Showing posts with label antylopy. Show all posts
Showing posts with label antylopy. Show all posts

Friday, September 5, 2014

Serengeti Park


25 Sierpień

Powoli zbliżamy się do półmetka naszych wakacji. Pierwszy pełen dzień w Serengeti Park. Jak zwykle po śniadaniu wyjeżdżamy gotowi na spotkanie nowej przygody.  Natychmiast wpadamy na różne gromady zwierząt. Dzisiaj mamy jednak trochę inny cel. A jest nim dotarcie do wielkiej wędrówki zwierząt. Jesteśmy trochę spóźnieni, bo większość antylop, zebr opuściła już Tanzanie i są w Kenii, ale mamy nadzieje na złapanie przynajmniej ich końcówki.
     Duże stada zebr, antylop i żyraf pasie się na okolicznych terenach

 




 ale my stajemy się już wybredni. Chcemy coś nowego, chcemy więcej. W dalszej części mijamy hieny, sępy. Przechodzą obok piękne antylopy Topi.



 
     Dojeżdżamy do małego mostu. Przed nami jest jeden Jeep a przed nim dwa słonie. Jeden stoi częściowo na drodze.



Przyglądamy się przez chwilę a po kilku minutach samochód przed nami rusza wolno do przodu i zbliża się na odległość kilku metrów do słonia. My zaraz za nim. Okazało się to wyzwaniem dla słonia. Wyszedł na środek drogi, odwrócił się w naszą stronę i pokazywał niezadowolenie. Niestety, nie wszystko mam na zdjęciach, bo robiłem film.


Podniesiona trąba, poruszanie uszami i jego potężny ryk to ostrzeżenie, że weszliśmy na jego terytorium. Potem rusza w stronę samochodu przed nami. Ten wrzuca natychmiast wsteczny bieg i cofa się, ale nie daleko, bo my blokujemy mu drogę. Na szczęście słoń się zatrzymuje zaraz przed nim. Stoi tam chwilkę i chyba zadowolony, że pokazał kto tu jest królem, wolno odwraca się i odchodzi.
    Turyści z przodu musieli być trochę wystraszeni. Nasze samochody nie mają dachów, więc można stać i oglądać wszystko swobodnie, czy robić zdjęcia. W chwili kiedy słoń ruszył w ich stronę, wszyscy zniknęli wewnątrz. Nieraz tylko pokazywała się dłoń z aparatem fotograficznym i ktoś cykał zdjęcia ale na ślepo nie wiedząc co jest w obiektywie.
    Następnie zatrzymujemy się przy brzegu rzeki. Możemy tu wyjść i pospacerować. 


Stoimy na skarpie skąd dobrze widać olbrzymie stado hipopotamów.
Wiele śpi, inne się bawią, nurkują


a także walczą ze sobą, ale można łatwo zauważyć, że to też tylko zabawa.


 Urządzają nam jednak wspaniałe widowisko. W oddali na brzegach leżą olbrzymie krokodyle. Spotykamy też tutaj bardzo rzadki okaz pod ochroną, młodą parę z Warszawy.
    Przejeżdżamy granice parku i skręcamy w boczną drogę. Mamy szczęście.  Przed nami olbrzymie stado zebr, które idą wspólnie z antylopami Gnu. Są ich setki, jak nie tysiące. Trudno to złapać na kamerze, bo rozsypane są po całym terenie.


Seweryn opowiada nam o powodach tej wędrówki. Dowiadujemy się, że zebry idą za antylopami, bo te mają specjalny zmysł i wyczuwają zielone tereny i wodę.  Żywią się też inną trawą niż antylopy, więc nikt nikomu nie zawadza.
    Po kilkunastu minutach jazdy trafiamy na antylopy. Po zbliżeniu się, wpadają w panikę. Jedne się zatrzymują, inne zaczynają szybko biec. Wjeżdżamy w ich centrum.  Z każdej strony tysiące antylop.



