Tuesday, September 10, 2013

Turcja - Dzien 6



Środa 28 Sierpień.

Wyjeżdżamy po śniadaniu. Tym razem dłuższa podróż, bo aż trzy godziny. Na szczęście jedziemy bardzo wygodnym mercedesem. Jak zwykle są przystanki na herbatę i papierosa. Później na lunch w napotkanym małym miasteczku. Tutaj nie ma żadnych korków na drogach więc dojeżdżamy zgodnie z planem do Pumakalle. Po wyjściu z samochodu, przechodzimy przez bramki tych terenów i znajdujemy się w pierwszej części następnego archeologicznego wykopaliska. Dziewczyny ubrane w stroje kąpielowe, bo oprócz tego że jest bardzo gorąco to mamy skorzystać z tutejszych naturalnych basenów z gorących źródeł.
     Jesteśmy w starożytnym mieście Hierapolis. Można by je nazwać jednym z pierwszych na świecie ośrodków wypoczynkowych. Sprowadzali się tutaj ludzie starsi, żeby leczyć się w tutejszych basenach, lub po prostu na emeryturę, jeśli kiedyś coś takiego istniało. Musiało ich oczywiście na to stać, więc było tu dużo bogatych starszych panów.
     Miasto powstało w około drugim wieku przed nasza erą. Niestety miejsce to nawiedzane jest często przez trzęsienia ziemi i miasto niszczone było kilkakrotnie przez ten kataklizm. Ostatnim razem w 1354 i po tym już nigdy się nie odbudowało. Jak zwykle, położone jest na zboczu góry.
     Ponieważ mieszkało tu bardzo dużo starszych ludzi, pogrzeby były bardzo częstym obrzędem. Jest to pierwsza cześć terenów, które zwiedzamy a ich powierzchnia jest olbrzymia. Większość jest dalej przysypana ziemia i wszędzie widać pracujących archeologów. Jest to nietypowy cmentarz. Wszystkie nam znane, związane są zazwyczaj z jakąś religią. Tutaj tego nie ma. Wszystko jest wymieszane. Każda religia miała inny rodzaj chowania zmarłych. Jedni w sarkofagach, inni zasypywali tylko ziemia (podobnie jak nasze cmentarze), jeszcze inni stawiali kapliczki.


W tamtych czasach pochowanie ze zmarłym jego kosztowności, było normalną i bardzo ważną zasadą. W grobach tych, można było wiec znaleźć majątek. Wyjaśnia to sytuacje z tutejszymi grobami. Wszystkie są zniszczone. Mogło to się stać przy trzęsieniach ziemi ale widać, że większość zniszczona była przez ludzi, którzy dobierali się do tego bogactwa. Przez setki lat wszystkie groby zostały zniszczone i ograbione.
    Przechodzimy przez olbrzymia bramę i zaczyna się prawdziwe miasto. Największy obiekt, który przetrwał, to oczywiście amfiteatr, na 12000 osób.

    Jest powyżej 40 stopni i często chowamy się w cieniu. Oglądamy jeszcze kilka ciekawych miejsc. Wielkie Łaźnie. Oprócz budynku łaźni z pomieszczeniami z basenami na zimną i gorącą wodę, salami do wypoczynku, w skład kompleksu wchodził także duży budynek w którym znajdowały się dwie sale do ćwiczeń gimnastycznych. Ulica Frontiniusa, główna ulica miasta o długości ok. 1,0 km, dzieliła miasto na dwie części. Była to ulica handlowa, wzdłuż której mieściły się oprócz domostw i sklepów ważne dla miasta budynki, których fragmenty, podobnie jak utwardzający nawierzchnię ulicy bruk, zachowały się do dzisiaj.
    Nimfeum, dwukondygnacyjny budynek na planie litery U. Nisze w ścianach zdobiły posągi, a basen z wodą połączony był systemem rur z domami mieszkańców Hierapolis. I wiele innych miejsc.



