Thursday, September 5, 2013


   

 
  Niedziela 25 Sierpień.

   Wstajemy o 3:30 rano. O czwartej pijemy kawę, jemy ciastko i zabierają nas autokarem na balony. Jest jeszcze bardzo ciemno i dość chłodno.  Pogoda tutaj jest typu pustynnego, czyli bardzo gorąco w dzień (około 40 stopni) i chłodno w nocy (15 stopni). Nie mamy kurtek ani swetrów. Są w zagubionej walizce. Elaine i Wiesia pożyczają z hotelu ciepłe chusty do okrycia a ja w podkoszulce.  Mnie to nie przeszkadza.
    Po godzinie, dojeżdżamy do miejsca, gdzie mamy wystartować. Dalej bardzo ciemno.
Podchodzimy do naszego balonu. Zaczynają go już napełniać gorącym powietrzem.


   Po chwili wchodzimy do kosza. Cieszę się, że moja towarzyszka z autobusu wchodzi z drugiej strony bo bym zaprotestował. W połowie drogi autobusem, wsiadła rodzinka żydowska z Rosji. Nie było już dużo miejsc, wiec córka, około 14 lat usiadła obok mnie. Coś strasznego. Tak jak ortodoksyjni Żydzi, śmierdziała ( nie przesadzam ze słowem) czosnkiem. Chociaż odwróciłem głowę w innym kierunku, dalej trudno było oddychać. Dziwię się że dalej lubię czosnek po tej podróży.
    Jest nas w koszu 24 osoby. Powoli pojawia się światło. Wszędzie wokół nas wznoszą się balony. Musi ich być blisko setki.



   Niesamowity widok i natychmiast przypomina mi się ten wypadek, który zdarzył się tu miesiąc temu, kiedy dwa balony się zderzyły i jeden spadł na ziemię. Kilka osób zginęło a reszta dostała się do szpitala.  Jak się okazuje, sterowanie tego balonu to tylko w górę i w dół. Na różnych wysokościach są wiatry w innych kierunkach. Na wysokości 30 metrów leci się na południe, 100 metrów na zachód i tak dalej.  Przy starcie jest ciasno. Ci co wystartowali pierwsi, są już bardzo wysoko. My próbujemy wcisnąć się miedzy innych.  Niestety po kilku minutach lotu, zderzamy się z innym. Na szczęście jesteśmy na dokładnie tej samej wysokości. Najgorzej jak kosz jednego z nich uderzy w powłoki balonu, wtedy może zrobić dziurę i bez schodów do nieba (albo pieklą, jak w moim przypadku) zamieniamy się w aniołka. Piloci balonów próbują utrzymać się na tej samej wysokości, żeby do tego nie doszło i czekają aż wiatr nas rozdzieli.  Okręcamy się wokół siebie i dopiero po kilku minutach balony się rozdzielają.  Ja sam się dziwie bo mam lęk przestrzeni, nie miałem z tym problemu ale Elaine się bała. Reszta lotu przebiega bez żadnych dodatkowych problemów.
    Wznosimy się nad okolicznymi terenami.  Wschodzi słońce. Pojawiają się widoki nie z tej planety. Nawet nie będę próbował tego opisywać. Zapiera dech. Może zdjęcia coś przekażą. Myślę jednak, że trzeba zobaczyć to samemu, żeby poczuć atmosferę tego miejsca.
 



 
    Godzina lotu. W górę, w dół, w górę i lądujemy. Nawet dosyć płynnie, szczególnie, że kosz siada na mała przyczepę ciągniętą prze samochód. Inaczej trudno by im było załadować ten kosz bez ciężkiego sprzętu. 
 Na zakończenie lampka szampana. Może raczej słodkiej zabarwionej wody z bąbelkami, bo trudno to nazwać szampanem. Rozdanie „dyplomów” potwierdzających, że lecieliśmy balonem i wracamy do hotelu.



 Śniadanie, chwila odpoczynku i udajemy się na spotkanie naszego przewodnika.
Zjawia się dokładnie o wyznaczonej godzinie. Tak jak wszyscy tutaj, jest bardzo miły. Będzie oprowadzał tylko z nas, jest więc pewna swoboda kontrolowania, co chcemy robić.
    Pierwszy przystanek to miasto Ugrup. Oglądamy, dla nas już typowe widoki, tutejszych krajobrazów. Chociaż podoba nam się bardzo, to później okazuje się, że to tylko początki emocji.
 
 
 
Kilkanaście minut jazdy i przystanek w Dolinie Wyobraźni. Tak nazywają ja tubylcy. Nazwa pochodzi od wyglądu skał. W każdej można znaleźć  kształty, które kojarzą nam się z rożnymi przedmiotami, zwierzętami.  I wszyscy widzą coś innego. Znajdujemy wielbłąda, dłoń, pingwiny etc. 
 