Trudno by to było zliczyć, ale na pewno kilkadziesiąt tysięcy. Wreszcie zobaczyłem to co chciałem. Mogę postawić następny znaczek zaliczenia czegoś z mojej listy.
      Niesamowity widok. Przechodzą tak tysiące kilometrów i grupa ta powiększa się z czasem.  Oglądałem to przez pewien czas aż się nasyciłem i po tym postanowiliśmy zatrzymać się na lunch.
     Siadamy na kocu, pod wielką akacją, które bardzo różnią się od naszych.



Wokół nas widać pasące się zebry, bawoły, antylopy. Oddychamy cudownym powietrzem afrykańskich stepów i przyglądając się przyrodzie i zwierzętom, wcinamy nasze wcześniej przygotowane jedzenie.
     Znów w drogę.  Przebijamy się przez następną grupę z tej wielkiej wędrówki. Później trochę się zgubiliśmy. Seweryn wraca trochę na wyczucie. Przejeżdżamy przez biedne wioski. Widzimy ludzi produkujących cegły.


Drogę zagradza nam stado bydła domowego. Musimy za nimi jechać przez pewien czas, do momentu kiedy zeszły nam z drogi.


Z domów wybiegają dzieci, machają rękami i proszą o coś. Rozdajemy im wszystko co mamy. Czekoladki, jabłka a nawet jogurt.


Uśmiechają się szczęśliwe i dziękują.
    Przejeżdżamy a raczej przeprawiamy się przez kilka rzeczek. Samochody po prostu wjeżdżają w wodę.


A krokodyle czekają spokojnie na jakąś pomyłkę.

 
Znów antylopy, małpy, ptaki, hieny. Dziewczyny chcą wracać żeby trochę odpocząć na basenie. Seweryn jednak mówi, że słyszał, że w pobliżu spotkano lwy. Godzimy się i zaczynamy pędzić w tym kierunku. Kiedy dojeżdżamy do tego miejsca, spotykamy przynajmniej 10 samochodów ustawionych w duże koło. Lwy (lew i lwica) siedzą po środku. Przypatrujemy się im. W  pewnej chwili wstają i przechodzą między ciasno ustawionymi samochodami.
 
 

Szybko objeżdżamy to kółko i zatrzymujemy się po drugiej stronie. Lwica rozkłada się i zamyka oczy, a lew próbuje się do niej dobrać.


Lwica widocznie nie ma ochoty. Prawdopodobnie ma ból głowy, może okres albo jest zmęczona (skąd my to znamy?) i nie zwraca na to uwagi. Lew wie, że bez pozwolenia nic nie zrobi, więc rezygnuje i kładzie się obok. Tutaj mamy przewagę nad lwami bo nam zawsze zostaje kolega i piwo!
     Decydujemy się wracać. Wymijając samochody zakopujemy się w piachu. Seweryn próbuje i koła wyjąc, kręcą się w jednym miejscu. Zaniepokoiło to lwy. Podnoszą się i robią groźne miny.


Po chwili rezygnują i zaczynają się oddalać.
    My po wielu próbach wydobywamy się z tej pułapki i zaczynamy powrót. Teraz już prosto do hotelu. Znów się zachmurzyło, ale nie pada.
     Już w hotelu idziemy najpierw na kawę a po tym do naszego domku.
Dobija godzina 7:30 i czas iść na obiad. Ponieważ jest już zupełnie ciemno, dzwonimy na portiernie, żeby wysłali kogoś kto nas doprowadzi do restauracji.
W połowie drogi przewodnik daje nam znak zatrzymania się. Po lewej stronie wylatuje antylopa madoqua.


Jest to najmniejsza z antylop, wielkości średniego psa. Dziwnie się zachowuje. Strażnik mówi, że jej zachowanie wskazuje na jakieś niebezpieczeństwo. Faktycznie. Przed nami przesuwa się  4-metrowy wąż pyton. Przyglądamy się, bo antylopa jest nim bardzo zainteresowana. Przyskakuje co chwila do głowy węża. Wygląda jakby się bawiła.
     Znów telefon strażnika o przysłanie pomocy. Pojawiają się ludzie, którzy mają przegonić pytona z naszego terenu.  Idziemy na obiad. Ja chcę zamówić węża, ale nie mieli.
   Po tym oczywiście powrót i do łóżka spać.
     