Po tej nauce historii, dobijamy do części, która służyła miastu jako termy. Tutaj moczyli się wszyscy w tych gorących źródłach. Pływamy w jednym z nich. Woda jest za ciepła. Wygląda jak szampan, bo z dna wydobywają się jakieś gazy i wypełniona jest unoszącymi się bąbelkami. Większość turystów w tym miejscu to ruskie I trochę Polaków. Podobno jest to ulubione miejsce Rosjan z terenów Syberii.
    Po kąpieli udajemy się do miejsca, dla którego tu przyjechaliśmy. Tarasy, stworzone przez wypływająca ze skał wody i osady wapnia. Spotyka nas mały zawód. Nie można po tym chodzić. Kiedyś można było, ale turystów jest coraz więcej i zaczęli dużo niszczyć. Możemy wiec tylko oglądać to, chodząc na wyznaczonych trasach. W niektórych miejscach widać ludzi (na pewno Rosjanie), którzy łamią te prawa, ale oni są bez przewodników i ryzykują. Nasza pani jest bardzo tym oburzona i nieraz próbuje zatrzymać tych którzy tam chcą wejść.




Gdyby woda przestała tutaj płynąć, w bardzo krótkim czasie te białe skały zmieniłyby się na szare. Woda kontrolowana jest więc i raz wylatuje na lewą cześć, raz na prawą. Nie wszystkie miejsca wypełnione są wiec wodą, która szybko wyparowuje.

Podziwiamy te cuda przez pewien czas, robimy zdjęcia ale czas na powrót. Następne trzy godziny i jesteśmy w hotelu.
   Udajemy się natychmiast na obiad, bo wygłodzeni i wracamy do pokoju. I tutaj ciekawostka. Co kraj to obyczaj. Zdarzało mi się oglądać filmy, gdzie w scenach miłosnych, te interesujące części naszego ciała zostały zamglone. Tutaj włączyliśmy film i w jednym z nich Kevin Costner palił papierosa. Papieros był zamglony, tak że nie było widać że pali. A tutaj wszyscy palą papierosy. W telewizji zabronione jest pokazywać ten obrzydliwy habit. Żeby dzieci się nie uczyły. To że na ulicach wszyscy palą, nie ma znaczenia ale Kevin Costner nie może! Jak by tak przełożyć na nasze i u nas zamglone są sceny seksu to na ulicach powinno to być legalne.

Czwartek – 29 Sierpień

Dzisiaj tylko odpoczynek. Basen, Morze Kaspijskie, opalanie. Trochę zdjęć i bardzo przyjemny relaks przed ostatnią częścią naszej wycieczki w Istambule.





 

    

Monday, September 9, 2013

Wtorek 27 Sierpień


                    Wtorek 27 Sierpień.        

      Pobudka o 9 rano. Bardzo szybkie śniadanie i ciąg dalszy naszych wycieczek. Zatrzymujemy się w miejscu, gdzie pod koniec życia zamieszkiwała Maria, Matka Jezusa. Nie będę wchodził w całą historię wiarygodności tego miejsca. Jak dużo miejsc tego typu w naszej historii jest w większości w domysłach a tylko w części udowodnione. Są trzy lokaty w Europie, które sugerują swoje prawa do tego szczególnego miejsca, dwa z nich (jedno w Portugalii i jedno we Francji) oparte są na historiach powiązanych z cudownym objawieniem Marii. Tylko to związane jest z pobytem Świętego Jana i innych apostołów i ma więcej historycznych podstaw. Nikt na prawdę nie wie gdzie jest prawda.
     Samo miejsce jest urocze, na zboczu góry. Pięknie zalesione i bardzo zadbane. Sam budynek to nic wielkiego. Zresztą nikt nie spodziewa się, żeby Maria mieszkała w pałacu. Atmosfera tego miejsca jednak robi swoje. Jest duża ściana przygotowana na przyczepianie życzeń. Tutaj wszędzie jest zwyczaj, w szczególnych miejscach, że ludzie wypisują swoje życzenia i wieszają je w pobliżu świętego miejsca. Nie wiem kogo to praca, Święty Mikołaj ma swoje problemy ale ktokolwiek to nie będzie to ma bardzo dużo roboty żeby je wszystkie spełnić. Tak więc zrezygnowałem z możliwości wygrania w totolotka i zostawiłem miejsce dla bardziej potrzebujących.