 
     Zostawiamy naszego przewodnika i spędzamy poł godziny na spacerze po tym bajecznym ogrodzie fantazji. Szkoda odchodzić, ale jedziemy dalej.
    Pasbagi to następny przystanek. Tutaj mieszkał jeden ze sławnych mnichów. Są oczywiście klasztory wydrążone w skalach. Znów kamienne stożki, wzgórza. I choć podobne to każdy z tych zakątków ma coś innego, swój osobliwy urok.
    Znajduje tam odpowiedź na pytanie, które mnie męczyło. Dlaczego są skały w kształcie stożków a na czubkach osadzone są kamienie, jakby im ktoś założył czapki.  Okazuje się, że przy wybuchach wulkanów, najpierw wylatywały materiały, które stworzyły obecne skały piaskowe. Są one łatwo wymywane przez wody i powietrze. Przez tysiące lat, erozja stworzyła te kopce. Wierzchnia warstwa to skały bazaltowe, twardsze, które się tak szybko nie rozpadały. Zostawały więc na szczytach tych stożków i zostają tam aż do momentu, kiedy czubek staje się za cienki i nie potrafi utrzymać ich ciężaru. Pewnego dnia po prostu bazalt spada.

 
    Inna ciekawa informacja to pojedyncze okienka na ich szczytach. To miejsca zamieszkania pustelników. Wspinali się tam po stopniach, raczej dziurach wydrążonych w skale i modlili się całe życie w tych 10 metrów kwadratowych pomieszczeniach. Prawdopodobnie do momentu, kiedy machnęli ręka, mówiąc  mam tego dosyć i poszli do knajpy dobrze się napić.  Ludzie, wierni dostarczali im posiłki.

 
    Ciekawe historie, piękne widoki ale trzeba jechać dalej.
    Miasto Avanos leży nad Czerwoną Rzeka (Kazilirmak). Jest to miejsce sławne z produkcji ceramiki. Czerwoną glinę wydobywano z dna rzeki a białą z okolic. Wchodzimy do jednego z takich miejsc. Firma nazywa się Firca. To już 6 pokolenie produkuje tutaj światowej sławy ceramikę. Oglądamy wszystkie fazy ich produkcji.  Wchodzimy także do różnych pomieszczeń, gdzie wystawione są ich najpiękniejsze produkty. Wszystkie robione ręcznie.  Piękne ale niestety nie na nasza kieszeń. Są tam wyroby od 300 do tysięcy dolarów za każdy talerz.
    Elaine spróbowała ulepić na kole garncarza jakiś produkt. Nawet jej jakoś poszło, ale to mogło nadać się tylko na doniczkę do kwiatów.


Zaraz po tym idziemy na obiad. Ładna restauracja, ale jedzenie tylko dobre. Zrelaksowani jedziemy dalej.
    Już ostatni przystanek na dzisiaj – Goreme.  Wśród wszystkich domków w skalach, wyróżnia się jeden, który nazywany jest zamkiem. Zresztą widać dlaczego. Dużo większy od pozostałych wystaje ponad całą okolice.


 Na dole młoda para robi sobie zdjęcia. Strój ślubny nie rożni się od naszych, może tylko tym ze biedny pan młody w tuxido przy tych temperaturach zalany jest potem.
    Wracamy do hotelu. Tutaj cudowna wiadomość. Chłopak, który nas odebrał z lotniska, dzwonił i przekazał nam wiadomość o znalezieniu walizki. Wydzwaniał na lotnisko kilka razy dziennie i jakoś wydobył nasz bagaż z tamtego burdelu. Sam dowiózł ją do naszego hotelu. Strasznie miły, młody człowiek. Ja już się cieszę na myśl, że wciągnę na siebie krótkie spodnie.
    Odświeżamy się i odpoczywamy.

 
 

Trochę bola nogi. Wieczorem idziemy na kolacje ale Elaine poczuła się zle i wróciła do pokoju. I znów ludzie bardzo pomocni. Robią jej specjalna herbatę, przynoszą jakieś jedzenie twierdząc ze pomoże i faktycznie. Po dwóch godzinach Elaine dochodzi do siebie.
    Pierwszy raz w życiu czujemy się tak swobodnie w innym kraju. Ludzie są tu naprawdę bardzo mili, uczynni i widać, że to nie wymuszone. Jestem tym zaskoczony. Nie myślałem tak nigdy o Turkach. Zobaczymy jak będzie w innych zakątkach tego kraju.

Wednesday, September 4, 2013

Turcja



Już po wakacjach. Tyle czekania, planowania a teraz zostały tylko wspomnienia. Ale jest co wspominać. Był to jeszcze jeden wspaniały tydzień.

Piątek 23 sierpnia.

   Samolot jest opóźniony. Dowiedziałem się o tym od Grażyny. Dzwoniła z Polski, bo mieli podłączony na internecie podgląd na nasz lot. Nie martwiliśmy się tym dużo, bo wiedzieliśmy, że mamy 5 godzin czekania na lotnisku w Istambule na przesiadkę do Kayseri.
    Nawet się ucieszyłem, bo siedzenie na lotnisku jest meczące. Tureckie linie lotnicze, okazały się dobrej jakości. Każdy ma swój ekran, dużo filmów do wyboru, dobre jedzenie. Nawet się nie dłużyło i 9 godzin lotu szybko minęło. Niestety samolot częściowo nadrobił opóźnienie. Czekaliśmy na następny samolot 3.5 godziny. Następny lot i jesteśmy na miejscu. Kayseri jest trzecim co do wielkości miastem w Turcji, ale bardzo brzydkie, przynajmniej z tego co zobaczyliśmy jadąc autobusem. Bardzo rozrzucone i złożone z setek bloków mieszkaniowych. Tak jak nasze komunistyczne miasta, między innymi Konin.
   Niestety tutaj czeka na nas przykra niespodzianka. Zgubili nam jedna walizkę. Dla mnie to problem, bo tam są wszystkie moje rzeczy. Zostałem tylko w jednych długich spodniach a temperatury są powyżej 40 stopni. Dobrze, że kobiety maja większość swoich rzeczy, nie muszę słuchać ich narzekań. Ale straty są duże. Tam były papierosy, Wiesi kostiumy kąpielowe, wiele kosmetyków, Elaine bielizna. Każdy coś stracił. Obsługa na lotnisku bardzo kiepska i nikt się tym bardzo nie przejmuje. Nawet nie ma biura na zagubione rzeczy. Wszyscy w kółko powtarzają, żeby się nie martwić. Dobrze im tak mówić!
   Jedziemy do naszego hotelu w małym miasteczku Ayvali. Godzina jazdy. Tereny przez które przejeżdżamy są dość ubogie i mało ciekawe. Jednak im bliżej celu tym ładniej.
   Wreszcie nasz hotel Gamirasu Cave Hotel. Jest przepiękny. Wszyscy są zachwyceni.


