Showing posts with label Cappadocia. Show all posts
Showing posts with label Cappadocia. Show all posts

Sunday, April 28, 2019

Turcja - Część II




 Cappadocia


     Drugą część zacznę od najpiękniejszej dla mnie części w tym kraju. Jest tam wystarczająco dużo miejsc, że można by było stworzyć osobną wycieczkę tylko w te tereny. Powodem są prawie nienaturalne formacje skalne. Przez miliony lat woda wypłukiwała te miękkie skały i to co oglądamy dzisiaj to jej mozolna praca. Oprócz natury, mieszkający tu ludzie wykorzystali łatwość obróbki tych skał i drążyli w nich swoje mieszkania. Tutaj można znaleźć całe miasta w ten sposób zbudowane. Na powierzchni i pod ziemią.
     Odwiedzając tą okolicę radzę zamieszkać w orginalnych miejscach. Jedno to mała wioska Ayvali. Hotel Gamirasu, znajduje się w miejscu dawnego klasztoru i mieszkania znajdują się w wykutych w skale grotach.
                                                                       


                  

Samo miasteczko warte jest spaceru.

                                                                             


Drugie miejsce to duże miasto Goreme. Tutaj jest większy wybór hoteli i choć też piękne to wolałem romantyczne Ayvali. Ale miasto ma za to wiele restauracji, sklepów a z tego powodu więcej do oglądania.


                                                                           


IMAGINE VALLEY


     Parkujemy samochód i udajemy się na dłuższy spacer. Wspiąć się trzeba trochę na tutejsze wzgórza, ale nie jest to ciężka wspinaczka. Wszędzie mijamy wymyślne formy skał. Nazwa doliny (Dolina wyobraźni) tłumaczy jej wygląd. Przyglądamy się im i możemy zobaczyć to co podaje nam nasza wyobraźnia. Wielbłąda, kaczkę i każdy z nas może zobaczyć coś innego. Niezła zabawa.



Dolina Gołębi

    Pigeon Valley to urocza dolina położona w pobliżu miasta Uchisar nazwanego na cześć tysięcy gniazd drążonych przez ludzi w miękkich skałach od czasów starożytnych i oferuje kolejny spektakularny widok na Kapadocję. Pigeon Valley to także jedno z najpopularniejszych miejsc do zobaczenia w Kapadocji.
Dolina Gołębi jest fantastycznym miejscem, w którym niektóre jaskinie zostały pomalowane na biało, aby przyciągnąć ptaki dla cennych odchodów, a dolina ma około 4 km. Gołębie są bardzo ważne dla mieszkańców, ponieważ udowodniły swoją przydatność od wieków. Jajka gołębi były używane jako materiał wypełniający freski w starożytności, a ich nawozy używane są w winnicach i gospodarstwach regionu. W dolinie gołębi zobaczysz różnorodne urocze kominy bajkowe, które są dla nich zbudowane.

W miejscu, z którego można obejrzeć całą dolinę, znajdują sie sklepiki, restauracja a także znane drzewo o nazwie „Złe Oko Drzewo”, które warto odwiedzić i zobaczyć. Możesz sam powiesić na drzewie niebieskie złe oko a to ma przynieść szczęście. 
                                                                                 



Pasabaglari

    czyli dolina Mnichów, zawiera jedne z największych kolekcji kominów skalnych w kształcie grzybów. Dolina jest mała i położona w malowniczej winnicy, z doskonałym punktem widokowym białych klifów, które ją otaczają. Zwany także Pasabag, jest na drodze z Göreme do Zelve.
    Pasabag to kolejna wyjątkowa część Kapadocji - nie można jej przegapić. W tej dolinie można zobaczyć wiele różnych rodzajów kominów bajkowych: wielowarstwowych, wielogłowicowych, w kształcie stożka. Dolina otrzymała swoją nazwę, ponieważ Kapadocja stała się kwitnącą wspólnotą klasztorną do IV wieku. Kaplica poświęcona św. Szymonowi została wyrzeźbiona w jednym z 3-głowiastych kominów bajkowych w V wieku. Możesz wspiąć się na ni
ą i odwiedzić tę starożytną kaplicę ozdobioną krzyżami.

