Saturday, December 8, 2012


   23 Listopad



    Niestety. Nasza wycieczka dobiegła końca. Jutro wracamy do domu. Musimy ten dzień dobrze wykorzystać.
    Budzenie zamówiłem na szóstą rano. O 6:20 spotykamy się z naszym przewodnikiem. Ma być to trochę inne safari. Land Rover, został zamieniony na słonia. Miejsce do którego się udajemy, oddalone jest od nas tylko pół godziny. Po przybyciu na miejsce podają nam śniadanie. W tym czasie pojawiają się słonie. Jeden przy drugim, ustawiają się przy balustradzie tarasu na którym jemy. Podchodzimy do nich i mamy pozwolenie na poznanie się z nimi. Pokryte są całe wysuszonym, czerwonawym błotem. To jest ich krem na opalanie. Za chwilę, nasze ręce też są czerwone.

     Idziemy do miejsca gdzie ustawione jest podium ze schodami. Jedna para po drugiej wspina się na górę i dosiada wybranego słonia. Nam dostaje się największy ze stada o imieniu Jumbo. Na początku jest trochę niewygodnie ale szybko przyzwyczajamy się do tej jazdy. Trochę zarzucało przy schodzeniu po stromym zboczu wyschniętej rzeki. Jumbo kilka razy po zatrzymaniu, kołysał się w lewo i prawo. przewodnik przepraszał i tłumaczył, że słoń ten jest trochę nieposłuszny i próbuje zrzucić pasażerów. Ładnie!


    W połowie drogi zaczyna kropić deszczyk. Zepsuło to trochę tą wyprawę. Wszyscy przyspieszyli. Zatrzymaliśmy się na chwilę na krawędzi wąwozu, na oglądanie widoków. Przez całą drogę, kręcą nam film. Będzie dobrym dodatkiem do moich.
    Po zakończeniu jazdy, każdy z nas mógł nakarmić swojego słonika w nagrodę za wykonaną pracę. Można mu było wrzucać pokarm do trąby a on to potem wydmuchiwał wszystko do jamy ustnej, albo po prostu wrzucić mu garść tych smakołyków prosto do gęby. Po pożegnaniu z Jumbo, poszliśmy na kawę a tam stał gepard. Jego trener opowiedział historię jego życia. Mogliśmy podejść do Sylwestra (takie miał imię) i go pogłaskać. Piękny kotek. Widać było, że wielu ludzi miało problem ze zbliżeniem się do niego.

    Wracamy do hotelu., ale mamy tylko 3 godziny wolnego. O drugiej mamy zarezerwowaną wycieczkę na oglądanie wodospadu. 

Wodospady Wiktorii – są na rzece Zambezi, na granicy Zimbabwe i Zambii. Przed przybyciem Europejczyków na te tereny zwane były Mosi-oa-Tunya, co w języku lokalnego plemienia Kololo oznacza Mgła, która grzmi.
Odkryte w 1855 roku przez badacza Livingstna, który wówczas powiedział o nich: Widok tak piękny, że muszą się w niego wpatrywać aniołowie w locie. Wodospady Wiktorii uważane są za jeden z siedmiu naturalnych cudów świata. Wysokość spadku wody wynosi 108 m, szerokość wodospadu 1,7 kilometra. W sezonie szczytowym w każdej sekundzie przetacza się tam ponad 9 milionów litrów wody.
     My jesteśmy w suchym sezonie. Widoczne skały, normalnie zalane są wodą. Jak się okazuje to nawet dobrze dla nas, bo w innym czasie mało można zobaczyć. Takie ilości spadającej wody, tworzą olbrzymie obłoki z kropel wody i widoczność jest ograniczona. To wszystko powoli opada, czyli ciągły deszcz.








     Już dawno przestało padać i jest bardzo gorąco. Wracamy szybkim krokiem, bo zostało nam mało czasu do następnej wycieczki. Znów przejeżdżamy samochodem do innego miejsca nad rzeką Zambezi, gdzie czeka na nas mały prom. Są tam stoliki i podają nam cały czas jedzenie i alkohol naszego wyboru. Zostajemy przy piwie i winie. rzeka jest olbrzymia i bardzo spokojna. Spotykamy kilka krokodyli, hipopotamy i jak zwykle bardzo dużo ptaków.
 



 
Na zakończenie oczywiście spektakularny zachód słońca.


   
 
   Wracamy na ląd, gdzie czeka na nas ten sam kierowca. Wozi nas przez cały dzień. Tym razem przybywamy do restauracji Boca. Przy wejściu odbywa się popis tańca, śpiew grupy złożonej z tutejszych Zulu.
 
 
 Ubierają nas w ich tradycyjne chusty, malują jakieś znaki na twarzy, co oznacza ich powitanie i udajemy się na posiłek.
    Jest to olbrzymie miejsce, troszeczkę kształtem przypominające cyrk.


