Monday, September 8, 2014

Ostatni dzień w Tanzanii


      26 Sierpień


Ostatni pełny dzień w Tanzanii. Postanawiamy szukać drapieżnych kotów. Wyjeżdżamy więc w tereny trochę nudniejsze, bo podobne do stepów, czyli dużo mniej roślinności. Tam najczęściej polują lwy, lamparty i gepard. A przynajmniej łatwiej jest je znaleźć na otwartych terenach. Ponownie jedziemy przez jakiś czas znaną już nam drogą – czyli tarką.
     Pierwsze spotkanie to żyrafy i to w dużej liczbie. Najpierw 8, za nimi 6 i co chwila nowe grupki. Wyglądają bardzo zdrowo w porównaniu z koleżankami z Botswany. Tamte miały bardzo wyblakle kolory. Te są piękne w odcieniach brązu.

 
 
 
     Mijamy bawoły, ale na nie już się napatrzyliśmy i nawet się nie zatrzymujemy.


W pewnej chwili, Elaine zauważa hieny. W okolicy siedzi na drzewach i na ziemi gromada sępów.


Przyglądamy się hienom i zauważamy, że jedna już dawno nie żyje i jest częściowo zjedzona.


Ta druga, prawdopodobnie rodzina, leży obok pilnując jej żeby sępy nie dostały tego co z niej zostało. Niesamowite jak zwierzęta mogą być do siebie przywiązane. Nawet ta obrzydliwa hiena, staje się w tym momencie sympatyczna.
     Przejeżdżamy przez małe oazy pięknej roślinności


i po chwili udaje nam się odnaleźć lwy. Musiały nie tak dawno coś upolować, bo dwa z nich jeszcze jedzą. Lew i lwica rozrywa mięso na kawałki. Widać nogę w pysku lwicy. Obok pod drzewem leży ich dużo więcej. Widocznie te już się nażarły. Niektóre z nich odwrócone brzuchami do góry, przeciągają się w widocznym lenistwie. Nie są bardzo dobrze widoczne bo wokół ich rośnie dość wysoka trawa, ale widać, że jest tam ich duża ilość.

 
     Znów w drogę. Spotykamy grupę vervet monkey, po polsku koczkodan tumbili albo werweta.  
Oglądamy je z otwartego dachu.


Robię zdjęcia i zauważam jedną, która pędzi w naszym kierunku.


      Jest bardzo szybka i za chwilę jest już na naszym dachu. Doskakuje do otworu w którym stoimy. Próbujemy ją odgonić krzykami, ale ta nie zwraca na to uwagi i zeskakuje do środka między nas. Zagląda do kieszeni za fotelem, gdzie w kartonowym pudełku jest nasz lunch. Dziewczyny krzyczą. Szkoda że nie miałem kamery filmowej. W tym czasie robiłem zdjęcia. Do tego nawet nic nie zrobiłem, bo zamiast fotografowania,  udawałem Tysona i trzepałem małpę moją kamerą. Ta błyskawicznie otworzyła pudełko, wyciągnęła kanapkę zawiniętą w folię i wyskoczyła na dach. Później zeskoczyła z samochodu i udała się na pobocze. Tam w towarzystwie kolegów zazdrosnych o zdobycz, zaczęła dostawać się do środka i po chwili zdobycz zaczęła znikać w jej pysku a u nas jedna osoba została bez kanapki. Po chwili, już zrelaksowani, śmiejemy się z całej przygody.
    Lecimy dalej. Następne spotkanie to lampart.  Siedzi na drzewie tak dobrze ukryty, tak że nie ma możliwości zrobienia dobrego zdjęcia. Nie marnujemy dużo czasu, bo wygląda że śpi.
    Podjeżdżamy do terenów wypalonych przez ogień. Po lewej stronie nie ma nic, tylko spalona ziemia a po prawej normalna sucha trawa. Ciekawe, że nawet na tych spalonych terenach kręci się setki różnych antylop.



