Showing posts with label safari. Show all posts
Showing posts with label safari. Show all posts

Thursday, May 14, 2015

Khajuraho i Panna Park



Dzisiaj kończę wszystkie opowiadania o naszej wyprawie do Indii. Ostatnia część filmu. Największe wrażenie jako całoć, zrobiło na mnie miasto Varanassi. Ale to z powodu tego co się tam działo. Od mieszkających tam ludzi do zabytków, tradycji, kolorów. W tym filmie obejrzycie miejsce w którym znajdują się najpiękniejsze starożytne ruiny jakie widziałem w moim życiu. Trudno to opisać i nawet film tego nie przekaże. Piramidy Egipskie, Południowo Amerykańskie oczywiście imponują. Tutaj jednak, szczególnie jako człowiek który buduje na codzień, nie mogłem sie nadziwić ich wykonaniu. Przyjrzycie sie detalom tych światyń. Jak genialny musiał być architekt, który to wszystko zaprojektował i złożył do kupy. Jak wybitni musieli być Ci, którzy to wybudowali, ilu wspaniałych artystów, żeby to wyrzeźbić. Jestem pełen podziwu i szcześliwy, że mogłem to zobaczyć na własne oczy.
Miłego oglądania.


Monday, September 1, 2014

Pierwsze dni Safari w Tanzanii

Jesteśmy z powrotem. Przeżyliśmy wszystkie loty, nie zjadły nas zwierzęta, nie zaatakowali terroryści i na razie nie ma znaku eboli. Zacznę więc od początku. Mam 3000 zdjęć, wiele filmów, więc mogę łatwo śledzić naszą wycieczkę.
    Wyjechaliśmy 20 sierpnia. Zdążyłem jeszcze do pracy i po powrocie zabrałem dziewczyny czękające na mnie i wyjechaliśmy na lotnisko JFK. Bez problemu, wylatujemy na czas. 
    W Amsterdamie lądujemy o 7:30 rano (tracimy naturalnie 6 godzin). Wszystkie przeprawy celne bez problemu i o godzinie 10 ponowny start. Ponownie tracimy czas, tym razem godzinę i lądujemy w Tanzanii o 17:00.
    Walizki wychodzą na czas. Jest to bardzo małe lotnisko i po szybkiej odprawie celnej wychodzimy na zewnątrz, gdzie czeka na nas nasz przewodnik - Seweryn, który będzie nam przewodził przez cały pobyt w tym kraju. Krótka jazda samochodem do miasta Arusha, gdzie znajduje się nasz pierwszy hotel- Kibo Palace. Jest już ciemno, więc mało można zobaczyć. Tu prawie całkowicie brak oświetlenia. Po poboczach wszędzie idą ludzie z latarkami. Na drodze dość duży ruch. Wszystkie pojazdy bardzo stare, zniszczone. 
    Mijamy wioski. W każdej przy drogach - budki, stragany. W wielu zebrani są mieszkańcy. Siedzą, coś popijają i w wielu pomieszczeniach grają w bilarda.
    Pierwsza wyraźna różnica między tym co znamy na codzień, to zapach. Czuć ogniska, palone drewno, ale także coś innego. Może tak jak w Polsce palą butelki po Coca-Coli.
    Po godzinie dobijamy do hotelu. Bardzo ładny. Aż dziw bierze, że coś takiego stoi tu w tej biedzie.


 
W bramie stoi strażnik z bronią i sprawdza dokładnie samochód czy nie mamy ze sobą jakiejś bomby.
Błyskawiczne załatwienie formalności i jesteśmy w czystym wygodnym pokoju. Jest tu nawet telewizja. Ale to tylko jedna noc. Schodzimy na posiłek do restauracji. Bardzo smaczny posiłek.
    Po kolacji wychodzimy na zewnątrz, na kawę. Miałem ochotę usiąść przy basenie, ale pozostajemy przy stole z popielniczką. Po jakimś czasie słyszymy huk i odwracając się, widzę drzewo, które przewróciło się dokładnie tam, gdzie chcieliśmy usiąść. Byłoby to trochę komiczne. Obawiamy się lotów, eboli, terorystów a moglibyśmy zginąć pod głupim drzewem.
    Czas na spanie. Budzę się jednak o 4:30. Niestety już nie mogę usnąć. O 4:45 pieje kogut a o 5:00 słychać muzułmańskie wezwania na modlitwę. O 5:15 znów ten kogut a za następne 15 minut Elaine krzyczy przez sen Why! (dlaczego). Budzę ją. Natychmiast usypia. Ja niestety nie .
    Słońce wstaje około 6 rano. Nie wiem dokładnie, bo niebo jest zachmurzone.
    Zaczyna się następny dzień. Po smacznym śniadaniu wyjeżdżamy i najpierw przeprawa przez Arusha. Między samochodami chodzą zwierzęta i olbrzymia ilość motocykli i pieszych. Kobiety noszą wszystko na głowie.

