Tuesday, November 27, 2012


                                AFRYKA - ciąg dalszy


   18 Listopad

    Pobudka, jak zwykle o 5 rano. Szkoda marnować czas. Szybka poranna toaleta. Z ubieraniem się nie ma dużych problemów. Przenoszenie się z miejsca na miejsce małymi samolotami, zmusiło nas do zabrania ze sobą bardzo małej ilości ubrań. Nie ma więc dużego wyboru. Jesteśmy gotowi w ciągu 20 minut. Także śniadanie, które na nas czeka, pochłonięte zostaje w kilka minut. Wyjeżdżamy.
    Nowa wycieczka na największą wyspę w okolicy. Samochodem do łódki. Łódką do wyspy.
    Płyniemy jak zwykle kanałem w trzcinowym lesie.


Pierwszy kłopot. Jest nas ośmiu. Dwie grupy, czyli dójka przewodników i 6 turystów. Wody w niektórych miejscach są bardzo płytkie. Około 20 centymetrów głębokie. Silnik nie daje rady i musimy pomagać, odpychając się długimi, drewnianymi drągami. Zaczynamy przesadzać się, żeby zbalansować łódź. Mężczyźni siedzieli po jednej stronie i byliśmy troszkę przechyleni. To jednak nie wystarcza. Dochodzi do tego, że MT wychodzi do wody i nas popycha. Wspólnymi siłami wydostajemy się na głębsze wody. Zbliżamy się do wyspy. Przed samym końcem dopływamy do miejsca, gdzie wody są czyste od roślinności i tworzą małe jeziorko. Z wody wystaje siedem głów hipopotamów.


Blokują nam drogę. Łódź zwalnia i przesuwamy się bardzo wolno po jego brzegu. Wszystkie hippo bacznie nas obserwują. Udaje się nam dostać na drugą stronę i za chwilkę jesteśmy na miejscu. Znajdujemy zaparkowane samochody i udajemy się na poszukiwania zwierzyny.
    Ciekawy jestem jak oni dostarczyli te wszystkie samochody, sprzęt. Jak wybudowali to wszystko, kiedy w pobliżu nie ma sklepu z potrzebnymi narzędziami i materiałem.
    Tereny tej wyspy są bajeczne. Jest tu wszystko. Pustynie, gąszcze przeróżnej roślinności, baobaby, palmy, stawy wodne. TM jest w ciągłym kontakcie radiowym z innymi przewodnikami. W momencie znalezienia czegoś ciekawego, przekazują sobie informacje o ich lokalizacji. Ciekaw jestem jak oni odnajdują te miejsca. To tak jakby u nas w lesie, ktoś Ci powiedział: jedź prosto to tej sosny lekko przekrzywionej w lewo, skręć 30 stopni w prawym kierunku, jedź do krzaczka z poziomkami, skręć 20 stopni w lewo i tak dalej. Muszą naprawdę dobrze znać te tereny.
    Co chwila spotykamy grupy i pojedyncze okazy różnych gatunków zwierząt. Zebry, antylopy, słonie, guźce, bawoły, pawiany, różne drobniejsze potworki i dziesiątki rodzajów ptaków.


Najwięcej wyróżniają się marabuty,


 orły afrykańskie, czaple, bociany. Znów podziwiamy ich kolorowe upierzenie i przeróżne kształty.


 TM dostaje wiadomość o lamparcie. Niestety, znów nie mamy szczęścia. Po dojechaniu na miejsce, zastajemy puste miejsce. Gdzieś się schował. Po wielogodzinnej jeździe, nie udaje nam się znaleźć królów tutejszych terenów - lwów. Nie żałujemy. Wrażeń jest tak wiele, że wystarczy nam na wiele lat.
    Wracamy tą samą drogą i znów przepływamy obok siedmiu hipopotamów. TM decyduje się na  inną metodę przeprawy. Staje, znajduje drogę i przelatujemy przez to miejsce na pełnym gazie. Hipopotamy otwierają paszcze, ale my w kilka sekund jesteśmy po drugiej stronie.
    Nie mamy kłopotów z płytkimi wodami. Podzieliliśmy się na dwie grupy. Szybko dobijamy do obozu. Znów rutynowa przekąska, piwo, papieros i odpoczynek.
    O szesnastej, postanawiamy wrócić na tą samą wyspę. Podobny dojazd, tylko bez kłopotów. Zmieniamy kierunek i udajemy się na południową stronę. Może zabrzmi to nudno. Oglądamy podobne widoki z porannej eskapady. Nie jest to jednak prawda. Każde spotkanie w tym dzikim zakątku świata, ma swoje indywidualny charakter, inne emocje. Możne spędzić godziny w każdym wybranym miejscu i przyglądaniu się zachowaniu tutejszych mieszkańców.
    Kolonia pawianów - bawiące się małe małpki; higiena starszych, wyłuskiwanie kleszczy, insektów z sierści partnerów;


 uwaga lidera grupy, dbającego o porządek i bezpieczeństwo.
Słonie przy drzewach z figami. Jeden z nich przegania cały czas guźca, który kręci się pod nogami i też próbuje podjeść sobie tych smakołyków.
    Rodzina guźców przy objedzie, czyli konsumowaniu niskiej roślinności. Wyglądają zabawnie, bo wszystkie jedzą na zgiętych przednich kolanach.


