Tuesday, March 3, 2015

Straszenie podróżą do Indii.



    To już ostatni chyba raz piszę coś przed moim wyjazdem. Jestem w pełni gotowy do wyprawy. Niestety nie wiadomo jak nam to wypali, bo zapowiadają następne opady śniegu. Dzisiaj ma spaść 8 centymetrów i w dzień wyjazdu następne osiem. Może spowodować to opóźnienia w lotach. Zobaczymy. Nic na to poradzić nie można.
     Wszyscy wokół mnie mają dobrą zabawę w straszeniu. Każdy mam jakąś historię. Albo znajomy, który tam był, albo czytali coś w gazetach.  Nie bardzo się tym przejmuję.
      Przyjrzyjmy się co nam tam może grozić.
     Choroby. Od zwykłego zarazka w żołądku i „trzęsiawki” przez kilka dni i wymiotach, do poważniejszych jak tyfus, malaria, etc. A także zarażenia zalążkami robaków,  których jajka przenoszone są przez komary i muchy a   potem rosną sobie w naszym organizmie. Często o tym słychać. A robaczki te, rosną sobie nawet w naszych np. oczach, jak ten poniżej.


      Porwania dla pieniędzy. Mam nadzieję, że się na nas nie skuszą, bo Marian jest bardzo drobniutki i nikt na niego się nie skusi. Wieśka wczoraj opowiadała mi o takim jednym, który był trzymany przez dwa lata w malutkim pomieszczeniu. Tu np. turyści z różnych krajów, czekający na zapłacenie okupu.

     Loty samolotami w Indii. Nie wiadomo jaki jest ich stan techniczny no i piloci, też nie musza być najlepsi. A może polecimy czymś takim?


      Przejazdy pociągiem. Jeżeli w ogóle dostaniemy się do naszego wagonu, bo trochę ludzi na niego czeka..


To tez nie wiadomo jak dojedziemy.


    Przejeżdża rikszą, też może mieć swoje problemy, jeżeli będziemy musieli jechać z innymi pasażerami.


Lub, przy okazji naszej przejażdżki, kierowca będzie chciał coś dostarczyć do swojego domu.


     Żebyśmy nie musieli za długo przesiadywać w korkach ulicznych.


Które mogą być spowodowane także przez święte krowy.



Nadzieja, że ominą nas problemy z niedostatkiem wody. Tak jak w tej studni, gdzie jej zabrakło.

   Czy w najlepszym wypadku stracić tylko nogę lub rękę w planowanym spotkaniu z tygrysem.


Nie wspominając o przypadkowym spotkaniu terrorystów i w panice straceniu głowy.
       Wszystkim tym, którzy mnie straszą chyba pomogłem i teraz mogę poprosić o zostawienie mnie w spokoju i  cieszeniu się tym co może się nie zdarzy!
    Do usłyszenia po powrocie z Indii.   Bon Voyage, Have a nice trip. Przyjemnej podróży. 


Sunday, March 1, 2015

Rocznica ślubu Ewy I Georga

Cztery dni do wakacji, ale jeszcze raz zmuszony zostałem do odśnieżania. Spadło około 7 centymetrów. Jak skończyłem, to wszystko znów pokryte zostało nową warstwą. Wokół nas na ziemi leży dalej 60-70-cio centrymetrowa warstwa białego gówna. 
    Wczoraj poszliśmy do znajomych na obiad. Było nas 5 par. Jak się okazało, to ich rocznica ślubu.
Ewkę znamy od pierwszych dni pobytu w Stanach. Ona z mężem przyjęła nas do swojego mieszkania, kiedy znaleźliśmy się na ulicy. To już 34 lat minęło od tych dni. Pracowaliśmu razem w restauracji Kiev. Po kilku latach rozwiodła się z Mariuszem a później wyszła za Georga. I z nim właśnie obchodziła 26 rocznicę. George jest przemiłym człowiekiem. Jest biznesmenem z sukcesami. Najprościej nazwać to można że jest milionerem. Spotykamy się bardzo często, ale ani razu nie usłyszy się, żeby się tym chwalił. 
    Posiedzieliśmy w barze a później przeszliśmy do jadłodalni na obiad. Nie miałem aparatu, ale cyknąłem zdjęcie zastawionego stołu moim telefonem. 
 



    Po tym możecie sobie wyobrazić jak wygląda ich dom.
Posiedzieliśmy tam kilka godzin, wspominając stare czasy. Naśmialiśmy się z historii opowiadanych przez każdego z nas. Na zkończenie przeszliśmy do ich kina i tam obejrzeliśmy mój film z Afryki. Za miesiąc Mirka i Jacek udają się do jedengo z miejsc które my odwiedziliśmy. Botswana.
A Ewa i George myślą o podobnej wycieczce. Film zrobił wrażenie, bo dwie inne pary też zainteresowały się taką podróżą. 
   Po tym o 12:30 wróciliśmy do domu.
Przyjemnie spędzony wieczór.

