Friday, September 13, 2013

Turcja Istanbul


           
 


Piątek – 30 Sierpień


   Jedziemy na lotnisko. Tym razem wszystko poszło bardzo sprawnie i o godzinie 13 jesteśmy w Stambule.
    Przedmieścia miasta są brzydkie, chociaż dość zadbane. Bliżej hotelu, przejeżdżamy przez dzielnicę z małymi uliczkami i nie wygląda to na miejsce gdzie chciałoby się pospacerować. Jeszcze kilkanaście minut i podjeżdżamy pod hotel. Tytanic. Tak się nazywa. Mam nadziejęże nie zatonie, czy rozpadnie się w czasie naszego pobytu. Na szczęście jest to nowy budynek. Pokój bardzo ładny i wygodny, ale nie można tu palić i nie ma balkonu. Na papierosa trzeba więc wjechać na 11 piętro i wyjść na zewnętrzny taras. To trochę duży kłopot. Same okolice tez nie bardzo ciekawe.


   Wychodzimy na miasto. Nie ma tu dużo do zobaczenia, ale większość hoteli jest w tej dzielnicy. Jest to dzielnica handlowa i dużo ulic ze sklepami. Dochodzimy do tej głównej. Nie ma tam pojazdów mechanicznych, oprócz tramwaju. Idziemy w tłumie tysiąca osób.
 
 
Nie zależy nam na żadnych zakupach, więc nie jest to dla nas atrakcyjne miejsce. Postanawiamy wracać. W drodze powrotnej wstępujemy do jednej z restauracji. Trochę znudzeni tureckim jedzeniem Elaine i ja zamawiamy pizzę a Wiesia rybę.
 
 
Okazuje się później, że nas naciągnęli i dostała rybę na kilka osób. Oczywiście koszt też dorównywał wielkości dania i portfel został uszczuplony o 120 dolarów. Teraz wiemy, że tutaj panują inne prawa niż w podmiejskich terenach i trzeba uważać. To nie jest ta sama Turcja, która poznaliśmy w pierwsze dni.

Sobota 31 Sierpień

    Dzisiaj mamy zobaczyć najważniejsze i najpiękniejsze zabytki Stambułu czyli dawnego Konstantynopola skąd pochodzi sławna Konstantynopolitanczykiewiczowna (ha, ha). Jeszcze to pamiętam.
    Pierwsza osada notowana przez historię powstała tu 680 lat przed nasza erą. Początkowo miasto nazywało się Bizancjum a w roku 330 po przebudowaniu zostało nazwane Konstantynopol. Dopiero w 1930 nazwę zmieniono na Stambuł. Położony jest nad cieśniną Bosfor. Mała część leży w Europie a większość po Azjatyckiej stronie. Cieśnina z morzem Marmara łączy Morze Śródziemnomorskie z Morzem Czarnym
    Dojeżdżamy do pierwszego celu - Błękitny Meczet. Zbudowany w 1615 roku a budowa jego trwała 7 lat. Ilość minaretów, wież, zależna była od tego kto go budował. Tylko władcy mieli prawo do postawienia czterech minaretów. Ten ma aż sześć i chociaż wybudowana została przez sułtana, wzburzyło to wszystkich wiernych. Przebaczyli mu dopiero po tym, jak wysłał swoich ludzi i wybudował dodatkowy minaret (siódmy) w najświętszym dla nich miejscu – Haram Meczet w Mekce.
 



Ponieważ to jest nie tylko atrakcja turystyczna ale czynny meczet, można tam wejść tylko zgodnie z tradycją muzułmańską. Trzeba zdjąć buty a kobiety musza okryć ramiona i głowę, do czego służą błękitne chusty wypożyczane przy wejściu. Jest też wydzielona cześć na modlitwy. Imponująca budowla różniąca się bardzo od naszych katedr i kościołów.


    Zaraz po tym idziemy do pałacu Topkapi. Była to rezydencja sułtanów przez ponad 400 lat od 1450 roku. Sławę w naszym świecie dał mu amerykański film o tej samej nazwie Topkapi, gdzie złodzieje planują kradzież sztyletu wysadzanego szmaragdami. Oczywiście odnajduję go w jedynych z galerii z bronią i biżuteria. 