    Wracamy do obozu. Ostatni przejazd przed hipopotamami. Piękny zachód słońca i jesteśmy u siebie.



    Dzisiejszy obiad jest na zewnątrz i okazuje się, że to zły pomysł. Akurat dzisiaj wieczorem spadł deszcz. Na szczęście już pod koniec. Każdy złapał co mógł i schowaliśmy się pod dach. Chwila później udajemy się na odpoczynek.



19 Listopad

 
   
Wcześnie rano, budzi mnie ryk lwa. Szkoda, że nie wyszedłem na zewnątrz. Podobno przechodził przed naszym domkiem. Wstajemy później, bo dziś przeprowadzka do drugiego kamp. O ósmej poszedłem po gorącą wodę na herbatę i miałem mały kłopot. Na przejściu siedziały małpy i przewodnik nie chciał się ruszyć i wydawał groźne głosy. Co miałem robić? Wołać: a pójdziesz ty, cmokać, gwizdać? Musiałem przeczekać, aż ten łaskawie zszedł mi z drogi.



    Po powrocie, musiałem gonić po pokoju jaszczurkę, która jakoś dostała się do środka. Później śniadanie i oczekiwanie na wyjazd na lotnisko.
    O godzinie 14-tej, jesteśmy na „lotnisku„, czyli pasa z ubitego piasku. To będą następne emocje. Jest tak mały, że nie mogą wcisnąć naszych bagaży. Dopiero przy mojej pomocy, wpychamy go do podwozia samolociku. Cztery miejsca i po naszym wejściu jest pełen. Kiedy pilot zapala silnik i jego jedyne śmigło zaczyna się kręcić, musimy zasłaniać twarze. Piasek wpada przez otwarte okna. Po chwili ruszamy. Jest duszno i gorąco, bo zaraz po starcie, pilot zamknął okna. Widoki Afryki zapychają dech w piersi. Lecimy bardzo nisko. Widać spacerujące słonie, zebry, bawoły. Po 10-u minutach lądujemy. Para osób wysiada i znów ten sam start. Następne 20 minut i jesteśmy na miejscu.


    Tereny tutejszego obozowiska są ładniejsze niż poprzednie. Więcej roślinności, mniej piasków i dużo wody. Dojeżdżamy do przystani i okazuje się, że do samego obozu musimy płynąć łodzią. To tylko kilka minut od zaparkowanego samochodu. Na pomoście witają nas Afrykanki (z obsługi), które śpiewają regionalną piosenkę.
Wychodzimy i następują przywitania i poznanie wszystkich tutaj pracujących.

    Po rozpakowaniu, przekąska, piwo. Natychmiast udajemy się na pierwszą wyprawę. Jest to wycieczka na łodzi. Dziś nie będziemy szukać żadnej zwierzyny ale raczej płyniemy podziwiać okolice. A jest co. Wody są wszędzie. Porośnięte wysoką trzciną i papirusami. Kanały stworzone przez hipopotamy przecinają drogę w różnych kierunkach. Zachwycamy się widokami.




 Woda jest tak czysta, że ma się ochotę jej napić. Przewodnik opowiada wiele ciekawych faktów, jak to wszystko ma sens w tutejszej naturze. Jak powstają wysepki w okolicach, wpływ pogody i roślinności na tutejsze życie. Wszystko bardzo ciekawe. Spędzamy tak kilka godzin i zrelaksowani wracamy na obiad.
    Dzisiejszy posiłek jest w miejscu ogrodzonym drewnianymi palami z dużym ogniskiem na środku placu. Po wypiciu drinków, pracownicy tworzą chór, śpiewają, tańczą. Nie jest to profesjonalna grupa ale jest przyjemnie i czujemy atmosferę Afryki. Jedzenie znów bardzo smaczne. Niestety, towarzystwo nie jest najprzyjemniejsze. Czwórka grubasów, bardzo niezadowolonych z życia. Nawet się nie witają jak wszyscy inni. Matka z synem. Odwrotnie od tamtych. Nie przestają gadać, szczególnie syn, w wieku 20-tu kilku lat. Cały czas mówi o sobie. Wysuszona para z Belgii. Nie mają nic do powiedzenia, ale ona próbuje dołączyć się do towarzystwa, niestety nie potrafi. Ostatnia para z Kanady. Jest przyjemniejsza. Wszystkie wakacje (dwa, trzy razy do roku) spędzają na łowieniu ryb. Indie, Nowa Zelandia, Kuba, Peru, etc. Nawet nie mają aparatu fotograficznego, bo jak łowią ryby to im szkoda czasu na robienie zdjęć??!! Jeżeli oni są normalni to ja nie. Ale przynajmniej można z nimi porozmawiać na różne tematy (nie o rybach).
 