 Niestety. Przez te wszystkie dni, zachwycałem się jakością jedzenia, to w tym najdroższym miejscu wszystko było straszne. Nic nie smakowało albo było nie jadalne. Zaczęli od tradycyjnego piwa tutejszych ludów. Jak zepsute mleko z alkoholem. Pfee! Przystawki. Whee! Sałatki i warzywa? Gdyby nie było pomidorów i sałaty to reszta Pfu! Na końcu różne rodzaje mięsa robione na BBQ. Nawet nie skomentuję. Powciskałem w siebie trochę tego wszystkiego, bo przecież zapłacone i nie pójdę na drugi obiad. Nie było to jednak przyjemne. Obok nas był stół na 20 osób i pełen rodaków z polski. Musieli być mniej wybredni od nas, bo wyglądało, że im smakowało albo byli wygłodzeni. Jedna kobieta z tej grupy, robiła zdjęcia każdemu rodzajowi jedzenia. Czekaliśmy w kolejce (bo był to Buffet) bo ona cykała zdjęcia nawet sałatkom. Przy mięsach zatrzymała się i najpierw robiła nieusmażonym mięsom a później po usmażeniu. Może kucharka!
    Już widzę, jak po powrocie do polski, posadzi rodzinkę przed telewizorem i cały wieczór: O tutaj jest zielony groszek, piękny prawda? Tutaj mamy ziemniaczki. Zobaczcie jaki nieregularny kształt. Wow! Tutaj wieprzowinka przed smażeniem. Widzicie nawet trochę krwi na niej a tu po usmażeniu. Duża różnica, prawda?
    A ja głupi przez dziesięć dni robiłem zdjęcia zwierzętom!
    Nie czekaliśmy na deser. Szybko wyszliśmy, żeby zdążyć coś przegryźć w naszym hotelu. Po przejściu głównego wejścia w Victoria Hotel, przechodzi się przez plac, gdzie są dwa zbiorniki wodne z liliami wodnymi i rybami. Było już ciemno. Powietrze wypełnione było rechotaniem żab. Trochę inne niż nasze, polskie choć z wyglądu dużo się nie różnią.

   
 Zamówiliśmy sobie dobry deser i cappuccino. Humor natychmiast się poprawił.
    Wracamy do pokoju. To już koniec. Od dziś, będziemy żyli tylko wspomnieniami o Afryce. Ale za to jakimi! Zawsze się mówi: nie oczekuj zbyt wiele, bo możesz się zawieź. Tym razem nie było to prawdą. Odwrotnie. Otrzymaliśmy dużo większych wrażeń niż oczekiwaliśmy.

 

Tuesday, December 4, 2012

 

  Świąteczne przygotowania. 

 
    I nie tylko. Koniec listopada i grudzień są okresem wypełnionym pracą. Choć większość prowadzi do przyjemności to jednak nie raz zastanawiam się czy to jest przyjemny miesiąc czy odwrotnie. Ten rok jest jeszcze więcej skomplikowany. Najpierw huragan, następnie opóźnione halloweenowe party i wyjazd do Afryki. Zostało tak mało czasu. Każda chwila wypełniona jest pracą. W ostatni weekend ubrałem choinkę w pokoju wypoczynkowym i może połowę dekoracji na zewnątrz domu. Wiesia wystroiła cały dom. W tym tygodniu muszę jeszcze ubrać choinkę w bibliotece i skończyć na zewnątrz.
     Światełka są najgorsze. Oni robią je tak, żeby działały tylko rok lub dwa. Staram się zawsze trochę z nich uratować i szukam tych zepsutych lampek. Niestety zajmuje to godziny i wreszcie wyrzucam połowę z nich i lecę do sklepu po nowe. Tak też było w tym roku. Trzeba zabrać się do pisania kartek. Trochę doszło znajomych i lista powiększyła się do 150-ciu. Na zewnątrz domu zostało trochę pracy przy zwinięciu wszystkiego na zimę. Po garażu i strychu nie można przejść, bo leżą pudła po Halloween i nowe ze Świąt Bożego Narodzenia. Trzeba to posprzątać i zorganizować w sposób, żeby  można było znaleźć łatwo na następny rok.
    Na komputerze mam zaległe projekty filmu z polski, zabawy halloweenowej no i oczywiście Afryki. Oprócz tego normalne, codzienne obowiązki. Pfiu. Zmęczyłem się pisaniem o tym.
    Najgorsze jest, że mam taki charakter ( nie wiem kogo za to winić, chyba rodziców), że nie potrafię odpoczywać, jak mam coś do roboty. Zazdroszczę tym, którzy potrafią pospać lub wyciągnąć się przy telewizji i nie ważne ile jest do zrobienia. A ja jak wrócę z pracy i zjem obiad, trochę się zrelaksuję i przysnę na chwilę, to po chwili zrywam się jakby się paliło i zaczynam coś robić. Straszne i kiedyś muszę to zmienić.
    Zdjęcia z dekoracji będą jak wszystko skończę. teraz wracam do Afryki.