Tuesday, September 2, 2014

Krater Ngorongoro


23 Sierpień

    Jedziemy do krateru Ngorongoro.  Droga od samego hotelu jest zbudowana z ubitego piasku zmieszanego z drobnym kamieniem w odcieniu czerwonego koloru. Tutejsza ziemia pełna jest związków metalu i to powoduje jej zabarwienie. Wszystko wokół jest też tej samej barwy, bo pokryte kurzem z drogi. 

Zresztą my też po jakimś czasie zmieniamy swój kolor. Przy drogach stoją wszędzie dzieci i machają rekoma na znak powitania. W jednej z wiosek które mijamy, na kawałku betonu, tutejszy rzeźnik tnie na kawałki jakieś duże zwierzę (prawdopodobnie krowę).
     Dojeżdżamy do Parku Ngorongoro. Cała okolica znajduje się w Great Rift Valley. Krater nie jest prawdziwą pozostałością wulkanu. Powstał w wyniku gigantycznego pęknięcia skorupy ziemskiej. Tereny te zawierają góry, wulkany, jeziora, lasy.


 Samo dno naszego krateru wznosi się na wysokość 1600 metrów nad poziom morza a szczyty zbocza po którym jedziemy dużo wyżej.
     Poranek jest chłodny a przy wjeździe na szczyt temperatura dalej spada. Dziewczyny ubrane w letnie kurtki, narzekają na zimno, ja w krótkim rękawku czuje się bardzo dobrze.
     Droga która jedziemy jest urocza. Bardzo kręta, na zboczach krateru, pokryta gęstą, podzwrotnikową roślinnością. 


Zatrzymujemy się na chwilkę, bo na drodze jest pełno krwi. Okazuje się, że porankiem (są tu gęste mgły) ktoś wjechał w przechodzącego bawoła. Leży on na poboczu.
     Następny przystanek , żeby podziwiać krajobraz krateru. Robi duże wrażenie. Wokół nas wszystko jest zarośnięte. Dno jest puste. W dali widoczne jezioro, a raczej to co z niego zostało, bo większość wody wyparowała.  Tu i tam wyrastają drzewa a reszta pokryta niską roślinnością.

  Widać także stada zwierząt. Ruszamy dalej, tym razem to zjazd do krateru.
     Tereny te należą do Masajów. Spotykamy ich coraz częściej. Przeważnie ze stadami zwierząt. To jedni z nielicznych na naszej planecie, którzy jedzą tylko mięso. Nie znają oni warzyw.
    Na poboczu stoi grupka młodych Masajów z pomalowanymi białym kolorem twarzami. Są to praktykanci na wojowników. Później grupa dzieci, też pomalowani ale bardzo delikatnie w porównaniu z ich starszymi kolegami.
     Mamy piękna pogodę i cudowne widoki. Pośmialiśmy się trochę z Elaine. Rozmawiamy po polsku i ponieważ jesteśmy w innych sytuacjach niż w Nowym Jorku to używamy nietypowe słownictwo, co dla niej to pewna nowość. Zna polskie zasady, więc wie jak słowa układać i często tworzy nowe. Kiedy byliśmy na górze, nie mogła się napatrzeć na piękna „spaść”, oczywiście przepaść i martwiła się czy te  „niemowlatki” ( nowo urodzone zwierzęta) nie spadną z tej góry.
    Dobiliśmy do samego dna. Jest natychmiast cieplej. Tutaj w przeciwieństwie do Botswany, poruszać się można tylko wytyczonymi drogami. Jest ich bardzo dużo, ale jak się coś ciekawego zauważy to trzeba mieć szczęście, żeby zwierzę było blisko, bo z drogi zjeżdżać nie można. Ale dużo szczęścia nie potrzeba, bo zwierzyny jest tu mnóstwo. Z dużej odległości obserwujemy lwy i nosorożca, ale jest to za daleko, żeby zrobić zdjęcia. Bliżej nas chodzą żyrafy, hieny a nawet lis. Tu mam już pierwsze fotki, ale też nie najlepsze. Reszta to bajka. Bawoły chodzą dużymi stadami, zebry, antylopy Gnu prawie ocierają się o nasz samochód.




