Monday, October 20, 2014

Tolerancja w szkołach

      Dzisiaj w pracy, rozmawialiśmy z kolegami na temat szkół i co się zmieniło w ostatnich czasach. I doszliśmy wszyscy do tego samego wniosku. Przekroczyliśmy granicę rozsądności i szybko się od niej oddalamy.
     Na czym polegało wychowanie w szkołach w dawniejszych czasach? I nie ważne czy sto lat temu, czy trzydzieści. Zmieniały się przepisy, ale zasada zostawała ta sama. Szkoła miała za zadanie wpajania wiedzy, nauczenia respektu dla starszych, rodziców, kraju, nauczenia kultury i zachowania.
W momencie przejścia progu szkoły, dziecko było pod ich władzą. Kiedy coś się zbroiło, zostali wzywani rodzice. Dostawało się karę w szkole i jeszcze raz od rodziców. Kiedy próbowało się tłumaczyć rodzicom, że to ja mam rację a nie nauczyciel, dostawało się następną karę. Kiedy upierało się przy swoim, z drzwi wejściowych został zdejmowany wiszący tam pasek i kolor tyłka zamieniał się w różowy. Czy to wszystko było sprawiedliwe? Na pewno nie. Czy były nieraz przypadki znęcania się nad dziećmi? Oczywiście. A teraz przy tych wszystkich cudownych ludzkich praw nie ma? 
Dzisiaj właśnie pisano, że w Nowym Jorku ojcie pobił malutkie dziecko na śmierć. Psychopaci, chorzy, zwyrodnialcy zawsze się znajdą i nie widzę (niestety), żeby się od tego uchronić. 
    Jednak ustalanie praw, narzucające wszystkim w całym kraju jakąś rzecz, tylko dlatego, że stało się coś, komuś na drugim krańcu kraju jest absurdem. Jeżeli rodzice nie zadbają o swoje dziecko i już w pierwszej klasie jest szerszy niż wyższy, to nie znaczy, że moje dziecko nie może jeść pizzy jak ma na nią ochotę! A jeszcze gorzej, musi jeść szczaw i marchewkę, bo to jest jedyne zdrowe jedzenie. Nie mówiąc o tym, że ten gruby wychodząc ze szkoły, biegnie prosto do MacDonald po hamburgera, a ten chudy już nic zjeść nie może, bo zapchał się jak królik sałatą!
    Mój kolega opowiedział historię, ze szkoły jego syna. Jest trochę dzieci, które uczulone są na peanutbutter, czyli bardzo u nas popularne masło orzechowe. Nie rozumiem dlaczego, ale jak jedzą lunch, Ci co jedzą kanapkę z tym masłem, muszą siedzieć osobno. Myślę, że dlatego, żeby ten z uczuleniem nie poczuł się poszkodowany, że nie może tego jeść? Różnica jest taka, że dawniej  zabrano by tego   z uczuleniem i wytłumaczono mu, że jest to niebezpieczne dla jego zdrowia. A teraz? Dzieciaki, które mają takie kanapki, muszą udawać się do kąta, czyli odosobnionego stołu i tam mają prawo to zjeść! Syn kolegi odmawia teraz zabierania ich do szkoły (chociaż to jego ulubine), bo czuje się odizolowany. Absurd!
    Coraz więcej jest problemów w sportach szkolnych. Wiadomo, przez wypadki. Złamania, wstrząsy mózgów a nawet nieraz śmierć. W tym roku, jakiś chłopak biegł i w czasie tych ćwiczeń, przewrócił się i już nigdy nie wstał. Tragiczne. Prawdopodobnie musiał mieć jakiś nie wykryty problem i mogło to coś się stać w każdej innej chwili. Ile to razy, ktoś z nas przewrócił się, złamał rękę, ktoś złamał nogę grając w piłkę nożną, lub jak ja jadąc na nartach. Wkładao się rękę w gips i tylko dostawało się ostrzeżenie, żeby z tym gipsem nie grać w piłkę!
Teraz oczywiście to natychmiastowe szukanie winnego. Bo przecież to nie jest wina mojgo syna, który patrząc się na dziewczynę w krótkiej spódniczce wpadł na słupek od bramki. To musi być wina nauczyciela który czegoś nie dopilnował, szkoły która postawiła bramkę po dwóch stronach boiska. Bo jakby dwie bramki były po jednej stronie, to nic by mu się nie stało! 
   Podam tu jeszcze kilka innych przykadów naszej głupoty.
W Tennessee przeszła ustawa ( z tego co mi wiadomo jest one już w innych stanach), że trzymanie się dzieci za rękę ( chłopczyk i dziewczynka), jest uznawane za „bramy do aktywności seksualnej„ i zostało to zabronione. Bez komentarzy!  Ale przy okazji wspomne, że chłopczyk w podstawówce (nie pamiętam teraz z której klasy ) przychodził przebrany za dziewczynkę, bo tak się czuł lepiej i to nie zostało zabronione.
    Szkoła w Chicago postanowiła zakazać każdego jedzenia przynoszonego z domu, aby chronić uczniów przed własnymi złymi decyzjami. Zakaz ten jest aktualny już przez sześć lat.  Ale niedawno zmieniono rodzaj (czytaj: bardzo obrzydliwe) jedzenia z prostego przypadku, że nikt go nie jadł. Studenci woleli chodzić raczej głodny niż jeść ten szkolny horror, który został ustawiany przed nimi.
    W szkołach w Teksasie, wydane zostało prawo, że studenci i dzieci ze szkół mogą być karani przez policję za klnięcie, plucie i inne wybryki i mogą otrzymywać kary pieniężne. Od 2005 roku wypisano już ich 6000, a karani byli nawet 6-cio latki. Ciekaw jestem czy dostają punkty karne, jak my za jazdę samochodem i po zebraniu 20 punktów mają zabronione chodzić?
    I najlepsze, bo pokazuje jak wspaniały i równouprawniony jest ten kraj.  W północnej Californi, dzieci w średniej szkole w dniu Meksykańskiego narodowego święta, miały nakaz (jeśli byli ubrani w podkoszulki z flagą amerykańską) zdjęcia tych koszulek i założenia ich z wewnątrz na zewnątrz, tak żeby flaga nie była widoczna. Rodzice oddali sprawę do sądu, ale ją przegrali, bo wytłumaczono to, że decyzja ta chroniła amerykańskie dzieci, przed atakami meksykańczyków!!!!
Ja mam rozwiązanie. Każdego komu się amerykańska flaga nie podoba, lub zaatakował amerykańskie dziecko, wsadzić do atobusu pomalowanego na flagę meksykańską i wywieźć ich nieszczęśliwe tyłki do ich ukochanego kraju, bez możliwości odwołania! Gwarantuję, że nigdy więcej, żadna meksykańska grupa nie obrazi naszej flagi. A jak bym się mylił, to oczyścilibyśmy szybko nasz kraj z tych którzy go nienawidzą.
  Och jeszcze jedno. W Stanie Tennessee, ojciec odebrał syna przechodząc do szkoły na pieszo. Został aresztowany, bo szkoła ma prawo, że dziecko można odbierać tylko samochodem albo przez autobus szkolny!!!!             

Sunday, October 19, 2014

Power Point


    Do tego czasu, nie umiałem wprowadzać na moją stronę pokazów robionych na Power Point, czyli zwykłych slide shows. Wreszcie znalazłem metodę i dzisiaj to wypróbuję. Wiele zabawnych i ciekawych rzeczy dostaję od znajomych właśnie w tej formie. I kiedy nic ciekawego nie dzieje się w moim życiu, mogę podzielić się z Wami tymi pokazami.

  Pisałem niedawno na temat starych czasów w PRL-u. Jest to jeden z tematów, na które dostałem wiele zabawnych zdjęć. Wróćmy więc jeszcze raz do starych czasów komunizmu z dodatkami zabawnych miejsc, sytuacji ale także czasów teraźniejszych.  Miłego oglądania.

Prl from szumanski

  I jeszcze jeden.

Ukochany kraj from szumanski

Następny to zabawne demotywatory.


Fotki z życia wzięte from szumanski

I jeszcze jedno, na zakończenie, o różnicy naszych czasów młodości a czasów teraźniejszych.


Friday, October 17, 2014

Anonymous


    Trochę nudna pora roku i nic się nie dzieje. Na jedna rzecz nie narzekam.  Pogoda zmieniła się na letnią i przez ostatnich kilka dni musiałem włączyć klimatyzację, bo nawet w nocy mieliśmy 26 stopni Celsjusza.
     Wczoraj oglądaliśmy film, który mnie bardzo poruszył i natychmiast po zakończeniu, razem z Wiesia doszliśmy do komputera, szukając więcej informacji na ten temat. Okazało się, że mało znam historię.
   Film „Anonymous” (jeżeli się nie mylę to w Polsce też podobny tytuł Anonimus).
Dzieje się w czasach elżbietańskiej Anglii i przedstawia inną wersję życia i twórczości Szekspira.  Tego którego wszyscy znamy jako najwybitniejszego poety naszych czasów. Film sugeruje nam, że on nim nie był i tworzy jedną z możliwych odpowiedzi. Jest dobrze zrobiony, ale nie to jest najważniejsze. Prawie do końca oglądałem go jako fikcyjną historię, ale pod koniec zacząłem myśleć czy faktycznie mogła być prawdziwa? Po sprawdzeniu informacji w intrenecie, okazuje się, że jest to temat, który dręczy wielu specjalistów od samej śmierci Szekspira i wielu poświeciło całe życie na szukaniu dowodów czy naprawdę był on autorem „Makbeta” i innych dziel. Film warto zobaczyć, a wypiszę tu to co wyszukałem.
       Szekspir urodził się, wychował i jest pochowany w Stratford-upon-Avon. Miasteczko z około 1500 mieszkańców i około 160 km od Londynu. Stratford był ośrodkiem uboju, marketingu i dystrybucji owiec, a także garbowania skór i handlu wełną.
    Ojciec Szekspira, John Szekspir ożenił się z Mary Arden pochodzącej z rodziny lokalnej szlachty. W znanych dokumentach, ich podpisy to tylko krzyżyki, czyli Szekspir był wychowany w domu analfabetów. To jeszcze nic nie potwierdza ale jego dwie córki, też prawdopodobnie nie potrafiły pisać. Na znalezionym dokumencie podpis pierwszej córki  Susanne wygląda jak rysunek a drugiej Judith jest zwykłym krzyżykiem.  Tu już musimy się zastanowić, czy ktoś o takim talencie, takiej duszy, tak pięknie piszący, mógł pozwolić na to, żeby córki nie potrafiły pisać?
 Wiele utworów Szekspira przedstawiają bardzo dokładnie polityki sądowe, kulturę innych krajów, arystokratyczne sporty, jak polowania, sokolnictwo, tenis.  Jest prawie niemożliwe, żeby prosty człowiek, który był tylko aktorem i nigdy nie podróżował, mógł mieć taka wiedzę.  
     Nie ma żadnych dokumentów, które potwierdzają jakiekolwiek wyksztalcenie u Szekspira. Albo nigdy nie istniały, albo zostały usunięte z powodów, które tłumaczy film. Nawet gdyby skończył dostępne dla niego szkoły, nigdy nie byłby w stanie otrzymać odpowiedniej edukacji na język i wiadomości potrzebne do napisania takich dziel.  Słownictwo autora oblicza się między 17.500 a 29.000 słów. Udowadnia się, że tylko dobrze wyksztalcenie ludzie mieli taki zasób słów.
     Trzy  z ocalałych podpisów Szekspira, eksperci charakteryzują jako "analfabetyczna bazgranina " i jest interpretowane jako wskazujące, że był analfabetą lub ledwo piśmienny. 
     Nazwisko Szekspira została dzielone jako "Shake-Speare" lub "Shak-Spir" na stronach tytułowych 15 z 48 indywidualnych prac  (16 zostało opublikowanych z  bezimiennie).  Jest to interpretowane jako  pseudonim, bo takiej formy używali też inni.  Pisano pod pseudonimami, żeby uniknąć ryzyka hańby społecznej, oskarżenia przez władze a nawet więzienia czy śmierci. 
    Jest duża ilość dokumentów stwierdzających, ze Szekspir miał  karierę jako biznesmen i inwestor nieruchomości z powodu jego pieniędzy-pożyczek, obrotu nieruchomości teatralnych. Ci, którzy udowadniają, ze Szekspir nie był prawdziwym twórcą znanych nam dzieł, wierzą, że wszelkie dowody kariery literackiej zostały sfałszowany w ramach działań mających na celu uchronienie tożsamość prawdziwego autora.
     Szekspir zmarł 23 kwietnia 1616 w Stratford, pozostawiając podpisany testament o podziale jego dużej posiadłości. Język tego dokumentu jest przyziemny i nie poetycki. Nie wspomina o dokumentach osobistych, książkach, wierszach, lub 18 sztukach, które pozostały nieopublikowane w chwili jego śmierci.
      Prawdopodobnie nigdy nie dowiemy się prawdy, ale historia filmu porusza i jest to smutna historia. Jeżeli to jest prawdą, to największy geniusz literacki, przyglądał się przez całe swoje życie sztukom granym w teatrach, ludzi oklaskujących nieprawdziwego autora i nigdy nie został rozpoznany. Chyba nie może być większej  ludzkiej tragedii.