Czują się tu dobrze, bo maja świetną widoczność i mogą szybko zauważyć zbliżającego się wroga a z ziemi już wyrasta coś nowego, zielonego i widocznie im to smakuje. W tym terenie znajdujemy geparda rozłożonego na kamieniu. Jest oddalony od nas na dłuższą odległość i też wypoczywa, więc nie zostajemy długo.

 
    Czas na lunch. Stajemy w miejscu z namiastkami cywilizacji, czyli kiblami. Jest to w pobliżu głównego zarządu parku. Na jednym stoliku przy którym zamierzamy usiąść, spotykamy gościa – hyrax czyli góralek.


Leży rozłożony wygodnie i widać że się nas nie boi. Dopiero po chwili ustępuje nam miejsca ale towarzyszy nam do końca posiłku. Później w pobliżu, spotykamy całą jego rodzinę.


 
     Na pobliskim kamieniu, zauważam przepiękna jaszczurkę o niesamowitych barwach. Kolory są po to żeby odstraszyć wrogów i to przeważnie oznacza, że nie jest niebezpieczna, ale nie próbuję tego sprawdzać.


Pochodziliśmy trochę po pobliskich terenach.


 Jest tu miejsce gdzie można obejrzeć kości dużych zwierząt. Czaszka słonia pokazuje jak mogą być duże.


Na zboczu atakuje mnie jakiś dziwny zwierz.


 Na szczęście okazuje się zrobiony z metalowych części, na przykład świec zapłonowych. Po tym wracamy do auta.
     Postanawiamy wracać. Chcemy jeszcze wpaść na basen. Pędzimy więc z powrotem ale mamy szczęście i spotykamy olbrzymia grupę słoni. Kilka stoi przy drodze i pije deszczówkę. Następne siedzą głęboko w błocie i wyjadają tutejszą trzcinę. Najwięcej radości przynosi nam małe słoniątko, które nie potrafi poruszać się w tym bagnie i co chwila przewraca się w błoto a inna dwójka, bawi się, walcząc ze sobą.


 
     Podjeżdżamy do następnej grupy. Tutaj przeżywamy trochę strachu. Jedna z samic, przygląda nam się i rusza w kierunku samochodu. Idzie z małym słoniem.


Podchodzi na odległość kilku metrów i bacznie się nam przygląda. Prosimy Seweryna żeby się cofnął, ale on twierdzi, że lepiej nie, bo możemy ją podrażnić. Miał rację (dzięki bogu!), bo przeszły obok, ale jej jedno oko, cały czas skierowane było na nas. Jeszcze kilka grup słoni i teraz naprawdę wracamy do hotelu.
    Od razu po przybyciu udajemy się na basen. Jest ciepło (nie gorąco), ale woda jest bardzo chłodna.


Basen jest tak ulokowany, że leżąc w nim, możemy oglądać piękne okolice.



Po godzinie idziemy do pokoju, bo trzeba zacząć się pakować. Jednak ja i Elaine, decydujemy się na spacer w naturze (tak to tu nazywają).
     O godzinie 18, spotykamy przewodnika, który ma nas poprowadzić po okolicy, a celem jest szczyt górki obok, gdzie mamy oglądać zachód słońca. Idzie z nami drugi pracownik. Ten wyznaczony jest do ochrony i niesie ze sobą karabin maszynowy na wypadek spotkania czegoś groźniejszego.


 Z minuty na minutę, nasza wiedza wyraźnie powiększa się w tematyce gówna. Każde napotykane opisywane jest przez przewodnika z wyjaśnieniem do kogo należy. Tak się zastanawiam, czy jak bym przed tym coś tutaj zrobił, czy by rozpoznał?
     Dobiliśmy trochę zmęczeni ale zdążyliśmy i teraz relaksujemy się przy pięknym zachodzie słońca.



Z drugiej strony widać cały nasz obóz, który położony jest na wzniesieniu obok.