 Inne rodzaje antylop, strusie, duże ptaki są też w pobliżu.



    Jeździmy rożnymi drogami i wszystkim się zachwycamy. Dobijamy do zbiornika wodnego w którym siedzi dziesiątki hipopotamów. Niektóre śpią, inne obracają się do góry brzuchami.


Wywołuje to okrzyki zachwytu tych co to oglądają. Wokół wody stoi setki antylop, zebr i ptaków. Paradise!




    Dobija pierwsza po południu. Zatrzymujemy się na posiłek, który zabraliśmy z hotelu. Parkujemy przy jeziorze razem z innymi autami. Jest ich dużo. Piękne miejsce.



W wodzie pływają hipos. Wokół nas kręci się dziesiątki ptaków. Relaksujemy się przez 45 minut. Są tu nawet toalety i jest to jedyne miejsce w tej okolicy gdzie można je znaleźć.
     Po tym odpoczynku ruszamy dalej. Ponowne spotkania, ale nic innego niż poprzednie. Następnie zawracamy do obozu. Droga powrotna jest jeszcze ciekawsza niż zjazd. Są momenty, że można się przestraszyć. Jedziemy po stromych zboczach, bardzo wąskich drogach z dziesiątkami zakrętów.

Zdjęcia tego nie pokażą. Nakręcam film. Ciekaw jestem jak to będzie widać  na ekranie. Później już normalna droga. Odpoczynek w obozie. Ja mam zawsze trochę roboty z naładowaniem baterii do kamer, a później udajemy się na obiad.
    Trochę inaczej niż zwykle. Każdy wybiera sobie mięso (baranina, wołowina, wieprzowina) i także warzywa. Jest ich duży wybór. To zanosi się do kucharza, który smaży wszystko na patelni. Dodaje różne przyprawy, polewa winem i dodaje wybrany przez nas makaron. Wszystko razem przysmaża. Bardzo smaczne ale może trochę za tłuste, bo leją dużo oleju.
    Po powrocie szybkie pakowanie (jutro zmieniamy miejsce), przeglądanie zdjęć i gotujemy się do snu.


Tuesday, November 27, 2012


                                AFRYKA - ciąg dalszy


   18 Listopad

    Pobudka, jak zwykle o 5 rano. Szkoda marnować czas. Szybka poranna toaleta. Z ubieraniem się nie ma dużych problemów. Przenoszenie się z miejsca na miejsce małymi samolotami, zmusiło nas do zabrania ze sobą bardzo małej ilości ubrań. Nie ma więc dużego wyboru. Jesteśmy gotowi w ciągu 20 minut. Także śniadanie, które na nas czeka, pochłonięte zostaje w kilka minut. Wyjeżdżamy.
    Nowa wycieczka na największą wyspę w okolicy. Samochodem do łódki. Łódką do wyspy.
    Płyniemy jak zwykle kanałem w trzcinowym lesie.


Pierwszy kłopot. Jest nas ośmiu. Dwie grupy, czyli dójka przewodników i 6 turystów. Wody w niektórych miejscach są bardzo płytkie. Około 20 centymetrów głębokie. Silnik nie daje rady i musimy pomagać, odpychając się długimi, drewnianymi drągami. Zaczynamy przesadzać się, żeby zbalansować łódź. Mężczyźni siedzieli po jednej stronie i byliśmy troszkę przechyleni. To jednak nie wystarcza. Dochodzi do tego, że MT wychodzi do wody i nas popycha. Wspólnymi siłami wydostajemy się na głębsze wody. Zbliżamy się do wyspy. Przed samym końcem dopływamy do miejsca, gdzie wody są czyste od roślinności i tworzą małe jeziorko. Z wody wystaje siedem głów hipopotamów.