Thursday, February 26, 2015

Jak to przeżyliśmy?


 
 Może sie powtarzam, ale warto na te nowe czasy ponarzekać, wspominając stare.

Dorastaliście w latach 60-tych, lub siedemdziesiątych...???

Jak, do cholery, udało się nam przeżyć??!!
     Samochody nie miały pasów bezpieczeństwa, ani zagłówków no i żadnych airbagów!!! Na tylnym siedzeniu było wesoło a nie niebezpiecznie.
     Łóżeczka i zabawki były kolorowe i z pewnością polakierowane farbami ołowiowymi lub innym śmiertelnie groźnym gównem. Lizało się to bez przerwy a często połykało przez pomyłkę. Niebezpieczne były puszki, drzwi samochodów, butelki od lekarstw i środków czyszczących były niezabezpieczone. Jak nie ołów to azbest.
Nie było karteczek z opisem jak coś używać, czego z tym nie wolno robić, czym to szkodzi. 

     Można było jeździć na rowerze bez kasku.



   Wodę piło się z węża ogrodowego lub innych źródeł, a nie za sterylnych butelek PET.
     Budowaliśmy szałasy. A ci, którzy mieszakali w pobliżu szosy na wzgórzu ustanawiali na rowerach rekordy prędkości, stwierdzając w połowie drogi, że rower z hamulcem był dla starych chyba za drogi...
.... Ale po nabraniu pewnej wprawy i kilku wypadkach ...panowaliśmy i nad tym (przeważnie)!
     Można się było bawić do upojenia, pod warunkiem powrotu do domu przed nocą. Nie było komórek.......   I nikt nie wiedział gdzie jesteśmy i co robimy!!!



     Paliło się ogniska i nikomu się nic nie stało, chyba, że kolega wrzucił tam odnaleziony granat.

    Chodziło się nad jeziora, stawy na kąpiele i jedyne uwagi od matki były: nie wracajcie za późno lub uważajcie, nie utopcie się.

    Szkoła trwała do południa i obiad jadło się w domu.
Nikt nas nie odprowadzał lub dowoził. 
Mieliśmy poobcierane kolana i łokcie........... Złamane kości, czasem wybite zęby, ale nigdy,NIGDY, nie podawano nikogo z tego powodu do sądu!
     Mało tego, po powrocie do domu z podbitym okiem, dostawało się jeszcze pasem od ojca.
     W szkołach nauczyciel na porządku dziennym miał specjalną linijkę, rózgę, którą często byliśmy karani. I nie wspominało się o tym rodzicom, bo nikt by nie szedł na skargę do szkoły z rządaniem wyrzucenia belfra ze szkoły. Odwrotnie, zostalibyśmy powtórnie ukarani za nieposłuszność w klasie.
NIKT nie był winien, tylko MY SAMI.
    Wcinaliśmy słodycze i pączki, piliśmy oranżadę z prawdziwym cukrem i nie mieliśmy problemów z nadwagą bo ciągle byliśmy na dworze i byliśmy aktywni.


     Piliśmy całą paczką oranżadę z jednej butli i nikt z tego powodu nie umarł. Po wypiciu butelki wracały one do rozlewni i po opłukaniu wodą, wypełniane tym samym napojem natychmiast wracały do sklepów.
    Nie mieliśmy Playstations, Nintendo 64, X-Boxes, gier wideo, 99 kanałów w TV , DVD i wideo, Dolby Surround, komórek, komputerów ani chatroom’ów w Internecie........
... lecz przyjaciół !  



      Mogliśmy wpadać do kolegów pieszo lub na rowerze, zapukać i zabrać ich na podwórko lub bawić się u nich, nie zastanawiając się, czy to wypada. Tam na zewnątrz, w tym okrutnym świecie!!! Całkiem bez opieki!
    Jak to było możliwe? Graliśmy w piłę na jedną bramę a jeśli kogoś nie wybrano do drużyny, to się wypłakał i już. Nie był to koniec świata ani traumy.
     Niektórzy nie byli dobrzy w budzie i czasami musieli powtarzać rok. Nikogo nie wysyłano do psychologa. Nikt nie był hiperaktywny ani dysklektykiem – po prostu powtarzał rok i to była jego szansa.
Mieliśmy wolność i wolny czas, klęski i sukcesy                              

... I uczyliśmy się dawać sobie radę


         Jak udało się nam przeżyć??? A przede wszystkim:

Jak mogliśmy rozwijać naszą osobowość???

Pewnie, można powiedzieć, że żyliśmy w nudzie, ale...

Kurwa, przecież byliśmy szczęśliwi !!!
    

