Sunday, November 25, 2012


  AFRYKAŃSKA PRZYGODA



 


    16 Listopad

   Tak wiele planów i wreszcie nadszedł czas na moją afrykańską przygodę. Od dziecka czytałem dziesiątki książek podróżniczych, nawet kilka na raz, co bardzo denerwowało mamę. Kiedyś było to tylko marzenie. Minęło wiele lat i wyruszamy na czarny ląd.
    Wylecieliśmy z NY wcześnie rano w czwartek 14 października. Pierwszy lot prowadzi nas do Republiki Południowej Afryki. Szesnaście godzin w jednym niewygodnym siedzeniu. Nie było jednak tak źle. Obejrzałem kilka filmów, pospałem, trochę się wynudziłem i po przebyciu 13000 kilometrów, wylądowaliśmy w Johannesburgu. Tam 3 godziny oczekiwania na następny samolot i kolejny lot, tylko 2 godziny.
    Lądujemy na lotnisku w Maun, Botswana. Teraz czuję, że jesteśmy w Afryce. Gorąco i sucho, 38 stopni Celsjusza. Jeden budynek wielkości naszej remizy strażackiej. W drzwiach podano nam karteczki do wypełnienia. Jest to podanie o wizę. Ustawiamy się w kolejce. Około 50 osób.
   Tutaj wiadomo, że jesteśmy coraz dalej od cywilizacji. Jedyny urzędnik, przegląda każdego podanie i wbija stempel z wizą do Botswany. Po 1.5-rej godzinie stania, wpuszczają nas przez bramkę i okazuje się, że to prawie koniec portu lotniczego. Za bramką leżą walizki i zaraz za nimi drzwi. Wyjście na zewnątrz.
    Spotykamy naszego przewodnika. Odbiera nas, zabiera walizki. Grupa 50 osób dzieli się na grupki i każda wylatuje innym, malutkim samolotem w kierunku swoich obozów. My dostajemy się do największego, bo aż na 8 osób. Wciskamy się do środka. Siedzę za pilotem. Okazuje się, że to ten sam, który nas przywitał i odbierał nasze walizki. Wylatujemy i jestem zaskoczony, że się nie boję. Czuję się bezpieczniej niż w tych wielkich.

    Pierwsze lądowanie na lotnisku z ubitego piachu. Przy pasie startowym stoi żyrafa. Wysiada dwóch pasażerów. Start i następne lądowanie. Jesteśmy na miejscu. Dwadzieścia cztery godziny. Zmęczeni ale szczęśliwi. Odbiera nas TM (to jest jego imię, mówi się Ti-em).
    Wsiadamy w wielkiego Land Rover i udajemy się do naszego obozowiska. Drogi to dwie koleiny w suchym piachu. Po godzinie przebijania się przez tą niesamowitą drogę, zjawiamy się w Kwetsani Camp.
    Pierwsze miłe zaskoczenie. Miejsce jest urocze, cudowne. Zbudowane na wysepce. Inaczej. Na wyspie w ciągu 5 miesięcy. tereny te zalane są całkowicie od maja do września. Teraz, wody są tylko w rzeczkach. Cały Camp składa się z pięciu domków, czyli maksymalnie może tu być tylko 10-u gości. Oprócz tych domków, jest główny budynek (raczej drewniany namiot) gdzie znajduje się bar, pomieszczenie na relaks, jadalnia, mały basen. Wszystko to zbudowane jest 2 do 3-ech metrów nad ziemią, wokół olbrzymich drzew i wsparte drewnianymi palami. Domki są luksusowe, jak na miejsce w którym jesteśmy. Obite siatkami i materiałami wodoodpornymi. Łazienka, toaleta, sypialnia. Niczego nie brakuje. Nawet jest prąd elektryczny, wytwarzany przez generatory.







     Po rozpakowaniu poszliśmy coś zjeść. Wiesia wróciła do domku odpocząć a ja i jeszcze jeden mężczyzna z Anglii oraz przewodnik, udaliśmy się na pierwsze wycieczkę po okolicy.
    Tereny są płaskie, porośnięte trawą i niewysoką roślinnością. Można chyba nazwać to sawanną. Wszędzie widać małe wysepki drzew i wyższych krzewów. Spotykamy po drodze olbrzymie ilości antylop, kilka słoni. Szybko zrobiło się ciemno i musimy wracać.




    Wieczorem w uroczym zakątku, ognisko, piwo, wino i idziemy spać.

     17 Listopad
   Budzą nas o 5 rano. TM stoi za domkiem i woła: pobudka. Najpierw cicho, coraz głośniej. Ma stać i wołać do momentu kiedy się obudzimy. Szybkie śniadanie i wyjeżdżamy na safari. Szukamy lwów. TM znajduje świeże ślady. Jedziemy za tym tropem. Mijamy po drodze różną zwierzynę. Słonie, guźsce, antylopy, ptaki.


Niestety nie możemy dogonić lwów. Ślady prowadzą na inną wysepkę, ale tam nie mogliśmy przebić się naszym pojazdem. Muszę tu napisać, że Land Rover jest niesamowity na te tereny. Jeździmy po piachach, błocie, wodzie powyżej metra głębokości a ten ani razu się nie zakopał.
    W połowie drogi zatrzymujemy się na kawę i ciasteczko.