 
 
 
 Kapadocja jest położona miedzy dwoma pasmami gór. Jedne przy Morzu Czarnym i z drugiej strony przy Morzu Śródziemnomorskim. Chociaż wygląda to jak dolina to położona jest wysoko i pokryta wzgórzami. Wszędzie górki, wzgórza z miękkiej skały piaskowej. Ludzie którzy tu mieszkali prze tysiąclecia, zamiast budować domy, drążyli je w tych skalach. Są one wszędzie. Nieraz pojedyncze, nieraz grupy i często całe miasta. Nasz hotel jest w miejscu dawnego klasztoru. Została jeszcze kaplica, choć bardzo zniszczona. Pokoje są jak z bajki, duże, wygodne.



Okolice urocze i cieszy mnie że Wiesia i Elaine są bardzo zadowolone, bo jak każdy mężczyzna wie, trudno mieć dobre wakacje, kiedy kobietom coś nie pasuje!
   Nie mamy nic w planie na dzisiejsze popołudnie. Zmiana czasu spowodowała, że dziś jest Sobota i mamy jeszcze cały dzień dla siebie. Poszliśmy więc pozwiedzać okolice.



 
 



   Ludzie są tu bardzo biedni. Dalej widać, że przebudowują stare jaskinie i budują wokół nowe mieszkania na ich terenach. Wszystko jest jednak bardzo prymitywne. Dla nas turystów, jest to jednak bardzo urocze. Dla nich bieda.


   Wracamy i po bardzo dobrym obiedzie, udajemy się do pokoju na wypoczynek. Włączam telewizje i szukam czegoś możliwego do oglądania. Większość to programy arabskie, muzułmańskie. Nie zależy mi bardzo na czymś specjalnym, tylko żeby coś grało. Znajduję jedyny program z filmem. Nie patrzę nawet jaki i zostawiam na tym kanale. Za chwile Elaine pyta, co ja zrobiłem. Nie rozumiem pytania. Okazuje się, że program jest polski! Są filmy, wiadomości. Elaine myślała, że założyli nam bo my z polski, ale oczywiście że to nie możliwe, bo oni wiedza, że my ze Stanów. Nie wiem dlaczego ale mamy polska telewizje. Jakiś Tele5. Szukając dalej, znajduje jeszcze drugi polski program z muzyka – Popbudzik. Świetnie, możemy słuchać Disco polo!
   Filmy z całej podroży załączę trochę później, bo muszę nad nimi popracować. Teraz tylko te kilka zdjęć.


Thursday, August 22, 2013

Hip Hip Hooray!


 
 
Praca zostala zatwierdzona. Firma dostaje bonus. Koszmar sie zakończył.

Napiszę po wakacjach!

Saturday, August 17, 2013

Birthday





      Cieszyć się, czy się nie cieszyć, O to jest pytanie?   Następne urodziny i zastanawiam się czy w moim wieku mam być z tego powodu zadowolony?  Może kiedy się obchodzi 100 lat jest powód, bo pobiło się wszystkich innych ale teraz to każdy rok przybliża nas do nieuniknionego. I chociaż liczymy się z tym, że zostało nam dużo ze złotych lat dostojnego wieku, to jednak wiele rzeczy może się zdarzyć. To tak jak z emeryturą. Powtarzamy: Już mam tej pracy dosyć, chciałbym odpocząć. To by działało, jakby można odejść na emeryturę jako 50-latek, ale niestety trzeba dociągnąć do emerytalnego wieku. Więc nie jestem pewien do czego się tak spieszę. 

    Wracam do urodzin. Było ich już 57. W dziecięcym wieku to oczekiwanie na prezenty. Prawdę mówiąc, w sytuacji gospodarczej komunistycznej polski i naszych rodziców w tamtych czasach, nie było to nic imponującego dla dzieci. Prezenty musiały być praktyczne. Można więc było dostać skarpetki, portfel etc.  Jak Tomek Wiśniewski dostał od ojca skrzyneczkę z narzędziami stolarskimi (taka dla dzieci) to zostało mi dziś w pamięci, bo mu tak zazdrościłem.  Takie były czasy. To tak jak z ślubami. Ludzie dostawali nieraz te same rzeczy od różnych gości a były to ręczniki, pościel. Potem musieli to sprzedawać. 