    Przechodzimy przez różne pomieszczenia gdzie można oglądać stroje w które się ubierali, bron, biżuterie. Także budynki haremu, przyjęć i różne inne.




    Zaraz obok znajduje się jeden z cudów architektury. Agia Sophia. Zbudowany przez Cesarza Justyniana w 537 roku a budowa trwała tylko 5 lat. Jako inżynier nie mogę się nadziwić. Nawet teraz byłoby to trudne do wykonania. Główna kopuła to arcydzieło. Wznosi się na wysokość 55 metrów a jego średnica 33 metry. Przez lata była jedna z najważniejszych świątyń chrześcijańskiej religii. Później przeszła w ręce muzułmanów. Na szczęście nie zniszczyli oni większości oryginalnych mozaik tylko przykryli je warstwą cementu i na to nałożyli swoje. Kiedy Ataturk, stworzył obecną Turcję, postanowił oddać ten obiekt dla wszystkich. Zdjęli większość muzułmańskich mozaik i odkryli chrześcijańskie ornamenty. Teraz jest to muzeum i można podziwiać dekoracje związane z obydwoma religiami.
 



 
    Wychodzimy i udajemy się do podziemia. Tutaj były olbrzymie zbiorniki wodne. Na wypadek wojny, Konstantynopol miał przez to olbrzymie zapasy wody pitnej, której tylko w tym miejscu mogło być aż 80000 ton. Dziesiątki, setki kolumn o wysokości około 20 metrów, podtrzymujące sklepienie a nad nimi zbudowane jest miasto. Teraz jest tu tylko woda na metr głęboka ale kiedyś była do samego sklepienia.

    Czas na krótki przystanek i lunch
 

 
 i kończymy wycieczkę w największym bazarze w Turcji. Całość to olbrzymi budynek, złożony z kolumn, ścian i dachu. Tysiące sklepików w których można wszystko znaleźć. Złoto, srebro, kosztowności, antyki, wyroby ze skory, metalu etc. To naprawdę labirynt i bez przewodnika łatwo by było się zgubić.






 
 


Wednesday, September 11, 2013

Rocznica






Dzisiaj opuszczę relacje z Turcji. Obchodzimy rocznice 11 września. Dla większości społeczeństwa to już historia i dla wielu zapomniana. Dla niektórych co to przeżyli, dotyczy też to mnie, jest to historia usunięta w katy naszej pamięci i próbujemy o tym nie myśleć. Kiedy przychodzi następna rocznica tego wydarzenia, wiele obrazów z tamtejszych dni powraca do naszej rzeczywistości.

Pisząc przez kilka dni o historii, o którą się otarłem zwiedzając Turcje, zastanawiam się, ile w tym wszystkim jest prawdy. Oczywiście główne fakty są prawdziwe, ale większość detali to opowieści różnych ludzi a pamiętamy z dziecięcej gry w głuchy telefon, jak można zmienić prawdę, przekazując ja sobie od osoby do osoby. A już sam początek może być pomijający się z prawdą. Więc jaki jest jej koniec? Faktem jest, że budynki zostały zniszczone przez samoloty, które wbiły się w ich fasady. Faktem jest że tysiące osób zginęło, miliony były w szoku, wielu próbowało ratować innych i też zginęli. Ale wszystko po tym to tylko opowieści jednych i tworzone w sposób żeby je sprzedać. Minęło dwanaście lat i dalej ani jednego słowa o tym co się w tym miejscu naprawdę działo. Jak politycy wykorzystywali to dla swoich celów. Ile przestępstw materialnych tam się zdarzyło. Nie mogę ścierpieć słowa bohater tak wyeksploatowanego w tym miejscu. Nie mogę znieść faktu, że jeszcze do tego dnia ludzie próbują wykorzystywać te dni dla własnego dobra. Sądzenie innych, miasta o to że był tam przez 10 minut, kilka ulic dalej i przez to nie jest zdolny do życia i inni muszą płacić za jego personalną tragedię. Niestety fakty które znam dalej muszą pozostać ukryte, bo jest strach, że jakaś ważna figura może mnie (lub innych) próbować zniszczyć finansowo. I nie jest to tylko mój wymysł tylko fakt, bo już mi się to zdarzyło, kiedy wzięto moja wypowiedz z cytatu książki napisanej o Strefie Zero, bez mojego zezwolenia i sprawa szła do sądu. Jakoś z tego wyszedłem, ale nauczyło mnie to trzymania języka za zębami. Dla mnie oprócz przeżycia tej tragedii był to najważniejszy okres w moim profesjonalnym życiu, zdania egzaminu z narzuconego na mnie ciężaru wykonania tak trudnej pracy jak odgruzowanie terenów WTC, który myślę ze zdałem. I choć kredyt za to zabrało mi wielu ludzi wyżej postawionych, ja mam ta świadomość i satysfakcje, że sam podołałem temu wyzwaniu. Dziś stanęliśmy w pracy w minucie ciszy i modlitwie za tych, którzy tam zginęli i jeszcze raz zamykam te chwile w zapomnienie do następnej rocznicy.