Tuesday, October 14, 2014

Ebola wirus.

  Ze Szkocją grali lepiej niż z Niemcami ale tylko zremisowali - 2:2 . Przyglądając się tym meczom, dochodzę do wniosku, że może lepiej żeby polska drużyna grała bardzo słabo, wtedy może mamy szanse na zwycięstwa. Zapisujemy jednak sobie jeden punkt i może, może dostaniemy się do mistrzostw Europy. Chociaż to jeszcze daleka droga.
     Dzisiaj zauważyłem coś ciekawego na swojej stronie. Po wejściu na stronę statystyk z mojego blogu, można znaleźć część, która wylicza hasła po których niektórzy mnie tam odnaleźli. Zrozumiałe są takie jak moje nazwisko: Jan Szumanski, Szumanski Jan i podobne. Mniej takie jak: jak nazywają się urodzinowe dekoracje. Yhh?  Ale nie mam pojęcia, lub mam sklerozę i nie pamiętam o umieszczeniu cokolwiek na temat przez który weszli na bloga: 15 lat sex za fee warszawa propozycje  lub sex kobiety. Kiedyś dowiecie się, że zamknęli moją stronę, razem ze mną za sexualną rozwięzłość. 
Przy okazji skorzystam z tych haseł i poszukam czegoś. Może będę miał więcej szczęścia, niż ten co mnie znalazł.
     Zresztą nie tylko za to grozić może mi więzienie. Dwa dni temu obudziłem się rano i zacząłem się natychmiast śmiać, bo pamiętałem co mi się śniło. 
    Pisałem już o sytuacji z wirusem  Ebola i moją opinią na ten temat. Powiem tylko, że miałem rację. Sytuacja a Stanach się pogarsza. Jest już kilka przypadków. To nie jest jeszcze tragedia, ale co będzie jutro w sytuacji, kiedy nasz rząd nic nie robi? Zamiast zamknąć granice z potencalnie niebezpiecznymi krajami to na lotniskach  będą badali ludzi na podwyższoną temperaturę. Mam nadzieję, że nie będą kazali nam wkładać termometrów pod pachę i czekać kilka minut na rezultat.   Are you fucking kidding me!!!!   A co jak ten „chory„ złapał wirusa przed wyjazdem? 
    W szpitalu Dallas, pielęgniarka która pomagała pierwszemu pacjentowi z Afryki, zaraziła się i teraz sama walczy o życie. Co na to władze, prasa, lekarze?  Na temat tego pierwszego, który przekroczył naszą granicę kłamiąc, że nie miał kontaktu z Ebola  a zmarł w tamtym tygodniu? Rozpacz, rasizm, jak można tak traktować ludzi! Gdyby to był biały, amerykanin to napewno zrobiono by więcej!       
    A może tak od razu do izolatki w więzieniu i gdyby wyzdrowiał, dożywocie za plan przeniesienia do kraju broni biologicznej? Natomiast na temat pielegniarki, natychmiastowa wypowiedź lekarza, że to jej wina bo nie przestrzegała dyrektyw stworzonych w celu z walką z wirusem. W sobotę przepraszał za swoją wypowiedź, bo okazuje się, że żadnych planów postępowania w razie epidemii nie mamy! Żyjemy  spokojnie w raju i spuszczamy drabiny do piekła, wierząc, że nikt na nie nie wejdzie. 
    Mówi się, że nie ma co panikować, nic się jeszcze nie stało. A co? Mamy panikować jak się stanie? Wtedy to tylko kupować pistolety i zamykać się w domach. Jak w horrorach. 
Mówią, nie stała się jeszcze żadna tragedia! Proszę zdefiniować mi to słowo tragedia! Bo dla mnie jeśli umrze jedna osoba (może jestem egoistą), a będzie to dla mnie ktoś bliski to jest holernie większa tragedia niż ta, że w drugim końcu kraju zmarło dziesięciu! I jeśli wiem, że rząd zaniedbuje swoje obowiązki i ja i moi bliscy zostali poszkodowani, to rządam  sprawiedliwości i pociągnięcia winnych do kary. 
    I tu wracam do snu, bo coś takiego właśnie się zdarzyło. Nie pamiętaem szczegółów, kto był chory. Ale stałem na Time Square w Nowym Jorku i wykrzykiwałem przez megafon, że trzeba ratować nasz naród. Ludzie umierają a nikt nic nie robi. Musimy ruszyć i wyrzucić wszystkich z rządu. Wiele podobnych haseł. Dobrze, że nasz prezydent nie ma jeszcze takiej techniki, żeby monitorować nasze sny (do internetu już się dostał), bo już bym miał numerek na koszulce w paski.                       

Monday, October 13, 2014

Spotkanie z dziećmi z Polskiej Szkoły w Clifton

    Minął następny, cichy, jesienny weekend. Pogoda w Nowym Jorku nadal prawie letnia. Dzisiaj było zachmurzone niebo ale bardzo ciepło. Niedziela była piękna, słoneczna i nawet się opalałem.
Obawiam się tylko, żeby nie zaskoczyła nas tak jak dwa lata temu 31 października, burza śnieżna. 
Zepsuło by mi to organizowaną zabawę z okazjii Halloween. Dekoracje już prawie na ukończeniu. Kilka drobiazgów do uzupełnienia i może za tydzień, będę mógł umieścić na blogu kilka zdjęć.
    W sobotę miałem spotkanie z dziećmi z Polskiej Szkoły w Clifton New Jersey, na temat moich przeżyć w Strefi Zero. Byłem więcej zdenerwowany niż przed wywiadem z Polską Telewizją.
Chyba dlatego, że mój kontakt z dziećmi jest od wielu lat znikomy. Jedynie tygodniowe wakacje w Polsce i spotkanie z moimi ukochanymi wnuczkami i wnukiem moich sióstr, poprawiają to konto.
Na spotkaniu rozgadałem się i czas szybko upłynął. Nawet nie zorientowałem się, że moja godzina się zakończyła. Dopiero pani nauczycielka delikatnie zwróciła uwagę, żeby przejść do pytań. 
   Na zakończenie zrobiliśmy kilka grupowych zdjęć i wróciłem szybko do domu na mecz Polska - Niemcy.
    Spotkanie to zorganizowała nasza znajoma Ewa Wilgan, która uczy w tej szkole. Poznaliśmy się w pierwszych tygodniach naszego pobytu w Stanach i dalej jesteśmy bardzo blisko, czyli 32 lata. 
Przywiozła mi (jak zwykle, bo wie jak je lubię) pączki z polskiej piekarni, najlepsze jakie tu jadłem. I w ten weekend moja dieta została zneutralizowana.
Poniżej zdjęcia ze spotkania.


Jutro, zaraz po pracy, oczekują mnie następne nerwowe chwile przy oglądaniu kolejnego meczu polaków, tym razem ze Szkocją. Trzymam kciuki.

Saturday, October 11, 2014

Polska - Niemcy

Napiszę tylko tyle WOW! Oglądałem mecz Polska-Niemcy. Wreszcie przydaje mi się Polska Telewizja w Stanach. Nadenerwowałem się, bo źle to wyglądało, ale liczy się ostateczny wynik i ten 2:0 dla naszych jest wystarczającą nagrodą za te nerwy.  Może wreszcie nadejdzie czas, kiedy będziemy mieli piłkę nożną w Polsce taką jak nasza siatkówka. Ale do tego jeszcze bardzo daleko. Na razie cieszmy się tym wynikiem.

Friday, October 10, 2014

Cena sukcesu

Ciąg dalszy.

    W styczniu 2002 roku, moja firma wygrała przetarg na odbudowę metra, które zostało zniszczone pod gruzami WTC. Moi szefowie chcieli, żebym poprowadził tą budowę. Nie bardzo mi się to uśmiechało, bo byłem wykończony fizycznie i psychicznie. 
 W ciągu okresu 5 miesięcy, trzy razy pogotowie ratunkowe próbowało zabrać mnie do szpitala. Dwa razy straciłem przytomność. Pierwszym razem im się to udało. Za drugim razem, odmawiałem. Wzięli mnie jednak mimo wszystko. Po dowiezieniu do celu, wyszedłem z karetki, wziąłem taksówkę i wróciłem do Strefy Zero. Za trzecim razem, udało im się przetrzymać mnie w tymczasowym budynku w Strefie Zero przeznaczonym na pierwszą pomoc dla pracowników Strefy. Karetka odjechała pusta. Ja wróciłem do pracy. Po czterech miesiącach pracy, chodząc kilkanaście godzin po gruzach, odmówiły posłuszeństwa kolana. Spędziłem kilka miesięcy na terapii fizycznej z zastrzykami na ból. Pracy nie przerwałem, ale skróciło to mój czas na odpoczynek, bo pracowaliśmy 16 godzin dziennie, sześć lub siedem dni w tygodniu.