 
  

Sunday, November 25, 2012


  AFRYKAŃSKA PRZYGODA



 


    16 Listopad

   Tak wiele planów i wreszcie nadszedł czas na moją afrykańską przygodę. Od dziecka czytałem dziesiątki książek podróżniczych, nawet kilka na raz, co bardzo denerwowało mamę. Kiedyś było to tylko marzenie. Minęło wiele lat i wyruszamy na czarny ląd.
    Wylecieliśmy z NY wcześnie rano w czwartek 14 października. Pierwszy lot prowadzi nas do Republiki Południowej Afryki. Szesnaście godzin w jednym niewygodnym siedzeniu. Nie było jednak tak źle. Obejrzałem kilka filmów, pospałem, trochę się wynudziłem i po przebyciu 13000 kilometrów, wylądowaliśmy w Johannesburgu. Tam 3 godziny oczekiwania na następny samolot i kolejny lot, tylko 2 godziny.
    Lądujemy na lotnisku w Maun, Botswana. Teraz czuję, że jesteśmy w Afryce. Gorąco i sucho, 38 stopni Celsjusza. Jeden budynek wielkości naszej remizy strażackiej. W drzwiach podano nam karteczki do wypełnienia. Jest to podanie o wizę. Ustawiamy się w kolejce. Około 50 osób.
   Tutaj wiadomo, że jesteśmy coraz dalej od cywilizacji. Jedyny urzędnik, przegląda każdego podanie i wbija stempel z wizą do Botswany. Po 1.5-rej godzinie stania, wpuszczają nas przez bramkę i okazuje się, że to prawie koniec portu lotniczego. Za bramką leżą walizki i zaraz za nimi drzwi. Wyjście na zewnątrz.
    Spotykamy naszego przewodnika. Odbiera nas, zabiera walizki. Grupa 50 osób dzieli się na grupki i każda wylatuje innym, malutkim samolotem w kierunku swoich obozów. My dostajemy się do największego, bo aż na 8 osób. Wciskamy się do środka. Siedzę za pilotem. Okazuje się, że to ten sam, który nas przywitał i odbierał nasze walizki. Wylatujemy i jestem zaskoczony, że się nie boję. Czuję się bezpieczniej niż w tych wielkich.

    Pierwsze lądowanie na lotnisku z ubitego piachu. Przy pasie startowym stoi żyrafa. Wysiada dwóch pasażerów. Start i następne lądowanie. Jesteśmy na miejscu. Dwadzieścia cztery godziny. Zmęczeni ale szczęśliwi. Odbiera nas TM (to jest jego imię, mówi się Ti-em).
    Wsiadamy w wielkiego Land Rover i udajemy się do naszego obozowiska. Drogi to dwie koleiny w suchym piachu. Po godzinie przebijania się przez tą niesamowitą drogę, zjawiamy się w Kwetsani Camp.
    Pierwsze miłe zaskoczenie. Miejsce jest urocze, cudowne. Zbudowane na wysepce. Inaczej. Na wyspie w ciągu 5 miesięcy. tereny te zalane są całkowicie od maja do września. Teraz, wody są tylko w rzeczkach. Cały Camp składa się z pięciu domków, czyli maksymalnie może tu być tylko 10-u gości. Oprócz tych domków, jest główny budynek (raczej drewniany namiot) gdzie znajduje się bar, pomieszczenie na relaks, jadalnia, mały basen. Wszystko to zbudowane jest 2 do 3-ech metrów nad ziemią, wokół olbrzymich drzew i wsparte drewnianymi palami. Domki są luksusowe, jak na miejsce w którym jesteśmy. Obite siatkami i materiałami wodoodpornymi. Łazienka, toaleta, sypialnia. Niczego nie brakuje. Nawet jest prąd elektryczny, wytwarzany przez generatory.