    Jak w wielu budynkach historycznych, zabronione jest robienie zdjęć  wewnątrz, mam tylko te przy świetle dziennym.



 Zapaliliśmy świeczki w pobliskich kapliczkach. Ja moje poświeciłem naszym rodzicom.
    Po tej krótkiej wizycie, udaliśmy się do domu naszej przewodniczki. Jest to małe gospodarstwo rolne, ale urocze. Pełno cytrynowych i mandarynkowych drzew oraz przeróżne warzywa. Wszędzie kręcą się zwierzęta. Stół zastawiony w cieniu drzewa a jedzenie przygotowała siostra przewodniczki.



Jeszcze jeden turecki posiłek, czyli przeróżnego rodzaju sałatki, warzywa i mięso. Herbata (zawsze gwarantowana), lemoniada. Po pogawędkach przy jedzeniu i zwiedzenia jej domu ruszamy do głównej atrakcji dzisiejszego dnia.
   Ephesus. Jeżeli się nie mylę to po polsku Efez. Historia tego miejsca jest bardzo bogata i dalej okryta tajemnicami. Nawet powstanie miasta jest nie określone. Jedna z teorii twierdzi, że powstało 900 lat przed nasza erą. Przechodziło z rąk do rąk różnych cywilizacji. Byli tam Hetyci, Kimerowie, Persowie, Macedończycy, Rzymianie. W trzecim wieku Efezu nie ominęły najazdy Gotów, którzy je złupili. Później Efez już nie odzyskał swojej świetności. Zniszczenia spowodowane najazdem Gotów oraz coraz silniejsze zamulanie się ujścia rzeki zapoczątkowały stopniowy upadek miasta. Morze odsuwało się coraz dalej a wąski kanał, który łączył je z portem już nie nadawał się do użytku. Bez dostępu do morza miasto straciło swoje znaczenie jako ośrodek handlowy a na skutek zabagnienia portu miasto stało się miejscem niezdrowym. Szalała malaria. Było tam też duże trzęsienie ziemi i miasto legło w gruzach. Teraz jest to największe w Turcji a może na świecie wykopalisko archeologiczne.
    Miasto ulokowana w dolinie i na zboczach gór, zasypane było gruba warstwa ziemi. Po odsypaniu tysiąca ton piasku, pokazało się piękno tego starożytnego miasta. Tutaj nauczał Święty Paweł i żył Święty Jan. O jego wielkości, świadczy amfiteatr, który mógł pomieścić 25000 ludzi.



 Widoczne części miasta, to tylko malutka jego cząstka. Reszta jest dalej zasypana ziemią. Chodząc tam, zauważyć można kolumny, rzeźby częściowo wystające z ziemi. Wszystko tutaj to wielka łamigłówka dla archeologów. Składają z malutkich kawałków ściany, rzeźby, mozaiki. Praca na setki lat i nigdy nie odkryją całości.


Ja, który kocham się w historii, chodząc po alejach tych ruin, widziałem w wyobraźni tamtejszych ludzi, senatorów, niewolników, rydwany snujących się obok mnie. Wiesia I Elaine, choć im się podobało nie czuły tego samego. Ja byłem zauroczony nie tylko pięknem, architekturą ale jego nowoczesnością i inżynierską wiedzą. Woda doprowadzona była z bardzo odległych miejsc akweduktami. Na szczytach wzgórz zbudowane zbiorniki, które ją gromadziły. Od nich rury doprowadzały ją do każdego domu. Tak więc wszędzie była bieżąca woda pod ciśnieniem. Oglądałem te rury i nie dużo różnią się od tych co ja teraz używam. Widzieliśmy łazienki gdzie były toalety, umywalki, łaźnie. 



    Technika stawiania budowli też ma swoje cuda. Łączenie kamienia z kamieniem zaskakuje pomysłowością. Na przykład kolumny. Na górze pierwszej części, wyżłobiona była dziurka, lub kilka. Wkładano w nie metalowe pręty. Do każdej dziurki drążyli mały rowek na zewnątrz. Druga cześć kolumny też miała takie dziurki, dokładnie w tych samych miejscach. Później nakładano jedna cześć na druga i w ten sposób metalowe pręty łączyły dwie części. Przez żłobki wlewano ołów, który wypełniał szczeliny między granitem i metalem. Kolumna była gotowa.
                         