 Po krótkim pikniku, wracamy do bazy. Idąc do naszego domku, po dróżce zbudowanej nad ziemią, spotykamy dziesiątki małp - pawiany. Są wszędzie. Najbrzydsza zarazem najładniejsza, jest mała małpka, która urodziła się 3 tygodnie temu. Nasz przewodnik obserwował cały poród, który odbył się na tej dróżce po której idziemy.



    Odpoczynek. Za gorąco, żeby coś robić. Czterdzieści stopni Celsjusza. O godzinie 10:30 jemy lunch i idziemy na basen. Relaks, opalanie.


 Następny wypad ma być o 4-tej po południu, jak się trochę ochłodzi.
    Pierwsze wrażenia.
   Cisza. Słyszy się rzeczy na które nie zwracamy uwagi w powszedni dzień. Wiatr, szum liści, śpiewy ptaków.
    Zapachy. Tego się nie da opisać. Przyjemnie jest wciągać głęboko powietrze i się nim zachwycać.
    Małe wysepki roślinności. Mają jedno podobieństwo. W środku każdej, znajduje się kopiec termitów. Zapytałem się przewodnika co to oznacza. Termity budują swoje domki (termitiery) na otwartych terenach. Przez lata ptaki i inne zwierzęta, przychodzą w te miejsca, ponieważ są one ich przysmakiem. Przenoszą ze sobą nasiona drzew i krzewów. Tak więc wokół tych kopców, zaczęły tworzyć się małe oazy.


    Przyroda jest niezniszczalna. Jest tu dużo pożarów. Zresztą ciągle widać dymy na horyzoncie. Spotykamy wszędzie wypalone tereny. Niektóre, wysokie palmy, mają czarne opalone pnie ale góra jest dalej zielona. Z tych całkowicie spalonych, wyrastają nowe. I tak czarne wypalone wysepki, pokryte są wszędzie nową zielenią.


    Wieczorem można obserwować zwykłe, nie deszczowe chmury, w których wewnątrz następują wyładowania i błyskawice przebiegają z jednej strony na drugą.
    Jestem tym wszystkim zafascynowany. Wiesia odpoczywa a ja siedzę na zewnątrz i przyglądam się każdej roślince, każdemu stworzeniu. Pochłaniam to jak najsilniejszy narkotyk. Cieszę się, że mogę tu być. Nawet nie smaruję się przeciw komarom. Niech sobie popiją mojej krwi. Po to tutaj jestem.
    Po odpoczynku, zbieramy się o 16-tej. Wczorajsi goście zniknęli a zjawili się nowi. Wszyscy amerykanie. Wsiadamy w nasz pojazd i po 15 minutach dobijamy do miejsca, gdzie zacumowane są łodzie motorowe. Tym razem będziemy poruszać się po wodzie. Średnia głębokość - 1 metr. Są też miejsca głębsze. Wszystko zarośnięte jest trzcinami, trawami i słynnym papirusem z którego Egipcjanie wytwarzali papier. Płyniemy wąskimi przesmykami, stworzonymi przez hipopotamy. Niesamowite wrażenie. Znów pełno ptaków. Niektóre w przepięknych kolorach.


    Dopływamy do jednego z głębszych miejsc. Znajdujemy się w towarzystwie Hipo. Łódź się zatrzymuje. Zostajemy natychmiast zauważeni. Hipo zanurza się i wypływając, pokazuje nam, że nie jesteśmy tu mile widziani.


 Chowa się pod wodę i po chwili wynurza się gwałtownie, otwierając paszczę, pokazuje zęby. Stoimy dalej bez ruchu i on powoli się uspakaja. Po kilkunastu minutach obserwacji jego popisów w nurkowaniu, udajemy się w dalszą drogę. Dobijamy do następnej głębokiej wody. Tym razem cała rodzina. Matka z dzieckiem odpływa na bezpieczną odległość a ojciec pokazuje swoje niezadowolenie. Znów czas na obserwację.
    Zaczyna zachodzić słońce i otaczające nas tereny zmieniają swoje barwy.


Zaczynamy powrót. Po obrocie łodzi, natychmiast się zatrzymujemy. Cała rodzina słoni, przechodzi przez kanał, którym się tutaj  dostaliśmy. Pierwsza szła słonica a najmłodsze potomstwo trzymając ją za ogon szło w jej ślady. Później czwórka w różnym wieku. Na końcu, duży słoń. Zatrzymuje się co kilkadziesiąt metrów. Daje sygnał. Rodzina staje się w bezruchu. On podnosi trąbę, węszy, sprawdza czynie ma jakiegoś niebezpieczeństwa i wszyscy ruszają dalej. Po tej defiladzie wypłynęliśmy w nasz kanał i wróciliśmy do obozu, Czas na prysznic, przebranie i obiad. Jedzenie jak zwykle bardzo smaczne. Kilka kieliszków wina i spać. 


Sunday, November 11, 2012

Niedziela 11 Listopad



   Jesteśmy po zabawie. Nie mogę dużo pisać, bo utrudnione jest to przez mój stan fizyczny, czyli po prostu KAC. Ręce się trzęsą, mózg ma trudności porozumienia się z ciałem. Chciałem jednak pokazać kilka zdjęć a wiadomo, że następne dwa tygodnie będę w miejscu, gdzie nie ma internetu, telefonu i często elektryczności. Afryka!
    Impreza udana i jak zwykle ostatnia para wyszła o 5:30 rano. Dzisiaj, od rana pełne sprzątanie ale jest tego tak dużo, że nie ma możliwości skończenia w jeden dzień.

