Tuesday, December 4, 2012

 

  Świąteczne przygotowania. 

 
    I nie tylko. Koniec listopada i grudzień są okresem wypełnionym pracą. Choć większość prowadzi do przyjemności to jednak nie raz zastanawiam się czy to jest przyjemny miesiąc czy odwrotnie. Ten rok jest jeszcze więcej skomplikowany. Najpierw huragan, następnie opóźnione halloweenowe party i wyjazd do Afryki. Zostało tak mało czasu. Każda chwila wypełniona jest pracą. W ostatni weekend ubrałem choinkę w pokoju wypoczynkowym i może połowę dekoracji na zewnątrz domu. Wiesia wystroiła cały dom. W tym tygodniu muszę jeszcze ubrać choinkę w bibliotece i skończyć na zewnątrz.
     Światełka są najgorsze. Oni robią je tak, żeby działały tylko rok lub dwa. Staram się zawsze trochę z nich uratować i szukam tych zepsutych lampek. Niestety zajmuje to godziny i wreszcie wyrzucam połowę z nich i lecę do sklepu po nowe. Tak też było w tym roku. Trzeba zabrać się do pisania kartek. Trochę doszło znajomych i lista powiększyła się do 150-ciu. Na zewnątrz domu zostało trochę pracy przy zwinięciu wszystkiego na zimę. Po garażu i strychu nie można przejść, bo leżą pudła po Halloween i nowe ze Świąt Bożego Narodzenia. Trzeba to posprzątać i zorganizować w sposób, żeby  można było znaleźć łatwo na następny rok.
    Na komputerze mam zaległe projekty filmu z polski, zabawy halloweenowej no i oczywiście Afryki. Oprócz tego normalne, codzienne obowiązki. Pfiu. Zmęczyłem się pisaniem o tym.
    Najgorsze jest, że mam taki charakter ( nie wiem kogo za to winić, chyba rodziców), że nie potrafię odpoczywać, jak mam coś do roboty. Zazdroszczę tym, którzy potrafią pospać lub wyciągnąć się przy telewizji i nie ważne ile jest do zrobienia. A ja jak wrócę z pracy i zjem obiad, trochę się zrelaksuję i przysnę na chwilę, to po chwili zrywam się jakby się paliło i zaczynam coś robić. Straszne i kiedyś muszę to zmienić.
    Zdjęcia z dekoracji będą jak wszystko skończę. teraz wracam do Afryki.

    22 Listopad


    Wstajemy później niż zwykle. Dane jest nam pospać do szóstej. Niestety. Jedyna rzecz, która nam tu dokucza to trudności z uśnięciem. Spaliśmy  źle kolejną noc. Nie jesteśmy jednak zmęczeni.
    Niebo pokryte jest chmurami. Temperatura 30 stopni. Nieraz spadają drobne krople deszczu. Wyjazd na lotnisko jest o godzinie 11-tej. Korzystamy z tego i udajemy się na afrykańskiej łódce po okolicznych wodach. Jest nas trójka. Ja z Wiesią siedzimy wygodnie na dnie łodzi a przewodnik stoi za nami i odpycha się długim drewnianym drągiem.


To nie ma nic wspólnego z Safari. Raczej relaks. Szczególnie, że jest to ostatni dzień w tym miejscu. Widoki różnią się od poprzednich. Miniaturowe żabki, ryby, lilie wodne.



 
 


Słychać co chwila, jak przez te płytkie wody przeprawiają się różne zwierzęta. Raz udało nam się dogonić duże stado szybko biegnących antylop. Chcą dostać się szybko na suchy ląd i nie ryzykować spotkania z krokodylami. Wyprawa jest krótka. Po dwóch godzinach szykujemy się na wyjazd.

    12 po południu. Nadlatuje samolot. Tylko na cztery osoby. Znów problem z załadowaniem naszych bagaży. Kiedy znajdujemy się w środku, poznajemy znajomą parę. Byli oni z nami w Kwatsani Kamp. Też lecą do wodospadów Wiktorii. Mamy półtorej godziny lotu. Niebo jest dalej zachmurzone samolocikiem rzuca w różnych kierunkach. Kilka dziur powietrznych i spadamy kilka metrów na dół w ciągu sekundy. Trzymam się dzielnie ale rzucam okiem w poszukiwaniu papierowej torebki. Wieśka śpi! Wszystko kończy się szczęśliwie.
    Zbliżając się do Zimbabwe, widzimy zmiany w wyglądzie terenów. Skończyły się zbiorniki wodne, ziemia staje się szara. Tysiące drzew i ani jednego listka. Wszystko wypalone przez słońce. Później dowiadujemy się, że cała ta roślinność wyczekuje deszczu, który jest spóźniony w tym roku. Kilka dni deszczu i okolice pokrywają się zielenią i wszystko wraca do życia.
    Lądujemy na samym końcu Botswany. Zaraz obok jest punkt (jedyny taki na świecie), gdzie spotykają się cztery kraje. Botswana, Zambia, Namibia i Zimbabwe.
    Czeka na nas samochód, który zabiera nas do przejścia granicznego. Wypełniamy podania o wizy, wbijają stempel, płacimy 70 dolarów i znajdujemy się w Zimbabwe.
    Tym razem drogą asfaltową, w 40 minut dobijamy do Victoria Falls Hotel. Jeden z najstarszych hoteli w Afryce. Wybudowany w 1904 roku. Zamieszkiwało tu wielu sławnych ludzi, między innymi królowa Anglii.