    Nie chcę zanudzać, bo nie każdego to fascynuje tak jak mnie. Zdjęcia pokażą resztę.

                         
    Wróciliśmy do hotelu i natychmiast na basen i plaże. Tak naprawdę to plaży tu nie ma, bo wybrzeże jest skaliste. Raczej olbrzymie patio, z którego schodzi się do morza. Trochę słońca, chłodzenia się raz w basenie, raz w morzu, prześliczny zachód słońca na wprost hotelu i kończymy dzień obiadem.
 
 
Obowiązkowa herbata, kawa i papieros. Udajemy się na odpoczynek.


Sunday, September 8, 2013

Turcja - Poniedziałek 26 Sierpień




Poniedziałek 26 Sierpień.

   Dzisiejszy wyjazd na zwiedzanie, przesunęliśmy na 11:30, ponieważ zaraz po tym jedziemy na lotnisko. Zaraz po śniadaniu spakowaliśmy więc wszystko do walizek i zostawiliśmy je w recepcji, bo pokój trzeba było oddać.
     Zaczynamy jak zwykle od spotkania z przewodnikiem i w drogę. Dzisiaj pierwszy przystanek – podziemne miasto Kayamakli. Chociaż istniało przez tysiące lat w ostatnich czasach było zapomniane i ponieważ wejścia do niego były ukryte nie wiadomo było gdzie jest. Dopiero jakiś pasterz natrafił na kamień który po przesunięciu odkrył od nowa tajemnicze tego miejsca. W roku 1964 oddano je do oglądania przez turystów. Jest tam siedem pięter ale dolne dalej są oczyszczane i wzmacniane, żeby były bezpieczne do zwiedzania.  Było budowane latami a głównym celem była oczywiście ochrona przed wrogiem.  Miasto to w późniejszych czasach zamieszkiwali chrześcijanie, którzy chronili się tam przed Rzymianami.
    Każde piętro miało swój cel.  I tak pierwsze to stajnia. Tam trzymano większość zwierząt. Widać wykute w ścianach wgłębienia, gdzie wlewano dla nich wodę i karmę. 


 Były tam też pomieszczenia mieszkalne. Następne piętro to kaplice, pomieszczenia na chrzciny. Znaleziono tam też groby. Wygląda na to że tam chowani byli ludzie związani z kościołem. Trzecie piętro zawiera najważniejsze obszary podziemia: miejsca przechowywania win i pokarmów oraz kuchnie . Poziom zawiera również płaski kamień z wgłębieniami, gdzie przerabiano miedz. W niektórych miejscach znaleźć można olbrzymi kamień- koło, który używano do blokowania korytarzy. Tak był umieszczony, ze przesunąć go można było tylko od wewnątrz.


Następne poziomy to mieszkalne, toalety i służące do wszelakich innych funkcji ale nie otwarte jest dla zwiedzających. Na samym dole były też zbiorniki wodne. Z tego miejsca wydrążony jest pionowy tunel, który służył do doprowadzenia świeżego powietrza a także jako studnia wodna w chwilach, kiedy żyli oni na zewnątrz. Całość wygląda niesamowicie tajemniczo i ponuro. Trudno uwierzyć, że mieszkały tu tysiące ludzi.



