, nie było o
tym jednej wzmianki. Następne 30% to reklamy a 20-25 procent to wiadomości o życiu sławnych
i morderstwach (czyli pokarm dla tłumów). Zostaje marne 5 procent lub mniej na
ważne wiadomości o problemach w naszym kraju i świecie. Może to i lepiej bo po
co się tym wszystkim martwić.
Więcej można znaleźć samemu na intrenecie,
jeśli się komuś chce.
I tak dostają się
do nas wiadomości o wirusie e-bola. Czy jest możliwość sprowadzenia do
rzeczywistości tych strasznych filmów o zarazach zabijających miliony ludzi?
Ostatnio wygląda, że nie potrafimy (może nawet nie próbujemy) z tym walczyć.
Kilka dni temu z Liberii powrócił do Stanów
turysta, który już na lotnisku zgłosił się do punktu medycznego, mając symptomy
podobne do tych, które wywołuje ten wirus. Dali mu antybiotyki i wysłali do
domu.!?!? Nikt nie został powiadomiony,
ostrzeżony i dopiero po zgłoszeniu się mężczyzny w szpitalu, podjęto działania
jakie powinny zdarzyć się na lotnisku i dostał się natychmiast do izolatki.
Wtedy zaczęto sprawdzać z kim się kontaktował i traktować to jako
prawdopodobny przypadek zarażenia wirusem. Jeżeli tak będziemy do tego
podchodzić, kiedyś będzie za późno.
Po 11 września, myślimy że nasze rządu
przygotowane są na każdą ewentualność ataków terrorystycznych. A tutaj jakiś
nikt, dostaje się do Białego Domu, przechodzi obok sypialni prezydenta, walczy
i wygrywa z kobietą w ochronie Obamy. Nie do uwierzenia! A my dalej sobie
wmawiamy, że Iran nic nie może zrobić z bronią nuklearną, Rosja nie będzie taka
głupia żeby zająć Ukrainę, Chiny nie popełnią samobójstwa i nie zniszczą dolara
amerykańskiego (którego maja więcej w swoich bankach niż amerykanie), kraje
bliskiego wschodu nie zaatakują Izraela, terroryści już są opanowani i nic
nikomu nie zrobią.
Tak przynajmniej wygląda to w naszych
wiadomościach. Ale wiemy wszystko o ślubie Georga Clooney, o urodzinach (dla mnie rasisty) Ala Sharptona, z kim sypia
Justin Bieber.
Smutna rzeczywistość.
Za tydzień mam spotkanie z dziećmi i młodzieżą
polskiej szkoły w Gardfield, New Jersey na temat wydarzeń ze Strefy Zero. Muszę
się na to trochę przygotować, szczególnie że dzieci zadają nieraz trudniejsze
pytania niż dorośli. Z tego też powodu
przechodzę przez wszystkie zdjęcia z tych wydarzeń i trochę wracam myślami do
tych czasów i jak się tam znalazłem. Ponieważ ostatnio nic ciekawego się nie
dzieje, powrócę do mojej przeszłości i wspomnień.
Wielu ludzi uważa że w życiu naszym dużo
zależy od szczęścia. Ja się z tym zgadzam, ale to tylko od nas zależy czy te
chwile potrafimy wykorzystać. Kilkanaście
lat temu, szliśmy razem z moim brygadzista a za nami operator maszyn, po ulicy Manhattanu. My nic nie zauważyliśmy, ale ten za nami schylił
się i podniósł brudną, zadeptaną kopertę. Okazało się że przeszliśmy po naszym
szczęściu, bo znalazł on tam 5,000 dolarów w banknotach, bez adresu, bez żadnej
dodatkowej informacji.
Tak było ze mną 11 września. W tym przypadku
nie mogę to nazywać szczęściem, może
przypadkiem, ale tylko dlatego, że pracowałem w określonym miejscu, znalazłem
się w centrum Strefy Zero. Mogłem jak wielu innych przejść obok tych wydarzeń i
być tylko ich świadkiem, ale tak się nie stało. Przez moja pracę i trochę
sprytu, zostałem tym który prowadził całość odgruzowywania okolic WTC.
A zaczęło się to dużo dawniej, bo w
momencie decyzji o wyjeździe z polski. Powrócę tu do moich wspomnień.
Każdy
ma w swoim życiu okresy kiedy oddaje
się marzeniom. Pytanie jest tylko, czy potrafimy je zrealizować, czy tylko
spędzimy nasze życie marząc rzeczach
nieosiągalnych.
Moje marzenia o Ameryce zaczęły się niewinnie,
od zbierania widokówek. Lata 60-te to całkiem inny świat niż obecne czasy,
szczególnie dla dzieci. Nie było komputerów, telewizji, czy gier
elektronicznych. Sami więc wymyślaliśmy sobie zajęcia. Jednym z podstawowych
hobby było kolekcjonerstwo. Czego się wtedy nie zbierało: znaczki pocztowe,
nalepki z pudełek od zapałek, widokówki, etc. Właśnie widokówki rozpoczęły moje
marzenia o Ameryce.