    Pogoda nam dopisała i było bardzo ciepło jak na ten czas. Było to dla nas bardzo ważne, bo ludzie mogli wychodzić na zewnątrz i nie było tłoku w sali tanecznej. Zamieszczam kilka zdjęć z dekoracjami naszego domu i nasze zdjęcia. Reszta po powrocie z safari.































To tylko część dekoracji. Wiele nie da się pokazać na zdjęciach. Oświetlenie, niektóre potworki wydawały przeróżne dźwięki. Na zewnątrz był zombie wychadzący z ziemi otoczony mgłą, wypuszczaną przez maszynę za nim. Inny nieboszczyk, też w oparach. I wiele innych drobniejszych rzeczy. Teraz możecie wyobrazić sobie ile czasu potrzeba na sprzątnięcie tego a dochodzi zniszczenie po imprezie, czyli porozlewane napoje, rozbite kieliszki, jedzenie. Niestety. Cena którą trzeba płacić za dobrą zabawę.







Thursday, November 8, 2012



   Po Huraganie „Sandy„


    Wszystko powoli wraca do normy. Przynajmniej dla większości z nas. Wielu ludzi niestety, walczyć będzie z problemami po huraganie przez wiele miesięcy. Mówię o tych co stracili bliskich, pozostali bez domów. Jest też tysiące innych, którzy w dalszym ciągu nie mają prądu a zrobiło się bardzo zimno. Sytuacja z benzyną też jest dużo lepsza. Dla mnie tym bardziej, ponieważ w New Jersey nie ma już problemów z jej dostaniem. Nowy Jork ma dalej kilkugodzinne kolejki.
    Zaczęliśmy więc relaksować się i myśleliśmy że już po kłopotach ale to byłoby za dobrze. Wczoraj przeszedł przez nasze tereny następny sztorm (bez nazwy). Wszyscy tu wiedzą, że wiadomość o nadchodzącym sztormie z kierunku północno-zachodniego nie jest dobra. Taki zaskoczył nas wczoraj. Zaczął sypać śnieg około14 godziny. Bardzo mokry, przyklejający się do wszystkiego. W ciągu kilku godzin warunki zmieniły się na prawdziwe, zimowe. Kiedy wychodziłem z pracy, około 15:30, drogi pokryte były cienką warstwą śniegu. Wstąpiłem do pobliskiego sklepu na pół godziny i po wyjściu, wiedziałem, że będą problemy z dojazdem do domu. Po drodze zabrałem Elaine i wyruszyliśmy w stronę New Jersey. Nie będę opisywał szczegółów. Powiem tylko, że drogę, którą pokonuję rano w 35 minut, przejechałem w ciągu 4.5 godzin. 
     Pokażę poniżej kilka zdjęć z okolic Nowego Jorku po huraganie „Sandy„. Zdjęcia jednak nie przekażą całej tragicznej sytuacji w jakiej znajdowali się mieszkańcy.
     Drzewa łamały się jak zapałki. Blokowały ulice, niszczyły domy.


   Tak wyglądało wiele miasteczek w pobliżu oceanu.

A tak było w ich wnętrzu.

Miasteczko Breezy Point, w pobliżu mojej budowy.

Kolega z pracy mieszka w pobliżu.

Wesołe miasteczko w mieście Seaside Heights, w którym bywaliśmy na plażach.

Dół Manhattanu.

Atalntic City. Tu spacerowaliśmy razem z Wami i karmiliśmy ptaki.


U kolegi w domu. Na górze lodówki widać granicę, dokąd sięgała woda.


Nowojorskie taksówki.

Ulica na której mieszka mój kolega.

Friday, November 2, 2012


       Piątek 2 Listopad 2012

 

    Nie mogę powiedzieć, że sytuacja się pogarsza, ale na pewno się nie polepsza. Zacznę od decyzji polityków. Jak zwykle, kiedy rząd decyduje sprawy nie układają się tak jak byśmy sobie tego życzyli. Nasz Bóg Bloomberg, znów podjął decyzję która jest bardzo kontrowersyjna. Nowy Jork zawsze próbuje udowodnić całemu światu, że nas nie można złamać. Nowojorczycy zawsze poradzą sobie nawet w tak trudnych sytuacjach i próbujemy żyć tak jak by nic się nie stało. Złudzenie. Ludzie przeżywają tragedie i zaczynają być bardzo rozgoryczeni i zmęczeni. Tak więc burmistrz postanowił, że coroczny maraton odbędzie się bez zmian, bo miasto potrzebuje pieniędzy a ta biegowa impreza przynosi duży zysk. Jak to wpływa na nasze życie? Wyścig ten ciągnie się 27 mil i przechodzi przez wszystkie dzielnice. 