     Po rozpakowaniu poszliśmy coś zjeść. Wiesia wróciła do domku odpocząć a ja i jeszcze jeden mężczyzna z Anglii oraz przewodnik, udaliśmy się na pierwsze wycieczkę po okolicy.
    Tereny są płaskie, porośnięte trawą i niewysoką roślinnością. Można chyba nazwać to sawanną. Wszędzie widać małe wysepki drzew i wyższych krzewów. Spotykamy po drodze olbrzymie ilości antylop, kilka słoni. Szybko zrobiło się ciemno i musimy wracać.




    Wieczorem w uroczym zakątku, ognisko, piwo, wino i idziemy spać.

     17 Listopad
   Budzą nas o 5 rano. TM stoi za domkiem i woła: pobudka. Najpierw cicho, coraz głośniej. Ma stać i wołać do momentu kiedy się obudzimy. Szybkie śniadanie i wyjeżdżamy na safari. Szukamy lwów. TM znajduje świeże ślady. Jedziemy za tym tropem. Mijamy po drodze różną zwierzynę. Słonie, guźsce, antylopy, ptaki.


Niestety nie możemy dogonić lwów. Ślady prowadzą na inną wysepkę, ale tam nie mogliśmy przebić się naszym pojazdem. Muszę tu napisać, że Land Rover jest niesamowity na te tereny. Jeździmy po piachach, błocie, wodzie powyżej metra głębokości a ten ani razu się nie zakopał.
    W połowie drogi zatrzymujemy się na kawę i ciasteczko.



 Po krótkim pikniku, wracamy do bazy. Idąc do naszego domku, po dróżce zbudowanej nad ziemią, spotykamy dziesiątki małp - pawiany. Są wszędzie. Najbrzydsza zarazem najładniejsza, jest mała małpka, która urodziła się 3 tygodnie temu. Nasz przewodnik obserwował cały poród, który odbył się na tej dróżce po której idziemy.



    Odpoczynek. Za gorąco, żeby coś robić. Czterdzieści stopni Celsjusza. O godzinie 10:30 jemy lunch i idziemy na basen. Relaks, opalanie.


 Następny wypad ma być o 4-tej po południu, jak się trochę ochłodzi.
    Pierwsze wrażenia.
   Cisza. Słyszy się rzeczy na które nie zwracamy uwagi w powszedni dzień. Wiatr, szum liści, śpiewy ptaków.
    Zapachy. Tego się nie da opisać. Przyjemnie jest wciągać głęboko powietrze i się nim zachwycać.
    Małe wysepki roślinności. Mają jedno podobieństwo. W środku każdej, znajduje się kopiec termitów. Zapytałem się przewodnika co to oznacza. Termity budują swoje domki (termitiery) na otwartych terenach. Przez lata ptaki i inne zwierzęta, przychodzą w te miejsca, ponieważ są one ich przysmakiem. Przenoszą ze sobą nasiona drzew i krzewów. Tak więc wokół tych kopców, zaczęły tworzyć się małe oazy.


    Przyroda jest niezniszczalna. Jest tu dużo pożarów. Zresztą ciągle widać dymy na horyzoncie. Spotykamy wszędzie wypalone tereny. Niektóre, wysokie palmy, mają czarne opalone pnie ale góra jest dalej zielona. Z tych całkowicie spalonych, wyrastają nowe. I tak czarne wypalone wysepki, pokryte są wszędzie nową zielenią.


    Wieczorem można obserwować zwykłe, nie deszczowe chmury, w których wewnątrz następują wyładowania i błyskawice przebiegają z jednej strony na drugą.
    Jestem tym wszystkim zafascynowany. Wiesia odpoczywa a ja siedzę na zewnątrz i przyglądam się każdej roślince, każdemu stworzeniu. Pochłaniam to jak najsilniejszy narkotyk. Cieszę się, że mogę tu być. Nawet nie smaruję się przeciw komarom. Niech sobie popiją mojej krwi. Po to tutaj jestem.
    Po odpoczynku, zbieramy się o 16-tej. Wczorajsi goście zniknęli a zjawili się nowi. Wszyscy amerykanie. Wsiadamy w nasz pojazd i po 15 minutach dobijamy do miejsca, gdzie zacumowane są łodzie motorowe. Tym razem będziemy poruszać się po wodzie. Średnia głębokość - 1 metr. Są też miejsca głębsze. Wszystko zarośnięte jest trzcinami, trawami i słynnym papirusem z którego Egipcjanie wytwarzali papier. Płyniemy wąskimi przesmykami, stworzonymi przez hipopotamy. Niesamowite wrażenie. Znów pełno ptaków. Niektóre w przepięknych kolorach.


    Dopływamy do jednego z głębszych miejsc. Znajdujemy się w towarzystwie Hipo. Łódź się zatrzymuje. Zostajemy natychmiast zauważeni. Hipo zanurza się i wypływając, pokazuje nam, że nie jesteśmy tu mile widziani.