     Tully obliczyła, że może budowę metra wykonać w ciągu 8 miesięcy. Kiedy to usłyszałem zacząłem się śmiać, bo wydawało się to całkiem nierealne. Po wielu rozmowach z moimi szefami przyjąłem w końcu kierownictwo tej budowy i oddałem metro do użytku w ciągu 6 miesięcy.
     Ten rok spędzony w „strefie zero”, dał mi też dużo możliwości do rozważań nad moim polskim pochodzeniem i moim obecnym statusem jako obywatela amerykańskiego. W wywiadach z dziennikarzami i telewizją, jednym z głównych pytań jakie mi zadawano było to, czy czuję się bardziej Polakiem czy Amerykaninem. Odpowiadałem na to różnie. Nieraz dawałem taką odpowiedź jaką spodziewał się usłyszeć redaktor. Często zastanawiałem się jednak nad tym pytaniem i doszedłem do wniosku, że nie ma na nie prostej i jednoznacznej odpowiedzi. Ameryka jest teraz oczywiście moim domem i jej problemy i cierpienia, tak jak to co się stało w World Trade Center, są moimi cierpieniami. Również sukcesy tego kraju odczuwam jak swój osobisty sukces i dumny jestem kiedy swoją pracą mogę przysłużyć się do wzrostu siły i dobrobytu tego państwa. Ale jestem w dalszym ciągu w pełni świadomy mojej polskości i czuję, że moje więzy z ojczystym krajem są nadal takie silne jak były zawsze. Przykładem tego może być historia z polską flagą w WTC.
      Przy odgruzowywaniu „strefy zerowej” pracowało ze mną wielu Polaków. Niektórych z nich ja przyjąłem do mojej firmy kilka lat wcześniej, inni pojawili się już po ataku na WTC. Przychodzili na ochotnika, żeby w czymś pomóc i zwykle ich zatrudniałem. Nawet moja żona pracowała ze mną przez trzy tygodnie, bo jej biuro, które było w pobliżu WTC zostało tymczasowo zamknięte. W pobliżu strefy zerowej spotkałem też kilku Polaków, którzy stracili kogoś w tej katastrofie. Krążyli oni po tej okolicy właściwie bez większego celu. Przychodzili tam, żeby być bliżej tego wszystkiego co się tam działo, choć wiedzieli doskonale, że nikomu to nie pomoże i niczego to już nie zmieni. Rozmawiałem z nimi często i widziałem ich cierpienie. Wtedy właśnie postanowiłem wywiesić Polską flagę nad gruzami. Zrobiłem to z moimi polskimi pracownikami. Postawiliśmy polską flagę obok amerykańskiej, na zgliszczach Budynku Numer 6, który był wtedy najwyższym punktem na gruzach WTC. Przez kilka dni było cicho, ale po tygodniu zaczęły mnie dochodzić słuchy, że inne grupy narodowościowe się buntują, zwłaszcza Włosi. Po kilku tygodniach były już oficjalne skargi. Niektórzy twierdzili, że polska flaga wisi wyżej niż amerykańska. Ja wprawdzie tego nie zauważyłem, ale żeby uspokoić sytuację obniżyłem polską flagę o kilka centymetrów. Nie było to jednak wystarczające, bo wiele osób domagało się, żeby polską flagę zdjąć. Doszło w końcu do tego, że przedstawiciel władz miasta wezwał mnie do siebie i kazał się wytłumaczyć. Kiedy opowiedziałem mu o tej całej sytuacji, zdecydował że Polacy zasłużyli na to żeby ich flaga wisiała nad gruzami WTC i pozwolił ją zostawić Nie zmieniło to jednak opinii publicznej i nadal naszą flagę próbowano zerwać. Doszło nawet do tego, że umieszczałem swoich ludzi w pobliżu, żeby jej pilnowali. W końcu zdałem sobie sprawę z tego, że nie mogę pilnować jej 24 godziny na dobę i postanowiłem ją zdjąć. Zabrałem więc naszą flagę do domu, gdzie trzymałem ją na pamiątkę tego wydarzenia. Trzy lata temu, przy okazji wywiadu prowadzonego przez Piotrem Karśko z TVP, z okazji 10 rocznicy wydarzeń sierpnia, przekazałem ja Telewizji Polskiej.
     Polskę odwiedzam co roku. Moja rodzina i znajomi pytają mnie zawsze, kiedy wrócę na dobre. Nie raz się zastanawiałem nad tym czy wrócić do Polski. Z każdym rokiem coraz mniej mi się to wydaje realne. Powody na to są różne. Przede wszystkim, wracając po latach musiałbym znów wszystko zaczynać od początku. W Polsce wiele się zmieniło i ja nie jestem z tymi zmianami na bieżąco. Na pewno początki nie były by łatwe. Nie myślę że miałbym na to siły, żeby swoje życie jeszcze raz zaczynać od początku. Najważniejszym chyba jednak powodem jest to, że Stany Zjednoczone stały się moją nową ojczyzną. Przeżyłem tu wiele trudnych chwil. Kraj ten jednak dał mi możliwości zrealizowania moich marzeń. Przygarnął mnie, jak to się mówi, kiedy byłem bez niczego, bez pieniędzy, bez zawodu, nawet bez znajomości języka, Przygarnął mnie, kiedy właściwie byłem bez przyszłości i pozwolił mi tą przyszłość tutaj zbudować, taką jaką chciałem. Nie tylko byłem przez ten kraj przygarnięty, ale też od pierwszych dni, czułem się tu jak u siebie. Nie pogardzano mną, nie dyskryminowano. Najlepiej to można podsumować parafrazą Marksa – „Każdemu według jego wysiłku, pracy i możliwości”. Dzisiaj mamy z żoną wyrobioną pozycję w naszych zawodach. Mamy dobre płace, ładny dom i dość pieniędzy, żeby trochę podróżować. Po latach trudów i ciężkiej pracy nadszedł wreszcie czas kiedy możemy cieszyć się życiem . Także nasza jedynaczka, Elaine, jest tutaj urodzona i tutaj układa sobie życie. Nie moglibyśmy zostawić jej tu samej. 
Są jednak plany, że po zakończeniu kariery zawodowej i pójściu na emeryturę, wybuduję dom w moim miasteczku Golinie i tam będę spędzał kilka miesięcy w roku.

   Nie znaczy to jednak, że jesteśmy w pełni zamerykanizowani. Byłoby to niemożliwe. Nasze polskie korzenie są zbyt głębokie. Nasza rodzina i najbliżsi koledzy są dalej w Polsce. Nasze nawyki, sposób myślenia i zachowania, oparte są na polskiej kulturze. Nasza córka potrafi znakomicie rozmawiać po polsku. Co ciekawsze, sama nauczyła się pisać i czytać w polskim języku. To prawda, że tworzy nieraz fantastyczne słowa, które brzmią trochę jak polskie ale nie istnieją w naszym słowniku.
    Tak więc życie naszej rodziny, choć zostało zbudowane w naszej nowej ojczyźnie, oparte jest na wspomnieniach i tęsknocie za Polską. Ja zawsze byłem i zostanę marzycielem. Teraz jednak już wiem, że każde z marzeń może być spełnione, kiedy nasze pragnienie szczęścia i sukcesu zwycięży strach przed nieznanym i niewiarę we własne siły. Niestety prawda jest taka, że nigdy nie można mieć wszystkiego. Osiągnęliśmy swoje marzenia, ale musieliśmy przy tym poświęcić wiele rzeczy, które były dla nas cenne. Była to cena, którą musieliśmy zapłacić za nasz sukces.

Wednesday, October 8, 2014

Strefa Zero

Powracam dzisiaj do dalszego ciągu moich wspomnień.    


    Przez następne kilka lat pracowałem na mniejszych budowach. Wreszcie w 1998 roku dostałem bardzo ważny projekt. Była to odbudowa drogi szybkiego ruchu przed budynkami World Trade Center. Pomimo różnych komplikacji, skończyłem tą budowę na czas. Był wrzesień 2001 roku i robiłem na niej ostatnie, wykończeniowe prace.  Tam  zastała mnie katastrofa WTC.

    Zaczął się okres w moim życiu o którym można by napisać grubą książkę. Do dzisiaj trudno mi wracać myślami do tamtych dni. Każdy z Nowojorczyków dobrze pamięta dzień 11 września. Na pewno każdy z nas trochę inaczej zareagował na tą tragedię, ale wszyscy byliśmy nią wstrząśnięci i przesiąknięci grozą. Ja jeszcze długo po zapadnięciu się budynków WTC nie mogłem tak naprawdę uwierzyć, że to się stało. Budziłem się codziennie rano z myślą, że może to wszystko co się zdarzyło, było tylko nocnym koszmarem. W tych pierwszych minutach po obudzeniu się każdego nowego dnia, próbowałem wierzyć, że normalny i bezpieczny świat, jaki znaliśmy kiedyś, nadal istnieje, że nie otacza nas chaos i zniszczenie.

    Pamiętam, że nieraz pracując pod WTC przed 11-tym września zastanawialiśmy się co by się stało, gdyby te gigantyczne budynki z jakiegoś powodu się zawaliły. Oczywiście nikt wtedy jeszcze nie myślał o atakach terrorystycznych. Próbowaliśmy obliczyć, jak duży obszar pokryłyby gruzy i zastanawialiśmy się czy udałoby nam się wydostać z życiem z takiej katastrofy. Nikt z nas w najmniejszym stopniu nie spodziewał się wtedy, że za kilka lat staniemy w obliczu takiej sytuacji.

    Ponieważ moja budowa była w pobliżu WTC, zostaliśmy natychmiast zatrudnieni przy akcji ratunkowej i odgruzowywaniu. Pierwsze godziny i dni pracy w „strefie zero”, jak później nazywane było to miejsce, upłynęły pod znakiem rozpaczliwych prób ratowania ludzi, którzy byli gdzieś tam pod gruzami. Pracowały nas tam setki, tysiące. Podzieleni byliśmy na brygady i pod kierownictwem strażaków wydzieraliśmy gołymi rękoma kawałki betonu i stali z niewyobrażalnie wielkiej góry gruzów. Próbowaliśmy znaleźć szczeliny w rumowisku, żeby się dostać do jego wnętrza. Za każdym razem kiedy odkopywaliśmy jakieś miejsce w którym mogliby być ludzie, wszyscy przestawali pracować. Najpierw wołaliśmy w głąb gruzów, czekając na jakaś odpowiedź. Po chwili któryś ze strażaków wciskał się do środka szukając śladów życia. Po jakimś czasie wracał na zewnątrz rozczarowany że nic nie znalazł. Zapadała chwila martwej ciszy, po czym ludzie, wyglądający jak duchy pod powłoką białego pyłu, zawzięcie zabierali się znowu do pracy.

    W pierwszym tygodniu odgruzowywania WTC czułem się trochę zagubiony. Pracowały tam największe firmy nowojorskie. Roboty prowadzone były przez najlepszych inżynierów. Trudno mi się nawet było dowiedzieć w czym mógłbym pomóc. Wszystko działo się spontanicznie, bez większej organizacji. Po kilku dniach postanowiłem wziąć inicjatywę w swoje ręce. Wszyscy skoncentrowani byli po zachodniej stronie WTC, gdzie był najłatwiejszy dostęp do gruzów. Zabrałem więc swoich ludzi i maszyny na stronę wschodnią. Musiałem najpierw utorować sobie drogę do placu WTC, bo wszystkie sąsiednie ulice były zasypane. Zacząłem więc usuwać przeszkody od strony południowej. Na pierwszy ogień poszły samochody, które często stały na środku ulicy pozostawione przez uciekających właścicieli. Ale i te legalnie zaparkowane musiały być usunięte. Przykro było patrzeć na spustoszenie jakie robiły moje maszyny, ale była to też pewna zabawa. Pierwszy i ostatni raz w życiu, mogłem robić co chciałem z samochodami. A były tam miedzy innymi te najlepsze: Mercedes, BMW, etc. Były one zgniatane, miażdżone i przenoszone na wyznaczone składowisko.