Wednesday, February 25, 2015

Różnice miedzy Nowym Jorkiem a Polską.


      Dzisiaj mamy wiosnę. Jest minus 5 stopni Celsjusza. No ale ja już zacząłem odliczanie do odpalenia silników i rozpoczęcia wakacji. Został tylko tydzień.
    Kupując dzisiaj kawę, pomyślałem sobie o tym, czego by mi najwięcej brakowało, gdybym przeprowadził się na stale do polski. Oczywiście, będzie mnie to dotyczyło za kilka lat, kiedy według planów, będę tam przebywał przez wiele miesięcy każdego roku. Oczywiście moje porównania są odpowiednie do miejsc. Tutaj mieszkamy w wielkim mieście a w Polsce w większości będę w Golinie i okolicach, czyli troszeczkę mniejszej miejscowości.
-       Kawa!  To mój prawie nałóg. W pracy wszyscy wiedzą, że cały czas trzymam w ręku kubek z tym napojem. Nie wypijam więcej niż trzech do czterech dziennie, ale cały czas lubię mieć kubek w ręku. W Nowym Jorku każde nawet najmniejsze miejsce od sklepów spożywczych do restauracji ma kawę na wynos. Nie mówiąc o setkach miejsc specjalizujących się głównie w sprzedaży tego napoju jak Dunkin Donuts, Starbucks. W większości wypadków to także dobrej jakości kawa. W Polsce nie jest to jeszcze tak rozbudowane.
-       Służby ratunkowe, czyli Straż Pożarna, Policja, Pomoc medyczna. Jesteśmy tu rozpieszczeni ich sprawnością. U nas używa się numeru telefonu - 911. Jeżeli zgłasza się coś co zagraża życiu, pożar, poważny wypadek samochodowy, atak serca, etc., średnia czekania na pomoc to pięć minut. I zjawiają się wszyscy. Straż, karetka i policja. Kiedy jest to mniej naglące, może to potrwać trochę dłużej ale 15 minut to już bardzo długo.
-       Wszelkiego rodzaju pomoce domowe i naprawy. Od problemów jak pękniecie rurki z woda, braku prądu elektrycznego do mniej naglących, czyli drobnych napraw w domu. Mamy setki firm do wyboru i można zawsze znaleźć kogoś, kto pojawi się w ciągu pół godziny i pomoże w naszym zmartwieniu.
-       Serwisy jak telewizja kablowa, telefon domowy, Internet. Chcesz zmienić firmę? Oni są w siódmym niebie. Jeżeli nie w ten sam dzień to na drugi przychodzą i zmieniają Ci sprzęt i połączenie.
-       Posiłki. Wiadomo, że sytuacja ekonomiczna spowodowała, że coraz więcej kobiet pracuje zawodowo i w takim wypadku coraz mniej przygotowuje posiłki w domach. Przyzwyczailiśmy się do kupowania obiadów na wynos. Nowojorczycy uwielbiają chodzić do restauracji. I mamy tutaj tego w nieobliczalnych ilościach. Nie tylko, że lokale są wszędzie ale mamy ich niesamowity wybór. Jeżeli komuś się zachce zjeść jedzenie z Maroka, Wietnamu i każdego innego kraju to ma taką możliwość. A jeśli zdecyduje się na więcej popularne, Meksykańskie, Włoskie, Chińskie, Greckie i wiele innych to są one na wyciagnięcie ręki.
-     Drogi. Nie zawsze są najlepszej jakości. Olbrzymi ruch,  zmienna pogoda,                                                    ciągłe usprawnianie linii znajdujących się pod nawierzchniami zmuszają nas   do ciągłych ich napraw. Ale z każdego miejsca do wybranego celu mamy drogi szybkiego ruchu. W ten sposób odległości mało znaczą.
Przejazd przez kilka ulic, wjazd na autostradę i szybki dojazd do celu.
To w Polsce się ostatnio poprawia. Ale tylko w wypadku połączeń między miastami. Natomiast już wewnątrz Warszawy, Poznania, trzeba poruszać się tylko ulicami.
-       Sklepy. W Polsce powstało już wiele Centrów Handlowych. Z tego co widziałem, w większości to skupisko wielu mniejszych sklepów ze zwariowanymi cenami. Tutaj jest olbrzymia ilość dużych pawilonów z bardzo niskimi cenami. Są takie jak Century 21, gdzie można znaleźć produkty, ubrania najsławniejszych firm ale po niskich cenach. Są takie jak Wal-Mart, Target, K-Mart gdzie można dostać wszystko po bardzo niskich cenach ale nie zawsze są one dobrej jakości. Mamy po prostu olbrzymi wybór. Chcesz wejść do sklepu na ulicy obok i kupić natychmiast telewizor. Nie ma problemu. Dostaniesz go za 2,000 dolarów. Pojedziesz dalej, znajdziesz ten sam odbiornik za 1400. Oczywiście wybór mamy też dużo większy. Jest to przecież stolica świata i mieszka tu miliony ludzi. Nie mówiąc już o internetowym sklepie – Amazon. Ja już prawie przestałem kupować w normalnych marketach. Nieraz wchodzę do sklepu, oglądam co mi się podoba. Wracam do domu, wchodzę na komputer i kupuje ten produkt z Amazon. Place 80 dolarów rocznie (nie musisz, to Twój wybór) i za to nie płacę za przesyłkę i wszystko dostaje w ciągu dwóch dni. Jeżeli się nie podoba, jest bardzo łatwo odesłać z powrotem, beż żadnego tłumaczenia dlaczego i zwracają pieniądze. Teraz planują, że produkty będą dostarczane przez zdalnie sterowane drony. Już były próby. Przyleci Ci taki samolocik pod dom i zostawi paczkę pod drzwiami. Dostawa w dzień zamówienia lub następny.
-       Można by jeszcze trochę wyliczać. Na przykład ceny benzyny. Nie jestem pewien czy jestem w stanie wszystkiego wymienić. Na pewno będzie wiele niespodzianek. Boję się trochę polskiej biurokracji i zagubienia w załatwianiu formalności w Waszych instytucjach.
Jest też wiele rzeczy, które będą dla nas dużo łatwiejsze w Polsce niż tutaj. Ale to może zostawię do czasu jak znajdę się po drugiej stronie.
Najprzyjemniejsza zmiana będzie ta, że będzie więcej okazji do posiedzenia wieczorami przy piwku ze szwagrami i spędzenia miło czasu. Chociaż nie jestem pewien czy wtedy będziemy jeszcze w stanie. Może będzie to raczej siedzenie przy telewizorze, narzekanie na złe zdrowie i czekanie kiedy pielęgniarka zmieni nam pampersa. 