    Przepiękny w stylu kolonialnym, zachwyca położeniem. Wszystko na nas czeka i po pół godzinie wychodzimy na zewnątrz. Z tyłu budynku położony jest duży taras, na którym znajdują się stoliki hotelowej restauracji. Zatrzymujemy się na piwo i papierosa. Oczywiście piwo lokalne, Zambezi, czyli nazwa rzeki przepływającej obok. Siedząc tam, oglądamy słynny most Victoria Bridge a z lewej strony unoszące się w powietrzu obłoki wodne powstałe z pobliskiego wodospadu.


Olbrzymie stare drzew, na których pojawiają się małpki a przez trawnik przebiegają guźce (skąd taka nazwa?).


    Jutro mamy ostatni pełny dzień naszej wycieczki i ma być wypełniony atrakcjami. Postanawiamy zjeść wczesny obiad i iść spać.
    Muszę przyznać, że nie spodziewałem się dobrego jedzenia w Afrykańskich krajach. Duża pomyłka. Nawet w kempingu było bardzo dobre. Tutaj spróbowaliśmy regionalnych przysmaków. Wiesia zamówiła krokodyla a ja strusia. Przepyszne. Wielka niespodzianka i z napełnionymi brzuchami udaliśmy się na odpoczynek.

Sunday, December 2, 2012


     21 Listopad


     Kiedy budzimy się rano, po burzy nie ma śladu, choć niebo jest trochę zachmurzone i jest chłodno. Dwadzieścia pięć stopni. Nie możemy doczekać się następnego wypadu. Wciągnęliśmy się w to safari i poszukiwanie zwierząt. Rain, bo tak ma na imię nasz przewodnik, mówi, że dzisiaj będziemy szukać lwów i lampartów. Mam nadzieję, że tym razem, będziemy mieli więcej szczęścia. Niektóra zwierzyna jak antylopy, zebry, słonie, stają się dla nas codziennością. Chcemy czegoś więcej.
    Po dwóch godzinach jazdy i oglądaniu wspaniałej Afryki, zatrzymujemy się na kawę. Po kilku minutach relaksu, Rain każe nam się wyciszyć i zaczyna uważnie się przysłuchiwać dziwnym (dla nas ) głosom. Każe natychmiast się pakować i ruszamy w pełnym biegu. Pojawiły się dzikie psy. To ich głosom przysłuchiwał się Rain. Następna rzadkość w tych okolicach. To był prawdziwy pościg. Myśleliśmy, że rozbije samochód. Wylatywaliśmy w powietrze przy każdej dziurze.
     Porozumiewał się z innymi i wszyscy włączyli się do poszukiwań. Nasi towarzysze wycieczki, młoda para z Niemiec, byli trochę przestraszeni i niezadowoleni. Nam to się podobało. jak w filmie. Nie wiem jak długo to trwało, ale moje siedzenie było nieźle obite.
    W pewnej chwili zauważamy lwy. Rain nie chce się zatrzymać. Przyrzeka nam, że wrócimy.
Wreszcie złapaliśmy część stada, trzy dzikie psy.
 One polują w dużych grupach, ale po posiłkach rozbijają się na mniejsze grupki. Zaczyna robić się bardzo gorąco i psy chowają się w gąszcz. Po chwili oddajemy nasze miejsce innym i wracamy do miejsca w którym widzieliśmy lwy. Jest to jednak szczęśliwy dzień. Po drodze znajdujemy lamparta. Siedzi na drzewie i widać, że szuka czegoś na obiad. Żeby tylko nie nas! Niesamowite jest to, że jesteśmy kilka metrów od niego. W wypadku żyraf, zebr to nie przeszkadza. Ta odległość w wypadku lamparta, jest troszkę powiedział bym, niewygodna.


    Jest piękny. Obserwujemy go na drzewie przez dziesięć minut. W pewnej chwili kotek coś poczuł i zeskoczył na ziemię. Wspina się na małą skałę i znów obserwuje.


Mija kilka minut. Lampart schodzi i zaczyna węszyć za swoją następną ofiarą. Jedziemy za nim. Przebijamy się przez haszcza i cały czas robię zdjęcia.


Mija następne pół godziny i musimy oddać swoje miejsce innym turystom. Szkoda, bo może będzie polował.
     Znów ruszamy za lwami. Niestety, ktoś odnalazł główną grupę psów. Przyspieszamy. Nie wiem jak oni się odnajdują, ale dobijamy d miejsca, gdzie stoi inne auto. Odjeżdżają a my bawimy się w fotografów. Jest już po dziesiątej i wszystkie zwierzęta pochowane są w gąszczach, w cieniu. Także psy leżą i dyszą.