                                                                                   



Pasabaglari


     Czerwona Dolina jest jedną z najbardziej spektakularnych dolin Kapadocji z jej różnymi rodzajami formacji skalnych w różnych kolorach. Jedno najpiękniejszych miejsc do spacerów.
       Ukryte skalne kościoły w dolinie zaskakują zwiedzających. W blasku świecącego słońca dolina ma piękny czerwony kolor. Na szczycie doliny można zatrzymać się na lunch. To musi być najpiękniejsze i najspokojniejsze miejsce do jedzenia w całym regionie. Znajduje się w dolinie otoczonej kwiatami, kościołami jaskiniowymi i polami pełnymi drzew owocowych i winorośli.




    Jest takich miejsc dużo więcej, ale nie można tutaj zapomnieć o najważniejszej atrakcji. Przelot balonem przez te tereny. Wylatuje się jeszcze w ciemności i kiedy słońce wyjdzie z poza gór, w towarzystwie setek balonów, zobaczymy niezapomniany widok Kapadocji.

                                      

                                     

Pamukkale

 Surrealistyczne, lśniące białe tarasy i ciepłe, przejrzyste baseny Pamukkale wiszą jak skamieniała kaskada potężnego wodospadu, od krawędzi stromej doliny w malowniczym południowo-zachodnim Turcji. Prawdziwie spektakularne, geologiczne zjawisko, jakim jest Pamukkale, dosłownie „turecki zamek” w języku tureckim, jest również miejscem niezwykle dobrze zachowanych ruin grecko-rzymskiego miasta Hierapolis. W starożytnych czasach, bogaci przyjeżdżali tu żeby wypocząć i skorzystać z tych leczniczych wód. Dzięki tak wyjątkowemu połączeniu cudów natury i cudów stworzonych przez człowieka nic dziwnego, że Pamukkale-Hierapolis zostało wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Najlepiej jest odwiedzić to miejsce wcześnie rano, bo po południu staje się dość wypełnione turystami. Także zabrać kostium kąpielowy, żeby wejść do tych basenów, a później skorzystać z większych zdrowotnych, naturalnych basenów na szczycie góry.

                                                                                


Resztę przedstawię w trzeciej części.

Thursday, September 5, 2013


   

 
  Niedziela 25 Sierpień.

   Wstajemy o 3:30 rano. O czwartej pijemy kawę, jemy ciastko i zabierają nas autokarem na balony. Jest jeszcze bardzo ciemno i dość chłodno.  Pogoda tutaj jest typu pustynnego, czyli bardzo gorąco w dzień (około 40 stopni) i chłodno w nocy (15 stopni). Nie mamy kurtek ani swetrów. Są w zagubionej walizce. Elaine i Wiesia pożyczają z hotelu ciepłe chusty do okrycia a ja w podkoszulce.  Mnie to nie przeszkadza.
    Po godzinie, dojeżdżamy do miejsca, gdzie mamy wystartować. Dalej bardzo ciemno.
Podchodzimy do naszego balonu. Zaczynają go już napełniać gorącym powietrzem.


   Po chwili wchodzimy do kosza. Cieszę się, że moja towarzyszka z autobusu wchodzi z drugiej strony bo bym zaprotestował. W połowie drogi autobusem, wsiadła rodzinka żydowska z Rosji. Nie było już dużo miejsc, wiec córka, około 14 lat usiadła obok mnie. Coś strasznego. Tak jak ortodoksyjni Żydzi, śmierdziała ( nie przesadzam ze słowem) czosnkiem. Chociaż odwróciłem głowę w innym kierunku, dalej trudno było oddychać. Dziwię się że dalej lubię czosnek po tej podróży.
    Jest nas w koszu 24 osoby. Powoli pojawia się światło. Wszędzie wokół nas wznoszą się balony. Musi ich być blisko setki.