   Policja, zamiast pomagać poszkodowanym, ludziom którzy stracili domy, szukających pożywienia i schroniska, rabowanym przez ciemne elementy - zajmuje się przygotowaniem maratonu i blokadami ulic. Na skrzyżowaniach, ulicach rozstawiane są olbrzymie generatory, dostarczające prąd dla sędziów, organizatorów. Gdyby je zainstalować na stacjach benzynowych, tysiące ludzi mogło by dostać paliwo i móc dojechać do pracy, szpitali, sklepów z żywnością. Załogi elektryków naprawiają linie w okolicach trasy biegu, zamiast koncentrować się na miejscach, gdzie ludzie tego najwięcej potrzebują. Woda i jedzenie, dostarczane są do organizatorów biegu na jutrzejszą imprezę a w radiu słyszymy codziennie jak ludzie błagają o dostarczenie tego do ich miejsc, bo nic nie mogą dostać w swoich okolicach. Ale wydaje się, że to nie jest najważniejsze dla naszego króla! Niech świat wie, My Nowojorczycy jesteśmy silni i prężni. Nic nas nie złamie. Bawimy się nawet jak przeżywamy tragedie. Super Heros! 

    Wczoraj dzwoniłem do firmy, która odpowiedzialna jest za naprawy systemów kabli elektrycznych w naszych okolicach. Dowiedziałem się, że część (jaka część?) z nich została wysłana do dużych dzielnic jak Brooklyn, Manhattan. Pytam się ilu pracuje w naszych okolicach. Nie chcieli mi odpowiedzieć. Wtedy im powiedziałem (bo to prawda), że objechałem 7 okolicznych miasteczek i nie spotkałem jednego pracującego elektryka. Ani jedno złamane drzewo nie zostało usunięte z dróg. Co dziesiąta ulica jest zamknięta. Pamiętajcie, że jest u nas przepis, który nie pozwala właścicielom domów pracy przy drzewach, które leżą na kablach elektrycznych. Prywatni ludzie oczyszczają wszystko, co jest wolne od kabli, a te inne czekają na elektryków, których nie ma. 

    Czego się też dowiedziałem, to jest to, że nikt nie wie kiedy to się skończy. Bo jak mają wiedzieć, kiedy nikt tu nie pracuje? Przyszłość jest więc za mgłą. To może ciągnąć się tygodniami. 

    Najgorsze jest oczekiwanie, bezczynność. W pracy walczę z problemami. Ludzie nie mogą dojechać do pracy z powodu braku paliwa. Nigdy nie wiem ilu się zjawi. Codzienna praca miesza się z dodatkową przy oczyszczaniu i naprawie uszkodzeń po huraganie. Później powrót do domu i nic. Ciemno, zimno, nudno.  Nieraz się mówiło, że kiedyś ludzie byli inni. Dużo czytali, interesowali się wieloma sprawami a teraz nic. Tacy bezmyślni. Tylko komputery. Teraz wracam do domu i czytam książki. No więc proste wytłumaczenie. Kiedyś się czytało, bo nie było nic innego do roboty. Książki były jedynym pomostem przenoszącym nas to innego świata - przygód, tajemniczości, dramatu, miłości. Nie było telewizji, kiepskie radio, brakowało często światła. Książki były naszym życiem. Teraz mamy za dużo innych przyjemności a czytanie zmusza nas do większego wysiłku i idziemy na łatwiznę. Oglądamy telewizję, bawimy się komputerem. A ja wróciłem do młodych lat i czytam. Może nie z własnego wyboru ale czytam.

     W samochodzie mam benzyny na jeden dzień, może trochę więcej. Jak się coś nie zmieni to nie wiem czy będę mógł dojechać do pracy. Jak nie podłączą prądu, muszę odwołać naszą halloweenową imprezę. Za dwa tygodnie wylatujemy do Afryki a nie mogę odebrać pastylek na malarię, bo moja apteka jest nieczynna. Wiesi praca jest całkowicie zamknięta, bo część Manhattanu w której ona pracuje jest dalej bez prądu i częściowo pod wodą. Elaine szkoła zamknięta i nie może dostać się do swojego lekarza bo też zamknięci. W domu jem różne dziwne rzeczy z puszek. Mam dużo wody i gaz, czyli gorącą herbatę. Ponieważ mam gorącą wodę, biorę prysznic codziennie (a wolę chodzić brudny, jak prawdziwy mężczyzna) bo się ogrzewam. A inaczej muszę siedzieć zawinięty w koc. Tak mijają mi ostatnie dni i wygląda, że jeszcze wiele takich mnie czeka. Może trzeba spojrzeć na to inaczej. Nie straciłem domu, nikomu nic się nie stało, mam pracę, niedługo wakacje, mogę się wyspać. Życie jest piękne!

Thursday, November 1, 2012


Czwartek  1 Listopad 2012

 

Te dni będą zapisane w historii Nowego Jorku i będzie się długo na ten temat rozmawiało. Spróbuję szybko opisać sytuację, ponieważ jestem w pracy a w domu nie ma prądu i nie mam możliwości dostania się do internetu.
    Wiedzieliśmy o nadchodzącym huraganie i NY był przygotowany na jego uderzenie. Wiele miasteczek było ewakuowanych i wszyscy czekaliśmy na to co się stanie. Nikt jednak nie przewidział wszystkich konsekwencji „Sandy„, bo takie dostał imię. Wieczorem w poniedziałek, siedzieliśmy w domu i nerwowo obserwowałem wyginające się drzewa. Nie bałem się o to, że mogą złamać się i zniszczyć nasz dom, bo wiatr wiał w korzystnym dla nas kierunku i nawet gdyby jakieś wyrwało z ziemi to nie na nasz dom. Prawdę mówiąc, nawet by nam pasowało, żeby kilka z nich padło, bo nam blokują słońce. Na naszej ulicy nic się jednak nie stało i wszystkie domu przetrwały bez uszkodzeń. Byłem w kontakcie ze znajomymi i wiedziałem, że dom po domu zostaje odcięty od prądu elektrycznego. My wytrwaliśmy do 22 wieczorem. Widziałem przez okna jak strzelały transformatory i kiedy jeden z nich ulicę obok wystrzelił, zgasło u nas światło.
   Jak zwykle, byłem dobrze przygotowany i miałem latarki, świeczki, radio, etc. Dziewczyny poszły spać a ja wysłuchiwałem wiadomości do 24-tej. Nic się nie zmieniało, więc poszedłem spać.