 Wracam spocony i zmęczony i przez to głodny. Idziemy na obiad.
    Zawsze szybko jemy, więc po chwili znajdujemy się w kawiarni i pijemy kawę przy dymku z papierosa. Tam przysiada się do nas Masaj, który przygrywa nam na gitarze i śpiewa tutejsze piosenki ale także włoskie „O sole mio”, czy nasz „Dom wschodzącego słońca”. Okazuje się że to nie koniec dnia. Zaczyna się występ tutejszej grupy muzycznej.


Spędzamy  mile czas, bo ciekawe jest oglądać tutejszy folklor. Dziewczyny z zespołu zaczynają tańczyć coraz energiczniej. W pewnym momencie wyciągają Elaine i Wieśkę do wspólnej zabawy. Elaine początkowo nieśmiało, później dobrze daje sobie radę. Wieśka natychmiast wpada w  zwariowany taniec.


Trochę śmiechu i zabawy. Tak kończymy ten ostatni tutaj dzień.

Saturday, September 6, 2014

Wakacje przyszłości?

   Wywiad który miałem z TVP ma być w głównym dzienniku programu pierwszego, 11 września czyli w Polsce chyba o 19:30. Tego nie jestem pewien.
    Zobaczyłem na internecie ciekawe zdjęcie i przyszło mi coś na myśl. Jak dużo mamy czasu na przyjemne wakacje. Czy to się może kiedyś skończyć? 
    Jeszcze niedawno, udając się do interesujących krajów, miejsc można było zauważyć brak ludzi z krajów azjatyckich. To się ostatnio bardzo szybko zmienia. Nawet w Afryce, bardzo duża część turystów to Chińczycy, Koreańczycy, Hindusi. Nie piszę to z powodu jakiś uprzedzeń to tych ludzi, lecz z trochę innego powodu. Do tego momentu, wszystkie te kraje były ogólnie bardzo biedne. Większość ludzi nie było stać na proste wakacje a szczególnie na wyjazdy z kraju. To się ostatnio szybko zmienia, bo tam jest teraz największy rozwój ekonomiczny. Jeśli tak dalej będzie, to zaczną pojawiać się w każdym miejscu a zdajemy sobie sprawę, że każdy z tych krajów jest przeludniony i są to miliardy ludzi. Oczywiście nie wszystkich będzie na to stać, ale procentowo to może być duża liczba. Czy dojdzie do tego,co można zauważyć na zdjęciach w ich krajach? 
 





Nie myślę. Ale może to zepsuć atmfosferę tych miejsc. Wiem jedno. Cudownie było podjeżdżać do zwierząt, oglądać te tereny jak było tylko kilka samochodów, a jeszcze lepiej samemu ale tego nie można wymagać. Inaczej było już w kilku miejscach, gdzie zjeżdżało się tam kilkanaście Jeepów. Już wtedy zaczęła się konkurencja. Kto wjedzie przed kogo, kto zajmie lepszą pozycję. Traciło się cały urok. A jak to będzie wyglądać jak będzie ich 20, 30? Podobnie może być na plażach. Kto chciałby zwiedza Paryż, Rzym , gdzie do każdej atrakcji stały by olbrzymie kolejki a zdjęcia można będzie sobie zrobić tylko w grupie ludzi. 
    Może wybiegam za daleko w przyszłość, może tak się nie stanie. Nie wiem. Wiem, że w ciągu dziesięciu lat sytuacja się drastycznie zmieniła. Lepiej korzystać z tych przyjemności, jeśli możemy, jak najszybciej bo za kilka, kilkanaście lat mogą to być całkowicie inne doświadczenia.

Friday, September 5, 2014

Serengeti Park


25 Sierpień

Powoli zbliżamy się do półmetka naszych wakacji. Pierwszy pełen dzień w Serengeti Park. Jak zwykle po śniadaniu wyjeżdżamy gotowi na spotkanie nowej przygody.  Natychmiast wpadamy na różne gromady zwierząt. Dzisiaj mamy jednak trochę inny cel. A jest nim dotarcie do wielkiej wędrówki zwierząt. Jesteśmy trochę spóźnieni, bo większość antylop, zebr opuściła już Tanzanie i są w Kenii, ale mamy nadzieje na złapanie przynajmniej ich końcówki.
     Duże stada zebr, antylop i żyraf pasie się na okolicznych terenach

 




 ale my stajemy się już wybredni. Chcemy coś nowego, chcemy więcej. W dalszej części mijamy hieny, sępy. Przechodzą obok piękne antylopy Topi.