      Później naszedł czas młodych lat.  Tutaj nie liczyły się prezenty ale impreza z kolegami. Nie były to imprezy z tańcami ale muzyka w tych czasach, była ważna częścią naszego życia. Co pamiętam najwięcej z tego okresu?  Ciemne pokoje oświetlone czerwonymi żarówkami, muzyka Pink Floyd, Led Zeppelin, Santana.....  Alkohol kupiony w Peweksie za uzbierane przez cały rok dolary. Przypomina mi się jaka wartość wtedy miały dolary. Kiedyś doszedłem do fortuny i miałem 10 dolarów. Kupiłem za to jeansy Wranglera, paczkę papierosów, butelkę wódki i jeszcze mi zostało.  Jeszcze jedna ważna rzecz, może najważniejsza to dziewczyny. Przecież to był czas, że zakochiwało się kilka razy do roku. Za każdym razem przeżywało się je, tak jakby to było pierwszy raz. Były też dziewczyny, które zmieniały nas jak rękawiczki. Specjalnie jedna, która tylko w naszej klasie elektrycznej w ciągu kilku lat zmieniła chyba z ośmiu z nas. Stwarzało to wiele problemów między nami. Jak rzuciła jednego i zaczęła z nowym, to oczywiście poprzedni pokłócił się z następca, ale natychmiast poprzedni porzuceni stawali się jego kolegami. Następna zmiana i znów to samo.  W końcu kiedy wszystkich nas rzuciła i przerzuciła się na inna klasę, znów byliśmy w pełnej zgodzie. Najważniejsze urodziny w tamtych latach to oczywiście osiemnaste. W klasie miałem kolegę o podobnym nazwisku. Różniliśmy się tylko jedną literką. On Szymański i ja Szumański. Ale urodziliśmy się w tym samym dniu. Bolek pochodził z Gniezna. Postanowiliśmy spędzić te urodziny razem u niego w domu. Dojechałem do Gniezna autobusem i od razu zaczęliśmy imprezę w jego pokoju. Co nam przyszło do głowy żeby pić wiśniówkę? Może tylko to miał? Po wypiciu olbrzymiej ilości tego trunku, poszliśmy na miasto i tam też zamówiliśmy wiśniówkę. Późno wieczorem wróciliśmy do domu. Tam czekała jego mama. Kiedy zobaczyła w jakim byliśmy stanie, jej twarz zmieniła się tak jakby to ona piła a nie my. Bolek dostał ręka w głowę z nakazaniem natychmiast pójścia do pokoju spać a mnie wyprosiła. Nic nie mogłem poradzić tylko doczłapałem się do autobusu i wróciłem do domu. Szybko dostałem się do łóżka żeby przespać te zaburzenia w głowie i żołądku. Niestety. Na drugi dzień była niedziela. Po tylko kilku godzinach snu, budzi mnie mama i każe wstawać do kościoła. Nie mogłem jej tłumaczyć, że ledwie stoję na nogach. Grzecznie ubrałem się i poszedłem do naszego kościołka. Niestety ból głowy i rewolucja w żołądku nie miała dla mnie litości. Nogi mi się trzęsły, stanąłem wiec na zewnątrz przy otwartych drzwiach. Tam próbowałem przestać mszę. Wytrzymałem do momentu komunii świętej. W tym momencie ksiądz podniósł kielich i wymówił swoje: I pijcie z niego wszyscy. Tego było dla mnie za dużo. Zwymiotowałem się za drzwi kościoła i natychmiast poszedłem do domu spać. Przez wiele następnych lat nawet zapach wiśniówki powodował mdłości i zaburzenia.

     Następny okres, już dorosłego człowieka to tańce, zabawy i oczywiście niezastąpiony alkohol.  Najpierw studia.  W tym czasie alkohol dominował nad tańcami. Z okresem mądrzenia i dorastania, sytuacja się zmieniała i zabawy stały się ważniejsze. Jedna z tych imprez miałem w stanach na początku naszego pobytu. Było to w czasach, kiedy mieszkałem w Astorii, Queens. Bawiliśmy się do samego rana. Około 6 rano, kiedy zostało nas osiem osób, ktoś wpadł na pomysł, żeby nie kończyć tego pięknego dnia i od razu pojechać na plażę. Wielkim zgodnym chórem wszyscy się zgodzili. Wsiedliśmy w mojego Chevroleta, zaopatrzeni w dwa coolery wypełnione lodem i butelkami alkoholu i w drogę. Dojechaliśmy na plaże Jones Beach około 7 rano. Nikogo tam jeszcze nie było. Porozkładaliśmy koce i szybko do następnych toastów. Było tego już trochę za dużo, wiec każdy po kolei padał i przysypiał. Pamiętam jedno. Kiedy wyciągałem się na kocu, plaża była pusta. Kiedy otworzyłem oczy, ta sama plaża, wypełniona była ludźmi. Szkoda, że nikt nie zrobił nam zdjęcia. Ośmiu ludzi śpiących jeden przy drugim, czerwoni od palącego słońca i od wypitego alkoholu. Butelki i kieliszki porozstawiana wokół nas. Na twarzach przechodzących ludzi można było rozróżnić dwie reakcje. Rozbawieni i śmiejący się, bo nasz obraz był powiedzmy tragiczny, lub wzburzeni i zgorszeni. Też nie ma co się im dziwić. Wiadomo dlaczego. Natychmiast obudziłem innych. Budzili się ze stękami i narzekaniami na ból głowy. Natychmiast potem zwinęliśmy sprzęt i wróciliśmy do domu.