Jeszcze dzisiaj dokładnie pamiętam
niektóre z nich. Widoki ze stanów Wisconsin i Maine, z drzewami klonowymi w
cudownych jesiennych kolorach. Przeglądając swój album, za każdym razem
widziałem siebie spacerującego w tych lasach i zachwycającego się ich urokiem.
W późniejszych latach moje zafascynowanie pięknem Ameryki połączyło się z już z
nie tak pięknym, ale nie mniej silnym zainteresowaniem świata materialnego.
Były to czasy kiedy można było zobaczyć kogoś żującego amerykańską „buble gum”,
znaleźć kolorowe puszki po piwie wyrzucone przez turystów z przejeżdżającego
przez nasze miasteczko autokaru, czy poczuć zapach amerykańskiego papierosa w
kawiarni.
Niestety zarówno kolorowe lasy w
Maine jak i drobne luksusy codziennego życia były wówczas tylko nieosiągalnym
marzeniem. Dopiero czas studiów zmienił tą sytuację. Z ostatniego roku pamiętam
najbardziej zmęczenie po latach działalności politycznej w „podziemiu”
studenckim, świadomość że nie ma widoków na przyszłość i rozpacz po utracie
dziecka, które urodziło się martwe w piątym miesiącu ciąży. Postanowiliśmy więc
z Wiesią, że wyjeżdżamy.
Jakie małe mieliśmy wtedy pojęcie o
trudnościach które mieliśmy spotkać na naszej nowej drodze życia! Wtedy
wszystko wyglądało tak prosto. Myśleliśmy, że nic złego nie może nam się przydarzyć. Byliśmy
pewni, że jakoś tam przeżyjemy, znajdziemy jakąś pracę, nawet jeżeli przyjdzie
nam się przespać kilka nocy pod mostem to damy sobie radę. Słyszeliśmy o
obozach dla uciekinierów, wiedzieliśmy więc, że innym się udało. Oddaliśmy więc
rodzinie wszystko co posiadaliśmy, a nie było tego wiele i spakowaliśmy dwie
walizki. Jedna z nich była z ubraniami, a druga pełna książek, bo szkoda nam było
zostawiać to co kochaliśmy najwięcej.
Oprócz kilku najbliższych przyjaciół
i rodziny, nikt nie wiedział o naszych planach. Dlatego tylko kilka osób stało
na platformie dworca kolejowego kiedy pociąg Koszalin-Warszawa zabierał nas w
nieznaną przyszłość. Żegnając się ze swoimi najbliższymi, nie mieliśmy pojęcia
kiedy będziemy się mogli ponownie zobaczyć. Wtedy to po raz pierwszy poczułem
strach. Moje marzenia zeszły na dalszy plan i byłem nawet gotowy z nich
zrezygnować. Tylko obecność Wiesi mnie uspakajała. Nie byłem sam. Miałem kogoś
na kogo mogłem zawsze liczyć, co później okazało się najważniejsze w naszym
zdobywaniu Ameryki.
Początki naszej wyprawy nie były
takie złe. Już na dworcu w Wiedniu dowiedzieliśmy się gdzie jest obóz dla
uchodźców i łatwo się tam dostaliśmy. Okazało się że, mając status rodziny,
kwalifikowaliśmy się do zamieszkania w pensjonacie w górach i gdzie już po
kilku dniach byliśmy wysłani. Było to prawdziwe szczęście, bo warunki w
obozie nie bardzo się zgadzały z moimi
wyobrażeniami o zachodzie. Pomieszczenia mieszkalne były wieloosobowe. Toalety nie były często
sprzątane, więc część ludzkich odchodów znajdowała się na podłodze. Pijaństwo,
kradzieże i bójki były na porządku dziennym. Z ulgą więc opuszczaliśmy ten
teren, wierząc że szczęście nadal jest po naszej stronie. Zostaliśmy
przewiezieni do małego miasteczka Geisthal w Alpach. Miało ono być nam domem
przez najbliższy, nieokreślony czas. Znaleźliśmy się w grupie około 30 Polaków
i kilku Czechów. Tam też zaczęła się nasza pierwsza prawdziwa szkoła życia.
Austriacy byli bardzo mili. Dlaczego
nie!? Otrzymywali duże pieniądze od rządu na nasze utrzymanie. Uprzejmość ta
kończyła się jednak natychmiast gdy próbowaliśmy od nich dostać przydzielone
nam w tym programie artykuły pierwszej potrzeby. Któregoś dnia zwróciłem się do
naszego gospodarza w łamanym niemieckim o
jedno dodatkowe mydło.
Okazało się, że było to bardzo
nieodpowiednie pytanie. Nie przyszło mi na myśl, że jestem gruboskórny i
obrażam ich gościnność. W odpowiedzi usłyszałem tylko, że więcej mydła nie
będzie, bo dostaliśmy jedno w zeszłym tygodniu.