    Po kilku dniach takiej pracy, dostałem się do WTC od strony południowej. Sprowadzając coraz więcej ludzi i maszyn, stopniowo zacząłem odgruzowywanie wschodniej części terenu. Moje wysiłki spotkały się z uznaniem ze strony władz miasta, które po miesiącu akcji ratowniczej przejęły pełną kontrolę nad wszelkimi pracami w strefie zero. Wybrały one kontraktorów, którzy mieli pozostać przy odgruzowywaniu WTC i podzieliły między nich pracę. W wyniku tego otrzymałem kontrolę nad 50% strefy zerowej. Był to dla mnie i dla mojej firmy wielki sukces, chociaż trudno było myśleć o sukcesie, kiedy osiągnięty on został w wyniku takiej strasznej tragedii jaka spotkała nasze miasto.

    Po następnych dwóch miesiącach, firma moja przejęła kontrolę nad całością prac w „strefie zero”.

    Techniczna cześć mojej pracy była bardzo trudna. Nigdy przedtem nie pracowałem przy rozbiórkach. Poza tym rozbiórki są zwykle kontrolowane, natomiast tutaj często mieliśmy do czynienia ze zdradzieckimi zwałami gruzu. Każdego dnia układaliśmy plany na dzień następny, tylko po to by je potem zmieniać. Decydowaliśmy się na posunięcia, które zagrażały naszemu życiu. Pamiętam jak pewnego dnia jedna z moich maszyn, wyciągająca stalowe belki na środku gruzowiska, zaczęła się zapadać. Pod nami było jeszcze 7 pięter. Patrząc na to miałem wrażenie że spadała ona na dół w zwolnionym tempie. Nadal nie wiem czy to przerażenie i nerwy stworzyły to wrażenie, czy tak się działo naprawdę. Pamiętam przerażoną twarz mojego operatora, który nie mógł nic zrobić. Maszyna przebiła się przez trzy piętra i nagle się zatrzymała. Wszyscy czekaliśmy w bezruchu na to co miało nastąpić. Myśleliśmy, że wszystko raptem się obsunie i maszyna zostanie zasypana gruzem. Po chwili jednak operator ostrożnie otworzył drzwi. Kiedy wyszedł, nie mógł ustać na nogach, które sprawiały wrażenie jakby zrobione były z gumy. Z trudem wyciągnęliśmy go na zewnątrz.

    Takie zapadnięcia zdarzyły się jeszcze wielokrotnie. Strach był nie tylko przed tym że można było spaść na dół, ale również, przed tym w co by się wpadło. Pod tą rampą z gruzów po której się poruszaliśmy, były olbrzymie niewygaszone ogniska. Temperatury sięgały tam kilku tysięcy stopni. Zdarzało się często, że koparki zanurzały swoją łopatę w gruzy i zamiast betonu wyciągały rozpaloną, płynną substancję. Mimo tych niesamowitych warunków, udało nam się przetrwać ten okres bez fatalnych wypadków.

    Pył, kurz i dym był wszędzie. Trudno było oddychać. Wszyscy naturalnie mieliśmy maski, ale nie zawsze dało się je używać. Ja ciągle musiałem wydawać polecenia przez radio, co w masce trudno byłoby zrobić, więc w większości czasu wisiała ona bezużytecznie na mojej szyi. Dymiło się tak z tych popiołów aż do stycznia następnego roku. Pod koniec nie był to już ogień, tylko para i dym z gorących materiałów. Trudno było w to uwierzyć, że prawie 5 miesięcy po zawaleniu się WTC coś się tam nadal tliło.

    O ludziach, którzy tam zginęli pod gruzami i odkopywaniu ich ciał nie będę pisać. Próbuję o tym jak najmniej myśleć. Nauczyłem się kontrolować moje emocje i blokować pamięć. Teraz mogę nawet już mówić o znajdowaniu tych ciał pod warunkiem, że nie będę wdawał się w szczegóły. Wtedy nie było to takie łatwe.

    Zdarzały się momenty w których nie potrafiłem panować nad sobą. Czasami, kiedy po ciężkim dniu pracy jechałem do domu samochodem, pojawiały się przede mną obrazy tego co widziałem w gruzach w ciągu dnia. Zaczynałem się wtedy trząść, często nawet płakać i nie byłem w stanie dalej jechać. Musiałem zatrzymać się na poboczu, żeby dojść do siebie. Często wpadałem w taki stan będąc w domu, a czasami nawet na przyjęciu albo w restauracji. Po pewnym czasie nauczyłem się blokować pamięć i obrazy , które tworzyła moja wyobraźnia.

Tuesday, October 7, 2014

Prawnicy





Dzisiaj zrobię przerwę z moich wspomnień i umieszczę coś weselszego. Dostałem od kolegi zabawny e-mail. Wyszukałem więcej podobnych przypadków i zamieszczam to poniżej.

Są to prawdziwe sprawozdania z sądów amerykańskich. Pytania prawników na rozprawach i odpowiedzi świadków. Zawsze myślimy że prawnicy po ukończeniu szkół muszą być bardzo inteligentni i wygadani, ale niestety tak jak w każdym zawodzie znajduje się wielu „upośledzonych”. Niektóre z nich niemożliwe jest przetłumaczenie na język polski, bo chodzi o sam układ słów, tak jak ten pierwszy, który zostawiam w języku angielskim. 


Q: Do you know if your daughter has ever been involved in the voodoo or occult?

A: We both do.
Q: Voodoo?

A: We do.
Q: You do?

A: Yes, voodoo.


PROKURATOR: Co było pierwsze, co twój mąż powiedział ci rano?
ŚWIADEK: On powiedział, gdzie jesteś, Cathy?
PROKURATOR: A dlaczego to się zdenerwowało?
ŚWIADEK: Nazywam się Susan!

PROKURATOR: Ta miastenia czy wpływa ona na Twoja pamięć?
ŚWIADEK: Tak.
PROKURATOR: A w jaki sposób to wpływa na pamięć?
ŚWIADEK: Zapominam.
PROKURATOR: Zapomnisz? Czy możesz podać jakiś przykład czegoś zapomniałeś?


PROKURATOR: Jako lekarz, czy zgadzasz się z tym że prawdą jest, że ​​gdy człowiek umiera we śnie, nie wie o tym aż do następnego ranka?
ŚWIADEK: Czy Pan rzeczywiście zdał końcowy egzamin z prawa?


PROKURATOR: Pana dwudziestoletni najmłodszy syn w jakim jest wieku?
ŚWIADEK: Uh? Ma dwadzieścia lat.


PROKURATOR: (pokazując zdjęcie ze świadkiem). Czy był pan obecny, gdy to zdjęcie zostało zrobione?
ŚWIADEK: Chyba pan żartuje?


PROKURATOR: Więc data poczęcia (dziecka) była 8 sierpnia?
ŚWIADEK: Tak.
PROKURATOR: A co robiłeś w tym czasie?
ŚWIADEK: Uh .... Miałem wspaniały sex!


PROKURATOR: Ona miała troje dzieci, prawda?
ŚWIADEK: Tak
PROKURATOR: Ilu było chłopców?
ŚWIADEK: Brak.
PROKURATOR: Czy były jakieś dziewczyny?
ŚWIADEK: Żartujesz? Wysoki Sądzie, ja potrzebuje nowego adwokata. Czy mogę dostać nowego adwokata?


PROKURATOR: Jak zakończyło się Twoje pierwsze małżeństwo?
ŚWIADEK: Śmiercią.
PROKURATOR: A która osoba z małżeństwa poniosła śmierć?
ŚWIADEK: A jak Pan myśli?


PROKURATOR: Doktorze, ilu autopsji wykonałeś na martwych ludziach?
ŚWIADEK: Wszystkie moje autopsje wykonywane na zmarłych.
PROKURATOR: Czy pamięta Pan czas, kiedy badał ciało?
ŚWIADEK: Sekcja zwłok rozpoczęła się około 20:30
PROKURATOR: A pan Denton był martwy w tym czasie?
ŚWIADEK: Nie, siedział na stole, zastanawiając się, dlaczego robię na nim autopsję!


PROKURATOR: Czy jesteś uprawniony do oddania próbki moczu?
ŚWIADEK: Huh .... Czy kwalifikuje się Pan do tego pytania?


PROKURATOR: Zanim przeprowadzono sekcję zwłok, czy sprawdził Pan puls?
ŚWIADEK: Nie
PROKURATOR: Czy sprawdził Pan ciśnienie krwi?
ŚWIADEK: Nie
PROKURATOR: Czy sprawdził Pan oddech u pacjenta?
ŚWIADEK: Nie
PROKURATOR: Czy jest więc możliwe, że pacjent jeszcze żył, kiedy rozpoczął autopsję?
ŚWIADEK: Nie
PROKURATOR: Jak możesz być tak pewny, doktorze?
ŚWIADEK: Ponieważ jego mózg leżał na moim biurku w słoiku.
PROKURATOR: Rozumiem, ale może pacjent wciąż jednak żył?
ŚWIADEK: Tak, to jest możliwe, że mógł być żyć, jeśli był prawnikiem.


PROKURATOR: Ile lat ma twój syn?
ŚWIADEK: Trzydzieści osiem lub trzydzieści pięć lat, nie pamiętam.
PROKURATOR: Jak długo mieszkał z tobą?
ŚWIADEK: Czterdzieści pięć lat.


PROKURATOR: A gdzie było miejsce wypadku?
ŚWIADEK: Około słupka z numerem 499.
PROKURATOR: A gdzie był słupek 499?
ŚWIADEK: Prawdopodobnie między słupkiem 498 i 500.


PROKURATOR: Czy to ty lub twój młodszy brat zginął w czasie wojny?
ŚWIADEK: A Ty co sądzisz doradco?


PROKURATOR: Co się stało potem?
ŚWIADEK: Powiedział mi, "Musze Cię zabić, ponieważ możesz mnie zidentyfikować"
PROKURATOR :I czy on cię zabił?
ŚWIADEK: Tak!

Nasz cały system i wszelkie prawa stworzone zostały oczywiście przez prawników i to tych mądrzejszych. Zrobione jest to tak, żeby szary obywatel nigdy tego wszystkiego dobrze nie zrozumiał. Tak więc otwierając konto w banku, dostając nową kartę kredytową, kupując samochód, dom, idąc do szpitala, podpisujemy dziesiątki kartek z wypisanymi małym druczkiem informacjami, których nie jesteśmy w stanie przeczytać ani zrozumieć. Wiemy że nie podpisując tego, nie dostaniemy tego czego chcemy, więc nawet bez próby czytania, składamy tam swój podpis.

Stworzyli oni tez cały system sądzenia się o byle co. Wiadomo z każdej wygranej sprawy zabierają 40 lub więcej procent. Każdy, nawet Ci porządniejsi, którzy się z tą procedurą nie zgadzają, podchodzi do tego z punktu: Wszyscy się sądzą, to czemu ja mam być jedynym tym, który tego nie robi!? Nikt nawet nie zwraca na to uwagi, że przez to wszystko podnoszą się ceny ubezpieczeń i z tego powodu ceny każdego produktu i usług zwiększają się, żeby pokryć ich koszt.