Blokują nam drogę. Łódź zwalnia i przesuwamy się bardzo wolno po jego brzegu. Wszystkie hippo bacznie nas obserwują. Udaje się nam dostać na drugą stronę i za chwilkę jesteśmy na miejscu. Znajdujemy zaparkowane samochody i udajemy się na poszukiwania zwierzyny.
    Ciekawy jestem jak oni dostarczyli te wszystkie samochody, sprzęt. Jak wybudowali to wszystko, kiedy w pobliżu nie ma sklepu z potrzebnymi narzędziami i materiałem.
    Tereny tej wyspy są bajeczne. Jest tu wszystko. Pustynie, gąszcze przeróżnej roślinności, baobaby, palmy, stawy wodne. TM jest w ciągłym kontakcie radiowym z innymi przewodnikami. W momencie znalezienia czegoś ciekawego, przekazują sobie informacje o ich lokalizacji. Ciekaw jestem jak oni odnajdują te miejsca. To tak jakby u nas w lesie, ktoś Ci powiedział: jedź prosto to tej sosny lekko przekrzywionej w lewo, skręć 30 stopni w prawym kierunku, jedź do krzaczka z poziomkami, skręć 20 stopni w lewo i tak dalej. Muszą naprawdę dobrze znać te tereny.
    Co chwila spotykamy grupy i pojedyncze okazy różnych gatunków zwierząt. Zebry, antylopy, słonie, guźce, bawoły, pawiany, różne drobniejsze potworki i dziesiątki rodzajów ptaków.


Najwięcej wyróżniają się marabuty,


 orły afrykańskie, czaple, bociany. Znów podziwiamy ich kolorowe upierzenie i przeróżne kształty.


 TM dostaje wiadomość o lamparcie. Niestety, znów nie mamy szczęścia. Po dojechaniu na miejsce, zastajemy puste miejsce. Gdzieś się schował. Po wielogodzinnej jeździe, nie udaje nam się znaleźć królów tutejszych terenów - lwów. Nie żałujemy. Wrażeń jest tak wiele, że wystarczy nam na wiele lat.
    Wracamy tą samą drogą i znów przepływamy obok siedmiu hipopotamów. TM decyduje się na  inną metodę przeprawy. Staje, znajduje drogę i przelatujemy przez to miejsce na pełnym gazie. Hipopotamy otwierają paszcze, ale my w kilka sekund jesteśmy po drugiej stronie.
    Nie mamy kłopotów z płytkimi wodami. Podzieliliśmy się na dwie grupy. Szybko dobijamy do obozu. Znów rutynowa przekąska, piwo, papieros i odpoczynek.
    O szesnastej, postanawiamy wrócić na tą samą wyspę. Podobny dojazd, tylko bez kłopotów. Zmieniamy kierunek i udajemy się na południową stronę. Może zabrzmi to nudno. Oglądamy podobne widoki z porannej eskapady. Nie jest to jednak prawda. Każde spotkanie w tym dzikim zakątku świata, ma swoje indywidualny charakter, inne emocje. Możne spędzić godziny w każdym wybranym miejscu i przyglądaniu się zachowaniu tutejszych mieszkańców.
    Kolonia pawianów - bawiące się małe małpki; higiena starszych, wyłuskiwanie kleszczy, insektów z sierści partnerów;


 uwaga lidera grupy, dbającego o porządek i bezpieczeństwo.
Słonie przy drzewach z figami. Jeden z nich przegania cały czas guźca, który kręci się pod nogami i też próbuje podjeść sobie tych smakołyków.
    Rodzina guźców przy objedzie, czyli konsumowaniu niskiej roślinności. Wyglądają zabawnie, bo wszystkie jedzą na zgiętych przednich kolanach.


    Wracamy do obozu. Ostatni przejazd przed hipopotamami. Piękny zachód słońca i jesteśmy u siebie.



    Dzisiejszy obiad jest na zewnątrz i okazuje się, że to zły pomysł. Akurat dzisiaj wieczorem spadł deszcz. Na szczęście już pod koniec. Każdy złapał co mógł i schowaliśmy się pod dach. Chwila później udajemy się na odpoczynek.