     Rano o 4:30, wstałem i ruszyłem do pracy. Wiadomości w radiu nie były pocieszające. Musiałem jednak jechać, bo podawali, że Belt Pkwy (który buduję) jest zamknięty dla ruchu i nieprzejezdny. Pierwszy problem to dostać się do autostrady. Wiele ulic było zamkniętych. Pozrywane kable, przewrócone drzewa. Objechałem wszystko i okazało się, że autostrada prowadząca do Mostu Washingtona też jest zamknięta. Musiałem jechać ulicami. W tym czasie wiedziałem już, że wszystkie mosty są zamknięte ale wiedziałem, że próbować. Kiedy tam dobiłem, wszystkie wjazdy były zablokowane. Szukałem jednak dalej i dostałem się na ostatni, zaraz przy moście. Też był zablokowany samochodem ale nikt w nim nie siedział. Powiedziałem sobie, pieprzyć to i objechałem blokadę. Za kilka sekund zobaczyłem goniący mnie samochód policyjny. Prawie mnie zaaresztowali, ale tłumaczyłem im dlaczego to robię i mnie puścili. Niestety musiałem wracać.
   Teraz zdałem sobie sprawę, że mam mało paliwa w samochodzie i nie wiem czy tak będę mógł długo manewrować. Stacje paliwa były pozamykane z powodu braku energii. Dopiero po godzinie, w jakimś miasteczku udało mi się znaleźć jedną stację, która miała światło i paliwo. Wracam więc do mostu i znów próbuję. Tym razem znalazłem policjanta z troszkę rozumu i po tłumaczeniach, pozwolił mi przejechać. Byłem na Bronksie.
    Dostałem się do następnego mostu, Whitestone Bridge. Tu już się nie dało przejechać. Jeden z policjantów nie chciał niczego słuchać. Przepuszczał swoich, pracowników miasta a mi mówił, że nie miał żadnych rozkazów, żeby przepuszczać budowlańców. Wracał mnie w drugim kierunku a ja objeżdżając autostradę wracałem w to samo miejsce i znów próbowałem. Dzwoniłem też do różnych ludzi, prosząc o pomoc. Wreszcie po 2 godzinach kręcenia się w kółko, policjant ten dostał telefon z kwatery głównej policji. Podali mu moje nazwisko i kazali przepuścić. Byłem tak zdenerwowany, że nie wytrzymałem i zbluzgałem go i ten zaczął mi wygrażać, że mnie nie przepuści. Wtedy powiedziałem mu, że nie ma problemu i niech oczekuje następnego telefonu, że stracił pracę. W końcu mnie przepuścił. Po pół godzinie byłem na budowie.
    Chciało mi się płakać. Moja budowa była zniszczona. Oczywiście główne mosty wytrzymały, ale wszystkie drobniejsze sekcje zostały całkowicie lub częściowo uszkodzone. Nie będę dużo o tym pisał a załączę kilka zdjęć.
 Tak wyglądała moja autostrada, kiedy tam dobiłem. Ocean podniesiony był 5 metrów ponad normalny poziom, plus fale. Woda przeszła ponad drzewami, siatkami, barykadami. Kiedy wody wracały, wszystkie te morskie chwasty i zanieczyszczenia, przyniesione z innych miejsc, zatrzymywane przez moje barykady i zostały na autostradzie i budwie . 
Łódź, która przepłynęła ponad drzewami po prawej i wylądowała na mojej budowie.
Dwa tymczasowe mosty, z których budowaliśmy ten główny. Pokryte były drewnianymi belkami, przymocowanymi do stali. Stały na nich betonowe barykady, stalowe zbrojenia, metalowe płyty. Wszystko zostało zmyte. Nie mamy pojęcia gdzie. Jedynie wiele z drewnianych bel zostało odnalezionych w pobliskiej przystani dla jachtów. Wiele łodzi zostało przez nie uszkodzonych.
Wszystkie te bariery, przymocowane były do drogi metalowymi prętami. Zdjęcie jest zrobione już po naprawie ale były one poprzewracane, przesunięte i blokowały całą autostradę. Ten odcinek drogi jest mniej więcej oddalony 1000 metrów od brzegu oceanu.     