 
Autobusy zastąpione są mikrobusami. Każdy z nich wypełniony stłoczonymi pasażerami. Jeden jeździ na zewnątrz, przyczepione do drzwi i wyszukuje nowych klientów. Mało kto liczy się z przepisami. Mijają nas z każdej strony. Wielu jedzie po chodnikach.
   Po jakimś czasie wyjeżdżamy z miasta. Jednak dalej widać tłumy ludzi. Dzieci prowadzą stadka kóz, osłów, które załadowane są pojemnikami z wodą. Tu ogólnie brakuje wody. Każdy musi ją sobie przywieźć z odległych zbiorników lub rzek. 

 
    Po chwili pojawiają się wioski Masajów. Dowiadujemy się, że mają oni po wiele żon i każda ze swoimi dziećmi ma swoją chatkę.
 
 
 Kraj ten jest w większości chrześcijański ale niestety i tu zaczynają się pojawiać muzułmanie. Podobno przekupują oni Masajów, żeby przeszli na ich wiarę, dając im w zamian za to kozy, bydło. Dzieci przyjmowane są do ich szkół i zaczyna się pranie mózgów.
    Po trzech godzinach dojeżdżamy do Tloma Lodge. Piękne miejsce a tak naprawdę jest to plantacja na kilkudziesięciu hektarach ziemi. Wszystko co tu jemy pochodzi z ich ogrodów. Pomidory, sałata, cebula, et. Nawet kawa.
 
 
    Po lunchu, udajemy się do pobliskiego Parku Narodowego - Lake Manyara Park. Pierwsze spotykamy ptaki i różnego rodzaju małpy.
 

 
 Na parkingu, jedna próbuje dostać się do samochodu.
 
 Następnie przejeżdżamy obok zebr, żyraf, antylop. Dobijamy do brzegu jeziora. Jest tu duża ilość ptaków. Głównie pelikany.
 

 
Zaraz obok w błocie leżą hipopotamy. Po jednym spaceruje żółw i ptaki.
 
 
Te robią sobie dobrą ucztę i czyszczą mu nos. 
    Wyjeżdżamy prawie na węża. Seweryn mówi, że to kobra. Nie chce mi się wierzyć, bo wygląda jak zwykła żmija. Kiedy podjeżdżamy bardzo blisko, ta podnosi się i pokazuje swój prawdziwy wygląd. Ostrzega nas, że jest gotowa zaatakować. Teraz dopiero widać, że jest to czarna kobra.
 
 
 Już z „pełną twarzą„ powoli się oddala.
    Po drodze zatrzymujemy się w bardzo dużym sklepie z wyrobami tutejszych artystów.
 

 
Oczywiście kończy się to na drobnych zakupach. Ceny bardzo wysokie, więc trzeba trochę ponegocjować. Im więcej dajemy temu co nam sprzedaje, tym więcej obniża cenę. Jemu 10 dolarów i cena 20 dolarów mniejsza. 
   Po tym wracamy już do hotelu i po obiedzie idziemy spać.

Monday, August 11, 2014

Plany wycieczki do Afryki


Ponieważ żyjemy już teraz tylko naszą wyprawą do Afryki, opiszę trochę  program naszej wycieczki.

    W pierwszym dniu (21 Sierpień), po przelocie z Nowego Jorku, lądujemy  na lotnisku Kilimanjaro oddalonego 40 km od miasta Arusha, gdzie po odprawie celnej zostajemy dowiezieni do tego miasta. Zatrzymujemy się w hotelu Kibo Palace Hotel. Tam mamy zarezerwowany obiad i spędzamy noc.


Na drugi dzień szybkie śniadanie. Zaraz po tym wyjeżdżamy do obozowiska w Karatu. To jest pierwszy dzień, kiedy będziemy mieli okazję coś zobaczyć, gdyż sama podróż zorganizowana jest w stylu safari, ale oczywiście będzie to tylko przejazd przez Lake Manyara National Park. Po południu znajdziemy się w Tloma Lodge. Będzie można się rozpakować i dzień ten należy nas.
 