Saturday, February 21, 2015

Znów pada śnieg


                                   Znów pada śnieg!!!!
 

Thursday, February 19, 2015

Mróz i śnieg




Zima nie chce się u nas skończyć. Średnie temperatury to -10 stopni. Ale w nocy dochodzi nieraz do powyżej -30. Co dzień słyszymy w radiu, że to najzimniejszy dzień w historii Nowego Jorku lub drugi po 1945, 1933 etc. Ja cały czas żyję tym, że jeszcze dwa tygodnie i wyjeżdżamy na wakacje. A jak wrócę to będzie 15 Marzec, czyli nadzieja, że koniec tego cholerstwa.
      Zawsze największym (złośliwym) pocieszeniem jest, że ktoś ma gorzej od nas. Nowy Jork przykryty jest śniegiem już od powyżej miesiąca, ale nie jest tego aż tak dużo. Temperatury są większym wyzwaniem. Natomiast troszkę na północ to już inna historia. Największy problem ma Boston, gdzie zanotowano historyczne opady śniegu. Nie wyobrażam sobie jak oni dają sobie radę. Wiadomo, że są miejsca, miasta, które co roku mają podobne opady a może większe. Są oni jednak na to przygotowani. To jest ich coroczne zmaganie. Gorzej dla tych co są tym  zaskoczeni. Pamiętam jak kilka lat temu w stanie Floryda spadło kilka centymetrów. Oni zachowywali się jakby spadło kilka metrów. Wypadki na drogach, zamknięte szkoły…  Ale dla nich to takie samo zaskoczenie jak dla murzynka Bambo.
     Kilka zdjęć z Bostonu i okolic.








Gdzie to globalne ocieplenie? Niektórzy teraz życzyli by sobie, żeby to była prawda!
    Kilka zdjęć z innego miejsca. Wodospad Niagara. Byliśmy kiedyś zimą w tym miejscu. Nie było tak źle jak teraz. Wszystko wygląda pięknie z tego powodu. Woda, która spada z wodospadu, rozpryskuje się i pokrywa wszystko wokół. Oczywiście natychmiast zamarza. Zmienia to krajobraz w bajkowy. Jednym z najzimniejszych lat w tym regionie to rok 1911. Tak to wyglądało.

   W tym roku nie jest jeszcze tak źle, ale już blisko do pełnego zamarznięcia wodospadu.