    22 Listopad


    Wstajemy później niż zwykle. Dane jest nam pospać do szóstej. Niestety. Jedyna rzecz, która nam tu dokucza to trudności z uśnięciem. Spaliśmy  źle kolejną noc. Nie jesteśmy jednak zmęczeni.
    Niebo pokryte jest chmurami. Temperatura 30 stopni. Nieraz spadają drobne krople deszczu. Wyjazd na lotnisko jest o godzinie 11-tej. Korzystamy z tego i udajemy się na afrykańskiej łódce po okolicznych wodach. Jest nas trójka. Ja z Wiesią siedzimy wygodnie na dnie łodzi a przewodnik stoi za nami i odpycha się długim drewnianym drągiem.


To nie ma nic wspólnego z Safari. Raczej relaks. Szczególnie, że jest to ostatni dzień w tym miejscu. Widoki różnią się od poprzednich. Miniaturowe żabki, ryby, lilie wodne.



 
 


Słychać co chwila, jak przez te płytkie wody przeprawiają się różne zwierzęta. Raz udało nam się dogonić duże stado szybko biegnących antylop. Chcą dostać się szybko na suchy ląd i nie ryzykować spotkania z krokodylami. Wyprawa jest krótka. Po dwóch godzinach szykujemy się na wyjazd.

    12 po południu. Nadlatuje samolot. Tylko na cztery osoby. Znów problem z załadowaniem naszych bagaży. Kiedy znajdujemy się w środku, poznajemy znajomą parę. Byli oni z nami w Kwatsani Kamp. Też lecą do wodospadów Wiktorii. Mamy półtorej godziny lotu. Niebo jest dalej zachmurzone samolocikiem rzuca w różnych kierunkach. Kilka dziur powietrznych i spadamy kilka metrów na dół w ciągu sekundy. Trzymam się dzielnie ale rzucam okiem w poszukiwaniu papierowej torebki. Wieśka śpi! Wszystko kończy się szczęśliwie.
    Zbliżając się do Zimbabwe, widzimy zmiany w wyglądzie terenów. Skończyły się zbiorniki wodne, ziemia staje się szara. Tysiące drzew i ani jednego listka. Wszystko wypalone przez słońce. Później dowiadujemy się, że cała ta roślinność wyczekuje deszczu, który jest spóźniony w tym roku. Kilka dni deszczu i okolice pokrywają się zielenią i wszystko wraca do życia.
    Lądujemy na samym końcu Botswany. Zaraz obok jest punkt (jedyny taki na świecie), gdzie spotykają się cztery kraje. Botswana, Zambia, Namibia i Zimbabwe.
    Czeka na nas samochód, który zabiera nas do przejścia granicznego. Wypełniamy podania o wizy, wbijają stempel, płacimy 70 dolarów i znajdujemy się w Zimbabwe.
    Tym razem drogą asfaltową, w 40 minut dobijamy do Victoria Falls Hotel. Jeden z najstarszych hoteli w Afryce. Wybudowany w 1904 roku. Zamieszkiwało tu wielu sławnych ludzi, między innymi królowa Anglii.








    Przepiękny w stylu kolonialnym, zachwyca położeniem. Wszystko na nas czeka i po pół godzinie wychodzimy na zewnątrz. Z tyłu budynku położony jest duży taras, na którym znajdują się stoliki hotelowej restauracji. Zatrzymujemy się na piwo i papierosa. Oczywiście piwo lokalne, Zambezi, czyli nazwa rzeki przepływającej obok. Siedząc tam, oglądamy słynny most Victoria Bridge a z lewej strony unoszące się w powietrzu obłoki wodne powstałe z pobliskiego wodospadu.


Olbrzymie stare drzew, na których pojawiają się małpki a przez trawnik przebiegają guźce (skąd taka nazwa?).


    Jutro mamy ostatni pełny dzień naszej wycieczki i ma być wypełniony atrakcjami. Postanawiamy zjeść wczesny obiad i iść spać.
    Muszę przyznać, że nie spodziewałem się dobrego jedzenia w Afrykańskich krajach. Duża pomyłka. Nawet w kempingu było bardzo dobre. Tutaj spróbowaliśmy regionalnych przysmaków. Wiesia zamówiła krokodyla a ja strusia. Przepyszne. Wielka niespodzianka i z napełnionymi brzuchami udaliśmy się na odpoczynek.