    No i ostatnie lata. Nie robię już imprez. Wole je robić z innych okazji. Nowego roku, Halloween i bez okazji. Nie lubię jak wszyscy przychodzą i przynoszą prezenty. Lepiej jak ludzie przychodzą do mnie bez zobowiązań i wydawania pieniędzy na nieraz nieprzydatne rzeczy. Urodziny przeszły do rodzinnych celebracji. Z żoną i córką. Wyjście do restauracji, szampan. To raczej wszystko.
     Z tego wygląda, patrząc na to z matematycznego punktu widzenia, że następny okres to ja sam przy stole, woda z kranu, suchy chleb i przypominać będę sobie jak to było w innych okresach mojego życia.
    Oczywiście tak źle nie jest. Zabawy dalej trwają ale urodziny nie są już tym najważniejszym dniem roku.      Nie żałuję żadnego okresu poprzednich lat. Każdy miał coś innego, wspaniałego i niczego bym nie zmienił. Jedynie przykro wspominam momenty, kiedy pokazywałem niezadowolenie z otrzymanego prezentu w latach dzieciństwa. Jak dzisiaj pamiętam zatroskaną twarz mamy. Teraz wiem, że nie stać było ich na nic innego. Ale jako dziecko nie myślałem o tym. Zawsze powtarzam, że dawanie prezentów przynosi większą radość niż ich otrzymywanie. I ona napewno musiała to strasznie przeżywać, że ja tym się nie cieszę. Dzisiaj tak chciałbym dostać od niej portfel i ją mocno uściskać.

     Dzisiaj są moje urodziny. Nie potrzebuję żadnych prezentów. Wszystko co można otrzymać już dostałem. Wspaniałą, kochającą rodzinę, wielu przyjaciół, zdrowie, dobrą pracę. Czy można otrzymać lepszy prezent od moich?

    Na zakończenie kilka zdjęć, nie koniecznie z urodzin ale z różnych lat.
 
 

To jedyne zdjęcie kiedy byłem mały. Siedzę na dziadka kolanach.
 
 
Blondyn to ja. Ubrany w najnowszy styl majtek kąpielowych.

 
Początek szkoły średniej.

 
Zakończenie szkoły średniej.
 
Na studiach.

 
Pierszy rok w Stanach.

 
32-ie urodziny.

 
37-me urodziny.

 
40-te urodziny

 
50-te urodziny.


Ostatnie urządzane party na moje urodziny. 54 lat stary.

Tuesday, August 13, 2013

Ostatni tydzień




      

    Bo tyle zostało do oficjalnego zakończnia budowy. Moje główne prace zostały zakończone i męczę się nad różnymi duperelkami, bo one też liczą się w oficjalnym rozliczeniu. Na przykład na brzegach stalowych belek, pod mostem, przyklejamy paski drutów. Wyglądają jak podwójny grzebień. Są po to, żeby ptaki tam nie siadały i nie srały na metal. Oczywiście najpierw musimy wymyć wszystko z tego co już zasrały. Używam takich słów, bo ta praca też jest zasrana. Tego nie można dobrze domyć i ludzie krzywią się jak mają to robić. A ptaki nie są głupie. Chociaż nie mogą tam teraz siadać, to po jakimś czasie, znoszą trawę, gałązki i tworzą sobie gniazda. Siedząc sobie wygodnie w tym gniazdku, które się mocno trzyma, bo wbite na druty, srają obok na całą naszą instalację. Powiedzieć można, że mają w dupie naszą pracę.
    Po wylaniu betonowej drogi, zanim beton się związał, trzeba przeciągnąć przez niego (też nazwę to grzebieniem, bo tak wygląda, tylko bardzo duży) grzebień, żeby w betonie pozosały małe rowki. Jest to zrobione dla większej przyczepności samochodów i do kontrolowania odpływu deszczu. Głębokość tych rowków jest minimalna, gdzieś od 3.5 mm do 4.5mm. Kiedy zrobimy trochę gębszy, to nam obniżają zapłatę za całość a jak za płytki, to ręcznie małymi szlifiarkami żłobimy głębiej. Praca kopciuszka. Teraz właśnie też naprawiamy te miejsca. Jest tu też wielki żart z nas. Cała autostrada sprawdzana jest na gładkość. Przejeżdża specjalna maszyna, która laserowo mierzy odległości i mamy odczyt gdzie są nierówności. Gdzie są? Ano wszędzie. Chociaż wylewamy beton specjalną maszyną, wykończenie jest ręczne. I nie ma takiej możliwości, żeby wyszło z tego szkło. Jadąc po drodze, nie odczujecie żadnych wstrząsów, ale nie jest to szkło. W tym momencie obcinają nam płace o 20 procent. Czyli miliony dolarów. Nie ma innego wyjścia. Mamy olbrzymie maszyny, które zcierają małą warstwę nowej drogi i ją wyrównują. Jest to olbrzymi koszt ale inaczej nam nie przyjmą naszej pracy.Robimy to już trzy tygodnie, trzema maszynami i będziemy robić to prawie do ostatniego dnia. I tu cały żart. Te wszystkie rowki, które robiliśmy prze trzy lata, zostają wymazane. Powierzchnia drogi nie jest gładka, lecz lekko chropowata, ale rowków nie ma a moje kopciuszki tak się nad tym męczyły.
    Zostało mi kilku podwykonawów, którzy są spóźnieni, ale myślę, że zdążą, choć grają nam na nerwach z tym opóźnieniem.
    W następny czwartek, władze miasta mają się zebrać i oficjalnie przeciąć wstęgę zakończenia budowy. Zabawne. To Ci sami, którzy utrudniali nam życie przez trzy lata a teraz będą stali, kamery telewizyjne, fotografowie i powtarzać będą te same słowa, które słyszałem wielokrotnie na innych budowach. Będą tam ludzie, którzy nigdy nie postawili stopy na mojej budowie, będą Ci co mnie męczyli. Będą sobie gratulować jak szybko ta budowa została zakończona (przypominam: 1.5 roku przed orginalnym terminem), jak poprawili jakość naszych dróg, jak wykonali dobrą robotę. A ja, jak zwykle będę stał z boku i się temu przyglądał. A tak w tym momencie chciałbym wziąść przykład z tych głupich ptaków i nasrać na nich z góry mojego mostu.
Nie mamy jeszcze ostatecznych zdjęć, myślę że zrobią je za kilka tygodni, ale mam z czerwca. Oto one.
                                         Paerdegat Most