Na zakończenie trochę zabawniejsza historia. Wczoraj szukając czegoś w moim samochodzie, zauważyłem rozerwany na strzępy papierowy ręcznik. Widać, ze porwany na kawałki został przez jakieś zwierzę. Mysz albo szczur? Pod tylnym siedzeniem, odkryłem duża kupkę tych kawałków papieru. Przeszukałem cały samochód i nic nie znalazłem, ale zostaje pytanie czy ta mysz siedzi dalej w kanale wentylacyjnym, albo za deska rozdzielczą? Czy może już wydostała się na zewnątrz. Boje się że wyskoczy gdzieś w czasie jazdy i ja w panice spowoduje wypadek. Jeżdżę teraz i cały czas rozglądam się po samochodzie. Dzisiaj założyłem pułapkę na szczury i czekam czy coś się złapie. Mam jednak nadzieje, że się wyprowadziła.

Tuesday, September 10, 2013

Turcja - Dzien 6



Środa 28 Sierpień.

Wyjeżdżamy po śniadaniu. Tym razem dłuższa podróż, bo aż trzy godziny. Na szczęście jedziemy bardzo wygodnym mercedesem. Jak zwykle są przystanki na herbatę i papierosa. Później na lunch w napotkanym małym miasteczku. Tutaj nie ma żadnych korków na drogach więc dojeżdżamy zgodnie z planem do Pumakalle. Po wyjściu z samochodu, przechodzimy przez bramki tych terenów i znajdujemy się w pierwszej części następnego archeologicznego wykopaliska. Dziewczyny ubrane w stroje kąpielowe, bo oprócz tego że jest bardzo gorąco to mamy skorzystać z tutejszych naturalnych basenów z gorących źródeł.
     Jesteśmy w starożytnym mieście Hierapolis. Można by je nazwać jednym z pierwszych na świecie ośrodków wypoczynkowych. Sprowadzali się tutaj ludzie starsi, żeby leczyć się w tutejszych basenach, lub po prostu na emeryturę, jeśli kiedyś coś takiego istniało. Musiało ich oczywiście na to stać, więc było tu dużo bogatych starszych panów.
     Miasto powstało w około drugim wieku przed nasza erą. Niestety miejsce to nawiedzane jest często przez trzęsienia ziemi i miasto niszczone było kilkakrotnie przez ten kataklizm. Ostatnim razem w 1354 i po tym już nigdy się nie odbudowało. Jak zwykle, położone jest na zboczu góry.
     Ponieważ mieszkało tu bardzo dużo starszych ludzi, pogrzeby były bardzo częstym obrzędem. Jest to pierwsza cześć terenów, które zwiedzamy a ich powierzchnia jest olbrzymia. Większość jest dalej przysypana ziemia i wszędzie widać pracujących archeologów. Jest to nietypowy cmentarz. Wszystkie nam znane, związane są zazwyczaj z jakąś religią. Tutaj tego nie ma. Wszystko jest wymieszane. Każda religia miała inny rodzaj chowania zmarłych. Jedni w sarkofagach, inni zasypywali tylko ziemia (podobnie jak nasze cmentarze), jeszcze inni stawiali kapliczki.


W tamtych czasach pochowanie ze zmarłym jego kosztowności, było normalną i bardzo ważną zasadą. W grobach tych, można było wiec znaleźć majątek. Wyjaśnia to sytuacje z tutejszymi grobami. Wszystkie są zniszczone. Mogło to się stać przy trzęsieniach ziemi ale widać, że większość zniszczona była przez ludzi, którzy dobierali się do tego bogactwa. Przez setki lat wszystkie groby zostały zniszczone i ograbione.
    Przechodzimy przez olbrzymia bramę i zaczyna się prawdziwe miasto. Największy obiekt, który przetrwał, to oczywiście amfiteatr, na 12000 osób.