Sunday, December 2, 2012


     21 Listopad


     Kiedy budzimy się rano, po burzy nie ma śladu, choć niebo jest trochę zachmurzone i jest chłodno. Dwadzieścia pięć stopni. Nie możemy doczekać się następnego wypadu. Wciągnęliśmy się w to safari i poszukiwanie zwierząt. Rain, bo tak ma na imię nasz przewodnik, mówi, że dzisiaj będziemy szukać lwów i lampartów. Mam nadzieję, że tym razem, będziemy mieli więcej szczęścia. Niektóra zwierzyna jak antylopy, zebry, słonie, stają się dla nas codziennością. Chcemy czegoś więcej.
    Po dwóch godzinach jazdy i oglądaniu wspaniałej Afryki, zatrzymujemy się na kawę. Po kilku minutach relaksu, Rain każe nam się wyciszyć i zaczyna uważnie się przysłuchiwać dziwnym (dla nas ) głosom. Każe natychmiast się pakować i ruszamy w pełnym biegu. Pojawiły się dzikie psy. To ich głosom przysłuchiwał się Rain. Następna rzadkość w tych okolicach. To był prawdziwy pościg. Myśleliśmy, że rozbije samochód. Wylatywaliśmy w powietrze przy każdej dziurze.
     Porozumiewał się z innymi i wszyscy włączyli się do poszukiwań. Nasi towarzysze wycieczki, młoda para z Niemiec, byli trochę przestraszeni i niezadowoleni. Nam to się podobało. jak w filmie. Nie wiem jak długo to trwało, ale moje siedzenie było nieźle obite.
    W pewnej chwili zauważamy lwy. Rain nie chce się zatrzymać. Przyrzeka nam, że wrócimy.
Wreszcie złapaliśmy część stada, trzy dzikie psy.
 One polują w dużych grupach, ale po posiłkach rozbijają się na mniejsze grupki. Zaczyna robić się bardzo gorąco i psy chowają się w gąszcz. Po chwili oddajemy nasze miejsce innym i wracamy do miejsca w którym widzieliśmy lwy. Jest to jednak szczęśliwy dzień. Po drodze znajdujemy lamparta. Siedzi na drzewie i widać, że szuka czegoś na obiad. Żeby tylko nie nas! Niesamowite jest to, że jesteśmy kilka metrów od niego. W wypadku żyraf, zebr to nie przeszkadza. Ta odległość w wypadku lamparta, jest troszkę powiedział bym, niewygodna.


    Jest piękny. Obserwujemy go na drzewie przez dziesięć minut. W pewnej chwili kotek coś poczuł i zeskoczył na ziemię. Wspina się na małą skałę i znów obserwuje.


Mija kilka minut. Lampart schodzi i zaczyna węszyć za swoją następną ofiarą. Jedziemy za nim. Przebijamy się przez haszcza i cały czas robię zdjęcia.


Mija następne pół godziny i musimy oddać swoje miejsce innym turystom. Szkoda, bo może będzie polował.
     Znów ruszamy za lwami. Niestety, ktoś odnalazł główną grupę psów. Przyspieszamy. Nie wiem jak oni się odnajdują, ale dobijamy d miejsca, gdzie stoi inne auto. Odjeżdżają a my bawimy się w fotografów. Jest już po dziesiątej i wszystkie zwierzęta pochowane są w gąszczach, w cieniu. Także psy leżą i dyszą.


 Ruszamy raz jeszcze do lwów. Niestety, chyba nie dane nam jest ich spotkać. Zgubiliśmy się. Jesteśmy w środku terenu, całkowicie pokrytego roślinnością. Samochód przejeżdża przez krzaki i małe drzewka. Nieraz musimy się cofać, bo drogi blokują drzewa i skały. Po 15 minutach zwariowanej ale podniecającej przeprawy, odnajdujemy drogę, czyli ślady opon.
    Wreszcie. Szkoda, że o tej porze, bo też odpoczywają, dojeżdżamy do grupy lwów. Jest to niesamowite przeżycie. Jesteśmy oddaleni od nich niespełna dwa metry a one nas ignorują. Leniwie ziewają, kładą się łapami do góry, śpią.


 Tylko główny lew wstaje i przechodzi się w okolicy.


Później wraca i znów kładzie się między swoim haremem.
     Masza lista poszukiwanych okazów, powoli się zamyka. Mamy jednak wielki apetyt na więcej. Myślałem, że te 10 dni nam wystarczy, ale tak mi się tu podoba, że przydałoby się troche dłużej.
    Wracamy do bazy. Jest strasznie gorąco. Powyżej 40 stopni. Po powrocie mamy kilka godzin na odpoczynek, więc idziemy na basen. Niestety opalanie jest niemożliwe. Nawet na kilka minut. Pierwszy raz w moim życiu nie jestem w stanie wytrzymać na słońcu. Chłodzimy się w basenie i wracamy do domku.
    Może krótko o warunkach w jakich tu żyjemy. Łazienka, jest częścią domku, ale jedna ściana, zrobiona jest całkowicie z siatki. Kiedy bierze się prysznic, można przyglądać się terenom na zewnątrz.