 Ruszamy raz jeszcze do lwów. Niestety, chyba nie dane nam jest ich spotkać. Zgubiliśmy się. Jesteśmy w środku terenu, całkowicie pokrytego roślinnością. Samochód przejeżdża przez krzaki i małe drzewka. Nieraz musimy się cofać, bo drogi blokują drzewa i skały. Po 15 minutach zwariowanej ale podniecającej przeprawy, odnajdujemy drogę, czyli ślady opon.
    Wreszcie. Szkoda, że o tej porze, bo też odpoczywają, dojeżdżamy do grupy lwów. Jest to niesamowite przeżycie. Jesteśmy oddaleni od nich niespełna dwa metry a one nas ignorują. Leniwie ziewają, kładą się łapami do góry, śpią.


 Tylko główny lew wstaje i przechodzi się w okolicy.


Później wraca i znów kładzie się między swoim haremem.
     Masza lista poszukiwanych okazów, powoli się zamyka. Mamy jednak wielki apetyt na więcej. Myślałem, że te 10 dni nam wystarczy, ale tak mi się tu podoba, że przydałoby się troche dłużej.
    Wracamy do bazy. Jest strasznie gorąco. Powyżej 40 stopni. Po powrocie mamy kilka godzin na odpoczynek, więc idziemy na basen. Niestety opalanie jest niemożliwe. Nawet na kilka minut. Pierwszy raz w moim życiu nie jestem w stanie wytrzymać na słońcu. Chłodzimy się w basenie i wracamy do domku.
    Może krótko o warunkach w jakich tu żyjemy. Łazienka, jest częścią domku, ale jedna ściana, zrobiona jest całkowicie z siatki. Kiedy bierze się prysznic, można przyglądać się terenom na zewnątrz.


Toaleta jest z drugiej strony głównego pokoju i podobnie zbudowana. Niektórzy lubią czytać w ubikacji, tutaj nie muszą. Ciężko pracując, mogą oglądać chodzące na zewnątrz antylopy.  Łóżka są olbrzymie i bardzo wygodne. Osłonięte z czterech stron białą zasłoną, chroniącą przed robakami. Widok z łóżka, przez drzwi z siatki, na okoliczne tereny. Bajka.


    Ostatnie safari, ostatnie popołudnie w tym obozie. Jesteśmy tak nasyceni porannym wypadem, że po pytaniu przewodnika na co mamy ochotę, odpowiadamy, że relaksowo. Cokolwiek nam się pokaże. Chcemy jeszcze raz pooglądać przyrodę.
    Znajdujemy dziesiątki różnych ptaków. To jest nasze nowe hobby. Uwielbiam je oglądać. Jest ich tutaj tak dużo i tak różnorodne. Od tego czasu zawsze będziemy szukać ptaków. Na każdych wakacjach i kolekcjonować zdjęcia.

 


 

Co do fotografii, to nie mam pojęcia jak ja się za nie zabiorę. Mam już 3000 zdjęć i setki filmów. Pracy na miesiące

    Po przystanku na kawę, Rain ma dla nas niespodziankę. Wywozi nas w tereny zamieszkiwane przez hieny. W wielkich gąszczach, udaje mu się znaleźć całą rodzinę. Jest kilka samic i dużo młodych, w różnych wiekach. Jest kilkumiesięczna, roczna, dwuroczna i  wiele innych. Te zawsze krytykowane zwierzę, najbrzydsze, tchórzliwe, padlinożercze, nie jest takie jak je opisują. Przyglądamy się tej rodzinie z bliska. Spędzamy tam 45 minut.
 
 
 Gonią się, bawią, młode tulą się do matek. Jest to jeden z najbardziej interesujących przystanków, jaki nam się przydarzył. Szkoda wracać. Tak nam się tu spodobało, że wyjechaliśmy trochę za późno. W połowi drogi zaskoczyła nas pełna noc. Wracamy na światłach. W twarze nasze uderzają przeróżne owady. Dobrze, że jest ciemno i nie widzimy jak one wyglądają. Dojeżdżamy do obozu po ósmej. Natychmiast obiad i powrót do naszych kwater. Trzeba zacząć się pakować.

Wednesday, November 28, 2012


   20 Listopad



    Pobudka o 5:30. Chwilę później wychodzę na nasz taras i oglądam przepiękny wschód słońca. Przed domem leżą w trawie antylopy. Wstają przy wschodzie i zaczynają swoją codzienną wędrówkę. Wyjeżdżamy na nasze pierwsze safari w tej okolicy. Muszę się powtarzać, ale nie mogę nacieszyć się oglądaniem tutejszej przyrody. Co chwila jakiś przystanek, żebym mógł zrobić dobre zdjęcia spotykanym żyrafom, słoniom, antylopom. Zaczynam powoli widzieć różnice między  ich gatunkami. Impala, Kudu, Gnu, Buszbok, Stenbok.
 
                                              Antylopa szabloroga

    W połowie naszej wycieczki wpadamy na olbrzymie stado Bawołów Wodnych. Przewodnik mówi nam, że to rzadkość w tych okolicach. Obserwujemy je przez chwilę. To są chyba jedyne zwierzęta, może oprócz małp, które się nami interesują. Przyglądają nam się nawet uważniej niż my nim. Może to one wybrały się na safari w poszukiwaniu ludzi?