Jest to błędne koło, cyrk, ponieważ nikomu nie zależy na zatrzymanie tego coraz dłuższego pociągu. Miliony dolarów, który przechodzą przez sądy, rozkładane są równomiernie na wszystkie produkty i nie są bardzo widoczne. Moje ubezpieczenie rośnie, wiec ja podnoszę cenę sprzedawanego produktu. Idąc od sądu, firmy ubezpieczeniowe nie próbują z tym walczyć, bo jak przegrywają sprawy to podnoszą ubezpieczenie. Doszło do tego, ze większość spraw nawet nie idzie do sądu, ale kończy się umową między poszkodowanym a sądzonym. Ktoś sądzi mnie o 1 milion dolarów. Moja firma ubezpieczeniowa, która mnie reprezentuje, nie chce ryzykować sprawy i dogaduje się ze stroną zainteresowaną, że zgadzają się na 400,000 dolarów jeśli nie dojdzie do niej. Tamci też nie chcą podjąć ryzyka i zgadzają się na ta sumę. I najgłupsze, idiotyczne, wymyślone oskarżenia przynoszą efekt wygranej sprawy bez sądu. Wtedy firma ubezpieczeniowa podnosi swoje ceny i wszyscy są zadowoleni.

Oczywiście choroba ta jest zaraźliwa i przenosi się powoli do innych krajów. W Polsce może jeszcze nie jest zakaźna, ale to tylko kwestia czasu. Poniżej kilka przypadków takich spraw. 


Kathleen Roberts z Austin w Teksasie, otrzymała 780.000 dolarów przez jury po zerwaniu mięśnia przy kostce a potknęła się o malucha, który biegał jak w szalony wewnątrz sklepu meblowego. Właściciel sklepu był zrozumiale zaskoczony werdyktem, zważywszy że rozbrykany smarkacz był synem pani Robertson.

Josh Truman, 19, Los Angeles wygrał 74.000 dolarów i pokrycie kosztów leczenia, gdy jego sąsiad przejechał mu dłoń, Hondą Accord. Pan Truman najwyraźniej nie zauważył że ktoś był za kierownicą samochodu, którego kołpak próbował ukraść.

Terrence Dickinson z Bristolu, Penn., Został opuszczony dom i kończył jego okradanie w garażu. Nie był w stanie wydostać się , bo automatyczne drzwi garażu, były uszkodzone. Nie mógł ponownie wejść do domu, bo drzwi łączące dom i garaż otwierały się od strony domu. Rodzina była na wakacjach, więc Pan Dickson znalazł się zamknięty w garażu przez osiem dni. Przeżył bo znalazł Pepsi i duży worek suchej karmy dla psów. Dickson pozwał ubezpieczenie właściciela domu, twierdząc, że wszystko to spowodowało niepotrzebne cierpienia psychiczne. Jury uzgodniło odszkodowanie w wysokości pół miliona dolarów.

Terrance G. Williams z Little Rock, Arkansas, otrzymał 14500 dolarów i koszty leczenia po ugryzieniu pośladków przez psa swego sąsiada. Pies był na łańcuchu w ogrodzonym podwórku, na którym znalazł się pan Williams. Nagroda była mniejsza niż poszukiwana, ponieważ sędziowie uznali że pies był sprowokowany przez pana Williamsa, który w tym czasie wielokrotnie strzelał do niego z pistoletu ze śrutu.

Restaurację Philadelphia, zasądziła Pani Livingston Lancaster z Pensylwanii o 113,500 dolarów po tym jak poślizgnęła się na rozlanym napoju i złamała kość ogonową. Napój był na podłodze, ponieważ Pani Livingston rzuciła naczyniem z napojem na swojego chłopaka 30 sekund wcześniej, podczas kłótni.

Dara Waltmore z Claymont, Delaware, z powodzeniem pozwała właściciel klubu nocnego w sąsiednim mieście, kiedy spadła z okna łazienki na piętrze i wybiła sobie dwa przednie zęby. Stało się to, gdy Pani Walton próbowała przejeść przez okno w toalecie, aby uniknąć płacenia za wstęp 3,50 dolarów. Otrzymała ona 12,000 dolarów i wydatki na pokrycie leczenie.

W listopadzie 2000 roku Pan Paweł Grazinski zakupił nowy 11 metrowy Winnebago samochód. W swojej pierwszej podróży do domu, kiedy dostał się do autostrady, ustawił automatycznego pilota na 100 km/g i spokojnie opuścił fotel kierowcy, aby przejść do tyłu i zrobić sobie kawę. Nic dziwnego, że samochód zjechał w lewo z autostrady, przewrócił się i rozbił. Pan Grazinski pozwał firmę Winnebago że nie było żadnej instrukcji mówiącej, że nie może tego zrobić. Wygrał 1.750.000 dolarów plus nowego Winnebago.

                                              That's all Folks!!

Monday, October 6, 2014

Przygody z mafią i „czarną koalicją”.

Ciąg dalszy.

Niestety nie była to zmiana na lepsze. Kompania w której dostałem pracę, była dużo mniejsza i miałem ograniczone możliwości działania. Każdy mój ruch kontrolowany był przez właściciela, jego synów, brata i resztę rodziny. Już po sześciu miesiącach wiedziałem że tam nie zostanę. Dla zasady jednak postanowiłem wytrwać do czasu ukończenia budowy. Kiedy złożyłem swoją rezygnacje, właściciel był wściekły. Po wysłuchaniu mojego wymówienia, odwrócił się bez słowa i wyszedł.

Następną pracę wybrałem bardzo ostrożnie. Przeniosłem się do dużej firmy Tully Construction. Odeszło ze mną także kilku innych pracowników, którzy mnie lubili i nadal chcieli ze mną pracować a inni przeszli ze mną tutaj z poprzedniej firmy. Nie spodobało się to mojemu byłemu pracodawcy.

Zacząłem pracę w Tully. W kilka tygodni później, podszedł do mnie człowiek, którego poznałem poprzedniego roku i który należał do jednej z czarnych koalicji. Były to organizacje murzynów, które pod pozorem walki z rasizmem, terroryzowały budowy prowadzone przez białych, zmuszając ich do zatrudniania swoich ludzi. Ludzie ci nie mieli żadnego doświadczenia i do tego byli bardzo leniwi. Kiedy się nie zgadzaliśmy na ich zatrudnienie, niszczyli nam sprzęt, albo grozili pistoletami. Policji się nie wzywało bo to pogarszało tylko sprawę. Jeżeli złożona została skarga na policję, to budowa zaczynała mieć prawdziwego pecha. Maszyny psuły się bez powodu, główni pracownicy przychodzili do pracy pobici przez nie zidentyfikowanych chuliganów, a kierownik budowy mógł nawet stracić życie. Nie, na pewno się to nie opłacało.

Kiedy więc ten człowiek z „koalicji” zjawił się u mnie, myślałem że chce mi znowu kogoś wcisnąć. Nieopatrznie pozwoliłem doprowadzić się do jego samochodu. W tym momencie otworzyły się drzwi i wysiadło z samochodu jeszcze dwóch innych. Złapali mnie i wepchnęli do środka. Samochód natychmiast ruszył. Siedziałem z przodu obok kierowcy. Jeden z  siedzących z tyłu, przyłożył mi pistolet do głowy, mówiąc żebym nie próbował nic głupiego. Przestraszony, spytałem o co im chodzi i gdzie jedziemy, ale nie dostałem odpowiedzi.

W tym samym czasie moi ludzie z budowy powiadomili o tym co się stało jednego z właścicieli firmy. Po około 10 minutach jazdy, zadzwonił mój telefon. Ku mojemu zdziwieniu moi porywacze, pozwolili mi go odebrać. Na linii był John, mój nowy szef. Spytał, czy wszystko jest w porządku. Domyślał się, że nie mogę dużo mówić, zadawał więc tylko pytania, na które mogłem odpowiedzieć tak lub nie. Po chwili jednak telefon mi odebrano i zobaczyłem przez okno, że zbliżamy się do biur firmy w której kilka tygodni temu rzuciłem pracę.

Kiedy tam dojechaliśmy, wprowadzono mnie do małego pokoju i zamknięto drzwi. Oprócz mnie były tam jeszcze dwie osoby - mój poprzedni szef i czarny człowiek olbrzymich rozmiarów. Ten ostatni popchnął mnie na krzesło stojące na środku pokoju. Wyciągnął pistolet i wymachując nim zaczął krzyczeć, używając wulgarnych słów. Właściciel firmy opierał się o ścianę, gdzie znajdował się przełącznik do światła. Kołysząc się gasił i zapalał je na przemian. Wszystko to tworzyło raczej makabryczną atmosferę. Muszę też wspomnieć, że był on powiązany z mafią.  Zawsze nosił ze sobą pistolet i nieraz go użył. Jak z nim pracowałem, został aresztowany przez policję, bo na budowie wywiązała się awantura i zaczęli do siebie strzelać.
    Powiedziano mi, że próbuję zrujnować ich firmę, ponieważ nie tylko sam odszedłem, ale jeszcze zabrałem ze sobą kilkoro ludzi. Zażądano aby wszyscy pracownicy, którzy opuścili ze mną firmę, natychmiast do niej wrócili. Grożono mi, że moja żona i córka będą w niebezpieczeństwie jeżeli nie podporządkuję się ich żądaniom. Później wyprowadzono mnie na zewnątrz i wywieziono samochodem kilkanaście ulic dalej. Tam wyrzucono mnie na ulicę i samochód odjechał z piskiem opon. Kiedy wróciłem na swoją budowę i opowiedziałem co mi się przytrafiło, John, mój nowy szef wpadł we wściekłość. Wezwał do siebie kilku facetów, którzy wyglądali raczej podejrzanie i dał im jakieś instrukcje za zamkniętymi drzwiami. Wiem również, że wykonał kilka telefonów do moich porywaczy. Nie wiem dokładnie o czym rozmawiali, ale przekleństwa sypały się grubo. Powiedział mi tylko, żebym o nic się nie martwił i rzeczywiście po kilku dniach wszystko ucichło. Najadłem się jednak wtedy sporo strachu.

W tamtych czasach „czarna koalicja” dobrze dawała nam się we znaki. Wszyscy się ich bali i nic nie można było im zrobić. Byli nietykalni, tak jak za dawnych czasów Al Capone. Jedno z najgorszych doświadczeń z koalicją miałem w mojej pierwszej pracy z Tully. O moją budowę walczyły wtedy dwie frakcje koalicji. Każda z nich chciała żebym zatrudnił ich ludzi. Walczyli nie tylko ze mną, ale i przeciwko sobie. Było to istne błędne koło.