    Jest powyżej 40 stopni i często chowamy się w cieniu. Oglądamy jeszcze kilka ciekawych miejsc. Wielkie Łaźnie. Oprócz budynku łaźni z pomieszczeniami z basenami na zimną i gorącą wodę, salami do wypoczynku, w skład kompleksu wchodził także duży budynek w którym znajdowały się dwie sale do ćwiczeń gimnastycznych. Ulica Frontiniusa, główna ulica miasta o długości ok. 1,0 km, dzieliła miasto na dwie części. Była to ulica handlowa, wzdłuż której mieściły się oprócz domostw i sklepów ważne dla miasta budynki, których fragmenty, podobnie jak utwardzający nawierzchnię ulicy bruk, zachowały się do dzisiaj.
    Nimfeum, dwukondygnacyjny budynek na planie litery U. Nisze w ścianach zdobiły posągi, a basen z wodą połączony był systemem rur z domami mieszkańców Hierapolis. I wiele innych miejsc.



Po tej nauce historii, dobijamy do części, która służyła miastu jako termy. Tutaj moczyli się wszyscy w tych gorących źródłach. Pływamy w jednym z nich. Woda jest za ciepła. Wygląda jak szampan, bo z dna wydobywają się jakieś gazy i wypełniona jest unoszącymi się bąbelkami. Większość turystów w tym miejscu to ruskie I trochę Polaków. Podobno jest to ulubione miejsce Rosjan z terenów Syberii.
    Po kąpieli udajemy się do miejsca, dla którego tu przyjechaliśmy. Tarasy, stworzone przez wypływająca ze skał wody i osady wapnia. Spotyka nas mały zawód. Nie można po tym chodzić. Kiedyś można było, ale turystów jest coraz więcej i zaczęli dużo niszczyć. Możemy wiec tylko oglądać to, chodząc na wyznaczonych trasach. W niektórych miejscach widać ludzi (na pewno Rosjanie), którzy łamią te prawa, ale oni są bez przewodników i ryzykują. Nasza pani jest bardzo tym oburzona i nieraz próbuje zatrzymać tych którzy tam chcą wejść.




Gdyby woda przestała tutaj płynąć, w bardzo krótkim czasie te białe skały zmieniłyby się na szare. Woda kontrolowana jest więc i raz wylatuje na lewą cześć, raz na prawą. Nie wszystkie miejsca wypełnione są wiec wodą, która szybko wyparowuje.

Podziwiamy te cuda przez pewien czas, robimy zdjęcia ale czas na powrót. Następne trzy godziny i jesteśmy w hotelu.
   Udajemy się natychmiast na obiad, bo wygłodzeni i wracamy do pokoju. I tutaj ciekawostka. Co kraj to obyczaj. Zdarzało mi się oglądać filmy, gdzie w scenach miłosnych, te interesujące części naszego ciała zostały zamglone. Tutaj włączyliśmy film i w jednym z nich Kevin Costner palił papierosa. Papieros był zamglony, tak że nie było widać że pali. A tutaj wszyscy palą papierosy. W telewizji zabronione jest pokazywać ten obrzydliwy habit. Żeby dzieci się nie uczyły. To że na ulicach wszyscy palą, nie ma znaczenia ale Kevin Costner nie może! Jak by tak przełożyć na nasze i u nas zamglone są sceny seksu to na ulicach powinno to być legalne.

Czwartek – 29 Sierpień

Dzisiaj tylko odpoczynek. Basen, Morze Kaspijskie, opalanie. Trochę zdjęć i bardzo przyjemny relaks przed ostatnią częścią naszej wycieczki w Istambule.





 

    

Monday, September 9, 2013

Wtorek 27 Sierpień


                    Wtorek 27 Sierpień.        