„Wy Polacy musicie się nauczyć
oszczędzać.” Odpowiedział Austriak gburowato.
Obiady były serwowane w dużej sali
restauracyjnej. Początkowo były nawet różne dania. Jednak po tygodniu,
Austriacy doszli do wniosku, że rosół jest w gruncie rzeczy najzdrowszy. Dbając
więc o naszą dietę, zdecydowali się serwować tylko tą zupę. Proszenie o dolewkę
uznawane było za brak kultury, z czego w wkrótce zaczęliśmy słynąć.
Wspólne
posiłki dowiodły również, że nasza narodowa cecha zawiści i kłótni o miedzę,
przenosi się nawet na inne tereny.
Początkowo w sali jadalnej był tylko
jeden olbrzymi stół. Przez trzy tygodnie wszyscy byli radośni, przyjacielscy.
Później zaczęły się dyskretne dyskusje o kwestiach finansowych i o tym kto był
kim przed wyjazdem. Doprowadziło to niestety do podziału naszej grupy i stół
rozpadł się na dwa. Na tym to
rozwarstwienie się nie skończyło i po trzech miesiącach naszego pobytu
większość stołów w jadalni była jednorodzinna. W jedynej grupie która pozostała
razem byłem ja z żoną, rodzina państwa Potęgów wyjeżdżająca do Australii i
Czesi. Byli to bardzo mili i życzliwi ludzie, jednak nie wystarczyło im odwagi
i po paru miesiącach wrócili do Czechosłowacji.
W krótkim czasie rozpoczęliśmy
rozmowy z przedstawicielami Ambasady Amerykańskiej. Zdawaliśmy sobie sprawę z
tego, że ważą się tam nasze losy. Niektórzy ludzie przesiedzieli w obozie kilka
lat, bo nikt ich nie chciał przyjąć. Nasze szczęcie jednak nas nie opuściło.
Biorąc pod uwagę naszą działalność w polskim podziemiu politycznym, przyznano
nam wizę i mieliśmy wylecieć w ciągu kilku tygodni. Wracaliśmy więc z Wiednia
bardzo szczęśliwi. Perspektywa pozostania dłużej w Austrii nie byłaby dla nas
zbyt przyjemna. Napięta sytuacja i ciągłe kłótnie w grupie naszych rodaków oraz
świadomość niepewnej przyszłości nie pozwalały nam cieszyć się pięknem terenów
w jakich mieszkaliśmy.
Ten powrót z Wiednia przyniósł nam
jednak pierwsze bolesne doświadczenie. Młody kierowca próbował zaimponować nam
swoim talentem prowadzenia autobusu. Kręta droga którą jechaliśmy, ciągnęła się
na stokach Alp i zaraz obok widoczne były olbrzymie przepaście. Każdy zakręt
powodował panikę pasażerów. Niestety im więcej prosiliśmy o zwolnienie jazdy,
tym szybciej kierowca brał następny zakręt. Skończyło się na tym, że moją żonę,
która była w ciąży, zabrano później do szpitala. Dowiedzieliśmy się, że grozi
jej poronienie. Wypuścili ją po kilku tygodniach, bo mieliśmy już ustalony
wylot do Stanów, ale poradzono jej aby natychmiast po przyjeździe do Ameryki
zgłosiła się do lekarza. Tak zakończył się pierwszy etap naszego podboju
zachodu.
Monday, September 29, 2014
O niczym
Następna impreza minęła w poprzednią sobotę.
Bawiliśmy się dobrze do 2-ej w nocy przy pięknej letniej pogodzie. Nawet w
godzinach nocnych było gorąco a już przy tańcach, wszyscy spływali potem. Ale też
było przy czym bo zabawa była znakomita.
W pozostałą część weekendu, naprawiałem i
wymieniałem oświetlenie ogrodu. A jest co naprawiać, bo mam zainstalowanych
olbrzymia ilość przeróżnych świateł. Dwa wolne dni przeminęły w mgnieniu oka i
po tej pracy, wieczorem w niedzielę, musiałem wygrzać stare kości i mięśnie w
jaquzzi, bo trochę zalały się kwasem mlecznym. Może trzeba pomyśleć o codziennej gimnastyce a może przestać
pracować i ograniczyć się do pracy zawodowej i oglądania telewizji. Ta druga
myśl chyba mi lepiej odpowiada.
Nic innego się nie dzieje i można pisać
tylko o wspomnieniach lub o tym co się dzieje u innych. Dzisiaj więc załączę
kilka zabawnych materiałów, które kiedyś otrzymałem od znajomych. Pierwszy to
filmik ze znaną piosenką ale z innym podkładem i umieszczonym na youtube. Komentarze
niepotrzebne. Lepsze to niż ich wojny. A kto z tych grup lepiej to zatańczył?