Sunday, February 15, 2015

Bal Podróżnika


         

   Leniwy dzień po imprezie i wreszcie jest chwila na powrót do bloga. Ostatnio zima zmienila nasze życie w nieciekawe i nudne. Ja kończę przygotowanie na wyprawę do Indii. Zaszczepiony i z otrzymaną wizą do tego kraju jestem gotowy do pakowania. Wyjazd juz za dwa tygodnie.
      Wczoraj byliśmy na Balu Podróżnika. Jest on organizowany co roku (już 18 lat), przez Jurka Majcherczyka i jego żonę, Małgosię. Ona ma swoją firmę turystyczną a on podróżuje. Jedną z pierwszych jego wypraw była wyprawa kajakowa, podczas której dokonano odkrycia najgłębszego kanionu na ziemi - rzeki Cocla w Peru.
Jest to impreza sponsorowana przez LOT, Gazety Polskie i inne firmy. Była tam pani konsul z Polskiej Ambasady a głównym gościem, Martyna Wojciechowska. Wygląda, że znana w Polsce. Nam się nie spodobała. Przede wszystkim przyszła ubrana w ciuchy, w których ja udaje się do pracy albo na ćwiczenia w gym. Po drugi wygląda na osobę, którz jest w sobie zakochana i to jest u niej najważniejsze a ja nie bardzo lubię narcyzów. Na początku balu miała z nami spotkanie, co miało być opowieścią o jej wyprawach. Przez długi czas jednak mówiła tylko o sobie i stało się to nieciekawe, więc wyszliśmy na drinka.
Jedzenie było dobre. Grał znany już nam z innych zabaw zespł „Zambrowiaki„. Dobrze grają, ale dla mnie trochę za dużo disco-polo. No ale może to ja mam zły gust w muzyce. Wiem, że Wam się podoba. Bawiliśmy się do 1 rano i chociaż zabawa trwała do trzeciej, wrócilimy do domu. Wiesia ma znów problem z kolanem i chociaż po operacji, dużo się nie zmieniło. Elaine była ze swoim chłopakiem - Jason. Bawili się dobrze i zaskoczyło mnie jak dobrze się czuł w śród polskiego towarzystwa. Muzyka mu odpowiadała. Nie jest najlepszym tancerzem a z disco-polo dobrze się czuł, bo mówił, że przy tej muzyce można tańczyć jak się chce.
Kilka zdjęć.








Dostałem przed chwila od Mariana Osesa ostatnie dzieło Polskiej Kinematografii. Trochę się na śmiałem. Udało mi się załadować to na Vimeo i możecie sami obejrzeć.

Monday, February 2, 2015

"Przepowiadanie" pogody.



   Poniedziałek. Wyszedłem rano z domu i musiałem wrócić po łopatę, bo byliśmy zasypani śniegiem. W nocy spadło około 30 centymetrów śniegu. Straciłem trochę czasu żeby się odkopać. Dalej sypie. Po dobiciu do pracy okazało się, że warunki nie pozwolą mi na kontynuowanie robót i wysłałem wszystkich do domu. Nie idzie mi na tej budowie.
     W tej chwili dalej dużo nie robimy, bo czekamy na decyzję miasta. Zmieniamy całą metodę budowy tej drogi. Kiedy wygraliśmy ten projekt, autostrada miała być wykonywana tradycyjną metodą. Nowe stalowe belki, formy i wylewanie betonu. Oni wymyślili, że chcą to zrobić inaczej. Bez form, tylko kładzenie prefabrykowanych płyt betonowych. Nie będę opisywał szczegółów, bo to oczywiście masę materiałów. Problem dla mnie, że teraz nie wiadomo dokładnie jak to będzie wyglądało. Wiele rzeczy w tej nowej metodzie jest eksperymentalnych. Moja firma się delikatnie na to zgadza, bo w oryginalnym kosztorysie popełnili błąd i wzięli tą pracę za około 40 milionów dolarów mniej niż powinni. Przy zmianie mają nadzieję, że coś wynegocjują i uda im się nadrobić tą olbrzymią stratę. Ja mam obawę, że pchamy się w coś jeszcze gorszego. A do tego siedzimy tu i wyczekujemy bez możliwości planowania i rozwiązywania problemów, bo tak naprawdę nie wiadomo co będziemy robić. Do tego czas upływa a miasto nie zmieniło końcowej daty zakończenia projektu, czyli jak się spóźnimy to będą olbrzymie kary. Jestem więc miserable! I tutaj brakuje mi dobrego polskiego słowa. Przygnębiony, ponury, zniechęcony, marudny.
     Do tego ta zima. Najśmieszniejsze jest to, że kilka dni temu radia straszyły nas burzą i nic się nie stało a teraz odwrotnie. Nawet jak wyjeżdżałem z domu, odwalając 30 centymetrów śniegu w radiu dalej mówili, że spadło tylko 10 centymetrów. Co mnie wyprowadziło z równowagi!
     Tak naprawdę pomyślcie. Skurczybyki zarabiają olbrzymie pieniądze. Przynajmniej u nas. Płacimy duże pieniądze za stacje telewizyjnie z prognozą pogody. I zawsze słyszymy to samo po pomyłkach. Pogoda jest
Nieobliczalna! To prawda, ale oni dalej kasują te same pieniądze. Niezły zawód. Pomyłka czy nie, kasa się należy. Ile jest takich zawodów?
Lekarze. Wszyscy się im kłaniają. Każą się tytułować panie doktorze. A jak idziesz do nich to co słyszysz? W połowie przypadków, że nie są pewni co to jest za choroba. Łatwo im tylko poradzić sobie z grypa, przeziębieniem. Ale ja też to mogę zrobić. Dają dobrą radę na hemoroidy, bo nawet idiota wie, że jak Ci wystają z tyłka i bolą, to hemoroidy. Ale jak coś bardziej skomplikowanego, to dają zawsze ten sam antybiotyk albo odsyłają do szpitala lub innych specjalistów. Nie zapominając oczywiście o policzeniu Ci dużej sumki za wizytę.
Kiedyś miałem poważną wysypkę na ciele. Zostawiła mi na skórze dużo śladów po wyleczeniu. Byłem u czterech różnych specjalistów. Każdy liczył mi grube pieniądze za wizyty. Czego oni mi nie nawymyślali! Pryszczyki młodzieńcze ( miałem 50 lat), AIDS i wiele innych. Dopiero ja sam powiedziałem ostatniemu, czemu nie weźmie próbki skóry i nie sprawdzi w laboratorium. No i oczywiście zaraz po tym odkrył, że to jakaś bakteria.
Ale wszystkie wizyty kosztowały mnie 2000 dolarów.