     Wczoraj jechałem przez siedem pobliskich miasteczek. Nie ma jednego człowieka, który by tam pracował przy naprawach. Wszyscy są w ważniejszych miejscach. Metro jest zalane. Trzy główne tunele na Manhattan są zalane. Dół Manhattanu jest zalany. Nie mają też prądu. Rafinerie i główne fabryki przestały działać. Stacje benzynowe zostają zamykane. Brakuje paliwa. W sklepach brakuje żywności. Nie ma dostaw. Większość jest zamknięta z powodu braku prądu. Na Manhattan nie możne wjechać, jeśli nie ma w samochodzie minimum trzy osoby. Wszędzie leżą drzewa i nikt nie sprząta, bo pracują w ważniejszych punktach. Zdarzają się coraz częściej rabunki. Telefony działają, ale nie wszędzie i bardzo złe połączenia. Prawie jak wojna. Nie wiem co będzie jutro. Nawet nie będę mógł dojechać do pracy, bo nie ma benzyny.
     W sobotę miałem mieć Halloween Party. Oczywiście odwołane do następnej soboty i to też niepewne. Przygotowywałem je przez trzy tygodni i choć to nie jest najważniejsze to przykro.
Napiszę więcej później, bo muszę wracać do pracy.

Wednesday, October 3, 2012


        Środa, 3 Październik 2012



    Minęło wiele dni od ostatniego wejścia na moją stronę. Czas upływa w przyspieszonym tempie. Już czuć w powietrzu zapach Świąt Bożego Narodzenia.
    W pracy mam nieustające kłopoty. Wspominałem o moich terminach ukończenia mostu i na razie jestem kilka kroków do tyłu. Pracując w niesamowitym tempie, ukończyłem większość prac, tak jak zaplanowałem. I co z tego? Tym razem siły wyższe utrudniają mi życie. Prawie codziennie mamy deszcz. Wylewanie betonu na moim moście, rozłożone jest na 5 faz. Pierwsza, to jeden koniec mostu. Druga (drugi koniec), musi być rozpoczęta w ciągu maksymalnie 24-ech godzin po pierwszej. Chodzi o to, że wylewając takie ilości betonu, metalowe belki, które podtrzymują beton, zaczynają się wyginać. Przez jedną dobę, beton jest jeszcze elastyczny i zmieni kształt bez żadnych uszkodzeń. Po tym czasie, może zacząć pękać. Dlatego, jeżeli nie zdążymy w ciągu tych 24 godzin, musimy czekać 3 dni. Wtedy beton ma już wystarczającą wytrzymałość i wyginanie belek nie powoduje niszczenia betonu.
    Po wyczekaniu następnych 3 dni, wylewamy środkową część mostu. Następne 3 dni i 4 faza, czyli między środkiem i pierwszą. Ostatnia, między środkiem i drugą. Może trochę za dużo nudnych informacji dla Was, ale chciałem pokazać z czym walczę. Gdybym, miał dobrą pogodę, mógłbym skończyć wszystko w ciągu dwóch tygodni. Z powodu deszczy, może się to przeciągnąć do trzech lub czterech. A to przybliża mnie do następnego problemu, niskich temperatur. Kiedy spadnie poniżej 7 stopni Celsjusza, nie wolno nam kontynuować prac przy betonie. To może skazać nas na oczekiwanie wiosny a to już kryzys i strata bonusu dla firmy w wysokości 8 milionów dolarów. Wtedy, chociaż to nie jest moja wina, pozycja inż. Szumańskiego jest zagrożona. Męczę Was tymi szczegółami, bo jestem przytłoczony tym problemem.

     Po za pracą, nic ciekawego się nie wydarzyło. Jestem w trakcie przygotowań do naszej afrykańskiej przygody. Kupiłem kilka drobiazgów, jak safari kapelusze, kremy na komary, nowy obiektyw do aparatu fotograficznego. Byłem także u lekarza na szczepionkach. Okazuje się, że nie musieli straszyć igłą, lecz dali mi tabletki. Mam je zacząć brać dwa tygodnie przed wyjazdem.
    W tym samym czasie zacząłem prace nad organizacją corocznego Halloween Bal, w naszym domu. Wygląda na to, że będzie więcej ludzi niż zwykle. Na razie nikt nie zrezygnował, choć jeszcze 6 par nie odpowiedziało. Do naszej regularnej grupy doszło wielu nowych. Może być prawie 50 osób. Jak będzie bardzo zimno (deszcz, śnieg) i nikt nie będzie wychodził na zewnątrz, to nie mam pojęcia jak się wszyscy zmieścimy. Będą musieli siedzieć na zmiany w kiblach! Skończyłem nagrywanie nowej muzyki i filmu z poprzedniej imprezy.
    Taka jest u mnie tradycja, że na danej imprezie, wspólnie oglądamy film z poprzedniej. Dopiero później, pojawia się on na YouTube. Robię to po kilku godzinach od rozpoczęcia imprezy. Wszyscy po obejrzeniu jak dobrze się bawili poprzednim razem, dostają dodatkowej energii i po tej prezentacji zaczyna się prawdziwa zabawa. Zawsze trzeba coś zrobić żeby ludzie złapali bakcyla i rozpoczęli tańce. Moja metoda działa znakomicie.
    W ten weekend zacznę dekorować dom. Ciężka praca ale daje satysfakcję po ukończeniu.
    W ostatnią sobotę, byłem na imprezie u Indyków ( nawet nie wiem dlaczego tak na nich mówimy. To nie jest ich nazwisko. Jak ich poznałem tak ich nazywali). To jest ich coroczna zabawa, a główną atrakcją jest pieczona świnia (bardzo smaczna). Podobna do tej, którą ja mam dla swoich ludzi w pracy. Krótko mówiąc, byłem u Indyków na Świni.
    Tym razem byłem sam. Elaine uczyła się do egzaminu, a Wiesia musiała pracować. Nie zmieniło to faktu, że tradycyjnie byłem ostatnim gościem i dobiłem do domu po 4 rano. Przynajmniej tutaj (odwrotnie niż u Was) nikt mnie nie straszył policją, czekającą w krzakach z lizakami.