Druga rzecz to artykuł umieszczony przez
JoeMonster.org a przekopiuje tu calosc:
Dlaczego w Polsce
nie ma terrorystów? 10 powodów
Poczta Polska zgubi
listy z wąglikiem
Listy
z wąglikiem to może i nie najnowszy krzyk terrorystycznej mody, ale po co
zmieniać coś, co działa? Rzecz w tym, że w Polsce nie ma prawa zadziałać.
Poczta Polska potrzebuje aż czterech dni na dostarczenie listu na drugi koniec
wsi, a i tak nie ma gwarancji, że nie zgubi go gdzieś po drodze. Po uprzednim
sprawdzeniu, czy aby na pewno nikt nie dołączył do przesyłki kilku dolarów. W
końcu panie na poczcie też są potrzebujące!
Torba z bombą
zostawiona na dworcu zniknie w pół minuty
Ile
trzeba, żeby podłożyć bombę w metrze? Może minutę? Najwyżej kilka. Są tylko dwa
problemy. Po pierwsze, trzeba by mieć metro, a nie pół. Po drugie, niech ktoś
spróbuje choć na moment spuścić z oka plecak... Nawet te - wydawałoby się -
pilnowane potrafią z Dworca Centralnego zniknąć w kilka sekund, a co dopiero
pozostawione same sobie... Zanim bomba zdąży wybuchnąć, plecak już dawno będzie
opróżniony z wszelkich kosztowności i porzucony gdzieś w polu.
Samolot może walnąć najwyżej w Pałac Kultury
Dużo
bardziej nowoczesne są zamachy samolotowe. Tylko w co by tu walnąć? Jedynym
kandydatem wydaje się Pałac Kultury i Nauki, jednak jego pochodzenie podaje w wątpliwość,
czy wtedy aby na pewno byłby to zamach na Polskę. Co zamiast Pałacu? Jest
jeszcze Sejm przy Wiejskiej, ale wtedy zamiast żałoby ogłosilibyśmy święto
narodowe i tańczylibyśmy na ulicach. Samolot więc odpada.
Jeśli porwą polityka,
tylko się ucieszymy
Odpadają
też porwania. Jeśli terroryści porwą polityka, nikomu nie będzie żal. Zamiast
wpłacić okup, prędzej dorzucimy mu kilku towarzyszy. Jeśli porwą bardzo
bogatego przedsiębiorcę, też raczej się nie zmartwimy. Krzyż na drogę i przyślij
pocztówkę. Ot, narodowa solidarność klasy pracującej.
Nikt nie spuści muzułmanina z oczu na dłużej niż pięć sekund
Muzułmanie
w Polsce nie mają łatwego życia - i bardzo dobrze. Na każdym rogu może czekać
na nich łomot od dresowych obrońców wiary chrześcijańskiej, co samo w sobie być
może i byłoby złe, gdyby nie doświadczenia innych krajów, w których muzułmanie
rozpanoszyli się ponad wszelką miarę. A potem nieważne, że 95% katolików i 5%
muzułmanów - to my się musimy podporządkować, żeby przypadkiem nie urazić
jakiegoś turbany. Bo inaczej wysadzi nam chałupę i zgwałci córkę/syna/kozę.
Samochód-pułapka zostanie uwieczniony na 15 zdjęciach z
fotoradarów (albo wybuchnie w pierwszej dziurze)
Państwo
dba o nasze bezpieczeństwo. A zwłaszcza bezpieczeństwo naszych funduszy - stąd
też fotoradar na każdym rogu upewniający się, że kiedy akurat jedziemy o 15
km/h za szybko (bo droga pusta i szeroka), nikt nie kradnie nam portfela.
Ewentualni terroryści w samochodzie-pułapce natychmiast zostaliby namierzeni i
zidentyfikowani. A jeśli nawet nie, to bardzo prawdopodobne, że bomba w
samochodzie-pułapce i tak wybuchnie pod wpływem wstrząsów po przejechaniu którąkolwiek
polską drogą.
Jesteśmy
nietolerancyjni
Nie jesteśmy tolerancyjnym narodem, co ma swoje zalety - mimo że
ekstremalne i ekstremistyczne mniejszości chciałyby narzucać nam swoje zdanie,
Polska i tak póki co odpiera ataki. Niechęć do wszelkiej inności sprawia, że
odmieńcom - nieważne pod jakim względem - naprawdę trudno u nas pozostać
niezauważonym.
Świetnie działający
antyterroryści
Nasi antyterroryści nie mają sobie równych w całym świecie. Albo
udaremnią zamach, albo pomogą któremuś z naczelnych redaktorów gazet w
dochowaniu tajemnicy dziennikarskiej. Jak nie mają akurat żadnego zamachu do
udaremnienia, to sami zamach sprowokują - zapewne by nie wyjść z wprawy -
wykorzystując nie do końca świadomą własnych poczynań ofiarę, która kiedyś
napomknęła, że chętnie wysadziłaby Sejm. Czyli niczym nie różni się od pozostałych
38 milionów Polaków.