 
     Dojeżdżamy do małego mostu. Przed nami jest jeden Jeep a przed nim dwa słonie. Jeden stoi częściowo na drodze.



Przyglądamy się przez chwilę a po kilku minutach samochód przed nami rusza wolno do przodu i zbliża się na odległość kilku metrów do słonia. My zaraz za nim. Okazało się to wyzwaniem dla słonia. Wyszedł na środek drogi, odwrócił się w naszą stronę i pokazywał niezadowolenie. Niestety, nie wszystko mam na zdjęciach, bo robiłem film.


Podniesiona trąba, poruszanie uszami i jego potężny ryk to ostrzeżenie, że weszliśmy na jego terytorium. Potem rusza w stronę samochodu przed nami. Ten wrzuca natychmiast wsteczny bieg i cofa się, ale nie daleko, bo my blokujemy mu drogę. Na szczęście słoń się zatrzymuje zaraz przed nim. Stoi tam chwilkę i chyba zadowolony, że pokazał kto tu jest królem, wolno odwraca się i odchodzi.
    Turyści z przodu musieli być trochę wystraszeni. Nasze samochody nie mają dachów, więc można stać i oglądać wszystko swobodnie, czy robić zdjęcia. W chwili kiedy słoń ruszył w ich stronę, wszyscy zniknęli wewnątrz. Nieraz tylko pokazywała się dłoń z aparatem fotograficznym i ktoś cykał zdjęcia ale na ślepo nie wiedząc co jest w obiektywie.
    Następnie zatrzymujemy się przy brzegu rzeki. Możemy tu wyjść i pospacerować. 


Stoimy na skarpie skąd dobrze widać olbrzymie stado hipopotamów.
Wiele śpi, inne się bawią, nurkują


a także walczą ze sobą, ale można łatwo zauważyć, że to też tylko zabawa.


 Urządzają nam jednak wspaniałe widowisko. W oddali na brzegach leżą olbrzymie krokodyle. Spotykamy też tutaj bardzo rzadki okaz pod ochroną, młodą parę z Warszawy.
    Przejeżdżamy granice parku i skręcamy w boczną drogę. Mamy szczęście.  Przed nami olbrzymie stado zebr, które idą wspólnie z antylopami Gnu. Są ich setki, jak nie tysiące. Trudno to złapać na kamerze, bo rozsypane są po całym terenie.


Seweryn opowiada nam o powodach tej wędrówki. Dowiadujemy się, że zebry idą za antylopami, bo te mają specjalny zmysł i wyczuwają zielone tereny i wodę.  Żywią się też inną trawą niż antylopy, więc nikt nikomu nie zawadza.
    Po kilkunastu minutach jazdy trafiamy na antylopy. Po zbliżeniu się, wpadają w panikę. Jedne się zatrzymują, inne zaczynają szybko biec. Wjeżdżamy w ich centrum.  Z każdej strony tysiące antylop.



Trudno by to było zliczyć, ale na pewno kilkadziesiąt tysięcy. Wreszcie zobaczyłem to co chciałem. Mogę postawić następny znaczek zaliczenia czegoś z mojej listy.
      Niesamowity widok. Przechodzą tak tysiące kilometrów i grupa ta powiększa się z czasem.  Oglądałem to przez pewien czas aż się nasyciłem i po tym postanowiliśmy zatrzymać się na lunch.
     Siadamy na kocu, pod wielką akacją, które bardzo różnią się od naszych.



Wokół nas widać pasące się zebry, bawoły, antylopy. Oddychamy cudownym powietrzem afrykańskich stepów i przyglądając się przyrodzie i zwierzętom, wcinamy nasze wcześniej przygotowane jedzenie.
     Znów w drogę.  Przebijamy się przez następną grupę z tej wielkiej wędrówki. Później trochę się zgubiliśmy. Seweryn wraca trochę na wyczucie. Przejeżdżamy przez biedne wioski. Widzimy ludzi produkujących cegły.