Toaleta jest z drugiej strony głównego pokoju i podobnie zbudowana. Niektórzy lubią czytać w ubikacji, tutaj nie muszą. Ciężko pracując, mogą oglądać chodzące na zewnątrz antylopy.  Łóżka są olbrzymie i bardzo wygodne. Osłonięte z czterech stron białą zasłoną, chroniącą przed robakami. Widok z łóżka, przez drzwi z siatki, na okoliczne tereny. Bajka.


    Ostatnie safari, ostatnie popołudnie w tym obozie. Jesteśmy tak nasyceni porannym wypadem, że po pytaniu przewodnika na co mamy ochotę, odpowiadamy, że relaksowo. Cokolwiek nam się pokaże. Chcemy jeszcze raz pooglądać przyrodę.
    Znajdujemy dziesiątki różnych ptaków. To jest nasze nowe hobby. Uwielbiam je oglądać. Jest ich tutaj tak dużo i tak różnorodne. Od tego czasu zawsze będziemy szukać ptaków. Na każdych wakacjach i kolekcjonować zdjęcia.

 


 

Co do fotografii, to nie mam pojęcia jak ja się za nie zabiorę. Mam już 3000 zdjęć i setki filmów. Pracy na miesiące

    Po przystanku na kawę, Rain ma dla nas niespodziankę. Wywozi nas w tereny zamieszkiwane przez hieny. W wielkich gąszczach, udaje mu się znaleźć całą rodzinę. Jest kilka samic i dużo młodych, w różnych wiekach. Jest kilkumiesięczna, roczna, dwuroczna i  wiele innych. Te zawsze krytykowane zwierzę, najbrzydsze, tchórzliwe, padlinożercze, nie jest takie jak je opisują. Przyglądamy się tej rodzinie z bliska. Spędzamy tam 45 minut.
 
 
 Gonią się, bawią, młode tulą się do matek. Jest to jeden z najbardziej interesujących przystanków, jaki nam się przydarzył. Szkoda wracać. Tak nam się tu spodobało, że wyjechaliśmy trochę za późno. W połowi drogi zaskoczyła nas pełna noc. Wracamy na światłach. W twarze nasze uderzają przeróżne owady. Dobrze, że jest ciemno i nie widzimy jak one wyglądają. Dojeżdżamy do obozu po ósmej. Natychmiast obiad i powrót do naszych kwater. Trzeba zacząć się pakować.

Wednesday, November 28, 2012


   20 Listopad



    Pobudka o 5:30. Chwilę później wychodzę na nasz taras i oglądam przepiękny wschód słońca. Przed domem leżą w trawie antylopy. Wstają przy wschodzie i zaczynają swoją codzienną wędrówkę. Wyjeżdżamy na nasze pierwsze safari w tej okolicy. Muszę się powtarzać, ale nie mogę nacieszyć się oglądaniem tutejszej przyrody. Co chwila jakiś przystanek, żebym mógł zrobić dobre zdjęcia spotykanym żyrafom, słoniom, antylopom. Zaczynam powoli widzieć różnice między  ich gatunkami. Impala, Kudu, Gnu, Buszbok, Stenbok.
 
                                              Antylopa szabloroga

    W połowie naszej wycieczki wpadamy na olbrzymie stado Bawołów Wodnych. Przewodnik mówi nam, że to rzadkość w tych okolicach. Obserwujemy je przez chwilę. To są chyba jedyne zwierzęta, może oprócz małp, które się nami interesują. Przyglądają nam się nawet uważniej niż my nim. Może to one wybrały się na safari w poszukiwaniu ludzi?


    Ruszamy dalej w drogę. Nad dużym stawem stoi suche drzewo. Siedzą na nim czaple. Piękny widok.
 
 
Zaczynam się obawiać, że mi te zdjęcia nie powychodzą, a zaraz po tym jak ja przez nie wszystkie przejrzę. Tysiące zdjęć i setki filmów. Ja robię fotki a Wiesia kameruje. Po sprawdzeniu jak jej wychodzą, stwierdziłem, że w ważnych chwilach ja przejmę jej pracę. Jej rączki trochę się trzęsą. Ale trudno robić zdjęcia, film i też mieć przyjemnoć napatrzenia się na te cuda.

    Tradycyjne zatrzymanie się na kawę i ciastko, kilka zdjęć
 
 
 i wolny powrót do kampingu. Mamy kilka godzin dla siebie. Idziemy na basen.
 