Jesteśmy kompletnie nieprzewidywalni
Każdy zamach terrorystyczny przynajmniej w teorii wymaga mniejszego lub
większego przygotowania. W Polsce o to trudno - bo jesteśmy jako naród totalnie
nieprzewidywalni. Nasza pomysłowość nieraz zaskakuje nawet nas samych, a co
dopiero przedstawicieli innych kultur. W jednych sprawach potrafimy się
zmobilizować, do działania w innych nie przekonałaby nas nawet armata przytknięta
do skroni.
Zamach w Polsce i tak
nic nie da
I jeszcze jedno, być może najważniejsze - po jaką cholerę ktokolwiek miałby
atakować Polskę? W kwestii polityki i tak zachowujemy się tak, jak nam Berlin i
Bruksela łaskawie pozwolą, nie mamy silnej gospodarki ani nawet argumentów,
którymi moglibyśmy wydatnie oddziaływać na inne państwa. Co jak co, Polska
terrorystom zwyczajnie się nie opłaca.
Tuesday, September 23, 2014
Dzień Wszystkich Świętych
Dzięcioł wrócił!!!
Niestety, po dłuższym czasie mój
koszmar wraca. Wczoraj przyłapałem go na tej samej kolumnie wejściowej. Jest już
jedna duża i kilka małych dziurek. To jest ten sam okres w którym robi on nam najwięcej
szkody. Ponownie będę musiał z nim walczyć. To jest mój własny terrorysta i
chociaż wypowiedziałem mu wojnę, nie potrafię dać sobie z nim rady.
Kilka ciekawych wiadomości z naszej strony.
Najciekawsza to problem pana Dale Decker. Może niejeden będzie mu zazdrościł,
ale wygląda na to, że on już dawno przestał się z tego cieszyć. Dwa lata temu,
w drodze do szpitala z problemem przesuniętego dysku w kręgosłupie, dostał
kilkakrotnie, bez powodu, erekcji i miał 5 razy orgazm. Od tego czasu powtarza
się to codziennie, tylko że troszkę częściej, bo aż do 100 razy dziennie.
Zdarza się to bez kontroli, czyli może być na zakupach, w kościele, tańcząc z partnerką.
Resztę sami sobie możecie wyobrazić. Ciekawi mnie tylko, czemu na zdjęciu jego żona
jest taka uśmiechnięta!
Wielu dziwiło się, że nie baliśmy się pojechać miedzy dzikie zwierzęta. Powtarzałem
nie raz, że jak ma się pecha, to coś głupiego może stać się w
najbezpieczniejszym miejscu. Wygląda na to że miałem rację. Przedwczoraj u nas
w New Jersey, czarny niedźwiedź zabił młodego człowieka, który był ze znajomymi
na spacerze po górkach. Po spotkaniu niedźwiedzia, wszyscy zaczęli uciekać.
Kiedy zebrali się ponownie, jednego brakowało. Policja odnalazła go już
nieżywego a niedźwiedź kręcił się w okolicy. Już się nie kręci! Został zastrzelony.
W Nowym Jorku, zebrało się setki tysięcy najporządniejszych amerykanów,
żeby protestować przeciwko globalnemu ociepleniu, kapitalizmowi i
zanieczyszczaniu naszej planety. Wspaniali ludzie. Trzeba ich tylko
podziwiać. Ale mam kilka pytań. Kim oni
są tak naprawdę. Niektórzy siedzą tu przez kilka tygodni i więcej. Czy oni maja
prace? Może poświecili swoje kilkuletnie wakacje, żeby tu być i zaprotestować.
A może to są sfrustrowani bezrobotni, którzy w ten sposób wyrzucają swoje
prywatne niepowodzenia i zwalają winę na innych. A może po prostu, ktoś im płaci,
żeby tu być?
Jeżeli są tak bardzo przeciwko kapitalizmowi i nowym technologiom, to
czemu co drugi z nich nakręca swoje protesty na I-phonach. Powinni je
poniszczyć i przyjść z tymi starymi na korbkę.
Jeżeli są tak przeciwko zanieczyszczaniu,
to czemu po ich protestach, dziesiątki śmieciarek i setki ludzi musi po nich sprzątać?
Dzisiaj jest pierwszy dzień jesieni i choć to też
piękny sezon, to smutno jest pożegnać lato. Zbliżają się święta i pierwsze
ważne to Dzień Wszystkich Świętych. Jedno z najważniejszych polskich
uroczystości, poświęcone odwiedzinom na cmentarzach i grobach najbliższych.
Święto ustanowione w VII wieku przez
papieża Grzegorza III-go i początkowo obchodzono je 13 maja a przeniesione na
obecny 1 listopada w VIII wieku przez Grzegorza IV. Dawniej wierzono, że dusze które nie dostały
się do nieba ani piekła, czyli są w czyśćcu, przechadzają się miedzy żywymi.