Pewnego dnia zjechali się wszyscy w tym samym czasie. Zaczęła się gwałtowna wymiana słów, po czym jeden z tych typów wyciągnął pistolet. W tym momencie zrozumieliśmy, że robi się gorąco. Powoli zaczęliśmy wycofywać się z placu. W pewnym momencie usłyszałem ostrzegawczy strzał z pistoletu. Dałem więc w długą. Nigdy bym nie pomyślał, że potrafię tak szybko biegać. Słyszałem, że ktoś biegnie za mną i wiedziałem, że nie jest to przyjaciel. Po kilku chwilach dostałem się na boisko szkole, które ogrodzone było wysoką siatką. Znalazłem się w pułapce. Jedyna droga odwrotu była z tej strony z której przybiegłem, ale była ona zamknięta przez faceta z pistoletem, który w tym czasie też dobiegł do boiska. Nie namyślając się wiele skoczyłem na siatkę, próbując się wspiąć na górę. Niestety, nie było to łatwe. Oczka tej siatki były tak drobne, że trudno mi było znaleźć oparcie dla stóp. Zawisłem więc bezradnie około metra nad ziemią i nie mogłem się dalej wspiąć. Na czoło wystąpiły mi wielkie krople potu. Myślałem, że wybiła moja ostatnia godzina.

W tym momencie usłyszałem syreny policyjnych samochodów. Goniący mnie facet z pistoletem też je usłyszał i zawrócił. Kilka sekund później ulica była pusta. Moi ludzie zaczęli pomału wychodzić ze swoich kryjówek i wracać na plac budowy. Skrzyżowanie na którym zdarzyła się ta strzelanina pokryte było łuskami kul. Policja przy każdej łusce ustawiała numerek i robiła zdjęcia. Wszyscy byliśmy bladzi i przerażeni. Rozluźniliśmy się dopiero trochę jak podeszliśmy do naszego operatora maszyn. Siedział on wewnątrz swojej koparki, dokładnie po środku całej tej strzelaniny. Nie zdążył uciec, przeczekał więc tam całą akcję. Wyszedł z tego z życiem ale niestety nerwy jego zawiodły i się zmoczył.

W ciągu ostatnich lat wiele się zmieniło jeśli chodzi o działalność „czarnej koalicji”. Federalne Biuro Śledcze (FBI) zajęło się tą sprawą. Przez wiele lat prowadzili inwestygację, znaleźli świadków i zgromadzili dużo dowodów wskazujących nielegalną działalność. Ja też zostałem świadkiem w tej sprawie, ponieważ telefony członków koalicji były ciągle na podsłuchu i w momencie kiedy do mnie dzwonili, rozmowy nasze były nagrywane. Dzisiaj wielu z nich siedzi w więzieniu.

Sunday, October 5, 2014

Kariera zawodowa



Początki pobytu w Stanach napiętnowane były również niepokojem o rodzinę w Polsce i trudnościami w utrzymywaniu z nią kontaktu. Był to okres stanu wojennego i rozmowy telefoniczne były praktycznie niemożliwe a nasze listy często w tajemniczy sposób nie docierały do celu. Najbardziej pomysłowa okazała się w tej sytuacji moja mama, która wymyśliła niezawodna metodę przesyłania korespondencji. Zatrzymywała ona samochody ciężarowe z innych krajów takich jak Holandia, Francja i prosiła kierowców o wzięcie listu i wysłanie go poza granicami polski. Zwykle się to udawało i co jakiś czas przeżywaliśmy radość czytania listów pisanych drżącą ręka mojej matki. Była ona załamana brakiem wiadomości od nas. W tym czasie dostaliśmy też ostrzeżenie od ojca Wiesi, żebyśmy nie wracali do kraju bo szuka nas milicja.

Nasi rodzice wiedzieli, że urodziła się nam córka, bo przesłaliśmy im wiadomość przez naszych znajomych. Nie znając jednak szczegółów, zamartwiali się tym tylko, bo z ich obliczeń wynikało, że na urodzenie dziecka było o dużo za wcześnie. Dowiedzieli się wszystkiego dopiero po wyjeździe do Niemiec koleżanki mojej matki, pani Krystyny Gadzinowskiej. Napisała ona do nas list na który my natychmiast odpowiedzieliśmy, Pani Gadzinowska umówiona była z moją mamą, że jak tylko skontaktuje się z nami, to prześle jej wiadomość przez Radio Wolna Europa. Mama codziennie o określonej godzinie siedziała przy radiu wsłuchując się w trzeszczącą transmisję. Dość długo nic się nie działo, aż w końcu usłyszała umówioną wiadomość: „Halo Angela, Halo Angela. Dziecko jest zdrowe. Wszystko jest na dobrej drodze. Krystyna z Berlina”. Opowiadała nam później, ile radości przyniosła ta wiadomość. 
    Pierwszy telefon udało mi się wykonać dopiero po kilku miesiącach. Rozmowa trwała tylko kilka minut, bo szkoda było pieniędzy, których nam brakowało.Gęste łzy tamowały nam słowa  . Moja starsza siostra, która była z mamą przy telefonie, nie była w stanie z nami rozmawiać, tak była spłakana. Pomimo całego tego smutku czuliśmy jednak, że w pewnym sensie znów jesteśmy razem z naszymi najbliższymi. Z czasem rozmowy telefoniczne stały się łatwiejsze. 

Upłynęły dwa lata. Po tym co mnie spotkało kiedy jeździłem na taksówce, postanowiliśmy, że dłużej tak żyć nie będziemy. Trzeba było wrócić do szkoły. Wiesia, która była mocniejsza w języku angielskim a także psychicznie, zrobiła to pierwsza. Jej nieustająca determinacja, żeby się wydostać z nizin naszego dotychczasowego życia, stała się motorem wszystkich naszych planów. Okazało się, choć trudno mi się do tego przyznać, że Wiesia była ode mnie dużo odporniejsza psychicznie.

Zadecydowaliśmy, że skoro idziemy do szkoły, to musi być to szkoła najlepsza i złożyliśmy podania do Columbia University. Musieliśmy wziąć pożyczkę z banku, bo studia kosztowały majątek. Nasi znajomi się z nas śmiali. Mówili, że i tak po studiach nie znajdziemy pracy i nie będziemy w stanie spłacić wziętych pożyczek. Przepowiednie ich w sprawie pracy się nie sprawdziły, choć faktycznie, spłacanie długów nie było łatwe i zajęło nam kilkanaście lat.

Na podstawie naszych dokumentów z uczelni w Koszalinie, Columbia zaliczyła nam studia inżynierskie i musieliśmy zrobić tylko magisterkę. Wiesia wybrała kierunek projektowania, a ja zdecydowałem się na budowę dróg.

Inwestowanie w najlepszą szkołę okazało się słuszną decyzją, bo oboje otrzymaliśmy pracę już w pierwszym podejściu. Początki, były takie jak zawsze. Robiliśmy więcej niż od nas wymagano, staraliśmy się szybko nauczyć zawodu i wykonywać go najlepiej jak potrafiliśmy. Dzisiaj mogę powiedzieć, że zdało to egzamin. Moja żona pracowała dla wielu renomowanych firm w Nowym Jorku, na wielu prestiżowych projektach, które zdobyły nagrody. Oprowadzając znajomych po tym mieście, możemy im pokazać zaprojektowane przez nią budynki. Oprócz tego pracowała na projektach w innych krajach, takich jak ambasady amerykańskie, nowe lotnisko w Tel Aviv, biurowce w Anglii, Taiwanie czy Singapurze. Jestem bardzo dumny z jej sukcesu, a żyjąc z nią wiem, że to nie szczęście czy przypadek były jego przyczyną.  Zawsze powtarzała, że dojdziemy tu do czegoś i dopięła swego celu. Ja w trudnych chwilach, czasami traciłem wiarę. Ona, drobna, słaba kobieta okazała się nieraz dużo silniejsza ode mnie i podtrzymywała mnie na duchu w chwilach załamań.

Moja kariera zawodowa zaczęła się jeszcze przed ukończeniem szkoły. W biurze zatrudnienia znalazłem ogłoszenie, że firma budująca drogi poszukuje inżyniera. Ogłoszenie to miało już kilka miesięcy, więc było mało prawdopodobne, że ta pozycja jest ciągle aktualna, ale ponieważ nie znalazłem nic innego, postanowiłem wysłać tam swoje podanie. Już po kilku dniach otrzymałem telefon z propozycją spotkania się. Możecie sobie wyobrazić moje podniecenie. Po tylu latach, wreszcie była szansa na znalezienie pracy w moim zawodzie. Ubrany w garnitur, zjawiłem się na rozmowę dwie godziny za wcześnie. Nie chciałem ryzykować spóźnienia się, gdyż chodziło o tak ważną dla mnie sprawę. Był to jeden z gorętszych dni tego lata i jak to zwykle bywa w Nowym Jorku, niesamowicie wilgotny. Chodząc nerwowo w pobliżu budynku tej firmy, doprowadziłem się do stanu całkowitego odwodnienia i zaszedłem na spotkanie wyglądając jak bym był po biegu maratońskim.

Rozmowa trwała krótko. Mój przyszły pracodawca wiedział, że jestem jeszcze w szkole, więc nie spodziewał się, że ma w tym zawodzie jakieś doświadczenie. Chyba mu się spodobałem, bo szybko przeszedł do rozmowy o wysokości zarobków. Dla mnie nie było to najważniejsze. Nie obchodziło mnie wcale ile mi zapłacą. Chciałem tylko dostać tą pracę. Szybko więc się dogadaliśmy i po chwili, szczęśliwy wypadłem z tego biura. Miałem pracę!

Początki nie były bardzo trudne. Większość czasu poświęcałem na uważne przyglądanie się pracy kierownika budowy. Był to miły, starszy pan, ale nie bardzo chętnie odpowiadał na moje pytania i nie udzielał żadnych rad. Później zrozumiałem, że to normalne i że większość z kierowników nie lubi dzielić się swoją wiedzą. Kiedy zadawałem mu pytania, spoglądał na mnie ze zdziwieniem, że nadal nie chcę zrezygnować, dawał jakąś wymijającą odpowiedź i oddalał się paląc swoją fajkę. Sam więc bez niczyjej pomocy, musiałem poznawać tajniki mojego zawodu. Dostałem tą pracę i wiedziałem że nie mogę jej stracić.

Bardzo dokładnie przyglądałem się pracy robotników. Kiedy wszyscy szli do domu, ja zostawałem w biurze. Studiowałem plany, porównując je z tym co zobaczyłem na żywo tego dnia. Robotnicy okazali się bardzo pomocni. Polubili mnie szybko i oni to stali się moimi nauczycielami. Powoli zdobywałem doświadczenie. Moi szefowie to zauważyli. Po dwóch latach pracy jako pomocnik kierownika budowy, zostałem wezwany do biura właściciela . Kazał mi usiąść i spytał jak sobie daje radę. Zalał mnie zimny pot. Myślałem że cos źle zrobiłem i że wyrzuci mnie z pracy. On jednak podziękował mi tylko za dobrą pracę i dał plany nowej budowy informując mnie, że zostaję jej kierownikiem. Dwa lata ciężkiej pracy nie poszły na marne. Teraz musiałem udowodnić, że potrafię kierować budową. Pracowałem 6 dni w tygodniu, czasami po 12 godzin dziennie. W chwilach zwątpienia powtarzałem sobie że pracuję na swoja przyszłość. Budowa trwała prawie dwa lata. Zarobiłem dla firmy kilka milionów więcej niż było w planach. Moi szefowie byli z tego bardzo zadowoleni. Od tej pory wszystko szło dużo łatwiej. Czułem się ceniony i nie musiałem się już martwić, że stracę pracę. Po ośmiu latach pracy, w wyniku śmierci jednego z właścicieli firma w której pracowałem rozpadła się i musiałem się przenieść do innej.