     Zabawna historie opowiedział nam przewodnik. Miał wycieczkę z USA. Oczywiście wśród naszych znalazł się grubas. Został ostrzeżony (ale jak mu to powiedzieć? Panie, jest pan tłusty i nie przeciśnie się pan przez te korytarze? Idź pan na dietę i wróć za rok?), ale odmówił bezwarunkowo i twierdził, że nie będzie z nim żadnych problemów. Przewodnik nic nie mógł poradzić i wyruszyli w drogę. Nie długo trzeba było czekać, kiedy ten zaklinował się w jednym z korytarzy. I tu największy problem. Za nimi idą następne wycieczki. Nie ma możliwości wycofania się. Zaczęli przepychać go przez wąskie miejsca, a tam większość to wąskie miejsca. Ubrany był w skórzana kartkę, z której mało zostało po tej wyprawie. Nikt już prawie nie dbał o to co tam zobaczyć, tylko jak wydostać tego grubasa z tuneli. Szli przez to dwie godziny a w normalnym tempie można to zrobić w ciągu pół godziny. Przewodnik był wykończony i do tego na końcu, wszystkie wycieczki za nimi obrażały jego a nie tego grubasa, że na to pozwolił.
    Drugi przystanek, to Dolina Gołębi. Zatrzymaliśmy się tu na chwile poprzedniego dnia. Odchody gołębi używane były przede wszystkim jako nawóz w rolnictwie. Wykuwano więc pomieszczenia w skałach z jednym wejściem dla ludzi i pełno małych otworów dla ptaków. Te chowały się tam przed gorącem i oczywiście srały za darmo. Co jakiś czas ludzie dostawali się tam i to zbierali.



     Po drodze do miasta Goreme, zatrzymujemy się w miejscu, gdzie robią biżuterie.  Nie jestem tym bardzo zainteresowany ale znów czegoś się dowiaduje. Chociaż nazwa na to wskazuje nigdy nie pomyślałem, że kamień turkus pochodzi od Turków. Tam znaleziono największe złoża im z tego kraju pochodzi jego nazwa.

     Goreme to dolina kościołów.  Większe, mniejsze. Jest ich siedem w tym jednym miejscu.




Zwiedzając te miejsca odkrywam, że ludzie nie mają poczucia humoru. Stoimy na brzegu wzgórza a pod nami głęboka dolina. W pewnym momencie podchodzi para do obok stojącego mężczyzny i pyta mu się po angielsku jak tam mogą się dostać.  Wtedy ja odpowiadam: Najprędzej to zeskocz. Nie podobało mu się to i odszedł obrażony.   Później spotykamy polska wycieczkę. Na końcu wlecze się para i usłyszałem, ze mowa ze jeszcze maja 20 minut do odjazdu. Wtedy po polsku mowie, ze widziałem jak autobus odjeżdżał kilka minut temu. Tez się obrazili. Po tym przestałem żartować. 
     Zatrzymujemy się na obiad w pobliskim miasteczku. Nowe budynki wymieszane są z historycznymi jaskiniami. Wiele z nich ciągle zamieszkanych. Restauracje, hotele, prywatne. Tak jak nasza restauracja. Duży taras, mały wybudowany budynek, ale wchodząc do środka widać że ciągnie się on wewnątrz góry. Kiedy dziewczyny zamawiały jedzenie, ja szybko przeszedłem się w pobliżu, żeby zobaczyć cos więcej.



     Jeszcze jeden przystanek. Tym razem fabryka dywanów. Oczywiście ręcznie robionych. Ciekawym pomieszczeniem było miejsce gdzie z kokonów larw motyli robiono jedwab. Nigdy tego nie widziałem.




 I na tym kończy się nasza pierwsza cześć wakacji. Opuszczamy Kapadocje i udajemy się nad Morze Śródziemnomorskie. Wylatujemy  dość późno a do hotelu dojeżdżamy o drugiej w nocy. 

Thursday, September 5, 2013


   

 
  Niedziela 25 Sierpień.

   Wstajemy o 3:30 rano. O czwartej pijemy kawę, jemy ciastko i zabierają nas autokarem na balony. Jest jeszcze bardzo ciemno i dość chłodno.  Pogoda tutaj jest typu pustynnego, czyli bardzo gorąco w dzień (około 40 stopni) i chłodno w nocy (15 stopni). Nie mamy kurtek ani swetrów. Są w zagubionej walizce. Elaine i Wiesia pożyczają z hotelu ciepłe chusty do okrycia a ja w podkoszulce.  Mnie to nie przeszkadza.
    Po godzinie, dojeżdżamy do miejsca, gdzie mamy wystartować. Dalej bardzo ciemno.
Podchodzimy do naszego balonu. Zaczynają go już napełniać gorącym powietrzem.