W
Polsce, zgodnie z nauka kościoła katolickiego, jest to uroczystość tych którzy są
zbawieni i cieszą się wieczna szczęśliwością w niebie. Wieczorem polskie miasta
i wioski rozbłyskują światłami setek tysięcy zniczy.
Przetrwały u nas także obchody wiary
pogańskiej, szczególnie na ziemiach wschodnich. Dziady – wywodzący się z
przedchrześcijańskich obrzędów Słowian i Bałtów, obchodzonych ku czci dusz
niespokojnych, niebezpiecznych dla człowieka.
W wielu wsiach nadal ofiaruje się pokutującym jadło, napitek, by uśmierzyć
ich gniew i zapewnić im komfort w drodze do nieba. Przetrwała też tradycja
biesiadowania przy potrawach z chleba, jajek i miodu. Łyżki, która upadła na ziemię,
nie podnosi się wierząc, że wyrwał ją wygłodniały zmarły.
Dzień drugiego listopada, to święto
wprowadzone w 993 roku, Dzień Zaduszny. Miało zastąpić pogańskie praktyki ku
czci zmarłych.
A
co obchodzą w innych krajach.
MEKSYK
Meksykański
El Dia de Muertos, czyli nasz Dzień Zmarłych, obchodzony jest przez dwa dni. 1
listopad to El Dia de Inocentos czyli Dzień Niewiniątek a 2 listopad to Dzień
Zaduszny poświęcony dorosłym zmarłym. W odróżnieniu do naszych świąt, obchodzą
je w nastroju wesołości. Meksykanie odwiedzają groby, podobnie jak my kładą
kwiaty i znicze, ale także żywność. Dary sklada się również na ołtarzach
domowych, urządzanych w celu przyciągania dusz zmarłych. Zdobi się je kwiatami,
świeżymi owocami, kadzidłami, kolorowo ubranymi szkieletami i zdjęciami tych
którzy od nas odeszli.
Przy ołtarzu spożywa się El Pan de Muertos,
czyli chleb zmarłych. Jest on specjalnie wypiekany na ta okazje i w różnych
kształtach, np. czaszek, kości lub zwierząt.
Zjada się także Calaveras de Azucar, czyli czaszki zrobione z cukru.
Wszystko to ma nam przypominać, że śmierć nie jest końcem a raczej początkiem
następnego cyklu życia.
CHINY
Maja
oni kilka świąt związanych ze zmarłymi m.in. Święto Przodków i Święto Głodnych Duchów.
Katolicy obchodzą Wszystkich Świętych. W Święto Przodków, Qingming Jie, wszyscy
zbierają się na cmentarzach i pośród duszącego dymu kadzideł, składają dary
przodkom, aby zapewnić sobie ich przychylność. Tłumy ludzi wynosi prochy członków
rodziny z budynków i kladzie je na rozstawionych stołach. Kładą tam również
wszystkie podarki takie jak kwiaty, pieczone kaczki, miski ryżu, świeże jabłka.
Według ich wierzeń, zmarli maja takie same potrzeby jak żywi ludzie. Cmentarze
w tym kraju wyglądają trochę inaczej niż nasze. W pomieszczeniach
przypominających bibliotekę, ustawione są skrzynki i kamienne urny z prochami
zmarłych.
Każda z tych skrzynek, leży na regałach w osobnej przegródce. Żeby przekazać
zmarłym podarki, trzeba je spalić, bo w ten sposób przechodzą w ich świat. W
wielu miejscach jest to zakazane, wiec rodziny „przesyłają” im te podarki poza
cmentarzami. Pali się pieniądze, kartonowe modele luksusowych domów, samochodów
a nawet figurki dziewcząt do towarzystwa.
PORTUGALIA
W
tym kraju obrządki Wszystkich Świętych wymieszane sa z tradycjami
przypominającymi trochę amerykańskie Halloween. „Pao-por-Deus” czyli chleb dla
Boga, wywodzi się z pogańskich tradycji. Na groby przynosiło się jedzenie i
wino. Z czasem, mimo protestu duchownych, tradycja wpisała się na stale w
obchody Wszystkich Świętych. Dzieci w tym dniu chodzą po domach, śpiewają
tradycyjne piosenki i proszą ciastka,
owoce i migdały.
HISZPANIA
Obchody podobne do naszych, lecz wiele
cmentarzy w tym kraju umieszczone jest w szczególnych miejscach. W parkach, nad
jeziorami, nad morzem czy nawet w opuszczonych zamkach. Taki jest cmentarz nad
Morzem Kantabryjskim w Luarki. W Benadalid w Andaluzji cmentarz jest w ruinach
XVII-wiecznej fortecy.
Groby wmurowane są w ściany. W Maladze cmentarz
umieszczony został w miejscu dawnego ogrodu botanicznego i wiele okazów roślin,
przetrwało do naszych czasów.