 Chowa się pod wodę i po chwili wynurza się gwałtownie, otwierając paszczę, pokazuje zęby. Stoimy dalej bez ruchu i on powoli się uspakaja. Po kilkunastu minutach obserwacji jego popisów w nurkowaniu, udajemy się w dalszą drogę. Dobijamy do następnej głębokiej wody. Tym razem cała rodzina. Matka z dzieckiem odpływa na bezpieczną odległość a ojciec pokazuje swoje niezadowolenie. Znów czas na obserwację.
    Zaczyna zachodzić słońce i otaczające nas tereny zmieniają swoje barwy.


Zaczynamy powrót. Po obrocie łodzi, natychmiast się zatrzymujemy. Cała rodzina słoni, przechodzi przez kanał, którym się tutaj  dostaliśmy. Pierwsza szła słonica a najmłodsze potomstwo trzymając ją za ogon szło w jej ślady. Później czwórka w różnym wieku. Na końcu, duży słoń. Zatrzymuje się co kilkadziesiąt metrów. Daje sygnał. Rodzina staje się w bezruchu. On podnosi trąbę, węszy, sprawdza czynie ma jakiegoś niebezpieczeństwa i wszyscy ruszają dalej. Po tej defiladzie wypłynęliśmy w nasz kanał i wróciliśmy do obozu, Czas na prysznic, przebranie i obiad. Jedzenie jak zwykle bardzo smaczne. Kilka kieliszków wina i spać. 


Sunday, November 11, 2012

Niedziela 11 Listopad



   Jesteśmy po zabawie. Nie mogę dużo pisać, bo utrudnione jest to przez mój stan fizyczny, czyli po prostu KAC. Ręce się trzęsą, mózg ma trudności porozumienia się z ciałem. Chciałem jednak pokazać kilka zdjęć a wiadomo, że następne dwa tygodnie będę w miejscu, gdzie nie ma internetu, telefonu i często elektryczności. Afryka!
    Impreza udana i jak zwykle ostatnia para wyszła o 5:30 rano. Dzisiaj, od rana pełne sprzątanie ale jest tego tak dużo, że nie ma możliwości skończenia w jeden dzień.

    Pogoda nam dopisała i było bardzo ciepło jak na ten czas. Było to dla nas bardzo ważne, bo ludzie mogli wychodzić na zewnątrz i nie było tłoku w sali tanecznej. Zamieszczam kilka zdjęć z dekoracjami naszego domu i nasze zdjęcia. Reszta po powrocie z safari.































To tylko część dekoracji. Wiele nie da się pokazać na zdjęciach. Oświetlenie, niektóre potworki wydawały przeróżne dźwięki. Na zewnątrz był zombie wychadzący z ziemi otoczony mgłą, wypuszczaną przez maszynę za nim. Inny nieboszczyk, też w oparach. I wiele innych drobniejszych rzeczy. Teraz możecie wyobrazić sobie ile czasu potrzeba na sprzątnięcie tego a dochodzi zniszczenie po imprezie, czyli porozlewane napoje, rozbite kieliszki, jedzenie. Niestety. Cena którą trzeba płacić za dobrą zabawę.







Thursday, November 8, 2012



   Po Huraganie „Sandy„


    Wszystko powoli wraca do normy. Przynajmniej dla większości z nas. Wielu ludzi niestety, walczyć będzie z problemami po huraganie przez wiele miesięcy. Mówię o tych co stracili bliskich, pozostali bez domów. Jest też tysiące innych, którzy w dalszym ciągu nie mają prądu a zrobiło się bardzo zimno. Sytuacja z benzyną też jest dużo lepsza. Dla mnie tym bardziej, ponieważ w New Jersey nie ma już problemów z jej dostaniem. Nowy Jork ma dalej kilkugodzinne kolejki.
    Zaczęliśmy więc relaksować się i myśleliśmy że już po kłopotach ale to byłoby za dobrze. Wczoraj przeszedł przez nasze tereny następny sztorm (bez nazwy). Wszyscy tu wiedzą, że wiadomość o nadchodzącym sztormie z kierunku północno-zachodniego nie jest dobra. Taki zaskoczył nas wczoraj. Zaczął sypać śnieg około14 godziny. Bardzo mokry, przyklejający się do wszystkiego. W ciągu kilku godzin warunki zmieniły się na prawdziwe, zimowe. Kiedy wychodziłem z pracy, około 15:30, drogi pokryte były cienką warstwą śniegu. Wstąpiłem do pobliskiego sklepu na pół godziny i po wyjściu, wiedziałem, że będą problemy z dojazdem do domu. Po drodze zabrałem Elaine i wyruszyliśmy w stronę New Jersey. Nie będę opisywał szczegółów. Powiem tylko, że drogę, którą pokonuję rano w 35 minut, przejechałem w ciągu 4.5 godzin. 
     Pokażę poniżej kilka zdjęć z okolic Nowego Jorku po huraganie „Sandy„. Zdjęcia jednak nie przekażą całej tragicznej sytuacji w jakiej znajdowali się mieszkańcy.
     Drzewa łamały się jak zapałki. Blokowały ulice, niszczyły domy.