 
 
 
 
Rockaway Most
 
 
 
 
 
Cytaty dnia

Nie jestem leniwy. Mam zawyżone wymagania motywacyjne.
****************************************************************************************  
- Kto to jest psychiatra?
- Jest to człowiek, który zadaje ci dziesiątki pytań za pieniądze... dziesiątki pytań, które żona zadaje ci za darmo.
*****************************************************************************************

Saturday, August 10, 2013




    Krótko, bo leczę się po wczorajszej imprezie. Jak co roku, urządziłem dla swoich ludzi BBQ. W tym roku szczególne, bo na razie nie ma pracy i wszyscy powoli zostają zwalniani. Nie wiadomo z kim będę pracował w przyszłości i nasze drogi się rozchodzą. Wielu moich głównych pracowników nie było z nami, gdyż próbuję każdemu znaleźć jakieś miejsce na innych budowach i wielu z nich pracuje już w innych miejscach i nie dali rady do nas dobić.
      Tradycyjnie mieliśmy upieczoną świnię, kilka rodzajów polskiej kiełbasy, kaszankę, kurczaki.
No i najważniejsze polskie piwo, które ich zawsze szybko razkłada.

    Kilka zdjęć z imprezy.

 
 

Toasty .

 
Wypijmy za to, byśmy wszystko w życiu robili w porę!

Płynie przez rzekę żółw, a na jego grzbiecie zwinął się jadowity wąż.
Wąż myśli: ''Ugryzę - zrzuci''. Żółw myśli: ''Zrzucę - ugryzie''.
Wypijmy za nierozerwalną przyjaźń, co znosi wszelkie przeciwności!

Dziewczyna szła wieczorem ulicą i usłyszała za sobą kroki. Obejrzała się i
zobaczyła przystojnego chłopaka. Obejrzała się drugi raz, chłopak wciąż
szedł za nią. Uznała, że warto na niego poczekać. Obejrzała się po raz
trzeci - chłopaka już nie było...
Wypijmy za to, by pracownicy kanalizacji miejskiej nie zapominali zamykać
studzienek!

Kobieta jest potrzebna mężczyźnie jak okrętowi kotwica.
Wypijmy więc za krążownik ''Aurora'', który miał tych kotwic cztery!

Szła żaba przez jezdnię, a że nie uważała, straciła tylne łapki pod kołami
samochodu. Doczołgała się do chodnika i myśli sobie:
- Całkiem ładne były te nogi, muszę po nie wrócić.
Ledwie zdążyła wejść z powrotem na jezdnię, jak następny samochód pozbawił
ją głowy. Wypijmy za to, by nie tracić głowy dla ładnych nóg!

W upalny letni dzień szedł drogą pewien mężczyzna. Żar lał się z nieba, więc
postanowił się wykąpać w pobliskim strumieniu. Zdjął ubranie, położył na
brzegu, kapelusz powiesił na krzaku i nago wskoczył do wody. Kiedy już się
ochłodził, z przerazeniem spostrzegł, że ubranie zniknęło, a z całego
odzienia pozostał mu tylko kapelusz. I właśnie w tej chwili na ścieżce za
krzakiem ukazała się piękna dziewczyna. Trzymając kapelusz oburącz, ledwo
nim zdołał przykryć swą męskość, gdy dziewczyna zbliżyła się do niego i
patrząc mu głęboko w oczy, słodko rzekła:
- Podaj mi prawą rękę.
Chłopak podał.
- Podaj mi swoją lewą rękę.
Chłopak podał.
A teraz wypijmy za tę siłę, która podtrzymywała kapelusz!

Idzie osioł przez pustynię. Idzie dzień, drugi, trzeci... Słońce praży,
osła męczy pragnienie. Nagle widzi: stoją dwie wielkie beczki - jedna z
wodą, druga z wódką. Z której zaczął pić? Oczywiście z pierwszej!
Nie bądźmy więc osłami i napijmy się wódki!

Idę kiedyś przez park, księżyc świeci, a na ławeczce całują się chłopak z
dziewczyną.
Idę innym razem... księżyc, gwiazdy... a na tej samej ławeczce chłopak z
inną dziewczyną. Idę znów tą drogą: noc, księżyc, gwiazdy... i ten sam
chłopak na tej samej ławce całuje się z trzecią dziewczyną.
Wypijmy za stałość mężczyzn i zmienność kobiet.