Saturday, October 4, 2014

New York, New York.



14 grudnia urodziła się nasza córka Elaine.

Przesiadywałem wtedy w szpitalu całymi godzinami ale nie znając terminu porodu, którego zresztą nikt nie był w stanie przewidzieć, przegapiłem moment urodzin naszej córki. Kiedy zjawiłem się po jej urodzeniu, pielęgniarka, poznając mnie, zaczęła mi co
ś  tłumaczyć. Niestety niewiele mogłem zrozumieć. Domyślałem się tylko, że próbuje mi wytłumaczyć, że dziecko żyje i  nie powinienem się bać. Nie bać się? Czego? Nie rozumiałem co ona ma na myśli, aż zaprowadzono mnie do sali gdzie leżała moja córka. Żeby tam wejść trzeba się było dokładnie wysmarować jakimś płynem, wyglądającym jak jodyna, założyć maskę, fartuch, rękawice.

Moment w którym zobaczyłem pierwszy raz moją Elaine, zostanie na zawsze w mojej pamięci. Moją pierwszą myślą było to, że dziecko urodziło się upośledzone. Elanie ważyła przy urodzeniu tylko dwa funty i przez następne kilka dni traciła jeszcze na wadze. Twarz miała pokrytą włosami i zmarszczkami, jak 100-letnia kobieta. Usta jej były szeroko otwarte i nieruchome. Później dowiedziałem się, że nie potrafiła ona jeszcze poruszać mięśniami szczęki. Leżała w inkubatorze, podłączona do olbrzymiej ilości kabli i rurek. Wszystko to wyglądało strasznie. Powiedziano mi, że to całkiem normalne u wcześniaków, ale nie byłem o tym wcale przekonany.

Najciekawsze było karmienie mojej córki. Używano do tego dużą strzykawkę, wypełnioną czymś podobnym do mleka z cienką rurką zamiast igły. Wciskało się tą rurkę przez nos do żołądka. Było to bardzo stresujące, bo wydawało się że średnica rurki jest większa od przełyku. Kiedy wszystko było już na swoim miejscu, wciskało się delikatnie zawartość strzykawki do tej małej istotki. Dziecko było nakarmione!

Wkrótce po urodzeniu się Elanie, znalazłem pracę jako pomocnik elektryka w Bellevue Hospital. Praca nie była trudna, ale angielski był dużym problemem. W tym też czasie, dano nam do zrozumienia, że musimy znaleźć sobie mieszkanie, bo z hotelu trzeba się było wynosić. Jeszcze raz potwierdziło to, że nasz polski sponsor, bacznie uważa na to żebyśmy się nie rozleniwili. My Polacy, wiemy dobrze, że nie wolno pozwolić ludziom się zrelaksować, bo prowadzi to do lenistwa. Inne grupy narodowościowe, np. rosyjscy żydzi tego nie rozumieją. Opowiadano nam, że w pierwszy dzień po przyjeździe do stanów, dostają pokój w czystym hotelu, z lodówką wypełnione jedzeniem. Mogą tam mieszkać do momentu znalezienia mieszkania i pracy, w czym aktywnie pomagają im ich organizacje. Uważam, że to na pewno im nie pomaga w budowaniu charakteru i odporności psychicznej. Co gorsze, już po kilku dniach Rosjanie wysyłani są do darmowej szkoły angielskiego. To dopiero strata czasu i marnowanie pieniędzy! My Polacy na to byśmy nie pozwolili. Języka w końcu można nauczyć się na ulicy. Moim zdaniem polska metoda przygotowania emigrantów do życia w nowym kraju, jest dużo praktyczniejsza i na pewno oszczędniejsza. Poza tym jeżeli się ludziom za dużo pomaga, to potem nie dają sobie rady w życiu.

Amerykanie mają chyba na to trochę inny pogląd. Po urodzeniu się Elaine, pani z opieki społecznej w szpitalu, która znała naszą sytuację, załatwiła nam tymczasowe mieszkanie. To już nie pierwszy raz okazało się, że pomoc nadeszła niespodziewanie ze strony osób, od których się tego najmniej spodziewaliśmy. Dostaliśmy pokój w MacDonald House. Jest to charytatywna instytucja, ufundowana przez sławnego właściciela restauracji z hamburgerami. Celem jej jest pomaganie biednym rodzinom z ciężko chorymi dziećmi. Tam też zastały nas pierwsze Święta Bożego Narodzenia.

W wigilię Bożego Narodzenia straciłem pracę. Poinformował mnie o tym Polak, któremu pomogłem dostać pracę w mojej firmie. Mówił on dużo lepiej ode mnie po angielsku, dlatego szybko nawiązał dobre układy z naszym szefem. No więc w wigilię chłopak ten przyszedł do mnie żeby mi przekazać, że niestety nie ma pracy dla nas dwóch i szef mnie zwalnia. Jak to się nasi potrafią zakręcić! Byłem tym całkowicie załamany. Pobiegłem do domu, żeby zatrzymać Wiesię, która miała tego popołudnia iść na zakupy świąteczne! Znalazłem ją w supermarkecie.

„Niestety kochanie straciłem pracę. Nie stać nas na te zakupy. Bierzemy tylko to co musimy.”

Wzięliśmy więc chleb, śledzie w occie, papierowe talerze, plastikowe sztućce i butelkę asti spumanti, który ma tutaj rangę polskiego „jabcoka”. Wróciliśmy do naszego tymczasowego mieszkania. Był wieczór wigilijny. W szpitalu walczyła o życie nasza córeczka, a my bez pracy i bez perspektyw na przyszłość, siedzieliśmy samotni w przytułku dla biednych. Nasze marzenia znów były w rozsypce. Siedząc na podłodze, rozłożyliśmy nasz świąteczny posiłek. Przygryzaliśmy śledzia suchym chlebem, popijając to słodkim winem i życzyliśmy sobie wesołych świąt. Trudno było powstrzymać łzy. Byliśmy całkowicie sami przy tym biednym stole wigilijnym, złączeni wspólna troską o dziecko i o naszą przyszłość. W takich sytuacjach zwykle się mówi, że jutro musi być lepsze, ale wtedy w to nie wierzyliśmy.

A jednak po kilku tygodniach Wiesia znalazła pracę jako kelnerka w polsko-ukraińskiej restauracji Kiev. Tam też poznaliśmy Ewę, która nam zaoferowała pomoc i zabrała nas do swojego mieszkania, kiedy zostaliśmy wyproszeni z „hotelu MacDonalds”. Pozwoliło nam to na odłożenie kilku dolarów i po paru miesiącach wynajęliśmy nasze pierwsze mieszkanie. Ja kontynuowałem poszukiwania stałej pracy dla siebie. Nie było to jednak łatwe. Na początku lat 80-tych w nowym Jorku był kryzys ekonomiczny. Trudno było cokolwiek znaleźć. Brałem więc co popadnie. Były to przeważnie prace tymczasowe i nigdy nie wiedziałem kiedy je stracę. Kosztowało nas to dużo nerwów. Jak tylko odłożyliśmy kilka dolarów, traciłem pracę i zaczynaliśmy od nowa. Próbowałem wszystkiego. Byłem kucharzem, stolarzem, elektrykiem, sprzedawcą, sprzątaczem, etc.

Najdłużej pracowałem jako taksówkarz. Była to dla nas najlepsza sytuacja, bo mogłem pracować w nocy, a w dzień opiekować się Elaine, żeby Wiesia mogła pójść do swojej pracy. Pracowaliśmy więc na dwie zmiany. Rankiem wracając do domu, spotykałem się z Wiesią gotową do wyjścia. Wymienialiśmy kilka słów i zostawałem sam z Elaine. Po całej nocy pracy kładłem się na niepościelonej kanapie, sadzałem dziecko na podłodze obok siebie, otoczone zabawkami i próbowałem się przespać. Elaine rozumiała, że ja chciałem spać, będąc jednak malutkim dzieckiem nudziła się. Co chwila więc próbowała otworzyć mi oczy rozciągając moje powieki swoimi malutkimi paluszkami i pytała się czy jeszcze śpię. Niejednokrotnie musiałem pracować dłużej i nie zdążyłem dojechać na czas do domu. Przekazywaliśmy więc sobie dziecko w Wiesi restauracji, albo w jakimś innym umówionym miejscu. Ponieważ ja pracowałem w soboty a ona w niedziele, rzadko spędzaliśmy wspólnie czas. Trwało to ponad dwa lata.

Praca taksówkarza nie była łatwa. Oglądając teraz filmy, w których pokazują nowojorskich taksówkarzy, śmieję się przypominając sobie tamte lata. Żeby dostać licencję, trzeba było zdać egzaminy ze znajomości miasta. To nie było jeszcze takie trudne do zrobienia, bo pytania i odpowiedzi można było zdobyć przez odpowiednie znajomości. Ale co potem? Wyobraźmy sobie próbę dowiezienia przeze mnie pasażera z Manhattanu na Brooklyn. Nie byłem pewny co do mnie mówi, bo nie rozumiałem wtedy dużo po angielsku. Ale nawet gdybym zrozumiał gdzie on chce jechać, to i tak nie miałem pojęcia jak się dostać na Brooklyn. Nie wiedziałem nawet jak dojechać do jakiegokolwiek mostu. Żeby więc uniknąć poważnych kłopotów, wypracowałem sobie metodę, która wyglądała mniej więcej w ten sposób:

Po pierwsze – unikać wyjazdu z Manhattanu, który jest łatwy do opanowania, bo większość ulic jest ponumerowana.

Po drugie – jak się tylko zorientujesz, że nie znasz miejsca do którego pasażer chce się udać, mówisz:

„Am sorry I not speak good English. This my first day. Show please were you go”.

W większości wypadków po usłyszeniu tego pasażer zamruczał pod nosem: „O Boże, to jest możliwe tylko w Nowym Jorku” - ale prowadził mnie tam gdzie chciał dojechać, bo nie miał innego wyboru.

„Pojedź prosto, potem w prawo, w lewo, potem znowu prosto. Gdzie jedziesz?! Przecież mówiłem że w lewo! Nie, nie w prawo, w lewo! O Boże!”.

Tak to mniej więcej wyglądało. Niestety nie zawsze wszystko poszło gładko. Raz jakaś kobieta poprosiła mnie o dowiezienie jej na Brooklyn. Po moim wypróbowanym wstępie myślałem że może zrezygnuje. Była ona jednak z tych upartych i nalegała, żeby ze mną jechać. Powiedziała, że mnie poprowadzi.

„Najpierw jedź prosto, potem weź zakręt w lewo na most Brooklyński. Jak będziemy na Brooklynie to wytłumaczę ci resztę”.

OK. Nie brzmiało to zbyt skomplikowanie. Jedynym problemem było to, że nie miałem pojęcia, który to jest most Brooklyński. Jadę więc prosto. Jadę i jadę, aż tu raptem widzę most. Szczęśliwy, skręcam w lewo i czekam na dalsze wskazówki. Po chwili pasażerka dotyka mego ramienia i zapytuje gdzie ja jadę. Dumnie więc odpowiadam; „Brooklyn Bridge”. Na co ona, uśmiechając się mówi, „ No nie zupełnie. Most to jest, ale nie Brooklyn tylko Manhattan”. Co było najbardziej zaskakujące w tej przygodzie, to fakt, że moja pasażerka nie oburzyła się za to że nie wiem co robię, ale zachowała do końca poczucie humoru i nawet wynagrodziła mnie bardzo porządnym napiwkiem za moje desperackie wysiłki.