   Tak wyglądało wiele miasteczek w pobliżu oceanu.

A tak było w ich wnętrzu.

Miasteczko Breezy Point, w pobliżu mojej budowy.

Kolega z pracy mieszka w pobliżu.

Wesołe miasteczko w mieście Seaside Heights, w którym bywaliśmy na plażach.

Dół Manhattanu.

Atalntic City. Tu spacerowaliśmy razem z Wami i karmiliśmy ptaki.


U kolegi w domu. Na górze lodówki widać granicę, dokąd sięgała woda.


Nowojorskie taksówki.

Ulica na której mieszka mój kolega.

Friday, November 2, 2012


       Piątek 2 Listopad 2012

 

    Nie mogę powiedzieć, że sytuacja się pogarsza, ale na pewno się nie polepsza. Zacznę od decyzji polityków. Jak zwykle, kiedy rząd decyduje sprawy nie układają się tak jak byśmy sobie tego życzyli. Nasz Bóg Bloomberg, znów podjął decyzję która jest bardzo kontrowersyjna. Nowy Jork zawsze próbuje udowodnić całemu światu, że nas nie można złamać. Nowojorczycy zawsze poradzą sobie nawet w tak trudnych sytuacjach i próbujemy żyć tak jak by nic się nie stało. Złudzenie. Ludzie przeżywają tragedie i zaczynają być bardzo rozgoryczeni i zmęczeni. Tak więc burmistrz postanowił, że coroczny maraton odbędzie się bez zmian, bo miasto potrzebuje pieniędzy a ta biegowa impreza przynosi duży zysk. Jak to wpływa na nasze życie? Wyścig ten ciągnie się 27 mil i przechodzi przez wszystkie dzielnice. 

   Policja, zamiast pomagać poszkodowanym, ludziom którzy stracili domy, szukających pożywienia i schroniska, rabowanym przez ciemne elementy - zajmuje się przygotowaniem maratonu i blokadami ulic. Na skrzyżowaniach, ulicach rozstawiane są olbrzymie generatory, dostarczające prąd dla sędziów, organizatorów. Gdyby je zainstalować na stacjach benzynowych, tysiące ludzi mogło by dostać paliwo i móc dojechać do pracy, szpitali, sklepów z żywnością. Załogi elektryków naprawiają linie w okolicach trasy biegu, zamiast koncentrować się na miejscach, gdzie ludzie tego najwięcej potrzebują. Woda i jedzenie, dostarczane są do organizatorów biegu na jutrzejszą imprezę a w radiu słyszymy codziennie jak ludzie błagają o dostarczenie tego do ich miejsc, bo nic nie mogą dostać w swoich okolicach. Ale wydaje się, że to nie jest najważniejsze dla naszego króla! Niech świat wie, My Nowojorczycy jesteśmy silni i prężni. Nic nas nie złamie. Bawimy się nawet jak przeżywamy tragedie. Super Heros! 

    Wczoraj dzwoniłem do firmy, która odpowiedzialna jest za naprawy systemów kabli elektrycznych w naszych okolicach. Dowiedziałem się, że część (jaka część?) z nich została wysłana do dużych dzielnic jak Brooklyn, Manhattan. Pytam się ilu pracuje w naszych okolicach. Nie chcieli mi odpowiedzieć. Wtedy im powiedziałem (bo to prawda), że objechałem 7 okolicznych miasteczek i nie spotkałem jednego pracującego elektryka. Ani jedno złamane drzewo nie zostało usunięte z dróg. Co dziesiąta ulica jest zamknięta. Pamiętajcie, że jest u nas przepis, który nie pozwala właścicielom domów pracy przy drzewach, które leżą na kablach elektrycznych. Prywatni ludzie oczyszczają wszystko, co jest wolne od kabli, a te inne czekają na elektryków, których nie ma. 

    Czego się też dowiedziałem, to jest to, że nikt nie wie kiedy to się skończy. Bo jak mają wiedzieć, kiedy nikt tu nie pracuje? Przyszłość jest więc za mgłą. To może ciągnąć się tygodniami. 