   Po chwili wchodzimy do kosza. Cieszę się, że moja towarzyszka z autobusu wchodzi z drugiej strony bo bym zaprotestował. W połowie drogi autobusem, wsiadła rodzinka żydowska z Rosji. Nie było już dużo miejsc, wiec córka, około 14 lat usiadła obok mnie. Coś strasznego. Tak jak ortodoksyjni Żydzi, śmierdziała ( nie przesadzam ze słowem) czosnkiem. Chociaż odwróciłem głowę w innym kierunku, dalej trudno było oddychać. Dziwię się że dalej lubię czosnek po tej podróży.
    Jest nas w koszu 24 osoby. Powoli pojawia się światło. Wszędzie wokół nas wznoszą się balony. Musi ich być blisko setki.



   Niesamowity widok i natychmiast przypomina mi się ten wypadek, który zdarzył się tu miesiąc temu, kiedy dwa balony się zderzyły i jeden spadł na ziemię. Kilka osób zginęło a reszta dostała się do szpitala.  Jak się okazuje, sterowanie tego balonu to tylko w górę i w dół. Na różnych wysokościach są wiatry w innych kierunkach. Na wysokości 30 metrów leci się na południe, 100 metrów na zachód i tak dalej.  Przy starcie jest ciasno. Ci co wystartowali pierwsi, są już bardzo wysoko. My próbujemy wcisnąć się miedzy innych.  Niestety po kilku minutach lotu, zderzamy się z innym. Na szczęście jesteśmy na dokładnie tej samej wysokości. Najgorzej jak kosz jednego z nich uderzy w powłoki balonu, wtedy może zrobić dziurę i bez schodów do nieba (albo pieklą, jak w moim przypadku) zamieniamy się w aniołka. Piloci balonów próbują utrzymać się na tej samej wysokości, żeby do tego nie doszło i czekają aż wiatr nas rozdzieli.  Okręcamy się wokół siebie i dopiero po kilku minutach balony się rozdzielają.  Ja sam się dziwie bo mam lęk przestrzeni, nie miałem z tym problemu ale Elaine się bała. Reszta lotu przebiega bez żadnych dodatkowych problemów.
    Wznosimy się nad okolicznymi terenami.  Wschodzi słońce. Pojawiają się widoki nie z tej planety. Nawet nie będę próbował tego opisywać. Zapiera dech. Może zdjęcia coś przekażą. Myślę jednak, że trzeba zobaczyć to samemu, żeby poczuć atmosferę tego miejsca.
 



 
    Godzina lotu. W górę, w dół, w górę i lądujemy. Nawet dosyć płynnie, szczególnie, że kosz siada na mała przyczepę ciągniętą prze samochód. Inaczej trudno by im było załadować ten kosz bez ciężkiego sprzętu. 
 Na zakończenie lampka szampana. Może raczej słodkiej zabarwionej wody z bąbelkami, bo trudno to nazwać szampanem. Rozdanie „dyplomów” potwierdzających, że lecieliśmy balonem i wracamy do hotelu.



 Śniadanie, chwila odpoczynku i udajemy się na spotkanie naszego przewodnika.
Zjawia się dokładnie o wyznaczonej godzinie. Tak jak wszyscy tutaj, jest bardzo miły. Będzie oprowadzał tylko z nas, jest więc pewna swoboda kontrolowania, co chcemy robić.
    Pierwszy przystanek to miasto Ugrup. Oglądamy, dla nas już typowe widoki, tutejszych krajobrazów. Chociaż podoba nam się bardzo, to później okazuje się, że to tylko początki emocji.
 
 
 
Kilkanaście minut jazdy i przystanek w Dolinie Wyobraźni. Tak nazywają ja tubylcy. Nazwa pochodzi od wyglądu skał. W każdej można znaleźć  kształty, które kojarzą nam się z rożnymi przedmiotami, zwierzętami.  I wszyscy widzą coś innego. Znajdujemy wielbłąda, dłoń, pingwiny etc. 
 