    Ruszamy dalej w drogę. Nad dużym stawem stoi suche drzewo. Siedzą na nim czaple. Piękny widok.
 
 
Zaczynam się obawiać, że mi te zdjęcia nie powychodzą, a zaraz po tym jak ja przez nie wszystkie przejrzę. Tysiące zdjęć i setki filmów. Ja robię fotki a Wiesia kameruje. Po sprawdzeniu jak jej wychodzą, stwierdziłem, że w ważnych chwilach ja przejmę jej pracę. Jej rączki trochę się trzęsą. Ale trudno robić zdjęcia, film i też mieć przyjemnoć napatrzenia się na te cuda.

    Tradycyjne zatrzymanie się na kawę i ciastko, kilka zdjęć
 
 
 i wolny powrót do kampingu. Mamy kilka godzin dla siebie. Idziemy na basen.
 
 
 Słońce jest dokładnie nad nami. Po pół godzinie opalania, wchodzimy do chłodnej wody. Myślałem, że woda z basenu wyparuje, tacy byliśmy nagrzani. Dłużej nie można wytrzymać. Idziemy szykować się na następną wyprawę.

    Popołudniowe safari zaczęło się od informacji, że w okolicy pojawił się Gepard. Ponieważ to jest rzadkość, wyruszamy natychmiast na poszukiwania. Tym razem nie zatrzymujemy się przy spotykanych zwierzętach. Nieraz mamy ochotę, ale przewodnik odmawia bo nie chce stracić szansy odnalezienia geparda. Chcąc nie chcąc, musimy przystanąć. Drogę blokują nam dwa słonie i nie mają zamiaru ustąpić. Ten bliższy, rusza w naszym kierunku. Zaczynamy się denerwować ale Rain (Takie jest imię przewodnika) nie chce ruszyć. Słoń podszedł na odległość kilku metrów, wydał donośny, długi ryk i zmienił kierunek. UUFFF. Gra nerwów i moje zostały trochę nadszarpnięte. Ruszamy wolno na drugiego. Nie porusza się do ostatniej sekundy. Wreszcie! Poszedł w kierunku swojego kolegi. Odłożyłem kamery i odetchnąłem. Wtedy usłyszałem ryk słonia. Odwracam się a ten z podniesioną trąbą rzuca się biegiem za nami. Podbiegł na odległość od dwóch do trzech metrów. Zatrzymał się. Poruszył gwałtownie łeb, ruszył trąbą, ryknął jeszcze raz. Dobrze, że byłem przed wyjazdem w toalecie! Słoń udowodnił nam, kto jest tutaj panem i zaczął się wycofywać. My ruszamy dalej w pogoń za gepardem. Wreszcie duży sukces. Jest.
 
 
Prawdopodobnie udało nam się go odnaleźć, bo zatrzymał się na odpoczynek. Leżał, nie zwracając na nas uwagi. Rain tłumaczy, że zwierzyna przyzwyczaiła się do pojazdów. Traktują je jako rodzaj zwierząt, które im nie zagrażają, a ludzie w środku, są ich częścią. Natomiast wyjście z samochodu tworzy zagrożenie i może zakończyć się tragicznie. Obserwujemy tego pięknego kotka. Zawsze myślałem, że jest trochę większy. Zasady współpracy z naturą, są tutaj ściśle przestrzegane. Gepard leżał leniwie, więc zażartowałem, żeby rzucić w niego kamieniem, to się ruszy, ale wszyscy trochę się oburzyli.
    Czas przy szczególnych okazach (tak jak gepard, jaguard,lwy) jest ograniczony. Byliśmy z nim około 15 minut. Przewodnicy przekazują sobie informacje o jej pozycji i musimy zrobić miejsce dla innych. Nasza lista poszukiwanych zwierząt, zmniejsza się do kilku. Dalej nie widzieliśmy lwów i lampartów.  Wracając wpadamy na stado żyraf i później zebr.



    Po obiedzie, udajemy się na odpoczynek. Wydawałoby się, że dzień jest zakończony. Siedzę na tarasie i oglądam poważną burzę na horyzoncie. Widać olbrzymie łuny. Pali się. Około 23-ej idę spać. Po godzinie budzę się wystraszony. Dom gnie się w różne strony i pale nas utrzymujące przeraźliwie trzeszczą. Niebo co pół minuty rozjaśniają olbrzymie błyskawice. Dom  wykonany jest w 30% z siatek. Wiatr przenika więc swobodnie  do środka. Wszystko co lżejsze, fruwa po pokoju. Drzwi od łazienki i toalety łomocą się i uderzają w ściany. Wieśka wzięła tabletki nasenne i smacznie spała. Tak przesiedziałem kilka godzin. Czekałem na to co może się stać. Na szczęście nic poważnego nie nastąpiło. Troszkę się uspokoiło, więc poszedłem spać. Najśmieszniejsze, że na drugi dzień, ktoś zapytał się Wiesię jak minęła jej noc a ona mówi, że źle spała. Wtedy ja jej się pytam a jak przeżyła burzę a ona pyta się: jaka burza? Wszyscy zaczęli się śmiać. Była jedyną osobą w towarzystwie, która przespała całą noc.