    Najgorsze jest oczekiwanie, bezczynność. W pracy walczę z problemami. Ludzie nie mogą dojechać do pracy z powodu braku paliwa. Nigdy nie wiem ilu się zjawi. Codzienna praca miesza się z dodatkową przy oczyszczaniu i naprawie uszkodzeń po huraganie. Później powrót do domu i nic. Ciemno, zimno, nudno.  Nieraz się mówiło, że kiedyś ludzie byli inni. Dużo czytali, interesowali się wieloma sprawami a teraz nic. Tacy bezmyślni. Tylko komputery. Teraz wracam do domu i czytam książki. No więc proste wytłumaczenie. Kiedyś się czytało, bo nie było nic innego do roboty. Książki były jedynym pomostem przenoszącym nas to innego świata - przygód, tajemniczości, dramatu, miłości. Nie było telewizji, kiepskie radio, brakowało często światła. Książki były naszym życiem. Teraz mamy za dużo innych przyjemności a czytanie zmusza nas do większego wysiłku i idziemy na łatwiznę. Oglądamy telewizję, bawimy się komputerem. A ja wróciłem do młodych lat i czytam. Może nie z własnego wyboru ale czytam.

     W samochodzie mam benzyny na jeden dzień, może trochę więcej. Jak się coś nie zmieni to nie wiem czy będę mógł dojechać do pracy. Jak nie podłączą prądu, muszę odwołać naszą halloweenową imprezę. Za dwa tygodnie wylatujemy do Afryki a nie mogę odebrać pastylek na malarię, bo moja apteka jest nieczynna. Wiesi praca jest całkowicie zamknięta, bo część Manhattanu w której ona pracuje jest dalej bez prądu i częściowo pod wodą. Elaine szkoła zamknięta i nie może dostać się do swojego lekarza bo też zamknięci. W domu jem różne dziwne rzeczy z puszek. Mam dużo wody i gaz, czyli gorącą herbatę. Ponieważ mam gorącą wodę, biorę prysznic codziennie (a wolę chodzić brudny, jak prawdziwy mężczyzna) bo się ogrzewam. A inaczej muszę siedzieć zawinięty w koc. Tak mijają mi ostatnie dni i wygląda, że jeszcze wiele takich mnie czeka. Może trzeba spojrzeć na to inaczej. Nie straciłem domu, nikomu nic się nie stało, mam pracę, niedługo wakacje, mogę się wyspać. Życie jest piękne!

Thursday, November 1, 2012


Czwartek  1 Listopad 2012

 

Te dni będą zapisane w historii Nowego Jorku i będzie się długo na ten temat rozmawiało. Spróbuję szybko opisać sytuację, ponieważ jestem w pracy a w domu nie ma prądu i nie mam możliwości dostania się do internetu.
    Wiedzieliśmy o nadchodzącym huraganie i NY był przygotowany na jego uderzenie. Wiele miasteczek było ewakuowanych i wszyscy czekaliśmy na to co się stanie. Nikt jednak nie przewidział wszystkich konsekwencji „Sandy„, bo takie dostał imię. Wieczorem w poniedziałek, siedzieliśmy w domu i nerwowo obserwowałem wyginające się drzewa. Nie bałem się o to, że mogą złamać się i zniszczyć nasz dom, bo wiatr wiał w korzystnym dla nas kierunku i nawet gdyby jakieś wyrwało z ziemi to nie na nasz dom. Prawdę mówiąc, nawet by nam pasowało, żeby kilka z nich padło, bo nam blokują słońce. Na naszej ulicy nic się jednak nie stało i wszystkie domu przetrwały bez uszkodzeń. Byłem w kontakcie ze znajomymi i wiedziałem, że dom po domu zostaje odcięty od prądu elektrycznego. My wytrwaliśmy do 22 wieczorem. Widziałem przez okna jak strzelały transformatory i kiedy jeden z nich ulicę obok wystrzelił, zgasło u nas światło.
   Jak zwykle, byłem dobrze przygotowany i miałem latarki, świeczki, radio, etc. Dziewczyny poszły spać a ja wysłuchiwałem wiadomości do 24-tej. Nic się nie zmieniało, więc poszedłem spać.