 
 Słońce jest dokładnie nad nami. Po pół godzinie opalania, wchodzimy do chłodnej wody. Myślałem, że woda z basenu wyparuje, tacy byliśmy nagrzani. Dłużej nie można wytrzymać. Idziemy szykować się na następną wyprawę.

    Popołudniowe safari zaczęło się od informacji, że w okolicy pojawił się Gepard. Ponieważ to jest rzadkość, wyruszamy natychmiast na poszukiwania. Tym razem nie zatrzymujemy się przy spotykanych zwierzętach. Nieraz mamy ochotę, ale przewodnik odmawia bo nie chce stracić szansy odnalezienia geparda. Chcąc nie chcąc, musimy przystanąć. Drogę blokują nam dwa słonie i nie mają zamiaru ustąpić. Ten bliższy, rusza w naszym kierunku. Zaczynamy się denerwować ale Rain (Takie jest imię przewodnika) nie chce ruszyć. Słoń podszedł na odległość kilku metrów, wydał donośny, długi ryk i zmienił kierunek. UUFFF. Gra nerwów i moje zostały trochę nadszarpnięte. Ruszamy wolno na drugiego. Nie porusza się do ostatniej sekundy. Wreszcie! Poszedł w kierunku swojego kolegi. Odłożyłem kamery i odetchnąłem. Wtedy usłyszałem ryk słonia. Odwracam się a ten z podniesioną trąbą rzuca się biegiem za nami. Podbiegł na odległość od dwóch do trzech metrów. Zatrzymał się. Poruszył gwałtownie łeb, ruszył trąbą, ryknął jeszcze raz. Dobrze, że byłem przed wyjazdem w toalecie! Słoń udowodnił nam, kto jest tutaj panem i zaczął się wycofywać. My ruszamy dalej w pogoń za gepardem. Wreszcie duży sukces. Jest.
 
 
Prawdopodobnie udało nam się go odnaleźć, bo zatrzymał się na odpoczynek. Leżał, nie zwracając na nas uwagi. Rain tłumaczy, że zwierzyna przyzwyczaiła się do pojazdów. Traktują je jako rodzaj zwierząt, które im nie zagrażają, a ludzie w środku, są ich częścią. Natomiast wyjście z samochodu tworzy zagrożenie i może zakończyć się tragicznie. Obserwujemy tego pięknego kotka. Zawsze myślałem, że jest trochę większy. Zasady współpracy z naturą, są tutaj ściśle przestrzegane. Gepard leżał leniwie, więc zażartowałem, żeby rzucić w niego kamieniem, to się ruszy, ale wszyscy trochę się oburzyli.
    Czas przy szczególnych okazach (tak jak gepard, jaguard,lwy) jest ograniczony. Byliśmy z nim około 15 minut. Przewodnicy przekazują sobie informacje o jej pozycji i musimy zrobić miejsce dla innych. Nasza lista poszukiwanych zwierząt, zmniejsza się do kilku. Dalej nie widzieliśmy lwów i lampartów.  Wracając wpadamy na stado żyraf i później zebr.



    Po obiedzie, udajemy się na odpoczynek. Wydawałoby się, że dzień jest zakończony. Siedzę na tarasie i oglądam poważną burzę na horyzoncie. Widać olbrzymie łuny. Pali się. Około 23-ej idę spać. Po godzinie budzę się wystraszony. Dom gnie się w różne strony i pale nas utrzymujące przeraźliwie trzeszczą. Niebo co pół minuty rozjaśniają olbrzymie błyskawice. Dom  wykonany jest w 30% z siatek. Wiatr przenika więc swobodnie  do środka. Wszystko co lżejsze, fruwa po pokoju. Drzwi od łazienki i toalety łomocą się i uderzają w ściany. Wieśka wzięła tabletki nasenne i smacznie spała. Tak przesiedziałem kilka godzin. Czekałem na to co może się stać. Na szczęście nic poważnego nie nastąpiło. Troszkę się uspokoiło, więc poszedłem spać. Najśmieszniejsze, że na drugi dzień, ktoś zapytał się Wiesię jak minęła jej noc a ona mówi, że źle spała. Wtedy ja jej się pytam a jak przeżyła burzę a ona pyta się: jaka burza? Wszyscy zaczęli się śmiać. Była jedyną osobą w towarzystwie, która przespała całą noc.

Tuesday, November 27, 2012


                                AFRYKA - ciąg dalszy


   18 Listopad

    Pobudka, jak zwykle o 5 rano. Szkoda marnować czas. Szybka poranna toaleta. Z ubieraniem się nie ma dużych problemów. Przenoszenie się z miejsca na miejsce małymi samolotami, zmusiło nas do zabrania ze sobą bardzo małej ilości ubrań. Nie ma więc dużego wyboru. Jesteśmy gotowi w ciągu 20 minut. Także śniadanie, które na nas czeka, pochłonięte zostaje w kilka minut. Wyjeżdżamy.
    Nowa wycieczka na największą wyspę w okolicy. Samochodem do łódki. Łódką do wyspy.
    Płyniemy jak zwykle kanałem w trzcinowym lesie.