Tuesday, November 27, 2012


                                AFRYKA - ciąg dalszy


   18 Listopad

    Pobudka, jak zwykle o 5 rano. Szkoda marnować czas. Szybka poranna toaleta. Z ubieraniem się nie ma dużych problemów. Przenoszenie się z miejsca na miejsce małymi samolotami, zmusiło nas do zabrania ze sobą bardzo małej ilości ubrań. Nie ma więc dużego wyboru. Jesteśmy gotowi w ciągu 20 minut. Także śniadanie, które na nas czeka, pochłonięte zostaje w kilka minut. Wyjeżdżamy.
    Nowa wycieczka na największą wyspę w okolicy. Samochodem do łódki. Łódką do wyspy.
    Płyniemy jak zwykle kanałem w trzcinowym lesie.


Pierwszy kłopot. Jest nas ośmiu. Dwie grupy, czyli dójka przewodników i 6 turystów. Wody w niektórych miejscach są bardzo płytkie. Około 20 centymetrów głębokie. Silnik nie daje rady i musimy pomagać, odpychając się długimi, drewnianymi drągami. Zaczynamy przesadzać się, żeby zbalansować łódź. Mężczyźni siedzieli po jednej stronie i byliśmy troszkę przechyleni. To jednak nie wystarcza. Dochodzi do tego, że MT wychodzi do wody i nas popycha. Wspólnymi siłami wydostajemy się na głębsze wody. Zbliżamy się do wyspy. Przed samym końcem dopływamy do miejsca, gdzie wody są czyste od roślinności i tworzą małe jeziorko. Z wody wystaje siedem głów hipopotamów.


Blokują nam drogę. Łódź zwalnia i przesuwamy się bardzo wolno po jego brzegu. Wszystkie hippo bacznie nas obserwują. Udaje się nam dostać na drugą stronę i za chwilkę jesteśmy na miejscu. Znajdujemy zaparkowane samochody i udajemy się na poszukiwania zwierzyny.
    Ciekawy jestem jak oni dostarczyli te wszystkie samochody, sprzęt. Jak wybudowali to wszystko, kiedy w pobliżu nie ma sklepu z potrzebnymi narzędziami i materiałem.
    Tereny tej wyspy są bajeczne. Jest tu wszystko. Pustynie, gąszcze przeróżnej roślinności, baobaby, palmy, stawy wodne. TM jest w ciągłym kontakcie radiowym z innymi przewodnikami. W momencie znalezienia czegoś ciekawego, przekazują sobie informacje o ich lokalizacji. Ciekaw jestem jak oni odnajdują te miejsca. To tak jakby u nas w lesie, ktoś Ci powiedział: jedź prosto to tej sosny lekko przekrzywionej w lewo, skręć 30 stopni w prawym kierunku, jedź do krzaczka z poziomkami, skręć 20 stopni w lewo i tak dalej. Muszą naprawdę dobrze znać te tereny.
    Co chwila spotykamy grupy i pojedyncze okazy różnych gatunków zwierząt. Zebry, antylopy, słonie, guźce, bawoły, pawiany, różne drobniejsze potworki i dziesiątki rodzajów ptaków.


Najwięcej wyróżniają się marabuty,


 orły afrykańskie, czaple, bociany. Znów podziwiamy ich kolorowe upierzenie i przeróżne kształty.


 TM dostaje wiadomość o lamparcie. Niestety, znów nie mamy szczęścia. Po dojechaniu na miejsce, zastajemy puste miejsce. Gdzieś się schował. Po wielogodzinnej jeździe, nie udaje nam się znaleźć królów tutejszych terenów - lwów. Nie żałujemy. Wrażeń jest tak wiele, że wystarczy nam na wiele lat.
    Wracamy tą samą drogą i znów przepływamy obok siedmiu hipopotamów. TM decyduje się na  inną metodę przeprawy. Staje, znajduje drogę i przelatujemy przez to miejsce na pełnym gazie. Hipopotamy otwierają paszcze, ale my w kilka sekund jesteśmy po drugiej stronie.
    Nie mamy kłopotów z płytkimi wodami. Podzieliliśmy się na dwie grupy. Szybko dobijamy do obozu. Znów rutynowa przekąska, piwo, papieros i odpoczynek.
    O szesnastej, postanawiamy wrócić na tą samą wyspę. Podobny dojazd, tylko bez kłopotów. Zmieniamy kierunek i udajemy się na południową stronę. Może zabrzmi to nudno. Oglądamy podobne widoki z porannej eskapady. Nie jest to jednak prawda. Każde spotkanie w tym dzikim zakątku świata, ma swoje indywidualny charakter, inne emocje. Możne spędzić godziny w każdym wybranym miejscu i przyglądaniu się zachowaniu tutejszych mieszkańców.
    Kolonia pawianów - bawiące się małe małpki; higiena starszych, wyłuskiwanie kleszczy, insektów z sierści partnerów;


 uwaga lidera grupy, dbającego o porządek i bezpieczeństwo.
Słonie przy drzewach z figami. Jeden z nich przegania cały czas guźca, który kręci się pod nogami i też próbuje podjeść sobie tych smakołyków.
    Rodzina guźców przy objedzie, czyli konsumowaniu niskiej roślinności. Wyglądają zabawnie, bo wszystkie jedzą na zgiętych przednich kolanach.