   Niesamowity widok i natychmiast przypomina mi się ten wypadek, który zdarzył się tu miesiąc temu, kiedy dwa balony się zderzyły i jeden spadł na ziemię. Kilka osób zginęło a reszta dostała się do szpitala.  Jak się okazuje, sterowanie tego balonu to tylko w górę i w dół. Na różnych wysokościach są wiatry w innych kierunkach. Na wysokości 30 metrów leci się na południe, 100 metrów na zachód i tak dalej.  Przy starcie jest ciasno. Ci co wystartowali pierwsi, są już bardzo wysoko. My próbujemy wcisnąć się miedzy innych.  Niestety po kilku minutach lotu, zderzamy się z innym. Na szczęście jesteśmy na dokładnie tej samej wysokości. Najgorzej jak kosz jednego z nich uderzy w powłoki balonu, wtedy może zrobić dziurę i bez schodów do nieba (albo pieklą, jak w moim przypadku) zamieniamy się w aniołka. Piloci balonów próbują utrzymać się na tej samej wysokości, żeby do tego nie doszło i czekają aż wiatr nas rozdzieli.  Okręcamy się wokół siebie i dopiero po kilku minutach balony się rozdzielają.  Ja sam się dziwie bo mam lęk przestrzeni, nie miałem z tym problemu ale Elaine się bała. Reszta lotu przebiega bez żadnych dodatkowych problemów.
    Wznosimy się nad okolicznymi terenami.  Wschodzi słońce. Pojawiają się widoki nie z tej planety. Nawet nie będę próbował tego opisywać. Zapiera dech. Może zdjęcia coś przekażą. Myślę jednak, że trzeba zobaczyć to samemu, żeby poczuć atmosferę tego miejsca.
 



 
    Godzina lotu. W górę, w dół, w górę i lądujemy. Nawet dosyć płynnie, szczególnie, że kosz siada na mała przyczepę ciągniętą prze samochód. Inaczej trudno by im było załadować ten kosz bez ciężkiego sprzętu. 
 Na zakończenie lampka szampana. Może raczej słodkiej zabarwionej wody z bąbelkami, bo trudno to nazwać szampanem. Rozdanie „dyplomów” potwierdzających, że lecieliśmy balonem i wracamy do hotelu.



 Śniadanie, chwila odpoczynku i udajemy się na spotkanie naszego przewodnika.
Zjawia się dokładnie o wyznaczonej godzinie. Tak jak wszyscy tutaj, jest bardzo miły. Będzie oprowadzał tylko z nas, jest więc pewna swoboda kontrolowania, co chcemy robić.
    Pierwszy przystanek to miasto Ugrup. Oglądamy, dla nas już typowe widoki, tutejszych krajobrazów. Chociaż podoba nam się bardzo, to później okazuje się, że to tylko początki emocji.
 
 
 
Kilkanaście minut jazdy i przystanek w Dolinie Wyobraźni. Tak nazywają ja tubylcy. Nazwa pochodzi od wyglądu skał. W każdej można znaleźć  kształty, które kojarzą nam się z rożnymi przedmiotami, zwierzętami.  I wszyscy widzą coś innego. Znajdujemy wielbłąda, dłoń, pingwiny etc. 
 


 
     Zostawiamy naszego przewodnika i spędzamy poł godziny na spacerze po tym bajecznym ogrodzie fantazji. Szkoda odchodzić, ale jedziemy dalej.
    Pasbagi to następny przystanek. Tutaj mieszkał jeden ze sławnych mnichów. Są oczywiście klasztory wydrążone w skalach. Znów kamienne stożki, wzgórza. I choć podobne to każdy z tych zakątków ma coś innego, swój osobliwy urok.
    Znajduje tam odpowiedź na pytanie, które mnie męczyło. Dlaczego są skały w kształcie stożków a na czubkach osadzone są kamienie, jakby im ktoś założył czapki.  Okazuje się, że przy wybuchach wulkanów, najpierw wylatywały materiały, które stworzyły obecne skały piaskowe. Są one łatwo wymywane przez wody i powietrze. Przez tysiące lat, erozja stworzyła te kopce. Wierzchnia warstwa to skały bazaltowe, twardsze, które się tak szybko nie rozpadały. Zostawały więc na szczytach tych stożków i zostają tam aż do momentu, kiedy czubek staje się za cienki i nie potrafi utrzymać ich ciężaru. Pewnego dnia po prostu bazalt spada.