 
   23 Sierpnia, po śniadaniu, udajemy się na cały dzień na dno krateru  Ngorongoro. Ten chroniony obszar znajduje się w Great Rift Valley. Krater ten powstał w wyniku gigantycznego pęknięcia skorupy ziemskiej. Krajobraz składa się z wulkanów, gór, jezior, lasów. Na wysokości 1600 metrów n.p.m. znajduje się dno krateru i usiane jest setkami małych zbiorników wodnych, napełnianych źródłami. Tereny te są miejscem zamieszkania prawie 30,000 zwierząt.  Żyją tam słonie,  lwy, zebry, hipopotamy, bawoły i wiele innych, drobniejszych. Można tam też spotkać rzadkie czarne nosorożce. Oczywiście co spotkamy to niewiadoma i tylko nadzieja, że jak najwięcej. Ptaki są tam sezonowo, a zależy to od ilości słodkiej wody, czyli zależnie od opadów deszczy.
Na samym dnie krateru będziemy mieli piknik i po zakończeniu dnia wracamy na kolację i nocleg.
Makieta krateru.
 
 
 
Jak zwykle zaczynamy dzień śniadaniem i jedziemy do najsławniejszego parku w Afryce – Serengeti. Po drodze zatrzymujemy się w prehistorycznym miejscu  Oluvai George. Tam odkryto kości, szczątki ludzkie z czasów  aż do 2.6 mln lat a także homo sapiens z 17,000 lat.
 
       Dojeżdżamy do parku w południe i po lunchu, przejeżdżamy tereny w poszukiwaniu zwierząt. 
 

 
Zatrzymujemy się na noc w Serengeti Serena Lodge.

    Następne dwa dni, spędzamy w tym samym miejscu i każdego dnia  udajemy się do tego parku w poszukiwaniu przygody.
 
 
 Dzień siódmy to pobudka, śniadanie i przejazd na pobliskie „lotnisko”, a raczej lądowisko. Tam małym samolotem udajemy się do Tarima. Po wylądowaniu jedziemy na granice z Kenią  i znów na małe lotnisko gdzie wsiadamy w następny samolot i lądowanie w Masai Mara.
 
Powinniśmy być tam w południe. Później przejazd do następnego obozowiska i następna możliwość oglądania tutejszej przyrody. Rozkładamy się w nowym miejscu, czyli Governor’s Camp.
 
 
 
Dzień ósmy  i dziewiąty to następne safari, tym razem w Masai Maara. 
 
 
 
    Mam nadzieję, że oprócz zwierząt, będziemy też mogli zajrzeć do wioski z tubylcami. To są Ci których zawsze można zobaczyć w filmach podróżniczych, który są bardzo wysocy i tańcząc, bardzo wysoko podskakują.
 
 
       Niestety, już mi smutno, bo w dziesiąty dzień po śniadaniu trzeba będzie jechać na lotnisko i wylot do Wilson. Tam pojedziemy do jakiejś sławnej restauracji Carnivore na lunch.
 
 
A po tym przejazd na lotnisko Jomo Kenyatta International i wylot do Amsterdamu.  Tam, jak już pisałem, wpadamy do Hilton Hotel na odświeżenie i jedziemy na kilka godzin do centrum. Później już powrót do Nowego Jorku.
    Następnie wiele dni spędzonych przy komputerze. Przeglądanie zdjęć i filmów. Złożenie tego w coś co będzie można oglądać. Wbicie szpilek na mapie w miejsca które zwiedziliśmy i planowanie następnej wycieczki.
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Tuesday, November 27, 2012


                                AFRYKA - ciąg dalszy


   18 Listopad

    Pobudka, jak zwykle o 5 rano. Szkoda marnować czas. Szybka poranna toaleta. Z ubieraniem się nie ma dużych problemów. Przenoszenie się z miejsca na miejsce małymi samolotami, zmusiło nas do zabrania ze sobą bardzo małej ilości ubrań. Nie ma więc dużego wyboru. Jesteśmy gotowi w ciągu 20 minut. Także śniadanie, które na nas czeka, pochłonięte zostaje w kilka minut. Wyjeżdżamy.
    Nowa wycieczka na największą wyspę w okolicy. Samochodem do łódki. Łódką do wyspy.
    Płyniemy jak zwykle kanałem w trzcinowym lesie.