    Wracamy do obozu. Ostatni przejazd przed hipopotamami. Piękny zachód słońca i jesteśmy u siebie.



    Dzisiejszy obiad jest na zewnątrz i okazuje się, że to zły pomysł. Akurat dzisiaj wieczorem spadł deszcz. Na szczęście już pod koniec. Każdy złapał co mógł i schowaliśmy się pod dach. Chwila później udajemy się na odpoczynek.



19 Listopad

 
   
Wcześnie rano, budzi mnie ryk lwa. Szkoda, że nie wyszedłem na zewnątrz. Podobno przechodził przed naszym domkiem. Wstajemy później, bo dziś przeprowadzka do drugiego kamp. O ósmej poszedłem po gorącą wodę na herbatę i miałem mały kłopot. Na przejściu siedziały małpy i przewodnik nie chciał się ruszyć i wydawał groźne głosy. Co miałem robić? Wołać: a pójdziesz ty, cmokać, gwizdać? Musiałem przeczekać, aż ten łaskawie zszedł mi z drogi.



    Po powrocie, musiałem gonić po pokoju jaszczurkę, która jakoś dostała się do środka. Później śniadanie i oczekiwanie na wyjazd na lotnisko.
    O godzinie 14-tej, jesteśmy na „lotnisku„, czyli pasa z ubitego piasku. To będą następne emocje. Jest tak mały, że nie mogą wcisnąć naszych bagaży. Dopiero przy mojej pomocy, wpychamy go do podwozia samolociku. Cztery miejsca i po naszym wejściu jest pełen. Kiedy pilot zapala silnik i jego jedyne śmigło zaczyna się kręcić, musimy zasłaniać twarze. Piasek wpada przez otwarte okna. Po chwili ruszamy. Jest duszno i gorąco, bo zaraz po starcie, pilot zamknął okna. Widoki Afryki zapychają dech w piersi. Lecimy bardzo nisko. Widać spacerujące słonie, zebry, bawoły. Po 10-u minutach lądujemy. Para osób wysiada i znów ten sam start. Następne 20 minut i jesteśmy na miejscu.


    Tereny tutejszego obozowiska są ładniejsze niż poprzednie. Więcej roślinności, mniej piasków i dużo wody. Dojeżdżamy do przystani i okazuje się, że do samego obozu musimy płynąć łodzią. To tylko kilka minut od zaparkowanego samochodu. Na pomoście witają nas Afrykanki (z obsługi), które śpiewają regionalną piosenkę.
Wychodzimy i następują przywitania i poznanie wszystkich tutaj pracujących.

    Po rozpakowaniu, przekąska, piwo. Natychmiast udajemy się na pierwszą wyprawę. Jest to wycieczka na łodzi. Dziś nie będziemy szukać żadnej zwierzyny ale raczej płyniemy podziwiać okolice. A jest co. Wody są wszędzie. Porośnięte wysoką trzciną i papirusami. Kanały stworzone przez hipopotamy przecinają drogę w różnych kierunkach. Zachwycamy się widokami.




 Woda jest tak czysta, że ma się ochotę jej napić. Przewodnik opowiada wiele ciekawych faktów, jak to wszystko ma sens w tutejszej naturze. Jak powstają wysepki w okolicach, wpływ pogody i roślinności na tutejsze życie. Wszystko bardzo ciekawe. Spędzamy tak kilka godzin i zrelaksowani wracamy na obiad.
    Dzisiejszy posiłek jest w miejscu ogrodzonym drewnianymi palami z dużym ogniskiem na środku placu. Po wypiciu drinków, pracownicy tworzą chór, śpiewają, tańczą. Nie jest to profesjonalna grupa ale jest przyjemnie i czujemy atmosferę Afryki. Jedzenie znów bardzo smaczne. Niestety, towarzystwo nie jest najprzyjemniejsze. Czwórka grubasów, bardzo niezadowolonych z życia. Nawet się nie witają jak wszyscy inni. Matka z synem. Odwrotnie od tamtych. Nie przestają gadać, szczególnie syn, w wieku 20-tu kilku lat. Cały czas mówi o sobie. Wysuszona para z Belgii. Nie mają nic do powiedzenia, ale ona próbuje dołączyć się do towarzystwa, niestety nie potrafi. Ostatnia para z Kanady. Jest przyjemniejsza. Wszystkie wakacje (dwa, trzy razy do roku) spędzają na łowieniu ryb. Indie, Nowa Zelandia, Kuba, Peru, etc. Nawet nie mają aparatu fotograficznego, bo jak łowią ryby to im szkoda czasu na robienie zdjęć??!! Jeżeli oni są normalni to ja nie. Ale przynajmniej można z nimi porozmawiać na różne tematy (nie o rybach).
 