 
     Zostawiamy naszego przewodnika i spędzamy poł godziny na spacerze po tym bajecznym ogrodzie fantazji. Szkoda odchodzić, ale jedziemy dalej.
    Pasbagi to następny przystanek. Tutaj mieszkał jeden ze sławnych mnichów. Są oczywiście klasztory wydrążone w skalach. Znów kamienne stożki, wzgórza. I choć podobne to każdy z tych zakątków ma coś innego, swój osobliwy urok.
    Znajduje tam odpowiedź na pytanie, które mnie męczyło. Dlaczego są skały w kształcie stożków a na czubkach osadzone są kamienie, jakby im ktoś założył czapki.  Okazuje się, że przy wybuchach wulkanów, najpierw wylatywały materiały, które stworzyły obecne skały piaskowe. Są one łatwo wymywane przez wody i powietrze. Przez tysiące lat, erozja stworzyła te kopce. Wierzchnia warstwa to skały bazaltowe, twardsze, które się tak szybko nie rozpadały. Zostawały więc na szczytach tych stożków i zostają tam aż do momentu, kiedy czubek staje się za cienki i nie potrafi utrzymać ich ciężaru. Pewnego dnia po prostu bazalt spada.

 
    Inna ciekawa informacja to pojedyncze okienka na ich szczytach. To miejsca zamieszkania pustelników. Wspinali się tam po stopniach, raczej dziurach wydrążonych w skale i modlili się całe życie w tych 10 metrów kwadratowych pomieszczeniach. Prawdopodobnie do momentu, kiedy machnęli ręka, mówiąc  mam tego dosyć i poszli do knajpy dobrze się napić.  Ludzie, wierni dostarczali im posiłki.

 
    Ciekawe historie, piękne widoki ale trzeba jechać dalej.
    Miasto Avanos leży nad Czerwoną Rzeka (Kazilirmak). Jest to miejsce sławne z produkcji ceramiki. Czerwoną glinę wydobywano z dna rzeki a białą z okolic. Wchodzimy do jednego z takich miejsc. Firma nazywa się Firca. To już 6 pokolenie produkuje tutaj światowej sławy ceramikę. Oglądamy wszystkie fazy ich produkcji.  Wchodzimy także do różnych pomieszczeń, gdzie wystawione są ich najpiękniejsze produkty. Wszystkie robione ręcznie.  Piękne ale niestety nie na nasza kieszeń. Są tam wyroby od 300 do tysięcy dolarów za każdy talerz.
    Elaine spróbowała ulepić na kole garncarza jakiś produkt. Nawet jej jakoś poszło, ale to mogło nadać się tylko na doniczkę do kwiatów.


Zaraz po tym idziemy na obiad. Ładna restauracja, ale jedzenie tylko dobre. Zrelaksowani jedziemy dalej.
    Już ostatni przystanek na dzisiaj – Goreme.  Wśród wszystkich domków w skalach, wyróżnia się jeden, który nazywany jest zamkiem. Zresztą widać dlaczego. Dużo większy od pozostałych wystaje ponad całą okolice.


 Na dole młoda para robi sobie zdjęcia. Strój ślubny nie rożni się od naszych, może tylko tym ze biedny pan młody w tuxido przy tych temperaturach zalany jest potem.
    Wracamy do hotelu. Tutaj cudowna wiadomość. Chłopak, który nas odebrał z lotniska, dzwonił i przekazał nam wiadomość o znalezieniu walizki. Wydzwaniał na lotnisko kilka razy dziennie i jakoś wydobył nasz bagaż z tamtego burdelu. Sam dowiózł ją do naszego hotelu. Strasznie miły, młody człowiek. Ja już się cieszę na myśl, że wciągnę na siebie krótkie spodnie.
    Odświeżamy się i odpoczywamy.

 
 

Trochę bola nogi. Wieczorem idziemy na kolacje ale Elaine poczuła się zle i wróciła do pokoju. I znów ludzie bardzo pomocni. Robią jej specjalna herbatę, przynoszą jakieś jedzenie twierdząc ze pomoże i faktycznie. Po dwóch godzinach Elaine dochodzi do siebie.
    Pierwszy raz w życiu czujemy się tak swobodnie w innym kraju. Ludzie są tu naprawdę bardzo mili, uczynni i widać, że to nie wymuszone. Jestem tym zaskoczony. Nie myślałem tak nigdy o Turkach. Zobaczymy jak będzie w innych zakątkach tego kraju.