 
    Inna ciekawa informacja to pojedyncze okienka na ich szczytach. To miejsca zamieszkania pustelników. Wspinali się tam po stopniach, raczej dziurach wydrążonych w skale i modlili się całe życie w tych 10 metrów kwadratowych pomieszczeniach. Prawdopodobnie do momentu, kiedy machnęli ręka, mówiąc  mam tego dosyć i poszli do knajpy dobrze się napić.  Ludzie, wierni dostarczali im posiłki.

 
    Ciekawe historie, piękne widoki ale trzeba jechać dalej.
    Miasto Avanos leży nad Czerwoną Rzeka (Kazilirmak). Jest to miejsce sławne z produkcji ceramiki. Czerwoną glinę wydobywano z dna rzeki a białą z okolic. Wchodzimy do jednego z takich miejsc. Firma nazywa się Firca. To już 6 pokolenie produkuje tutaj światowej sławy ceramikę. Oglądamy wszystkie fazy ich produkcji.  Wchodzimy także do różnych pomieszczeń, gdzie wystawione są ich najpiękniejsze produkty. Wszystkie robione ręcznie.  Piękne ale niestety nie na nasza kieszeń. Są tam wyroby od 300 do tysięcy dolarów za każdy talerz.
    Elaine spróbowała ulepić na kole garncarza jakiś produkt. Nawet jej jakoś poszło, ale to mogło nadać się tylko na doniczkę do kwiatów.


Zaraz po tym idziemy na obiad. Ładna restauracja, ale jedzenie tylko dobre. Zrelaksowani jedziemy dalej.
    Już ostatni przystanek na dzisiaj – Goreme.  Wśród wszystkich domków w skalach, wyróżnia się jeden, który nazywany jest zamkiem. Zresztą widać dlaczego. Dużo większy od pozostałych wystaje ponad całą okolice.


 Na dole młoda para robi sobie zdjęcia. Strój ślubny nie rożni się od naszych, może tylko tym ze biedny pan młody w tuxido przy tych temperaturach zalany jest potem.
    Wracamy do hotelu. Tutaj cudowna wiadomość. Chłopak, który nas odebrał z lotniska, dzwonił i przekazał nam wiadomość o znalezieniu walizki. Wydzwaniał na lotnisko kilka razy dziennie i jakoś wydobył nasz bagaż z tamtego burdelu. Sam dowiózł ją do naszego hotelu. Strasznie miły, młody człowiek. Ja już się cieszę na myśl, że wciągnę na siebie krótkie spodnie.
    Odświeżamy się i odpoczywamy.

 
 

Trochę bola nogi. Wieczorem idziemy na kolacje ale Elaine poczuła się zle i wróciła do pokoju. I znów ludzie bardzo pomocni. Robią jej specjalna herbatę, przynoszą jakieś jedzenie twierdząc ze pomoże i faktycznie. Po dwóch godzinach Elaine dochodzi do siebie.
    Pierwszy raz w życiu czujemy się tak swobodnie w innym kraju. Ludzie są tu naprawdę bardzo mili, uczynni i widać, że to nie wymuszone. Jestem tym zaskoczony. Nie myślałem tak nigdy o Turkach. Zobaczymy jak będzie w innych zakątkach tego kraju.

Wednesday, September 4, 2013

Turcja



Już po wakacjach. Tyle czekania, planowania a teraz zostały tylko wspomnienia. Ale jest co wspominać. Był to jeszcze jeden wspaniały tydzień.

Piątek 23 sierpnia.