 
  

Sunday, November 25, 2012


  AFRYKAŃSKA PRZYGODA



 


    16 Listopad

   Tak wiele planów i wreszcie nadszedł czas na moją afrykańską przygodę. Od dziecka czytałem dziesiątki książek podróżniczych, nawet kilka na raz, co bardzo denerwowało mamę. Kiedyś było to tylko marzenie. Minęło wiele lat i wyruszamy na czarny ląd.
    Wylecieliśmy z NY wcześnie rano w czwartek 14 października. Pierwszy lot prowadzi nas do Republiki Południowej Afryki. Szesnaście godzin w jednym niewygodnym siedzeniu. Nie było jednak tak źle. Obejrzałem kilka filmów, pospałem, trochę się wynudziłem i po przebyciu 13000 kilometrów, wylądowaliśmy w Johannesburgu. Tam 3 godziny oczekiwania na następny samolot i kolejny lot, tylko 2 godziny.
    Lądujemy na lotnisku w Maun, Botswana. Teraz czuję, że jesteśmy w Afryce. Gorąco i sucho, 38 stopni Celsjusza. Jeden budynek wielkości naszej remizy strażackiej. W drzwiach podano nam karteczki do wypełnienia. Jest to podanie o wizę. Ustawiamy się w kolejce. Około 50 osób.
   Tutaj wiadomo, że jesteśmy coraz dalej od cywilizacji. Jedyny urzędnik, przegląda każdego podanie i wbija stempel z wizą do Botswany. Po 1.5-rej godzinie stania, wpuszczają nas przez bramkę i okazuje się, że to prawie koniec portu lotniczego. Za bramką leżą walizki i zaraz za nimi drzwi. Wyjście na zewnątrz.
    Spotykamy naszego przewodnika. Odbiera nas, zabiera walizki. Grupa 50 osób dzieli się na grupki i każda wylatuje innym, malutkim samolotem w kierunku swoich obozów. My dostajemy się do największego, bo aż na 8 osób. Wciskamy się do środka. Siedzę za pilotem. Okazuje się, że to ten sam, który nas przywitał i odbierał nasze walizki. Wylatujemy i jestem zaskoczony, że się nie boję. Czuję się bezpieczniej niż w tych wielkich.

    Pierwsze lądowanie na lotnisku z ubitego piachu. Przy pasie startowym stoi żyrafa. Wysiada dwóch pasażerów. Start i następne lądowanie. Jesteśmy na miejscu. Dwadzieścia cztery godziny. Zmęczeni ale szczęśliwi. Odbiera nas TM (to jest jego imię, mówi się Ti-em).
    Wsiadamy w wielkiego Land Rover i udajemy się do naszego obozowiska. Drogi to dwie koleiny w suchym piachu. Po godzinie przebijania się przez tą niesamowitą drogę, zjawiamy się w Kwetsani Camp.
    Pierwsze miłe zaskoczenie. Miejsce jest urocze, cudowne. Zbudowane na wysepce. Inaczej. Na wyspie w ciągu 5 miesięcy. tereny te zalane są całkowicie od maja do września. Teraz, wody są tylko w rzeczkach. Cały Camp składa się z pięciu domków, czyli maksymalnie może tu być tylko 10-u gości. Oprócz tych domków, jest główny budynek (raczej drewniany namiot) gdzie znajduje się bar, pomieszczenie na relaks, jadalnia, mały basen. Wszystko to zbudowane jest 2 do 3-ech metrów nad ziemią, wokół olbrzymich drzew i wsparte drewnianymi palami. Domki są luksusowe, jak na miejsce w którym jesteśmy. Obite siatkami i materiałami wodoodpornymi. Łazienka, toaleta, sypialnia. Niczego nie brakuje. Nawet jest prąd elektryczny, wytwarzany przez generatory.







     Po rozpakowaniu poszliśmy coś zjeść. Wiesia wróciła do domku odpocząć a ja i jeszcze jeden mężczyzna z Anglii oraz przewodnik, udaliśmy się na pierwsze wycieczkę po okolicy.
    Tereny są płaskie, porośnięte trawą i niewysoką roślinnością. Można chyba nazwać to sawanną. Wszędzie widać małe wysepki drzew i wyższych krzewów. Spotykamy po drodze olbrzymie ilości antylop, kilka słoni. Szybko zrobiło się ciemno i musimy wracać.




    Wieczorem w uroczym zakątku, ognisko, piwo, wino i idziemy spać.

     17 Listopad
   Budzą nas o 5 rano. TM stoi za domkiem i woła: pobudka. Najpierw cicho, coraz głośniej. Ma stać i wołać do momentu kiedy się obudzimy. Szybkie śniadanie i wyjeżdżamy na safari. Szukamy lwów. TM znajduje świeże ślady. Jedziemy za tym tropem. Mijamy po drodze różną zwierzynę. Słonie, guźsce, antylopy, ptaki.