      Pobudka o 9 rano. Bardzo szybkie śniadanie i ciąg dalszy naszych wycieczek. Zatrzymujemy się w miejscu, gdzie pod koniec życia zamieszkiwała Maria, Matka Jezusa. Nie będę wchodził w całą historię wiarygodności tego miejsca. Jak dużo miejsc tego typu w naszej historii jest w większości w domysłach a tylko w części udowodnione. Są trzy lokaty w Europie, które sugerują swoje prawa do tego szczególnego miejsca, dwa z nich (jedno w Portugalii i jedno we Francji) oparte są na historiach powiązanych z cudownym objawieniem Marii. Tylko to związane jest z pobytem Świętego Jana i innych apostołów i ma więcej historycznych podstaw. Nikt na prawdę nie wie gdzie jest prawda.
     Samo miejsce jest urocze, na zboczu góry. Pięknie zalesione i bardzo zadbane. Sam budynek to nic wielkiego. Zresztą nikt nie spodziewa się, żeby Maria mieszkała w pałacu. Atmosfera tego miejsca jednak robi swoje. Jest duża ściana przygotowana na przyczepianie życzeń. Tutaj wszędzie jest zwyczaj, w szczególnych miejscach, że ludzie wypisują swoje życzenia i wieszają je w pobliżu świętego miejsca. Nie wiem kogo to praca, Święty Mikołaj ma swoje problemy ale ktokolwiek to nie będzie to ma bardzo dużo roboty żeby je wszystkie spełnić. Tak więc zrezygnowałem z możliwości wygrania w totolotka i zostawiłem miejsce dla bardziej potrzebujących.




    Jak w wielu budynkach historycznych, zabronione jest robienie zdjęć  wewnątrz, mam tylko te przy świetle dziennym.



 Zapaliliśmy świeczki w pobliskich kapliczkach. Ja moje poświeciłem naszym rodzicom.
    Po tej krótkiej wizycie, udaliśmy się do domu naszej przewodniczki. Jest to małe gospodarstwo rolne, ale urocze. Pełno cytrynowych i mandarynkowych drzew oraz przeróżne warzywa. Wszędzie kręcą się zwierzęta. Stół zastawiony w cieniu drzewa a jedzenie przygotowała siostra przewodniczki.



Jeszcze jeden turecki posiłek, czyli przeróżnego rodzaju sałatki, warzywa i mięso. Herbata (zawsze gwarantowana), lemoniada. Po pogawędkach przy jedzeniu i zwiedzenia jej domu ruszamy do głównej atrakcji dzisiejszego dnia.
   Ephesus. Jeżeli się nie mylę to po polsku Efez. Historia tego miejsca jest bardzo bogata i dalej okryta tajemnicami. Nawet powstanie miasta jest nie określone. Jedna z teorii twierdzi, że powstało 900 lat przed nasza erą. Przechodziło z rąk do rąk różnych cywilizacji. Byli tam Hetyci, Kimerowie, Persowie, Macedończycy, Rzymianie. W trzecim wieku Efezu nie ominęły najazdy Gotów, którzy je złupili. Później Efez już nie odzyskał swojej świetności. Zniszczenia spowodowane najazdem Gotów oraz coraz silniejsze zamulanie się ujścia rzeki zapoczątkowały stopniowy upadek miasta. Morze odsuwało się coraz dalej a wąski kanał, który łączył je z portem już nie nadawał się do użytku. Bez dostępu do morza miasto straciło swoje znaczenie jako ośrodek handlowy a na skutek zabagnienia portu miasto stało się miejscem niezdrowym. Szalała malaria. Było tam też duże trzęsienie ziemi i miasto legło w gruzach. Teraz jest to największe w Turcji a może na świecie wykopalisko archeologiczne.
    Miasto ulokowana w dolinie i na zboczach gór, zasypane było gruba warstwa ziemi. Po odsypaniu tysiąca ton piasku, pokazało się piękno tego starożytnego miasta. Tutaj nauczał Święty Paweł i żył Święty Jan. O jego wielkości, świadczy amfiteatr, który mógł pomieścić 25000 ludzi.



 Widoczne części miasta, to tylko malutka jego cząstka. Reszta jest dalej zasypana ziemią. Chodząc tam, zauważyć można kolumny, rzeźby częściowo wystające z ziemi. Wszystko tutaj to wielka łamigłówka dla archeologów. Składają z malutkich kawałków ściany, rzeźby, mozaiki. Praca na setki lat i nigdy nie odkryją całości.