Drogę zagradza nam stado bydła domowego. Musimy za nimi jechać przez pewien czas, do momentu kiedy zeszły nam z drogi.


Z domów wybiegają dzieci, machają rękami i proszą o coś. Rozdajemy im wszystko co mamy. Czekoladki, jabłka a nawet jogurt.


Uśmiechają się szczęśliwe i dziękują.
    Przejeżdżamy a raczej przeprawiamy się przez kilka rzeczek. Samochody po prostu wjeżdżają w wodę.


A krokodyle czekają spokojnie na jakąś pomyłkę.

 
Znów antylopy, małpy, ptaki, hieny. Dziewczyny chcą wracać żeby trochę odpocząć na basenie. Seweryn jednak mówi, że słyszał, że w pobliżu spotkano lwy. Godzimy się i zaczynamy pędzić w tym kierunku. Kiedy dojeżdżamy do tego miejsca, spotykamy przynajmniej 10 samochodów ustawionych w duże koło. Lwy (lew i lwica) siedzą po środku. Przypatrujemy się im. W  pewnej chwili wstają i przechodzą między ciasno ustawionymi samochodami.
 
 

Szybko objeżdżamy to kółko i zatrzymujemy się po drugiej stronie. Lwica rozkłada się i zamyka oczy, a lew próbuje się do niej dobrać.


Lwica widocznie nie ma ochoty. Prawdopodobnie ma ból głowy, może okres albo jest zmęczona (skąd my to znamy?) i nie zwraca na to uwagi. Lew wie, że bez pozwolenia nic nie zrobi, więc rezygnuje i kładzie się obok. Tutaj mamy przewagę nad lwami bo nam zawsze zostaje kolega i piwo!
     Decydujemy się wracać. Wymijając samochody zakopujemy się w piachu. Seweryn próbuje i koła wyjąc, kręcą się w jednym miejscu. Zaniepokoiło to lwy. Podnoszą się i robią groźne miny.


Po chwili rezygnują i zaczynają się oddalać.
    My po wielu próbach wydobywamy się z tej pułapki i zaczynamy powrót. Teraz już prosto do hotelu. Znów się zachmurzyło, ale nie pada.
     Już w hotelu idziemy najpierw na kawę a po tym do naszego domku.
Dobija godzina 7:30 i czas iść na obiad. Ponieważ jest już zupełnie ciemno, dzwonimy na portiernie, żeby wysłali kogoś kto nas doprowadzi do restauracji.
W połowie drogi przewodnik daje nam znak zatrzymania się. Po lewej stronie wylatuje antylopa madoqua.


Jest to najmniejsza z antylop, wielkości średniego psa. Dziwnie się zachowuje. Strażnik mówi, że jej zachowanie wskazuje na jakieś niebezpieczeństwo. Faktycznie. Przed nami przesuwa się  4-metrowy wąż pyton. Przyglądamy się, bo antylopa jest nim bardzo zainteresowana. Przyskakuje co chwila do głowy węża. Wygląda jakby się bawiła.
     Znów telefon strażnika o przysłanie pomocy. Pojawiają się ludzie, którzy mają przegonić pytona z naszego terenu.  Idziemy na obiad. Ja chcę zamówić węża, ale nie mieli.
   Po tym oczywiście powrót i do łóżka spać.
     

Thursday, September 4, 2014

Inwazja Islamu

    Na początek drobna informacja. Dzisiaj otrzymałem telefon od Artura, operatora kamery z TVP i spotkaliśmy się przy Muzeum WTC. Tam odbyło się krótkie spotkanie z korespondentem w Nowym Jorku i rozmowa nakręcona dla TVP. Nie znam jeszcze dokładnie o której godzinie, ale ma być to pokazane w dzienniku programu pierwszego 11 sierpnia. Nie wiem co będzie, może nic jak im się nie spodoba. A jak będzie i nie wypadnie to zbyt dobrze, to nie moja wina, tylko tego co to edytował i pokazał te nieudane urywki a te dobre z zadrości wyciął. 