Niestety nie możemy dogonić lwów. Ślady prowadzą na inną wysepkę, ale tam nie mogliśmy przebić się naszym pojazdem. Muszę tu napisać, że Land Rover jest niesamowity na te tereny. Jeździmy po piachach, błocie, wodzie powyżej metra głębokości a ten ani razu się nie zakopał.
    W połowie drogi zatrzymujemy się na kawę i ciasteczko.



 Po krótkim pikniku, wracamy do bazy. Idąc do naszego domku, po dróżce zbudowanej nad ziemią, spotykamy dziesiątki małp - pawiany. Są wszędzie. Najbrzydsza zarazem najładniejsza, jest mała małpka, która urodziła się 3 tygodnie temu. Nasz przewodnik obserwował cały poród, który odbył się na tej dróżce po której idziemy.



    Odpoczynek. Za gorąco, żeby coś robić. Czterdzieści stopni Celsjusza. O godzinie 10:30 jemy lunch i idziemy na basen. Relaks, opalanie.


 Następny wypad ma być o 4-tej po południu, jak się trochę ochłodzi.
    Pierwsze wrażenia.
   Cisza. Słyszy się rzeczy na które nie zwracamy uwagi w powszedni dzień. Wiatr, szum liści, śpiewy ptaków.
    Zapachy. Tego się nie da opisać. Przyjemnie jest wciągać głęboko powietrze i się nim zachwycać.
    Małe wysepki roślinności. Mają jedno podobieństwo. W środku każdej, znajduje się kopiec termitów. Zapytałem się przewodnika co to oznacza. Termity budują swoje domki (termitiery) na otwartych terenach. Przez lata ptaki i inne zwierzęta, przychodzą w te miejsca, ponieważ są one ich przysmakiem. Przenoszą ze sobą nasiona drzew i krzewów. Tak więc wokół tych kopców, zaczęły tworzyć się małe oazy.


    Przyroda jest niezniszczalna. Jest tu dużo pożarów. Zresztą ciągle widać dymy na horyzoncie. Spotykamy wszędzie wypalone tereny. Niektóre, wysokie palmy, mają czarne opalone pnie ale góra jest dalej zielona. Z tych całkowicie spalonych, wyrastają nowe. I tak czarne wypalone wysepki, pokryte są wszędzie nową zielenią.


    Wieczorem można obserwować zwykłe, nie deszczowe chmury, w których wewnątrz następują wyładowania i błyskawice przebiegają z jednej strony na drugą.
    Jestem tym wszystkim zafascynowany. Wiesia odpoczywa a ja siedzę na zewnątrz i przyglądam się każdej roślince, każdemu stworzeniu. Pochłaniam to jak najsilniejszy narkotyk. Cieszę się, że mogę tu być. Nawet nie smaruję się przeciw komarom. Niech sobie popiją mojej krwi. Po to tutaj jestem.
    Po odpoczynku, zbieramy się o 16-tej. Wczorajsi goście zniknęli a zjawili się nowi. Wszyscy amerykanie. Wsiadamy w nasz pojazd i po 15 minutach dobijamy do miejsca, gdzie zacumowane są łodzie motorowe. Tym razem będziemy poruszać się po wodzie. Średnia głębokość - 1 metr. Są też miejsca głębsze. Wszystko zarośnięte jest trzcinami, trawami i słynnym papirusem z którego Egipcjanie wytwarzali papier. Płyniemy wąskimi przesmykami, stworzonymi przez hipopotamy. Niesamowite wrażenie. Znów pełno ptaków. Niektóre w przepięknych kolorach.


    Dopływamy do jednego z głębszych miejsc. Znajdujemy się w towarzystwie Hipo. Łódź się zatrzymuje. Zostajemy natychmiast zauważeni. Hipo zanurza się i wypływając, pokazuje nam, że nie jesteśmy tu mile widziani.


 Chowa się pod wodę i po chwili wynurza się gwałtownie, otwierając paszczę, pokazuje zęby. Stoimy dalej bez ruchu i on powoli się uspakaja. Po kilkunastu minutach obserwacji jego popisów w nurkowaniu, udajemy się w dalszą drogę. Dobijamy do następnej głębokiej wody. Tym razem cała rodzina. Matka z dzieckiem odpływa na bezpieczną odległość a ojciec pokazuje swoje niezadowolenie. Znów czas na obserwację.
    Zaczyna zachodzić słońce i otaczające nas tereny zmieniają swoje barwy.


Zaczynamy powrót. Po obrocie łodzi, natychmiast się zatrzymujemy. Cała rodzina słoni, przechodzi przez kanał, którym się tutaj  dostaliśmy. Pierwsza szła słonica a najmłodsze potomstwo trzymając ją za ogon szło w jej ślady. Później czwórka w różnym wieku. Na końcu, duży słoń. Zatrzymuje się co kilkadziesiąt metrów. Daje sygnał. Rodzina staje się w bezruchu. On podnosi trąbę, węszy, sprawdza czynie ma jakiegoś niebezpieczeństwa i wszyscy ruszają dalej. Po tej defiladzie wypłynęliśmy w nasz kanał i wróciliśmy do obozu, Czas na prysznic, przebranie i obiad. Jedzenie jak zwykle bardzo smaczne. Kilka kieliszków wina i spać.