     Rano o 4:30, wstałem i ruszyłem do pracy. Wiadomości w radiu nie były pocieszające. Musiałem jednak jechać, bo podawali, że Belt Pkwy (który buduję) jest zamknięty dla ruchu i nieprzejezdny. Pierwszy problem to dostać się do autostrady. Wiele ulic było zamkniętych. Pozrywane kable, przewrócone drzewa. Objechałem wszystko i okazało się, że autostrada prowadząca do Mostu Washingtona też jest zamknięta. Musiałem jechać ulicami. W tym czasie wiedziałem już, że wszystkie mosty są zamknięte ale wiedziałem, że próbować. Kiedy tam dobiłem, wszystkie wjazdy były zablokowane. Szukałem jednak dalej i dostałem się na ostatni, zaraz przy moście. Też był zablokowany samochodem ale nikt w nim nie siedział. Powiedziałem sobie, pieprzyć to i objechałem blokadę. Za kilka sekund zobaczyłem goniący mnie samochód policyjny. Prawie mnie zaaresztowali, ale tłumaczyłem im dlaczego to robię i mnie puścili. Niestety musiałem wracać.
   Teraz zdałem sobie sprawę, że mam mało paliwa w samochodzie i nie wiem czy tak będę mógł długo manewrować. Stacje paliwa były pozamykane z powodu braku energii. Dopiero po godzinie, w jakimś miasteczku udało mi się znaleźć jedną stację, która miała światło i paliwo. Wracam więc do mostu i znów próbuję. Tym razem znalazłem policjanta z troszkę rozumu i po tłumaczeniach, pozwolił mi przejechać. Byłem na Bronksie.
    Dostałem się do następnego mostu, Whitestone Bridge. Tu już się nie dało przejechać. Jeden z policjantów nie chciał niczego słuchać. Przepuszczał swoich, pracowników miasta a mi mówił, że nie miał żadnych rozkazów, żeby przepuszczać budowlańców. Wracał mnie w drugim kierunku a ja objeżdżając autostradę wracałem w to samo miejsce i znów próbowałem. Dzwoniłem też do różnych ludzi, prosząc o pomoc. Wreszcie po 2 godzinach kręcenia się w kółko, policjant ten dostał telefon z kwatery głównej policji. Podali mu moje nazwisko i kazali przepuścić. Byłem tak zdenerwowany, że nie wytrzymałem i zbluzgałem go i ten zaczął mi wygrażać, że mnie nie przepuści. Wtedy powiedziałem mu, że nie ma problemu i niech oczekuje następnego telefonu, że stracił pracę. W końcu mnie przepuścił. Po pół godzinie byłem na budowie.
    Chciało mi się płakać. Moja budowa była zniszczona. Oczywiście główne mosty wytrzymały, ale wszystkie drobniejsze sekcje zostały całkowicie lub częściowo uszkodzone. Nie będę dużo o tym pisał a załączę kilka zdjęć.
 Tak wyglądała moja autostrada, kiedy tam dobiłem. Ocean podniesiony był 5 metrów ponad normalny poziom, plus fale. Woda przeszła ponad drzewami, siatkami, barykadami. Kiedy wody wracały, wszystkie te morskie chwasty i zanieczyszczenia, przyniesione z innych miejsc, zatrzymywane przez moje barykady i zostały na autostradzie i budwie . 
Łódź, która przepłynęła ponad drzewami po prawej i wylądowała na mojej budowie.
Dwa tymczasowe mosty, z których budowaliśmy ten główny. Pokryte były drewnianymi belkami, przymocowanymi do stali. Stały na nich betonowe barykady, stalowe zbrojenia, metalowe płyty. Wszystko zostało zmyte. Nie mamy pojęcia gdzie. Jedynie wiele z drewnianych bel zostało odnalezionych w pobliskiej przystani dla jachtów. Wiele łodzi zostało przez nie uszkodzonych.
Wszystkie te bariery, przymocowane były do drogi metalowymi prętami. Zdjęcie jest zrobione już po naprawie ale były one poprzewracane, przesunięte i blokowały całą autostradę. Ten odcinek drogi jest mniej więcej oddalony 1000 metrów od brzegu oceanu.     

     Wczoraj jechałem przez siedem pobliskich miasteczek. Nie ma jednego człowieka, który by tam pracował przy naprawach. Wszyscy są w ważniejszych miejscach. Metro jest zalane. Trzy główne tunele na Manhattan są zalane. Dół Manhattanu jest zalany. Nie mają też prądu. Rafinerie i główne fabryki przestały działać. Stacje benzynowe zostają zamykane. Brakuje paliwa. W sklepach brakuje żywności. Nie ma dostaw. Większość jest zamknięta z powodu braku prądu. Na Manhattan nie możne wjechać, jeśli nie ma w samochodzie minimum trzy osoby. Wszędzie leżą drzewa i nikt nie sprząta, bo pracują w ważniejszych punktach. Zdarzają się coraz częściej rabunki. Telefony działają, ale nie wszędzie i bardzo złe połączenia. Prawie jak wojna. Nie wiem co będzie jutro. Nawet nie będę mógł dojechać do pracy, bo nie ma benzyny.
     W sobotę miałem mieć Halloween Party. Oczywiście odwołane do następnej soboty i to też niepewne. Przygotowywałem je przez trzy tygodni i choć to nie jest najważniejsze to przykro.
Napiszę więcej później, bo muszę wracać do pracy.