Ja, który kocham się w historii, chodząc po alejach tych ruin, widziałem w wyobraźni tamtejszych ludzi, senatorów, niewolników, rydwany snujących się obok mnie. Wiesia I Elaine, choć im się podobało nie czuły tego samego. Ja byłem zauroczony nie tylko pięknem, architekturą ale jego nowoczesnością i inżynierską wiedzą. Woda doprowadzona była z bardzo odległych miejsc akweduktami. Na szczytach wzgórz zbudowane zbiorniki, które ją gromadziły. Od nich rury doprowadzały ją do każdego domu. Tak więc wszędzie była bieżąca woda pod ciśnieniem. Oglądałem te rury i nie dużo różnią się od tych co ja teraz używam. Widzieliśmy łazienki gdzie były toalety, umywalki, łaźnie. 



    Technika stawiania budowli też ma swoje cuda. Łączenie kamienia z kamieniem zaskakuje pomysłowością. Na przykład kolumny. Na górze pierwszej części, wyżłobiona była dziurka, lub kilka. Wkładano w nie metalowe pręty. Do każdej dziurki drążyli mały rowek na zewnątrz. Druga cześć kolumny też miała takie dziurki, dokładnie w tych samych miejscach. Później nakładano jedna cześć na druga i w ten sposób metalowe pręty łączyły dwie części. Przez żłobki wlewano ołów, który wypełniał szczeliny między granitem i metalem. Kolumna była gotowa.
                         

    Nie chcę zanudzać, bo nie każdego to fascynuje tak jak mnie. Zdjęcia pokażą resztę.

                         
    Wróciliśmy do hotelu i natychmiast na basen i plaże. Tak naprawdę to plaży tu nie ma, bo wybrzeże jest skaliste. Raczej olbrzymie patio, z którego schodzi się do morza. Trochę słońca, chłodzenia się raz w basenie, raz w morzu, prześliczny zachód słońca na wprost hotelu i kończymy dzień obiadem.
 
 
Obowiązkowa herbata, kawa i papieros. Udajemy się na odpoczynek.


Sunday, September 8, 2013

Turcja - Poniedziałek 26 Sierpień




Poniedziałek 26 Sierpień.

   Dzisiejszy wyjazd na zwiedzanie, przesunęliśmy na 11:30, ponieważ zaraz po tym jedziemy na lotnisko. Zaraz po śniadaniu spakowaliśmy więc wszystko do walizek i zostawiliśmy je w recepcji, bo pokój trzeba było oddać.
     Zaczynamy jak zwykle od spotkania z przewodnikiem i w drogę. Dzisiaj pierwszy przystanek – podziemne miasto Kayamakli. Chociaż istniało przez tysiące lat w ostatnich czasach było zapomniane i ponieważ wejścia do niego były ukryte nie wiadomo było gdzie jest. Dopiero jakiś pasterz natrafił na kamień który po przesunięciu odkrył od nowa tajemnicze tego miejsca. W roku 1964 oddano je do oglądania przez turystów. Jest tam siedem pięter ale dolne dalej są oczyszczane i wzmacniane, żeby były bezpieczne do zwiedzania.  Było budowane latami a głównym celem była oczywiście ochrona przed wrogiem.  Miasto to w późniejszych czasach zamieszkiwali chrześcijanie, którzy chronili się tam przed Rzymianami.
    Każde piętro miało swój cel.  I tak pierwsze to stajnia. Tam trzymano większość zwierząt. Widać wykute w ścianach wgłębienia, gdzie wlewano dla nich wodę i karmę. 


 Były tam też pomieszczenia mieszkalne. Następne piętro to kaplice, pomieszczenia na chrzciny. Znaleziono tam też groby. Wygląda na to że tam chowani byli ludzie związani z kościołem. Trzecie piętro zawiera najważniejsze obszary podziemia: miejsca przechowywania win i pokarmów oraz kuchnie . Poziom zawiera również płaski kamień z wgłębieniami, gdzie przerabiano miedz. W niektórych miejscach znaleźć można olbrzymi kamień- koło, który używano do blokowania korytarzy. Tak był umieszczony, ze przesunąć go można było tylko od wewnątrz.