Pierwszy kłopot. Jest nas ośmiu. Dwie grupy, czyli dójka przewodników i 6 turystów. Wody w niektórych miejscach są bardzo płytkie. Około 20 centymetrów głębokie. Silnik nie daje rady i musimy pomagać, odpychając się długimi, drewnianymi drągami. Zaczynamy przesadzać się, żeby zbalansować łódź. Mężczyźni siedzieli po jednej stronie i byliśmy troszkę przechyleni. To jednak nie wystarcza. Dochodzi do tego, że MT wychodzi do wody i nas popycha. Wspólnymi siłami wydostajemy się na głębsze wody. Zbliżamy się do wyspy. Przed samym końcem dopływamy do miejsca, gdzie wody są czyste od roślinności i tworzą małe jeziorko. Z wody wystaje siedem głów hipopotamów.


Blokują nam drogę. Łódź zwalnia i przesuwamy się bardzo wolno po jego brzegu. Wszystkie hippo bacznie nas obserwują. Udaje się nam dostać na drugą stronę i za chwilkę jesteśmy na miejscu. Znajdujemy zaparkowane samochody i udajemy się na poszukiwania zwierzyny.
    Ciekawy jestem jak oni dostarczyli te wszystkie samochody, sprzęt. Jak wybudowali to wszystko, kiedy w pobliżu nie ma sklepu z potrzebnymi narzędziami i materiałem.
    Tereny tej wyspy są bajeczne. Jest tu wszystko. Pustynie, gąszcze przeróżnej roślinności, baobaby, palmy, stawy wodne. TM jest w ciągłym kontakcie radiowym z innymi przewodnikami. W momencie znalezienia czegoś ciekawego, przekazują sobie informacje o ich lokalizacji. Ciekaw jestem jak oni odnajdują te miejsca. To tak jakby u nas w lesie, ktoś Ci powiedział: jedź prosto to tej sosny lekko przekrzywionej w lewo, skręć 30 stopni w prawym kierunku, jedź do krzaczka z poziomkami, skręć 20 stopni w lewo i tak dalej. Muszą naprawdę dobrze znać te tereny.
    Co chwila spotykamy grupy i pojedyncze okazy różnych gatunków zwierząt. Zebry, antylopy, słonie, guźce, bawoły, pawiany, różne drobniejsze potworki i dziesiątki rodzajów ptaków.


Najwięcej wyróżniają się marabuty,


 orły afrykańskie, czaple, bociany. Znów podziwiamy ich kolorowe upierzenie i przeróżne kształty.


 TM dostaje wiadomość o lamparcie. Niestety, znów nie mamy szczęścia. Po dojechaniu na miejsce, zastajemy puste miejsce. Gdzieś się schował. Po wielogodzinnej jeździe, nie udaje nam się znaleźć królów tutejszych terenów - lwów. Nie żałujemy. Wrażeń jest tak wiele, że wystarczy nam na wiele lat.
    Wracamy tą samą drogą i znów przepływamy obok siedmiu hipopotamów. TM decyduje się na  inną metodę przeprawy. Staje, znajduje drogę i przelatujemy przez to miejsce na pełnym gazie. Hipopotamy otwierają paszcze, ale my w kilka sekund jesteśmy po drugiej stronie.
    Nie mamy kłopotów z płytkimi wodami. Podzieliliśmy się na dwie grupy. Szybko dobijamy do obozu. Znów rutynowa przekąska, piwo, papieros i odpoczynek.
    O szesnastej, postanawiamy wrócić na tą samą wyspę. Podobny dojazd, tylko bez kłopotów. Zmieniamy kierunek i udajemy się na południową stronę. Może zabrzmi to nudno. Oglądamy podobne widoki z porannej eskapady. Nie jest to jednak prawda. Każde spotkanie w tym dzikim zakątku świata, ma swoje indywidualny charakter, inne emocje. Możne spędzić godziny w każdym wybranym miejscu i przyglądaniu się zachowaniu tutejszych mieszkańców.
    Kolonia pawianów - bawiące się małe małpki; higiena starszych, wyłuskiwanie kleszczy, insektów z sierści partnerów;


 uwaga lidera grupy, dbającego o porządek i bezpieczeństwo.
Słonie przy drzewach z figami. Jeden z nich przegania cały czas guźca, który kręci się pod nogami i też próbuje podjeść sobie tych smakołyków.
    Rodzina guźców przy objedzie, czyli konsumowaniu niskiej roślinności. Wyglądają zabawnie, bo wszystkie jedzą na zgiętych przednich kolanach.