     Sportowcy. Wszyscy ich uwielbiają. Autografy, zdjęcia. W USA, np. koszykarz zarabia kilka milionów rocznie. Podpisuje kontrakt na np. 7 lat. I wtedy nie musi grać!!! Nasz zespól Knicks, w całości jest najdroższym zespołem w Stanach. A są ostatnim zespołem w lidze. No i co z tego. Bilety na gry dalej po 100 dolarów na osobę. Piwo dalej 10 dolarów. Chcesz wsiąść dzieci na jedną grę, to kilkaset dolarów mniej w Twojej kieszeni. Nie ma żadnych kar za złe gry!   
   Prawnicy. Idziesz do nich i natychmiast biorą pieniądze za konsultacje. Potem za wzięcie sprawy. I jest prawie gwarancja, że powiedzą Ci , że nie ma gwarancji na wygranie sprawy. Czyli dają Ci od razu do wiadomości, że w 50% -iu procentach płacisz za nic.
    A ja idiota musiałem sobie wybrać zawód w którym jak popełnisz pomyłkę i stracisz pieniądze, to Cię wyrzucają z pracy. Mało tego wszyscy na Ciebie narzekają. Miasto, że próbuję oszukiwać i robię za wolno. Mój szef, że nie oszukuję i nie zarabiam więcej pieniędzy i robię za wolno. Ludzie w samochodach rzucają w nas puszkami, lub plują, bo tworzę korki na drogach. I to oczywiście robię im na złość, bo taka jest moja natura. Budzę się rano i myślę co by tu dzisiaj zrobić? Aaah, ustawie barierki na drodze i zrobię korek, żeby zrobić wszystkim na złość!  Przecież nie mam nic innego do roboty.
Robotnicy, że ich zwalniam z pracy. I nie ważne, że pracowali dla mnie 10 lat. W dniu zwolnienia, jestem skurczybykiem.
    No więc przyznaję się ze skruchą, że taka jest moja natura. Jestem złośliwy i zawsze myślę tylko o tym co by zrobić innym, żeby im dokuczyć.
Cholera! Mogłem zostać meteorologiem!

       Na zakończenie coś z innej beczki. Jedno z najważniejszych polskich  dzieł sztuki, czyli obraz Matejki – Bitwa pod Grunwaldem. Tym razem trochę inny, bo komputerowcy przerobili go na 3D. I wynik jest imponujący. Proszę nacisnąć na poniższy obrazek i radze obejrzeć to na jak największym ekranie. Lepszy efekt.

 