Następne poziomy to mieszkalne, toalety i służące do wszelakich innych funkcji ale nie otwarte jest dla zwiedzających. Na samym dole były też zbiorniki wodne. Z tego miejsca wydrążony jest pionowy tunel, który służył do doprowadzenia świeżego powietrza a także jako studnia wodna w chwilach, kiedy żyli oni na zewnątrz. Całość wygląda niesamowicie tajemniczo i ponuro. Trudno uwierzyć, że mieszkały tu tysiące ludzi.



     Zabawna historie opowiedział nam przewodnik. Miał wycieczkę z USA. Oczywiście wśród naszych znalazł się grubas. Został ostrzeżony (ale jak mu to powiedzieć? Panie, jest pan tłusty i nie przeciśnie się pan przez te korytarze? Idź pan na dietę i wróć za rok?), ale odmówił bezwarunkowo i twierdził, że nie będzie z nim żadnych problemów. Przewodnik nic nie mógł poradzić i wyruszyli w drogę. Nie długo trzeba było czekać, kiedy ten zaklinował się w jednym z korytarzy. I tu największy problem. Za nimi idą następne wycieczki. Nie ma możliwości wycofania się. Zaczęli przepychać go przez wąskie miejsca, a tam większość to wąskie miejsca. Ubrany był w skórzana kartkę, z której mało zostało po tej wyprawie. Nikt już prawie nie dbał o to co tam zobaczyć, tylko jak wydostać tego grubasa z tuneli. Szli przez to dwie godziny a w normalnym tempie można to zrobić w ciągu pół godziny. Przewodnik był wykończony i do tego na końcu, wszystkie wycieczki za nimi obrażały jego a nie tego grubasa, że na to pozwolił.
    Drugi przystanek, to Dolina Gołębi. Zatrzymaliśmy się tu na chwile poprzedniego dnia. Odchody gołębi używane były przede wszystkim jako nawóz w rolnictwie. Wykuwano więc pomieszczenia w skałach z jednym wejściem dla ludzi i pełno małych otworów dla ptaków. Te chowały się tam przed gorącem i oczywiście srały za darmo. Co jakiś czas ludzie dostawali się tam i to zbierali.



     Po drodze do miasta Goreme, zatrzymujemy się w miejscu, gdzie robią biżuterie.  Nie jestem tym bardzo zainteresowany ale znów czegoś się dowiaduje. Chociaż nazwa na to wskazuje nigdy nie pomyślałem, że kamień turkus pochodzi od Turków. Tam znaleziono największe złoża im z tego kraju pochodzi jego nazwa.

     Goreme to dolina kościołów.  Większe, mniejsze. Jest ich siedem w tym jednym miejscu.




Zwiedzając te miejsca odkrywam, że ludzie nie mają poczucia humoru. Stoimy na brzegu wzgórza a pod nami głęboka dolina. W pewnym momencie podchodzi para do obok stojącego mężczyzny i pyta mu się po angielsku jak tam mogą się dostać.  Wtedy ja odpowiadam: Najprędzej to zeskocz. Nie podobało mu się to i odszedł obrażony.   Później spotykamy polska wycieczkę. Na końcu wlecze się para i usłyszałem, ze mowa ze jeszcze maja 20 minut do odjazdu. Wtedy po polsku mowie, ze widziałem jak autobus odjeżdżał kilka minut temu. Tez się obrazili. Po tym przestałem żartować. 
     Zatrzymujemy się na obiad w pobliskim miasteczku. Nowe budynki wymieszane są z historycznymi jaskiniami. Wiele z nich ciągle zamieszkanych. Restauracje, hotele, prywatne. Tak jak nasza restauracja. Duży taras, mały wybudowany budynek, ale wchodząc do środka widać że ciągnie się on wewnątrz góry. Kiedy dziewczyny zamawiały jedzenie, ja szybko przeszedłem się w pobliżu, żeby zobaczyć cos więcej.



     Jeszcze jeden przystanek. Tym razem fabryka dywanów. Oczywiście ręcznie robionych. Ciekawym pomieszczeniem było miejsce gdzie z kokonów larw motyli robiono jedwab. Nigdy tego nie widziałem.




 I na tym kończy się nasza pierwsza cześć wakacji. Opuszczamy Kapadocje i udajemy się nad Morze Śródziemnomorskie. Wylatujemy  dość późno a do hotelu dojeżdżamy o drugiej w nocy.