Każdy wypity kieliszek, to gwóźdź do naszej trumny.
Pijmy więc tak, by trumna się nie rozpadła!

Przed bramą niebios stanęła grupa kobiet. Święty Piotr popatrzył na nie z
niechęcią i powiedział:
- Droga do niebios wymaga wspięcia się po tym długim, gładkim słupie!
Mimo wielu prób, wszystkie ześlizgiwały się. Tylko ostatnia padła na kolana
i zaczęła się modlić:
- Panie, spraw, żeby ten słup pokrył się sękami i niech tych sęków będzie
tyle, ilu mężczyzn miałam w swoim życiu! I stał się cud. Słup pokrył się
tyloma sękami, że kobieta dostała się do nieba bez trudu. Panowie!
Wypijmy za to, żebyśmy zawsze ułatwiali kobietom wstęp do nieba
 
Mysli dnia
 
- Czy film, w którym główny bohater ginie może kończyć się happy endem?
- Może, jeśli głównym bohaterem była teściowa.
***********************************************************************************
Badania wykazały, że 40% mężczyzn miało pierwszy kontakt seksualny pod prysznicem. Pozostałych 60% w wojsku nie służyło.
***********************************************************************************

 
 

Tuesday, August 6, 2013




   Renesans festiwal  odbywa się w Stanach Zjednoczonych w wielu miejscach. Jedno z nich jest obok nas w miasteczku Tuxido Park. Otwarty jest dla publiczności i ma zwykle charakter komercyjny, dla zabawienia swoich gości. Niektóre z nich to stałe parki rozrywki, inne są krótkoterminowe. Na festiwalu pracuje dużo osób które przebrane są odpowiednio do swojej pracy ale także goście przyjeżdżają przebrani, nieraz w stroje nie pasujące do tematu parku. Ale wszyscy dobrze się bawią. Teren festiwalu jest naprawdę olbrzymi. Znajduje się tam dużo sklepów, gdzie można kupić przeróżne pamiątki, zwykle nie spotykane w normalnych sklepach. Kostiumy, wyroby ze szkła i metalu, lal  ręcznie robione świece i setki innych drobiazgów. Niestety ceny są zbyt wysokie i ludzie nie kupują tego dużo. Odbywają się tam przeróżne występy, pokazy. Są walki rycerzy na koniach na kopie, ręczne z broniami średiowiecza. Popisy artystów, muzyków. Gdzieś odbywa się ślub z opasłym opatem. W innym miejscu śpiewa chór razem z królową Anglii. Duża ilość różnego rodzaju gier  w starym stylu np. rzucanie pomidorami w faceta, który wystawia głowę przez dziurę i obraża ludzi. Rzucnie do celu toporkami, nożami. Strzelanie z łuków.  Są też miejsca na relaks. Można wejść do olbrzymiego namiotu z siatki, gdzie latają przeróżne, piękne papugi. Jest naprawdę co wybierać. Jedzenie też można znaleźć i to w dużej ilości. Popić to wszystko piwem, miodem pitnym. 
    Co tydzień są  tam inne atrakcje, tak więc można co jakiś czas tam powrócić. Ważne w tym wszystkim, że mieliśmy przepiękną pogodę.
    Wielu ludzi daje sobie dzień wolnego od swoich kompleksów i nie można się napatrzeć na kobiety o potrójnych rozmiarach, wciśniętych w gorsety. Ciała wylewają się z każdego możliwego miejsca. Piersi na plecach, brzuchy o podwójnych rozmiarach wypływające z pod gorsetu, etc.
Faceci nie są lepsi. Ważne jednak, że nikt się tu niczym nie przejmuje i wszyscy bawią się dobrze.

 
    Kilka dni temu zaparkowałem samochód po powrocie z pracy. Zanim doszedłem do drzwi domu, czekała na mnie niespodzianka. Na trawniku przed domem siedziała sobie sarna. Miałem akurat malutką kamerę, natychmiast zacząłem filmować.
   Ja uwielbiam przyrodę i mam dużą przyjemność z polowań na zwierzęta, ptaki. Oczywiście z aparatem fotograficznym. Zastanawiam się jednak, jak daleko nas zaprowadzi ta szczególna ochrona nad naszym środowiskiem naturalnym. Kilka lat temu nie mieliśmy zajęcy. Teraz są wszędzie i dosłownie z miesiąca na miesiąc ich przybywa. Sarny były ale nie w takiej ilości. I jak widać z filmu nie bardzo się nas boją. Jest to piękne, ale coraz trudniej utrzymać ogród, bo wiele kwiatów i krzewów okazuje się ich smakołykami. Gorsze, że coraz częściej wpadają pod samochody, tak jak mnie się zdarzyło kilka tygodni temu. Mamy też problem (nie my osobiście) w New Jersey z czarnymi niedźwieziami. Pojawiły się ostatnio kojoty, lisy i wiele innych zwierząt. Zdarza się, że atakują ludzi. Jak kilka dni temu lis podrapał dziewczynkę i okazało się, że miał wściekliznę. Pisałem też o ptakach, których jest coraz więcej. Uwielbiamy je obserwować, ale to ja nie mogę domyć zasranych parapetów i innych miejsc. W górze widać jastrzębie i orły. Kolega stracił małego pieska, którego mu porwał eden z tych drapieżników.
  Na razie się cieszymy tym zwierzyńcem, lecz czy kiedyś nie zaczniemy narzekać?