Czterech  żonatych mężczyzn w niedzielne przedpołudnie
 gra w golfa. Przy trzecim dołku jeden z nich mówi:
- Nie macie pojęcia co musiałem przejść,
żeby dzisiaj z wami zagrać.
Musiałem obiecać żonie, że w przyszły weekend
pomaluję cały dom.
Na to drugi: - To jeszcze nic, ja musiałem obiecać, 
że wykopię w ogródku basen...
Trzeci: - I tak macie dobrze...
Ja będę musiał przejść całkowity remont kuchni...
Czwarty z graczy nie odezwał się ani słowem,
ale oczywiście pozostali nie dali mu spokoju:
- A ty czemu nic nie mówisz?
Nie musiałeś nic
obiecać żonie żeby cię puściła?
- Nie - odparł czwarty.
 - Ja po prostu
nastawiłem budzik na 5:30 rano.
Gdy zadzwonił, to szturchnąłem żonę i spytałem:
"Seksik czy golfik?" W odpowiedzi usłyszałem:
 - Odpierdol się, kije są w szafie...

Wednesday, September 19, 2012




  
      Dzisiaj zacznę na luzie. Kilka ciekawostek, które ostatnio odkryłem na Internecie, lub dostałem od znajomych. Pierwszy film to trzy sztuczki wykonane przez Steve Frayne, magika z Anglii. Nie jestem zwariowany na punkcie czarnej magii, ale to jest coś więcej niż wyciąganie zajączka z kapelusza.



 
 
       Teraz coś innego. Jak nieraz można  pomylić się, oceniając coś lub kogoś, po wyglądzie zewnętrznym. Każdy ma coś szczególnego, co można cenić, nie zawsze ma jednak szansę, żeby się tym pochwalić. W tym przypadku ten gruby, brzydki chłopak, miał swój dzień. Przypatrzcie się reakcji widzów i prowadzących ten program przed występem i po rozpoczęciu!
 
 
                                                                
 
Jeszcze jeden trochę straszy ale zabawny. Bliźniaki w bardzo zaciętej dyskusji. Nie jestem pewien o czym!
                      
          
     W ostatnią sobotę, bawiliśmy się u naszych znajomych Ewy i Georga. Z Ewą znamy się od 31 lat, czyli od pierwszych dni pobytu w Stanach. To była ta osoba, która wraz z poprzednim mężem (jest po rozwodzie) przyjęła nas do swojego domu, nie znając nas. Poznaliśmy się w restauracji Kiev, w której później pracowaliśmy. Ona była tam kelnerką. Nasza organizacja, ( która dostała od rządu amerykańskiego pieniądze, żeby nam pomagać do chwili znalezienia pracy i mieszkania)  , wyrzuciła nas na ulicę. Gdyby nie pomoc Ewki i Mariusza, nie wiem, co by się z nami stało. Kilkanaście lat temu, Ewa poślubiła Georga. Mieszkają blisko nas w miasteczku Tenafly. Są bardzo zamożni, ale nie pokazują tego i dalej, po tylu latach jesteśmy przyjaciółmi.

     Zabawa trwała do czwartej rano i oczywiście ja z Wiesią, byliśmy ostatnią parą, która wyszła z imprezy. Na zabawie byli prawie sami Polacy, oprócz kilku par.  Wszyscy trochę wypili i Ci, co mniej, prowadzili samochody( nie tak jak u Was). Jak jestem u innych, nie chce mi się robić zdjęć. Wziąłem jednak ze sobą mały aparat fotograficzny, żeby był jakiś ślad po tym wieczorze.
            
                Pokój wypoczynkowy, prawie taki duży jak mój dom.
 
 
 
Przy kominku, na zewnątrz domu.
 
 
Ja i George
 
 
George z dziewczynami
 
 
W prawym górnym rogu, Ewa.
 
                
         

Friday, September 14, 2012

                    Afryka


 