    Wracamy do obozu. Ostatni przejazd przed hipopotamami. Piękny zachód słońca i jesteśmy u siebie.



    Dzisiejszy obiad jest na zewnątrz i okazuje się, że to zły pomysł. Akurat dzisiaj wieczorem spadł deszcz. Na szczęście już pod koniec. Każdy złapał co mógł i schowaliśmy się pod dach. Chwila później udajemy się na odpoczynek.



19 Listopad

 
   
Wcześnie rano, budzi mnie ryk lwa. Szkoda, że nie wyszedłem na zewnątrz. Podobno przechodził przed naszym domkiem. Wstajemy później, bo dziś przeprowadzka do drugiego kamp. O ósmej poszedłem po gorącą wodę na herbatę i miałem mały kłopot. Na przejściu siedziały małpy i przewodnik nie chciał się ruszyć i wydawał groźne głosy. Co miałem robić? Wołać: a pójdziesz ty, cmokać, gwizdać? Musiałem przeczekać, aż ten łaskawie zszedł mi z drogi.



    Po powrocie, musiałem gonić po pokoju jaszczurkę, która jakoś dostała się do środka. Później śniadanie i oczekiwanie na wyjazd na lotnisko.
    O godzinie 14-tej, jesteśmy na „lotnisku„, czyli pasa z ubitego piasku. To będą następne emocje. Jest tak mały, że nie mogą wcisnąć naszych bagaży. Dopiero przy mojej pomocy, wpychamy go do podwozia samolociku. Cztery miejsca i po naszym wejściu jest pełen. Kiedy pilot zapala silnik i jego jedyne śmigło zaczyna się kręcić, musimy zasłaniać twarze. Piasek wpada przez otwarte okna. Po chwili ruszamy. Jest duszno i gorąco, bo zaraz po starcie, pilot zamknął okna. Widoki Afryki zapychają dech w piersi. Lecimy bardzo nisko. Widać spacerujące słonie, zebry, bawoły. Po 10-u minutach lądujemy. Para osób wysiada i znów ten sam start. Następne 20 minut i jesteśmy na miejscu.


    Tereny tutejszego obozowiska są ładniejsze niż poprzednie. Więcej roślinności, mniej piasków i dużo wody. Dojeżdżamy do przystani i okazuje się, że do samego obozu musimy płynąć łodzią. To tylko kilka minut od zaparkowanego samochodu. Na pomoście witają nas Afrykanki (z obsługi), które śpiewają regionalną piosenkę.
Wychodzimy i następują przywitania i poznanie wszystkich tutaj pracujących.

    Po rozpakowaniu, przekąska, piwo. Natychmiast udajemy się na pierwszą wyprawę. Jest to wycieczka na łodzi. Dziś nie będziemy szukać żadnej zwierzyny ale raczej płyniemy podziwiać okolice. A jest co. Wody są wszędzie. Porośnięte wysoką trzciną i papirusami. Kanały stworzone przez hipopotamy przecinają drogę w różnych kierunkach. Zachwycamy się widokami.




 Woda jest tak czysta, że ma się ochotę jej napić. Przewodnik opowiada wiele ciekawych faktów, jak to wszystko ma sens w tutejszej naturze. Jak powstają wysepki w okolicach, wpływ pogody i roślinności na tutejsze życie. Wszystko bardzo ciekawe. Spędzamy tak kilka godzin i zrelaksowani wracamy na obiad.
    Dzisiejszy posiłek jest w miejscu ogrodzonym drewnianymi palami z dużym ogniskiem na środku placu. Po wypiciu drinków, pracownicy tworzą chór, śpiewają, tańczą. Nie jest to profesjonalna grupa ale jest przyjemnie i czujemy atmosferę Afryki. Jedzenie znów bardzo smaczne. Niestety, towarzystwo nie jest najprzyjemniejsze. Czwórka grubasów, bardzo niezadowolonych z życia. Nawet się nie witają jak wszyscy inni. Matka z synem. Odwrotnie od tamtych. Nie przestają gadać, szczególnie syn, w wieku 20-tu kilku lat. Cały czas mówi o sobie. Wysuszona para z Belgii. Nie mają nic do powiedzenia, ale ona próbuje dołączyć się do towarzystwa, niestety nie potrafi. Ostatnia para z Kanady. Jest przyjemniejsza. Wszystkie wakacje (dwa, trzy razy do roku) spędzają na łowieniu ryb. Indie, Nowa Zelandia, Kuba, Peru, etc. Nawet nie mają aparatu fotograficznego, bo jak łowią ryby to im szkoda czasu na robienie zdjęć??!! Jeżeli oni są normalni to ja nie. Ale przynajmniej można z nimi porozmawiać na różne tematy (nie o rybach).