 
 

   W pracy trzymam się, ale coraz trudniej. Nerwy nie wytrzymują. Tydzień temu na cotygodniowym spotkaniu z miastem, dla którego pracujemy, nie wytrzymałem i trochę im nawymyślałem. Natychmiast potem otrzymaliśmy list z ostrzeżeniem i nie wolno mi się tam pojawiać. Na spotkania wysyłam swoich ludzi. Z tego się nawet cieszę!
     Jak tu wytrzymać, kiedy ich działania, choć nie można im tego udowodnić, skierowane są w uniemożliwienie mi zakończenia budowy na czas. Zostało mi dwa tygodnie. Nie mogę przekroczyć tego terminu o nawet jedną godzinę. Kosztowało by to naszą firmę 15 milionów dolarów.
    Kilka ostatnich przykładów. Uproszczę język techniczny i rodzaj operacji, bo trudno wszystko wytłumaczyć a chodzi o sens ich wredności.
    Musimy pokryć bariery mostu specjalną farbą, wodoodporną. Zaczeliśmy malować kilka dni temu. Pięć minut po rozpoczęciu prac dostaję telefon i główny sk......n mówi mi żeby natychmiast przerwać, bo beton najpierw trzeba oczyścić z kurzu. Nawet nie próbuje walczyć z ich decyzjami, nie mam szans wygrać a czasu coraz mniej. Pytam się czy ważna metoda oczyszczania? Ten mi odpowiada, że to mój problem. Zmieniam wszystko. Sprowadzam sprzęt. Kompresorami zdmuchuję kurz. Ci już czekają. Telefon i natychmiast zatrzymać oczyszczanie. Kurz leci do oceanu. Nie wolno nam czyścić!!!! Ale dalej nie wolno malować bez oczyszczenia. AAAAAHHHHH! ...  Jeszcze nie wymyśliłem co zrobić.

     Od początku mamy problem z dostępem do budowy. Nie mamy drogi w kierunku zachodnim. Tam jest most, przez który nam nie wolno przejeżdżać, bo jest w kiepskim stanie. Nie przeszkadza to miastu i innym budowom, używania tej drogi. My nie możemy ale obserwujemy jak codziennie przelatują obok nas olbrzymie ciężarówki, sprzęt. Do tej chwili wymyśliłem różnego rodzaju drogi, okrążnice i dałem sobie z tym radę. Przyszło jednak do wylania ostatniego fragmentu bariery, która przegardza eksprsway. Po zakończeniu wylewania, telefon. Jak zamierzasz wrócić waszą betoniarką? Odpowiadam, że nie mam wyjścia. Jest ona ostatnia i muszę przejechać przez ten most. Absolutnie nie! Odpowiada. Jeśli to zrobisz to dostaniesz kary tak wysokie, jakich nie widziałeś w życiu. A co mam zrobić, pytam? Nic mnie to nie obchodzi. Zaparkuj betoniarkę i wymyśl jutro. W tym momencie przejeżdża obok nas betoniarka, która jedzie na inną budowę i oczywiście jej wolno, choć nasza jest pusta i lżejsza niż tamta pełna betonu. I gdzie te gromy z nieba??? Pytam się! 

    Filary mostu pomalowane były rok temu specjalnymi farbami. Niestety przez ten okres, zjawiło się kilku artystów i umieścili graffiti na naszej farbie. Nie jest to nasza wina, ale miasto to nic nie obchodzi. Trzeba malować jeszcze raz. W poniedziałek, całość pokryta została nową warstwą farby. Inspektorzy obserwowali całą operację. Tym razem nie ma telefonu. Ale tylko do skończenia robót. Godzinę po, telefon się odzywa. Czy Ty wiesz, że przed położeniem nowej warstwy farmy, powinniście chemicznie usunąć graffiti? Praca jest nie przyjęta. Proszę zmyć farbę(bardzo trudne, specjalna!), później zmyć graffiti i dopiero pomalować. Makabra. Kiedy bym wiedział to przed malowaniem, usunięcie malunków, nie było by takie kosztowne. Nie były tak wielkie, ale były w różnych miejscach. Teraz nie wiemy gdzie one były i trzeba zmywać całą kolumnę. Dobrze że nie mam broni! Zresztą myślę, że jak zacznę zmywać chemicznymi materiałami to mnie zatrzymają z powodu zanieczyszczania wód oceanu.

     Ostatnie. W sobotę, dostaję telefon, że na środku kanału pod mostem unoszą się jakieś materiały z naszej budowy. Nie do przyjęcia. Proszę natychmiast coś zrobić, albo olbrzymie kary. Wysyłam swojego pracownika. Udawadniamy, że to nie jest nasze. Jakiś inny kontraktor. Przyjmują wyjaśnienie. Pytam się, czy mam wysłać ludzi, żeby kanał oczyścić. W tym wypadku musieli by mi za to zapłacić. Nie. Nie warto. To nic wielkiego. Niech pływa.

     To tylko kilka rzeczy z ostatniego tygodnia. Jak mam to wytrzymać? Dzięki Bogu, jeszcze tylko dwa tygodnie.