    Dostałem dzisiaj wszystkie dokumenty na nasze następne wakacje i trochę o tym napisze. Wspominałem już, że planuję następną podróż w miejsce, o którym marzyłem przez długi czas. Zawsze jednak coś pokrzyżowało plany. Przeważnie strona finansowa. Tym razem jest już zaklepane. Nawet zdążymy przed końcem świata, bo mamy wylatywać w listopadzie a jak całemu światu wiadomo, nasz koniec wypisany jest na grudzień.
    Lecimy do Afryki na safari. Sam początek nie jest ciekawy, bo lot do Południowej Afryki ma trwać 16 godzin. Nie chcę o tym myśleć, bo 9 godzin do polski mnie męczy a tu prawie dwa razy tyle. W Johannesburgu przesiadamy się na inny samolot i lecimy 3 godziny do Botswany. To musimy jakoś przeżyć, ale później same przyjemności.
    Tak jak wspominałem, przyszła paczka z agencji, która to wszystko załatwia. W niej dwie ładne torby na podróż i wszelakie informacje o wycieczce. Po przeczytaniu, okazało się, że te torby, to maksymalny bagaż, jaki możemy ze sobą zabrać. Powodem są późniejsze przeloty małymi samolotami, które ograniczają wymiary i ciężar bagaży. I nie tylko, bo pasażerowie też muszą być w odpowiedniej formie, bo ważąc powyżej 100 kilo muszą w każdym samolociku, kupić dodatkowy bilet. Wtedy mogą sobie siedzieć na dwóch miejscach.
     Opisane są dokładnie stroje, które mamy zabrać i ich ilość. Zadzwoniłem do Wieśki i powiedziałem, żeby się przygotowała, bo będziemy brudni, spoceni, śmierdzący. Po prostu będzie to kilka koszulek i dwie pary spodni. Mam nadzieję, że będzie można coś, gdzieś wyprać. Już widzę siebie, tak jak dawno temu mama nad naszym golińskim „jeziorkiem„, nad jakimś wodnym zbiornikiem, wcierającym mydło w podkoszulki i potem suszącym je na trawie pod afrykańskim słońcem. Każą też szczepić się na malarię i muchy Tse-Tse. Fajnie jak piszą jak najlepiej uniknąć malarii. Nie pozwolić się ukąsić przez komary. Ha, ha. Ciekaw jestem jak to mamy zrobić. Czy strzelać z karabinu czy ubrać się tak, żeby nie widać było żadnej części ciała?

Jeżeli wieziemy dolary, to banknoty muszą być nowe i jeżeli są wydane przed 2008, nie są nigdzie przyjmowane. Mamy wziąć latarki (??) i inne drobiazgi. Najlepsze są jednak paragrafy o bezpieczeństwie i odpowiedzialności. Tak więc piszą:
- w miejscach kampingowych, będzie wiele zwierząt, żmij, wężów i innych owadów, które są groźne i mogą być bardzo niebezpieczne. My nie jesteśmy odpowiedzialni w razie wypadków albo śmierci. Great!!
- Nie chodzić nigdzie samemu, nawet do swojego namiotu. Czekać na przewodnika. Może być to niebezpieczne.
- Po wejściu do namiotu, nie opuszczać go do momentu powrotu przewodnika. ( A co się stanie jak przewodnika wsunie jakiś lew?)
- Na walizki proszę założyć kłódki, ale lepiej w nich nie trzymać, żadnych wartościowych rzeczy, bo mogą zostać ukradzione (nawet z kłódkami). My nie jesteśmy za to odpowiedzialni. Ciekaw jestem, czy podkoszulki w Afryce to wartościowa rzecz. Jak będę oddawał walizki to naciągnę na siebie wszystkie koszulki i spodnie a torbę zostawię pustą. Ale wtedy przekroczę 100 kilo limit.
I wiele innych wskazówek. Już teraz czuje się lepiej. No bo jak inaczej. Pomyślcie sobie.
     Jadę na wakacje, które kosztują mnie trzy razy więcej niż jakiekolwiek inne. Lecę w ciasnym samolocie 19 godzin.Kradną mi walizkę. Zostaję pogryziony przez komary i dostaję malarii. W nocy różne robale zagnieżdżają mi się w uszach, nosie. Gryzie mnie jakaś obrzydliwa żmija. Lew ma obiad z moje tłustej nóżki. Uciekając samochodem mamy wypadek. Za to wszystko nikt nie jest odpowiedzialny! Jedyne pocieszenie, że wracając do kraju, dają mi 25% zniżki na samolot, bo bez jednej nogi nie zajmuję tyle miejsca.
      Wracam do Afryki. Pierwsze miejsce, w którym będziemy to Kwetsani Camp. Znajduje się on na wyspie pokrytej palmami, drzewami figowymi. Jest tam pięć domków a jeden z nich ma być nasz. Będziemy tam trzy dni. Mają być wycieczki jeepami i także na jakiś łodziach. Szczegół oczywiście po wycieczce. Załączam tylko filmik i zdjęcia z tego Camp, które znalazłem w internecie.
Kliknijcie na pierwsze zdjęcie to zobaczycie filmik z safari w tym miejscu.
 

                                        
 
                  
      Później lecimy samolocikiem do Little Vumbura Camp. Tam też trzy dni. Też położony na małej wysepce. I tutaj tez filmik pod pierwszym zdjęciem.
 

                   
 
                                        
     Następny przelot. Tym razem do Zimbabwe. Nad wodospady Victoria Falls. Tu ma być trochę inaczej Ekskluzywny hotel, który położony jest zaraz przy wodospadach. W pierwszy dzień, po przylocie, mamy wieczorną wyprawę po rzece. Podobno jest tam piękny zachód słońca. Mają być krokodyle, hipopotamy etc. Na drugi dzień, rano wycieczka nad wodospady. A wieczorem safari na słonie. Następny dzień, to już powrót do domu. Czy musze powtarzac o kliknięciu ?
 
 
                               
        Jestem bardzo podniecony tą wyprawą. Mam nadzieję, że wszystko się dobrze ułoży. To znaczy z pogodą, spotkaniami ze zwierzętami, przelotami. Na pewno będę miał olbrzymią ilość zdjęć i filmów.