   Samolot jest opóźniony. Dowiedziałem się o tym od Grażyny. Dzwoniła z Polski, bo mieli podłączony na internecie podgląd na nasz lot. Nie martwiliśmy się tym dużo, bo wiedzieliśmy, że mamy 5 godzin czekania na lotnisku w Istambule na przesiadkę do Kayseri.
    Nawet się ucieszyłem, bo siedzenie na lotnisku jest meczące. Tureckie linie lotnicze, okazały się dobrej jakości. Każdy ma swój ekran, dużo filmów do wyboru, dobre jedzenie. Nawet się nie dłużyło i 9 godzin lotu szybko minęło. Niestety samolot częściowo nadrobił opóźnienie. Czekaliśmy na następny samolot 3.5 godziny. Następny lot i jesteśmy na miejscu. Kayseri jest trzecim co do wielkości miastem w Turcji, ale bardzo brzydkie, przynajmniej z tego co zobaczyliśmy jadąc autobusem. Bardzo rozrzucone i złożone z setek bloków mieszkaniowych. Tak jak nasze komunistyczne miasta, między innymi Konin.
   Niestety tutaj czeka na nas przykra niespodzianka. Zgubili nam jedna walizkę. Dla mnie to problem, bo tam są wszystkie moje rzeczy. Zostałem tylko w jednych długich spodniach a temperatury są powyżej 40 stopni. Dobrze, że kobiety maja większość swoich rzeczy, nie muszę słuchać ich narzekań. Ale straty są duże. Tam były papierosy, Wiesi kostiumy kąpielowe, wiele kosmetyków, Elaine bielizna. Każdy coś stracił. Obsługa na lotnisku bardzo kiepska i nikt się tym bardzo nie przejmuje. Nawet nie ma biura na zagubione rzeczy. Wszyscy w kółko powtarzają, żeby się nie martwić. Dobrze im tak mówić!
   Jedziemy do naszego hotelu w małym miasteczku Ayvali. Godzina jazdy. Tereny przez które przejeżdżamy są dość ubogie i mało ciekawe. Jednak im bliżej celu tym ładniej.
   Wreszcie nasz hotel Gamirasu Cave Hotel. Jest przepiękny. Wszyscy są zachwyceni.


 
 
 
 Kapadocja jest położona miedzy dwoma pasmami gór. Jedne przy Morzu Czarnym i z drugiej strony przy Morzu Śródziemnomorskim. Chociaż wygląda to jak dolina to położona jest wysoko i pokryta wzgórzami. Wszędzie górki, wzgórza z miękkiej skały piaskowej. Ludzie którzy tu mieszkali prze tysiąclecia, zamiast budować domy, drążyli je w tych skalach. Są one wszędzie. Nieraz pojedyncze, nieraz grupy i często całe miasta. Nasz hotel jest w miejscu dawnego klasztoru. Została jeszcze kaplica, choć bardzo zniszczona. Pokoje są jak z bajki, duże, wygodne.



Okolice urocze i cieszy mnie że Wiesia i Elaine są bardzo zadowolone, bo jak każdy mężczyzna wie, trudno mieć dobre wakacje, kiedy kobietom coś nie pasuje!
   Nie mamy nic w planie na dzisiejsze popołudnie. Zmiana czasu spowodowała, że dziś jest Sobota i mamy jeszcze cały dzień dla siebie. Poszliśmy więc pozwiedzać okolice.



 
 



   Ludzie są tu bardzo biedni. Dalej widać, że przebudowują stare jaskinie i budują wokół nowe mieszkania na ich terenach. Wszystko jest jednak bardzo prymitywne. Dla nas turystów, jest to jednak bardzo urocze. Dla nich bieda.


   Wracamy i po bardzo dobrym obiedzie, udajemy się do pokoju na wypoczynek. Włączam telewizje i szukam czegoś możliwego do oglądania. Większość to programy arabskie, muzułmańskie. Nie zależy mi bardzo na czymś specjalnym, tylko żeby coś grało. Znajduję jedyny program z filmem. Nie patrzę nawet jaki i zostawiam na tym kanale. Za chwile Elaine pyta, co ja zrobiłem. Nie rozumiem pytania. Okazuje się, że program jest polski! Są filmy, wiadomości. Elaine myślała, że założyli nam bo my z polski, ale oczywiście że to nie możliwe, bo oni wiedza, że my ze Stanów. Nie wiem dlaczego ale mamy polska telewizje. Jakiś Tele5. Szukając dalej, znajduje jeszcze drugi polski program z muzyka – Popbudzik. Świetnie, możemy słuchać Disco polo!
   Filmy z całej podroży załączę trochę później, bo muszę nad nimi popracować. Teraz tylko te kilka zdjęć.