19 Listopad

 
   
Wcześnie rano, budzi mnie ryk lwa. Szkoda, że nie wyszedłem na zewnątrz. Podobno przechodził przed naszym domkiem. Wstajemy później, bo dziś przeprowadzka do drugiego kamp. O ósmej poszedłem po gorącą wodę na herbatę i miałem mały kłopot. Na przejściu siedziały małpy i przewodnik nie chciał się ruszyć i wydawał groźne głosy. Co miałem robić? Wołać: a pójdziesz ty, cmokać, gwizdać? Musiałem przeczekać, aż ten łaskawie zszedł mi z drogi.



    Po powrocie, musiałem gonić po pokoju jaszczurkę, która jakoś dostała się do środka. Później śniadanie i oczekiwanie na wyjazd na lotnisko.
    O godzinie 14-tej, jesteśmy na „lotnisku„, czyli pasa z ubitego piasku. To będą następne emocje. Jest tak mały, że nie mogą wcisnąć naszych bagaży. Dopiero przy mojej pomocy, wpychamy go do podwozia samolociku. Cztery miejsca i po naszym wejściu jest pełen. Kiedy pilot zapala silnik i jego jedyne śmigło zaczyna się kręcić, musimy zasłaniać twarze. Piasek wpada przez otwarte okna. Po chwili ruszamy. Jest duszno i gorąco, bo zaraz po starcie, pilot zamknął okna. Widoki Afryki zapychają dech w piersi. Lecimy bardzo nisko. Widać spacerujące słonie, zebry, bawoły. Po 10-u minutach lądujemy. Para osób wysiada i znów ten sam start. Następne 20 minut i jesteśmy na miejscu.


    Tereny tutejszego obozowiska są ładniejsze niż poprzednie. Więcej roślinności, mniej piasków i dużo wody. Dojeżdżamy do przystani i okazuje się, że do samego obozu musimy płynąć łodzią. To tylko kilka minut od zaparkowanego samochodu. Na pomoście witają nas Afrykanki (z obsługi), które śpiewają regionalną piosenkę.
Wychodzimy i następują przywitania i poznanie wszystkich tutaj pracujących.

    Po rozpakowaniu, przekąska, piwo. Natychmiast udajemy się na pierwszą wyprawę. Jest to wycieczka na łodzi. Dziś nie będziemy szukać żadnej zwierzyny ale raczej płyniemy podziwiać okolice. A jest co. Wody są wszędzie. Porośnięte wysoką trzciną i papirusami. Kanały stworzone przez hipopotamy przecinają drogę w różnych kierunkach. Zachwycamy się widokami.




 Woda jest tak czysta, że ma się ochotę jej napić. Przewodnik opowiada wiele ciekawych faktów, jak to wszystko ma sens w tutejszej naturze. Jak powstają wysepki w okolicach, wpływ pogody i roślinności na tutejsze życie. Wszystko bardzo ciekawe. Spędzamy tak kilka godzin i zrelaksowani wracamy na obiad.
    Dzisiejszy posiłek jest w miejscu ogrodzonym drewnianymi palami z dużym ogniskiem na środku placu. Po wypiciu drinków, pracownicy tworzą chór, śpiewają, tańczą. Nie jest to profesjonalna grupa ale jest przyjemnie i czujemy atmosferę Afryki. Jedzenie znów bardzo smaczne. Niestety, towarzystwo nie jest najprzyjemniejsze. Czwórka grubasów, bardzo niezadowolonych z życia. Nawet się nie witają jak wszyscy inni. Matka z synem. Odwrotnie od tamtych. Nie przestają gadać, szczególnie syn, w wieku 20-tu kilku lat. Cały czas mówi o sobie. Wysuszona para z Belgii. Nie mają nic do powiedzenia, ale ona próbuje dołączyć się do towarzystwa, niestety nie potrafi. Ostatnia para z Kanady. Jest przyjemniejsza. Wszystkie wakacje (dwa, trzy razy do roku) spędzają na łowieniu ryb. Indie, Nowa Zelandia, Kuba, Peru, etc. Nawet nie mają aparatu fotograficznego, bo jak łowią ryby to im szkoda czasu na robienie zdjęć??!! Jeżeli oni są normalni to ja nie. Ale przynajmniej można z nimi porozmawiać na różne tematy (nie o rybach).