Pierwszy kłopot. Jest nas ośmiu. Dwie grupy, czyli dójka przewodników i 6 turystów. Wody w niektórych miejscach są bardzo płytkie. Około 20 centymetrów głębokie. Silnik nie daje rady i musimy pomagać, odpychając się długimi, drewnianymi drągami. Zaczynamy przesadzać się, żeby zbalansować łódź. Mężczyźni siedzieli po jednej stronie i byliśmy troszkę przechyleni. To jednak nie wystarcza. Dochodzi do tego, że MT wychodzi do wody i nas popycha. Wspólnymi siłami wydostajemy się na głębsze wody. Zbliżamy się do wyspy. Przed samym końcem dopływamy do miejsca, gdzie wody są czyste od roślinności i tworzą małe jeziorko. Z wody wystaje siedem głów hipopotamów.


Blokują nam drogę. Łódź zwalnia i przesuwamy się bardzo wolno po jego brzegu. Wszystkie hippo bacznie nas obserwują. Udaje się nam dostać na drugą stronę i za chwilkę jesteśmy na miejscu. Znajdujemy zaparkowane samochody i udajemy się na poszukiwania zwierzyny.
    Ciekawy jestem jak oni dostarczyli te wszystkie samochody, sprzęt. Jak wybudowali to wszystko, kiedy w pobliżu nie ma sklepu z potrzebnymi narzędziami i materiałem.
    Tereny tej wyspy są bajeczne. Jest tu wszystko. Pustynie, gąszcze przeróżnej roślinności, baobaby, palmy, stawy wodne. TM jest w ciągłym kontakcie radiowym z innymi przewodnikami. W momencie znalezienia czegoś ciekawego, przekazują sobie informacje o ich lokalizacji. Ciekaw jestem jak oni odnajdują te miejsca. To tak jakby u nas w lesie, ktoś Ci powiedział: jedź prosto to tej sosny lekko przekrzywionej w lewo, skręć 30 stopni w prawym kierunku, jedź do krzaczka z poziomkami, skręć 20 stopni w lewo i tak dalej. Muszą naprawdę dobrze znać te tereny.
    Co chwila spotykamy grupy i pojedyncze okazy różnych gatunków zwierząt. Zebry, antylopy, słonie, guźce, bawoły, pawiany, różne drobniejsze potworki i dziesiątki rodzajów ptaków.


Najwięcej wyróżniają się marabuty,


 orły afrykańskie, czaple, bociany. Znów podziwiamy ich kolorowe upierzenie i przeróżne kształty.


 TM dostaje wiadomość o lamparcie. Niestety, znów nie mamy szczęścia. Po dojechaniu na miejsce, zastajemy puste miejsce. Gdzieś się schował. Po wielogodzinnej jeździe, nie udaje nam się znaleźć królów tutejszych terenów - lwów. Nie żałujemy. Wrażeń jest tak wiele, że wystarczy nam na wiele lat.
    Wracamy tą samą drogą i znów przepływamy obok siedmiu hipopotamów. TM decyduje się na  inną metodę przeprawy. Staje, znajduje drogę i przelatujemy przez to miejsce na pełnym gazie. Hipopotamy otwierają paszcze, ale my w kilka sekund jesteśmy po drugiej stronie.
    Nie mamy kłopotów z płytkimi wodami. Podzieliliśmy się na dwie grupy. Szybko dobijamy do obozu. Znów rutynowa przekąska, piwo, papieros i odpoczynek.
    O szesnastej, postanawiamy wrócić na tą samą wyspę. Podobny dojazd, tylko bez kłopotów. Zmieniamy kierunek i udajemy się na południową stronę. Może zabrzmi to nudno. Oglądamy podobne widoki z porannej eskapady. Nie jest to jednak prawda. Każde spotkanie w tym dzikim zakątku świata, ma swoje indywidualny charakter, inne emocje. Możne spędzić godziny w każdym wybranym miejscu i przyglądaniu się zachowaniu tutejszych mieszkańców.
    Kolonia pawianów - bawiące się małe małpki; higiena starszych, wyłuskiwanie kleszczy, insektów z sierści partnerów;


 uwaga lidera grupy, dbającego o porządek i bezpieczeństwo.
Słonie przy drzewach z figami. Jeden z nich przegania cały czas guźca, który kręci się pod nogami i też próbuje podjeść sobie tych smakołyków.
    Rodzina guźców przy objedzie, czyli konsumowaniu niskiej roślinności. Wyglądają zabawnie, bo wszystkie jedzą na zgiętych przednich kolanach.


    Wracamy do obozu. Ostatni przejazd przed hipopotamami. Piękny zachód słońca i jesteśmy u siebie.