Friday, January 30, 2015

Spotkanie


   Wczoraj spotkałem się ze Staszkiem, kolegą z Politechniki Koszalińskiej. Jeszcze w czasie studiów, pracowaliśmy razem w czasie wakacji w Zachodnim Berlinie. Kiedy my wyjechaliśmy na stałe do USA on osiedlił się w Szwecji.
Razem z żoną wyjechali na wakacje na wyspy Karaibskie i zatrzymali się w Nowym Jorku na dwa dni. Wykorzystaliśmy to na krótkie spotkanie i spędziliśmy kilka godzin w barze przy piwie.
    Oprócz rozmów o dawnych czasach, dowiedziałem się trochę o warunkach życia w Szwecji. Były chwile, że kazałem mu przestać mówić, bo różnica życia miedzy Szwecją a USA jest trochę wykurzająca. Oczywiście żartowałem ale fakty są niezaprzeczalne. Nie znaczy to żebym chciał tam mieszkać, chociaż może jest to lepsze miejsce. Ja jednak podchodzę do wszystkiego z innego punktu widzenia. Jak mówią: Zielona trawa sąsiada, czyli wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma?  Cieszę się z tego co mam a może trochę zazdroszcząc innym.
    Czego się dowiedziałem. W Szwecji ludzie mają po 6 a nawet 7 tygodni wakacji. W porównaniu z moimi trzema to trochę różnicy jest. Do tego ma prawo zamienić ponadgodziny z materialnego wynagrodzenia na dodatkowe wakacje. Kiedy stracił pracę, firma wypłaciła mu trzyroczną wypłatę. My w najlepszym wypadku mamy czek za dwa tygodnie.
   Po urodzeniu dziecka, rodzice dostają 480 dni wolnego i mężczyzna musi wziąć część z tego czasu, czyli każdy ma ponad pół roku wakacji.
Szkoły są za darmo i to nie tylko podstawowe ale także wyższe. Dzieci w wieku powyżej jednego roczku maja także za darmo żłobki I przedszkola.
Oczywiście także opieka zdrowotna jest za darmo.
     Ich liberalne myślenie jest tak rozbudowane, że dochodzi do absurdów. Na przykład imigranci (jest już ich 15 procent) dostają raz w roku pieniądze od rządu, żeby mogli polecieć do swoich krajów odwiedzić rodziny.
    Było tego jeszcze trochę ale nie zapamiętałem wszystkiego a nie chce napisać czegoś co źle usłyszałem.
    Inna rzecz, że kiedyś czytałem że kraj ten ma najwięcej przypadków samobójstw. Nie dziwię się, jeśli mieszkają w północnych terenach, gdzie noce trwają 20 godzin. Ja tutaj wpadam w depresje w czasie zimowym, kiedy mamy krótkie dni a to dalej 9 godzin nie 4.
      Teraz trochę na inny temat. Zdrowia. Kilka dni temu, wyjechałem z domu jak zwykle o 5:30 rano. Temperatury spadły do -10 stopni. Ciemno, zmarznięty przejeżdżałem obok człowieka w dresach sportowych, który wybiegł sobie na poranne ćwiczenia.  Czy to ja? Zestarzałem się tak, że pomyślałem – wariat?  Może mnie można posądzić o lenistwo i wygodne życie. Nie zależy mi. Wolę zostać takim jakim jestem. Nigdy w życiu nikt by mnie nie wypędził na taki bieg w podobnych warunkach.
     Nie dawno czytałem o człowieku, który codziennie biegał w Central Parku. Był sławny z propagowania biegu dla zdrowia. No i zmarł na atak serca w czasie jednego z nich.
     Podobnie jest z produktami żywnościowymi. Co roku znajdujemy artykuły o czymś cudownym dla zdrowia albo o szkodliwym. Jeszcze do niedawna straszono mnie o szkodliwości kawy. A teraz pojawił się artykuł, że kawa jest wspaniała i pomaga w wielu możliwych chorobach. Szczególnie dla kobiet. Obniża możliwość dostania raka skóry aż o 30 procent. Tak samo działa na raka piersi, chorobę Alzhaimera, cukrzycy i wiele innych. I tego też nie biorę bardzo na serio. Myślę że trzeba jeść i pić to co się chce, czego chce Twój organizm i z niczym nie przesadzać.
Wiele badań przeprowadzanych jest przez instytucje opłacane przez kogoś. Dlatego pojawia się wiele artykułów na temat co jest zdrowe. W jednym roku czytam, że Greckie jedzenie jest najzdrowsze. Za rok, że Meksykańskie , etc. Prawdopodobnie producenci tych dań, produktów, zapłacili za te badania i zrobione były tak, żeby pokazać to co chcą a ukryć inne informacje.
    Jaki wniosek? Zamawiam lunch. Tłusty hamburger z dużą ilością bekonu i frytkami  posypanymi solą i zalane ketchupem.  Potem jak najszybciej kładę się na kanapie i zapadam w drzemkę, oglądając w telewizji sport.   