     Dzisiaj trochę zaskoczę i nie napiszę o naszej podroży. Nie nadążam z przeglądaniem zdjęć. Jest jednak coś co mnie ostatnio coraz więcej dosłownie  przeraża a co łączy się  także z nasza wycieczką.
      Zbliża się rocznica 11 września i czy się chce czy nie, temat jest wszędzie poruszany. Minęło już 13 lat od tego wydarzenia i co się zmieniło?
      Może jestem za bardzo emocjonalnie związany z tym dniem i miesiącami spędzonymi przy odgruzowywaniu Strefy Zero, ale przeraża mnie spokój i lekceważenie niebezpieczeństwa przez cały świat. Ten idealny, demokratyczny, tolerancyjny świat! Bo za taki się uważamy. Byłoby to do przyjęcia i piękne, gdyby tak wszyscy uważali, ale niestety tak nie jest. Zapominamy o muzułmanach, którzy tak nie myślą. I proszę mi tylko nie mówić, że nie wszyscy muzułmanie są tacy sami. Ja dobrze o tym wiem, bo znam wielu. Ale czy ktoś słyszał, żeby „ci dobrzy” zaprotestowali kiedyś słowem czy czynem przeciw gwałceniu kobiet przez ich współwierców, porywaniu i sprzedawaniu w niewolnictwo, kamieniowaniu, ucinaniu dzieciom rąk bo coś ukradli (byli głodni), o mordowaniu niewinnych? Tylko cisza, lub cichutkie bełkotanie, że prawda jest gdzieś po środku. Bo ich religia tak im nakazuje. Przeciwnie, nie zgadzanie się z tym co jest robione w imieniu Koranu jest grzechem i też może być uznane przez wyznawców Islamu za podstawę do ukarania. Więc nawet, gdyby się z tym nie zgadzali to przyjmują wszystko jako mniejsze zło.
        W dniu dzisiejszym to nie są już tylko akty terrorystyczne. To jest pełna ekspansja muzułmańska. To jest wojna! I dużo niebezpieczniejsza niż wszystkie inne. Z historii wiemy, że każda z wojen, krótsza czy dłuższa musiała się z jakiegoś powodu skończyć. Ta, trwająca już długo, ale do tej chwili w mniejszej skali, rozwija się z dnia na dzień i nie mam pojęcia jak się to skończy. Bo jak można wygrać coś takiego, co nie ma konkretnego miejsca. Tu nie ma bitwy pod Grunwaldem. Nie ma konkretnego obozu wroga. Oni są wszędzie. Często już pod naszym domem. I jeżeli nie zdecydujemy się na oficjalna walkę z tym zagrożeniem, nie chcę myśleć o tym co będą przechodziły nasze wnuki.
      Koran i Islam to coś więcej niż religia. Islam kieruje całym życiem muzułmanina. Wskazuje im jak żyć, kogo kochać, co jeść, jak się ubierać, w jakie grać sporty! To nie jest religia! To całkowita dominacja życiem.
    Wielu natychmiast zacznie podawać przykłady, że Katolicy byli tacy sami w dawnych czasach. Jest jedna wielka różnica. To nie Biblia nakazywała, czy uczyła takiego postępowania. To Ci, którzy kierowali kościołem. I kiedy czasy się zmieniły, zostało to co kierowane jest miłością a nie nienawiścią. Islam w przeciwieństwie jest bardzo radykalny. Uczy przemocy, nietolerancji i do tego wynagradza za morderstwa, przestępstwa w imię wiary, kluczem do raju.
Podam tylko kilka cytatów z Koranu:
-       Zwalczajcie ich (nie wierzących w ich Boga), aż nie będzie już buntu i religia w całości będzie należeć do Boga (Allaha)”. A jeśli oni się powstrzymają… to zaprawdę, Bóg widzi jasno co czynicie!
-       Przeklęci gdziekolwiek się znajdą, zostaną schwytani i zabici bez litości.