JAPONIA
Tradycja święta
Obon, sięga już do 500 lat. Obchodzone jest w cztery dni, w połowie sierpnia. Japończycy
składają ofiary, modlą się i oczekują na spotkanie z duchami zmarłych. Japońskie
domy są specjalnie przygotowywane na okazje tych spotkań. Rozjaśnione są
papierowymi lampionami, które mają wskazywać drogę zabłąkanym duszom. Na ołtarzach
buddyjskich, składane są drobne ofiary w postaci pokarmów.
Pierwszego dnia
na progu domostw ustawiane są figurki wykonane z warzyw i patyków, które wyobrażają
zwierzęta juczne i mają posłużyć jako środek transport między ich światem i
naszym.
Z japońskim świętem ku czci zmarłych silnie
związana jest też tradycja ludowego tańca zwanego bon-odori. Wieczorami ludzie
ubrani w yukaty (rodzaj letniego kimona) gromadzą się w parkach, ogrodach i na
przyświątynnych placach, by poprzez taniec pomóc przodkom powrócić w zaświaty.
Każdy może dołączyć do koła tancerzy oplatającego centralny podest, na którym stoją bębniarze. Bon-odori stanowi także
pretekst do spotkania w ramach lokalnych wspólnot.
Ostatniego dnia Obon dusze zmarłych powinny
zostać wyprowadzone ze świata doczesnego. W wielu regionach Japonii ludzie mają
w zwyczaju spławiać w dół rzeki papierowe lampiony, które wskazują duchom drogę
ku zaświatom.
NIEMCY
Uroczystości Wszystkich Świętych obchodzone
są głównie na południu i zachodzie Niemiec, czyli w tych landach, w których
przeważają katolicy.
W Bawarii, Badenii-Wirtembergii, Kraju Sary,
Nadrenii Palatynacie i Nadrenii Północnej-Westfalii 1 listopada nie chodzi się
do pracy. Tego dnia ludzie odwiedzają groby bliskich, stroją je kwiatami i
zapalają znicze. Nie ma jednak mowy o tłumach, jakie znamy z polskich
cmentarzy.
1 listopada w 5 landach jest także tak zwanym
cichym dniem, w którym nie wolno organizować hucznych zabaw.
Labels:
dzięcioł,
Dzień Wszystkich Świętych,
obchody,
Zaduszki
Sunday, September 21, 2014
Druga część filmu z Afryki
Powiem krótko. Wróćiliśmy z imprezy o 4 rano i dzisiaj nie jestem w stanie nic robić. A pamiętam czasy, kiedy kończyło się imprezę o 7 rano i w południe szło się na inną. Ale to sto lat temu.
Friday, September 19, 2014
Wizyta u lekarza
Wczoraj przeżyliśmy bardzo męczący dzień. Mieliśmy umówione spotkanie z lekarzem, specjalistą związane z problemami córki. Miejsce docelowe bardzo daleko od nas, bo aż w Pennsylwanii i dojazd tam trwa około 4 godzin. Urwałem się z pracy i wyruszyliśmy o 12 w południe. Nie mieliśmy żadnych problemów w drodze i dobiliśmy na miejsce pół godziny przed czasem. Niepotrzebnie. Wszystko się przedłużało i czekaliśmy na wizytę aż 2.5 godziny. Byliśmy prawie zdecydowani „delikatnie„ im podziękować i wracać, ale to by nie miało żadnego sensu, bo i tak starciliśmy dużo czasu. Sama wizyta też trwała prawie godzinę, bo przy okazji ja skorzystałem i zrobili mi kilka testów.
Niestety wyniki dla Elaine nie są najlepsze. Po za drobniejszymi problemami, potwierdziło się, że jest duża mozliwość pojawienia się u niej cukrzycy. Będzie dalej musiała sprawdzić i potem martwić się będziemy co z tym zrobić. U mnie nie znaleziono żadnych problemów. Może tylko jeden, ale muszę zrobić więcej testów. Okazało się, że mam jakieś ciężkie metale (ołów, rtęć, etc.) w swoim organizmie.
Jest duża mozliwość, że to ze Strefy Zero.
Dopiero teraz zacząłem się zastanawiać, dlaczego badania, które mamy co kilka lat, związane z pracami w Strefie Zero, nie zawierają żadnych testów sprawdzających ten problem. Logicznym by się wydawało, że po wdychaniu tych wszystkich dymów, było takie zagrożenie. Następnym razem, będę musiał się spytać i poprosić o dokładniejsze testy.
Już po wizycie, byliśmy tak głodni, że jadąc, szukaliśmy miejsca gdzie można by było coś zjeść. I nie przeszkadzało nam (jesteśmy razem na diecie), zatrzymać się w znalezionym Taco Bell, czyli meksykańskie, bardzo dużo kaloryczne jedzenie.
Dobiliśmy do domu po 24-ej to znaczy, że zostało mi do spania tylko 4.5 godziny.