Tuesday, January 27, 2015

Po burzy

   Po burzy. Nie będę dużo pisał. Zamiast 90 centymetrów spadło może 10. Wiatru prawie nie było. Ale za to ludzie odpoczęli sobie, siedząc dwa dni w domu. Sklepy zarobiły dotakowe pieniądze, ulice odśnieżone i  jest cudownie w naszym spokojnym, bezpiecznym świecie. 
   Kiedy odśnieżałem przed domem, słuchałem wiadomości. Dużo się nie zmieniło. Nikt nawet nie wspomniał, że to olbrzymia pomyłka z przepowiednią pogody. Mówią tylko o tym jak ciężko wszyscy pracują, żeby miasto wrciło do życia!? I jeszcze jeden komentarz. Reporterka wypowiedziała się na mój i do mnie podobnych temat. Wiesz, że są wariaci - mówiła do towarzyszącego jej reportera - którzy mimo tej burzy dalej chcą iść do pracy? Nie rozumię ich, czemu nie mogą podporządkować się innym i odpocząć w domu przez te dni. 
    Kiedyś tych co zostawali w domu nazywaliśmy leniwych. Teraz tych co chcą iść do pracy, bo za to im płacą nazywamy wariatami. No cóż. Ja oprócz wady wariata mam wiele innych. Na przykład jestem uparty. Dlatego więc za chwilę wyjeżdżam na budowę. Muszę się zorientować o warunkach w jej miejscu i co będę mógł w stanie zrobić następnego dnia.

Monday, January 26, 2015

Panika w Nowym Jorku

     Niedawno jeszcze wspominałem, że zima u nas nie jest taka zła. Chociaż niskie temperatury, to omija nas śnieg. Wygląda na to, że znów wykrakałem.  Już dzisiejszego poranka zaczęło trochę pruszyć. Po południu śnieg sypał już poważniej a teraz oczekujemy na zamieć i burzę śnieżną. Trudno powiedzieć jak się to zakończy ale w prognozach mówią o 90 centymetrach i wiatrach dochodzących do 80 km/godzinę.  Jest to poważniejsza burza ale Matko Boska to nie koniec świata. A tak to wygląda, kiedy słucha się naszego radia, telewizji lub naszych przywódców, czyli gubernatora i burmistrza.
     Jest to jeden z przykładów o coraz większym wpływie, ingerencji rządu w nasze życie. Dawniej, ostrzeżono by ludzi przed taką pogodą i najwyżej wspomniane by było, że jak ktoś na prawdę nie musi iść do pracy to niech nie idzie. I to oczywiście tylko w dzień tych opadów.
     Tym razem telefony brzmiały już wczoraj z ostrzeżeniami ( u nas w każde poważne burze, miasto dzwoni do każdego i ostrzega go przed tymi wydarzeniami) i rady, żeby nie iść do pracy. A dzisiaj tak naprawdę nic nie było. Nie musicie się dużo domyślać, że większość pracujących dla miasta (a jest ich chyba 40% populacji Nowego Jorku), skrzętnie to wykorzystała. My, czyli Ci z prywatnego sektora, nie mamy takiej wolności. Byliśmy w pracy, oczywiście żeby zarobić wystarczająco pieniędzy na zapłacenie tym którzy zostali w domu.
    Burmistrz, Gubernator co chwila grzmieli w radiu. To jest (nawet nie będzie, ale już jest!!!  bo oni wiedzą, oni skończyli Uniwersytet Nostrodamus!!) najgorszy dzień w historii Nowego Jorku! Straszyli tak przez cały dzień. Po powrocie z pracy, wszedłem do sklepu na drobne zakupy i zobaczyłem efekty tego straszenia. Podstawowych rzeczy jak chleba, jajek już nie było a wiele innych w małych ilościach. Także stacje benzynowe oblegane są przez samochody. 
     O godzinie 23-iej przestaną kursować pociągi i w wielu dzielnicach (a np. całe Long Island) zamknięte wszystkie drogi. W Polsce to nazywano Stanem Wojennym. Bo mówią Ci, że nie wolno się poruszać. Ludzie kochani! Mnie krew zalewa. Przecież to wszystko można by było załatwi w delikatniejszy sposób i z podobnymi efektami. Ja uważam, że w jakiś sposób (może ju w tym momencie nieświadomy) rząd przejął całkowitą władzę nad naszym życiem.
    Przecież bardzo łatwo można było przekazać prognozę pogody (bez straszenia). Wspomnieć kilka podstawowych zasad bezpieczeństwa (chociaż ja uważam, że jesteśmy osobami myślącymi i rozumiemy, że Trabantem wyjeżdżać w metrowy śnieg to głupota, ale jak ma się samochód jak mój z napędem na cztery koła i potężny, to nie jest nic strasznego). I reszta należy do nas. Niektórzy mają sprawy, które muszą być załatwione i to może właśnie tego dnia.
A już w nocy, tak jak ogłoszono. Zamknąć niektóre drogi, jedna po drugiej, żeby móc usunąć bezpiecznie ten śnieg. 
   Siedzimy więc w domu, kobiety oglądają telewizję. Ja stukam klawiszami komputera mając nadzieję, że nie zerwane zostaną linie telefoniczne i prądu. Już niedługo godzina policyjna. Nie jestem pewien czy nie powinienem wyłączyć światła w domu albo przynajmniej zakryć okna kocami. Ciekaw jestem jak to nowe pokolenie dało by sobie radę w czasach których żyli nasi dziadkowie.  Strach pomyśleć.