    Dzisiejszy obiad jest na zewnątrz i okazuje się, że to zły pomysł. Akurat dzisiaj wieczorem spadł deszcz. Na szczęście już pod koniec. Każdy złapał co mógł i schowaliśmy się pod dach. Chwila później udajemy się na odpoczynek.



19 Listopad

 
   
Wcześnie rano, budzi mnie ryk lwa. Szkoda, że nie wyszedłem na zewnątrz. Podobno przechodził przed naszym domkiem. Wstajemy później, bo dziś przeprowadzka do drugiego kamp. O ósmej poszedłem po gorącą wodę na herbatę i miałem mały kłopot. Na przejściu siedziały małpy i przewodnik nie chciał się ruszyć i wydawał groźne głosy. Co miałem robić? Wołać: a pójdziesz ty, cmokać, gwizdać? Musiałem przeczekać, aż ten łaskawie zszedł mi z drogi.



    Po powrocie, musiałem gonić po pokoju jaszczurkę, która jakoś dostała się do środka. Później śniadanie i oczekiwanie na wyjazd na lotnisko.
    O godzinie 14-tej, jesteśmy na „lotnisku„, czyli pasa z ubitego piasku. To będą następne emocje. Jest tak mały, że nie mogą wcisnąć naszych bagaży. Dopiero przy mojej pomocy, wpychamy go do podwozia samolociku. Cztery miejsca i po naszym wejściu jest pełen. Kiedy pilot zapala silnik i jego jedyne śmigło zaczyna się kręcić, musimy zasłaniać twarze. Piasek wpada przez otwarte okna. Po chwili ruszamy. Jest duszno i gorąco, bo zaraz po starcie, pilot zamknął okna. Widoki Afryki zapychają dech w piersi. Lecimy bardzo nisko. Widać spacerujące słonie, zebry, bawoły. Po 10-u minutach lądujemy. Para osób wysiada i znów ten sam start. Następne 20 minut i jesteśmy na miejscu.


    Tereny tutejszego obozowiska są ładniejsze niż poprzednie. Więcej roślinności, mniej piasków i dużo wody. Dojeżdżamy do przystani i okazuje się, że do samego obozu musimy płynąć łodzią. To tylko kilka minut od zaparkowanego samochodu. Na pomoście witają nas Afrykanki (z obsługi), które śpiewają regionalną piosenkę.
Wychodzimy i następują przywitania i poznanie wszystkich tutaj pracujących.

    Po rozpakowaniu, przekąska, piwo. Natychmiast udajemy się na pierwszą wyprawę. Jest to wycieczka na łodzi. Dziś nie będziemy szukać żadnej zwierzyny ale raczej płyniemy podziwiać okolice. A jest co. Wody są wszędzie. Porośnięte wysoką trzciną i papirusami. Kanały stworzone przez hipopotamy przecinają drogę w różnych kierunkach. Zachwycamy się widokami.




 Woda jest tak czysta, że ma się ochotę jej napić. Przewodnik opowiada wiele ciekawych faktów, jak to wszystko ma sens w tutejszej naturze. Jak powstają wysepki w okolicach, wpływ pogody i roślinności na tutejsze życie. Wszystko bardzo ciekawe. Spędzamy tak kilka godzin i zrelaksowani wracamy na obiad.
    Dzisiejszy posiłek jest w miejscu ogrodzonym drewnianymi palami z dużym ogniskiem na środku placu. Po wypiciu drinków, pracownicy tworzą chór, śpiewają, tańczą. Nie jest to profesjonalna grupa ale jest przyjemnie i czujemy atmosferę Afryki. Jedzenie znów bardzo smaczne. Niestety, towarzystwo nie jest najprzyjemniejsze. Czwórka grubasów, bardzo niezadowolonych z życia. Nawet się nie witają jak wszyscy inni. Matka z synem. Odwrotnie od tamtych. Nie przestają gadać, szczególnie syn, w wieku 20-tu kilku lat. Cały czas mówi o sobie. Wysuszona para z Belgii. Nie mają nic do powiedzenia, ale ona próbuje dołączyć się do towarzystwa, niestety nie potrafi. Ostatnia para z Kanady. Jest przyjemniejsza. Wszystkie wakacje (dwa, trzy razy do roku) spędzają na łowieniu ryb. Indie, Nowa Zelandia, Kuba, Peru, etc. Nawet nie mają aparatu fotograficznego, bo jak łowią ryby to im szkoda czasu na robienie zdjęć??!! Jeżeli oni są normalni to ja nie. Ale przynajmniej można z nimi porozmawiać na różne tematy (nie o rybach).