Dzisiaj skończyłem film z Afryki. W tej chwili ładuję pierwszą część do YouTube. Jak zwykle będę musiał trochę poczekać i zobaczymy, czy nie zablokują mi z powodu muzyki. Nie chcę jej zmieniać, bo wydaje mi się że bardzo pasuje do tego filmu i napracowałem się na wycinaniem fragmentów i dopasowaniem jej do nastroju całości. Jeżeli film zablokują, to proszę o powiadomienie i włożę go na Vimeo. Miłego oglądania. Ostrzegam, że sam koniec pierwszej części, zawiera sceny z ataku krokodyla na zebrę i nie wszyscy może chcą to oglądać. Skróciłem to do bardzo krótkiego fragmentu.
Kiedy to piszę, film jeszcze nie jest w pełni załadowany do YouTube. Trwa to nieraz chwilę, szczególnie że jest on w HD. Może to trochę potrwać. Ale niedługo powinien się pojawiać.
Labels:
Africa,
film z safari,
Kenia,
Tanzania,
wizyta u lekarza
Wednesday, September 17, 2014
Problemy w pracy
Skończyły się
opowieści o Afryce. Teraz powracam do monotonii codziennego życia. Chociaż
określenie to może nie jest trafne, bo te kilka miesięcy, aż do Nowego Roku, to
zawsze czas czymś wypełniony.
W ta sobotę
impreza u znajomej. Robi to co roku a głównym elementem jest pieczona świnia.
Oczywiście tańce i zabawa. Jest to dość daleko od nas w stanie Connecticut i
potrzebujemy 1.5 godziny, żeby tam dojechać. Za tydzień następna impreza u
innej pary. Tym razem kilka ulic od nas, więc można sobie pozwolić na trochę większą
ilość alkoholu. Później to już październik. 1 listopada coroczna zabawa
Halloween w naszym domu. Trzeba będzie wystroić dom i wszystko przygotować. Następnie
wiadomo, święta i Nowy Rok.
W pracy zaczynam
poważnie się martwić, co przyniesie nam przyszłość. Budowa która dostałem jest
od samego początku przegraną wojną. Ludzie, którzy pracowali nad jej kosztem i są
powodem, że ją wygraliśmy, zdali sobie sprawę jak bardzo źle wykonali swoją robotę
i dwóch z nich natychmiast rzuciło pracę a trzeci siedzi teraz w odwykówce dla alkoholików.
Tylko to wystarcza na zdanie sobie sprawy, że mam ciężki orzech do zgryzienia.
Obliczamy wstępnie, że cena jest za niska o około 20 milionów dolarów. To
jeszcze nie wszystko. Musi być wykonana w odpowiednim czasie albo będziemy
karani 19,000 dolarów za każdy dzień opóźnienia.
Sprawa
komplikuje się jeszcze bardziej, jeśli chodzi o samo jej wykonanie. W czasie
jej przebijania, mieliśmy kilku pod kontraktorów, którzy podali swoje ceny, za
wykonanie ich robot. Oczywiście przyjęliśmy je i dodane zostały do naszego głównego
kontraktu. Po wygraniu wszyscy zaczęli się wycofywać. Najpierw odpadli
hydraulicy. Za cenę jaka podali nie mogliśmy nikogo znaleźć i mój szef zdecydował
się, że ja sam muszę tą część wykonać. Potem odpadli malarze i oczywiście
następny jest dużo droższy. Jeszcze kilku innych i z tym teraz walczymy.
Żeby zacząć
cokolwiek robić, musimy zaprojektować z detalami metody wykonania każdej
czynności ( np. rozbiórki starej drogi). Plany które dostajemy są bardzo ogólne
i do naszych obowiązków należy znalezienie metod tych prac. Niestety co chwila
znajdujemy problemy, które coraz więcej utrudniają ich wykonanie, szczególnie że
walczymy z obniżeniem kosztów i skróceniem czasu. Staje się to po prostu
niemożliwe.
Trudno mi usnąć
co wieczór, bo zawsze coś nowego siedzi mi na głowie i próbuję to rozwiązać, a
kiedy mózg pracuje, sen jest prawie niemożliwy.
Może wiec dobrze jest, że można iść na imprezę i przy dobrej
zabawie trochę o tym zapomnieć.
Pracuje także
nad filmem z wakacji. Dopiero teraz przejrzałem wszystkie nakręcone filmy. Jest
bardzo dużo materiału i szkoda mi cokolwiek wycinać, ale i tak nie zmieszczę
się w mniej niż pół godziny. Będę musiał to podzielić na dwie części, żeby umieścić
w Youtube. Idzie mi dość dobrze i mam nadzieję,
że pod koniec tygodnia będę miał możliwość załączenia go na tej stronie.
Wolę jednak
pisać o czymś weselszym niż moje kłopoty, ale jest to problem którego nie pozbędę
się przez najbliższych kilka lat, więc chyba nieraz powróci.
Subscribe to:
Posts (Atom)