-       O wy, którzy wierzycie! Zwalczajcie tych spośród niewiernych, którzy są blisko was. Niech się spotykają z wasza surowością.
-       A kiedy miną święte miesiące, wtedy zabijajcie bałwochwalców, tam gdzie ich znajdziecie; chwytajcie ich, oblegajcie i przygotowujcie dla nich wszelkie zasadzki! Ale jeśli się oni nawrócą i będą odprawiać modlitwę i dawać jamłużne, to dajcie im wolna drogę. Zaprawdę, Bóg jest przebaczający, litościwy!
Można by cytować dużo więcej wersów. Także o nietolerancji w stosunku do kobiet i innych aspektów naszego życia. Niebezpieczeństwo jest tym większe, że większość małżeństw w cywilizowanym świecie ma od jednego dziecka do trzech. A oni mają po dwa, trzy razy więcej. W wielu krajach europejskich, jak Belgia czy Holandia, za kilkanaście lat mogą stać się większością. Stany Zjednoczone są dalej z tyłu w tej statystyce ale ostatnio też liczba ich zaczyna rosnąć. Może jedyna Polska (prawdę mówiąc jesteśmy bardzo nietolerancyjni i tylko w tym wypadku powiem: Dzięki Bogu), nie ma z tym dużego problemu. Jak wspominałem w Kenii muzułmanie płacą za przejście na ich religię. I natychmiast uczą tej nienawiści do naszej cywilizacji.
Wszyscy których spotykaliśmy byli bardzo mili, przyjaźni. Wszystkie dzieci, które mijaliśmy po drodze machały rękoma, uśmiechały się. Tak nie było, kiedy przejeżdżaliśmy przez teren gdzie mieszkali muzułmanie. Jeden z chłopak, który pasł kozy, rzucał w nas kamieniami!
     Kilka lat temu Obama, po zabiciu Osama bin Ladin, ogłosił zwycięstwo nad terroryzmem. Wow.  Cała północna Afryka, wszystkie kraje Arabskie, Indonezja, Pakistan mają problemy. Kraje do których niedawno można było spokojnie podróżować są niedostępne. Dla turystów, świat staje się coraz mniejszy. Nie czujemy się bezpiecznie we własnych krajach. A oni mają cierpliwość. To że nic wielkiego nie zdarzyło się po 11 września, nie znaczy że zrezygnowali. Czekają tylko na odpowiedni moment. I może stać się to na Twoim podwórku!
      A prasa milczy, politycy ten temat omijają . Gdzie jest kościół katolicki w chwilach kiedy chrześcijanie są mordowani, torturowani, kobiety gwałcone, porywane i sprzedawane jako niewolnice, tylko dlatego że wierzą w innego Boga? Ilu wie o tym, że w Libii terroryści zajęli lotnisko i po tym zaginęło 11 komercjalnych samolotów. Czy ktokolwiek wie o tym, że  w Stanach mieliśmy prawo, które zabraniało uczenia latania samolotem ludzi pochodzących z Libii i Obama bez porozumienia z Kongresem prawo to zlikwidował? Po co im te samoloty?  Terroryści utrzymywali się przeważnie z dotacji od indywidualnych ludzi i organizacji. Teraz są samowystarczalni. Opanowane mają tereny, gdzie wydobywa się ropę. I chociaż oficjalnie nikt tej ropy od nich nie kupi, to sprzedają ja na czarnym rynku i prawdopodobnie używamy jej nie więdząc skąd pochodzi.
     Jeszcze mamy czas, żeby to zatrzymać. Tylko wtedy nam się to uda, kiedy zapomnimy trochę o tych idiotycznych przepisach równości. Przestańmy sprawdzać 90-letnia babcie na lotnisku a w zamian za to każdego kto wygląda podejrzanie. Pozwólmy agencjom na wprowadzenie szpiegów do muzułmańskich organizacji i ich miejsc modlitw. I nie będę wspominał o bardziej radykalnych akcjach militarnych.  Bo jeśli nie, to będziemy świadkami czegoś gorszego niż 11 września.