Takich ludzi spotyka się często w Nowym Jorku. To dziwne i wspaniałe miasto. Zlepione z dziesiątek różnych narodowości. Wiele osób nie lubi Nowego Jorku. Twierdzą, że ludzie są tu bardzo zabiegani i nieprzyjemni. Nowojorczycy są podobno samolubni i obojętni na tragedie osób żyjących obok. Może to i prawda. Życie w tym zatłoczonym mieście i nieustająca walka o sukces, nauczyło nas że trzeba otoczyć się powłoką pozornej obojętności, żeby tu przetrwać. Jest to jednak tylko maniera, która ułatwia codzienne życie. Kiedy się pozna głębiej naturę miasta i jego mieszkańców, zaczyna się rozumieć, że ta pozorna obojętność jest tylko zewnętrzną skorupą, pod którą kryje się często szczera życzliwość, zrozumienie i współczucie. To miasto otwarte jest dla każdego. Każdy ma tu szansę na sukces bez względu na pochodzenie i ilość posiadanych pieniędzy. Mieszkają tu ludzie, którzy potrafią ciężko pracować a jednocześnie cieszyć się życiem. Miasto to jest pełne życia. Mała jest tu różnica między dniem i nocą. Jest barwne, urzekające i na pewno nie nudne. Potrafi ono dostarczyć wrażeń nawet najbardziej wymagającym osobom. Nowojorczycy, choć na pozór wydają się tacy obojętni, potrafią być uczynni, przyjaźni a nawet bohaterscy, jak okazało się tragicznego 11 września 2001. Oczywiście jak każde inne miejsce na świecie, Nowy Jork ma też swoją ciemną stronę.

Miała ją także praca taksówkarza. Nowy Jork w latach 80-tych nie był tak bezpieczny jak dzisiaj. Przekonałem się o tym na własnej skórze. Jeżdżąc na taksówce miałem wiele niebezpiecznych przygód. Raz zostałem zaatakowany nożem, który wbito mi w plecy. Na szczęście ostrze zostało zatrzymane przez kość.. Oprócz odrobiny krwi i dużej ilości strachu, nie było większej szkody. Innym razem jakiś maniak próbował dusić mnie sznurem, zarzuconym na gardło. Ale tym razem byłem na ten atak trochę lepiej przygotowany. Zdecydowałem, że skoro mnie dusi to znaczy że nie ma pistoletu albo noża. Zacząłem się więc bronić. Dostało mu się dobre bicie ode mnie i uciekł. Został mi tylko ślad na szyi, który musiałem wytłumaczyć przed żoną. Oczywiście nie powiedziałem jej prawdy, bo nie chciałem jej martwić. Stałem się też ofiarą rabunku z pistoletem. To naprawdę mnie wystraszyło i krótko po tym incydencie przestałem jeździć.

Friday, October 3, 2014

Nowy Świat



Do Nowego Jorku lecieliśmy z kolegą, którego poznaliśmy w obozie. Tomek miał duże poczucie humoru, było nam więc trochę raźniej. Z lotniska zabrał nas autobus, dowożąc do hotelu, gdzie mieliśmy mieszkać przez najbliższe trzy tygodnie. Okazało się że hotel położony jest w centrum Manhattanu, na 36 ulicy i 6 alei. Długo czekaliśmy na przydzielenie nam pokoju. Wreszcie udaliśmy się na 6 piętro. Było to jedno z tych miejsc w których nikt nie mieszka jak nie musi. Drzwi, okna i meble pokryte były tą samą farbą, białego koloru. Widać było dokładnie pęknięcia i dziury, dzięki temu jak po słojach ściętego drzewa można było ustalić, że jest to już 20-ta warstwa. Trudno było dotknąć jakąkolwiek rzecz, bez narażenia się na permanentne przyklejenie się do niej. I był tam bardzo dziwny zapach, a raczej smród starego, zbutwiałego drewna, brudnych dywanów i ostatniej warstwy farby. Najważniejsze było jednak, że mieliśmy gdzie mieszkać. Zmęczeni, położyliśmy się spać.

Na drugi dzień w pojawił się u nas Tomek. Czuł się samotny i zagubiony w swoim pokoju. Po krótkiej rozmowie wyszedł i wrócił z walizkami żeby z nami zamieszkać. Było nam trochę ciasno i nie najwygodniej, szczególnie że drzwi od łazienki się nie zamykały, ale za to dużo weselej.

Pierwszym problem jaki musieliśmy rozwiązać w naszym nowym domu był ten smród. Otwieranie okien, wietrzenie i spryskiwanie dezodorantem nie pomagało. Kilka dni po przyjeździe, idąc ulicami miasta, zobaczyliśmy Hindusa sprzedającego dziwne patyki. Zapalone, kopciły się wydając silną, aromatyczną woń. Nie namyślając się długo, kupiliśmy kilka i wróciliśmy do hotelu. Szybko je zapaliliśmy i minuta po minucie, smród był wypierany z naszego pokoju przez ten nowy, bardzo silny zapach. Byliśmy uratowani! Po pewnym czasie odezwał się Tomek:

„No i udało się. Pozbyliśmy się tego smrodu. Tylko jak się tu teraz kurwa pozbyć zapachu tych kadzideł?”

Po tygodniu pobytu w hotelu, zdaliśmy sobie sprawę z tego, że mamy nawet telewizję. Po przeciwnej stronie ulicy znajdował się inny hotel. Okno naprzeciwko nie miało firanek, a ten kto tam mieszkał ustawił swój telewizor w naszym kierunku. Wprawdzie nie było głosu i nie można było zmieniać kanałów, ale telewizja była! Zaczęliśmy ją więc namiętnie oglądać. Szczególnie, że jej właściciel lubił filmy rysunkowe, a te oglądało się całkiem nieźle bez fonii. W ten sposób poznaliśmy szybko wszystkie główne postacie świata kreskówek, niestety nie znając ich imion.

Natychmiast po przyjeździe udaliśmy się do siedziby polskiej organizacji, która nas sponsorowała. Jeszcze w Austrii, musieliśmy wybrać sobie sponsora z kilku organizacji, które brały udział w tym programie. Organizacje te otrzymywały pieniądze od rządu amerykańskiego aby pomóc nowoprzybyłym rodakom w poszukiwaniu pracy i mieszkania, a także, w razie potrzeby zapewnić podstawową opiekę zdrowotną. Sekretarka, która nas przyjęła nie była najmilsza. Nie miała dla nas czasu, bo wykonywała olbrzymią liczbę telefonów do rodziny i przyjaciół. Dyrektor też jej potrzebował, bo budował nowy dom i ciągle dzwonił jego architekt. Po kilku dniach doszliśmy do wniosku, że trzeba zacząć szukać czegoś na własną rękę.

Rozpoczęliśmy więc z Tomkiem poszukiwania pracy, nie bardzo mając pojęcie jak się do tego zabrać. Moja znajomość angielskiego była zerowa a Tomek znał tylko podstawowe słowa. Ktoś nam poradził żeby pojechać do Harrison w New Jersey, bo tam jest dużo fabryk. Wchodziliśmy więc do różnych miejsc, pytaliśmy o pracę i w odpowiedzi dostawaliśmy pliki papierów, które z trudem potrafiliśmy wypełnić. Później czekaliśmy tygodniami na odpowiedź, nie zdając sobie sprawy z tego, że nasze papiery prawdopodobnie wylądowały w koszu na śmieci.

Zaczął nam też trochę dokuczać głód. Żyliśmy za moje pieniądze zarobione w Austrii, a było tego tylko kilkaset dolarów. Tomek nie miał nic. Kupowaliśmy więc najtańsze produkty jakie można było znaleźć w sklepach. Naszym głównym pożywieniem były wtedy popularne, amerykańskie hot dogi. Kupiłem grzałkę elektryczną i podgrzewaliśmy parówki w metalowym kubku z wodą. Na śniadanie była parówka, na obiad dwie a na kolację … też parówka. Nie było to najzdrowsze jedzenie, szczególnie dla Wiesi mającej dalej problemy z ciążą, ale było to lepsze od głodu. Po kilku tygodniach, Tomek się zbuntował i podchodząc do lodówki w sklepie powiedział:

„Ja już kurwa nie będę jadł tych hot dogów. Kupujemy szynkę”. No i przez jeden dzień jedliśmy szynkę. Jednak na drugi dzień, po przeliczeniu pieniędzy, wróciliśmy na dietę parówkową.

Problemów było wiele. Nie tylko nie mieliśmy pracy, mieszkania i pieniędzy, ale co ważniejsze były kłopoty z Wiesi ciążą. Zwróciłem się więc o pomoc do „naszej” organizacji. Powiedziałem im że żona musi się zbadać, bo ma słabą ciążę i grozi jej poronienie. Nie polepszał jej sytuacji również fakt, że chodziła z nami kilka kilometrów dziennie w poszukiwaniu pracy, bo nie mieliśmy pieniędzy na metro. Sekretarka która jadła właśnie pączka i piła kawę nie miała dla mnie zbyt wiele sympatii. Dała mi niezbyt delikatnie do zrozumienia, że skoro żona tyle wytrzymała to wytrzyma jeszcze dłużej. Niestety pomyliła się. W kilka dni później Wiesi odeszły wody płodowe. Była w piątym miesiącu ciąży.

Znaleźliśmy się w Bellevue Hospital. Wiesię natychmiast zabrano na oddział położniczy, a ja zostałem sam w poczekalni. Zrozpaczony, bezradny nie wiedziałem co ze sobą zrobić. Wyszedłem ze szpitala i biegiem udałem się do budynku polskiej organizacji. Byłem bardzo wzburzony kiedy wpadłem do sekretariatu. Wyrzuciłem z siebie wszystko co mnie bolało. Dyrektor tym razem miał dla mnie dużo więcej sympatii. Zaprosił mnie nawet do swojego gabinetu. Obiecywał pomoc w znalezieniu pracy i mieszkania. Okazało się, że było to jednak możliwe. To był ostatni raz kiedy widziałem się z tymi ludźmi. Wyszedłem od nich trzaskając drzwiami i nie przyjmując żadnej pomocy.

W szpitalu lekarze dawali nam 15% na uratowanie dziecka. Wiesia była w żałosnym stanie. Płakała i prosiła o pomoc. Jednemu z lekarzy zrobiło się nas żal i załatwił on Wiesi przewiezienie do szpitala St.Vincent. Do dzisiaj żałuję że nie zapisałem sobie jego nazwiska. Był on jednym z tych ludzi, którzy zmienili nasze życie. W tamtych czasach ST.Vincent miał jeden z najlepszych oddziałów dla wcześniaków. Tam też Wiesia przeżyła następne 2 tygodnie przed porodem. Początkowo otrzymywała środki na powstrzymanie porodu i zastrzyki na przyspieszenie rozwoju płuc dziecka. Były to środki eksperymentalne, więc Wiesia musiała podpisywać zgodę na ich stosowanie. Po dwóch tygodniach tych zabiegów nie udało się już jednak dłużej powstrzymać porodu.