Tuesday, October 8, 2019

Ping An

   23 Wrzesień
     Trochę męczące jest to przenoszenie z miejsca na miejsce. Możliwe dla takich co nie potrzebują dużo czasu przy dbaniu o swój wygląd. Moje dziewczyny muszą się zawsze wypakować, zapakować, praca nad makijażem, włosami. To by było dla nich trudne. Ja z Marianem nie mamy takich problemów. Ponownie znajdujemy się na lotnisku i przelot trwa 2 godziny. Przy wejściu stoją duże skrzynki i tam wszyscy wrzucają swoje zapalniczki. A Chińczycy palą papierosy, więc te skrzyneczki są pełne.
Natomiast przy wyjściu z lotniska stoją kobiety i sprzedają nowe. Wiedzą, że prawdziwy palacz, nie wytrzyma długo po locie i kupi u nich. Może mają układ z celnikami i sprzedają te zabrane?
    Odbiera nas nowy przewodnik, ponownie dziewczyna, Samanta. 
Wreszcie trochę inne Chiny. Więcej natury. Tereny są górzyste i na stokach widać plantacje herbat lub ryżu. Oni by mogli przeżyć na tych dwóch rzeczach. Dziwi mnie, że nie używają żadnych dodatków. Tak więc herbata to herbata. Nie potrzebny cukier, czy cytryna. Nawet się dziwią kiedy o to pytamy. Tak też z ryżem. Nie dodają np. soli. 
    Ponownie gorąco ale nie jest wilgotno więc przyjemnie. Dojeżdżamy do Ping An wioski. Tam w różnych miejscach, można zostawić cięższe walizki. Mamy wspinać się na jedną z gór. Zabieramy tylko najpotrzebniejsze rzeczy. Przygotowaliśmy się do tego poprzedniej nocy. Podjeżdżamy jeszcze kilka kilometrów i reszta to wspinaczka. Pod stokiem czekają tragarze. Wszyscy to okoliczni mieszkańcy. Wszyscy bardzo starzy i połowa to kobiety. Trochę mi dziwnie oddawać moją ciężką torbę jednej z nich. Wygląda na więcej niż 70 lat. Później dowiaduję się, że jest ma tyle lat co ja. Ale przewodniczka twierdzi, że jak byśmy nie pozwolili im nosić to nie mieli by zarobków a z tego żyją.
   Wkłada nasze torby do kosza i zakłada go na plecy. Jest stromo i musimy wspiąć  się bardzo wysoko. Kilka razy przystajemy na odpoczynek i robimy zdjęcia.
                                                                        


     Część drogi wije się między domkami, sklepami. 
                                                                          


Tutaj ponownie oglądać można ich medyczne produkty. Nie wiem czy to jedzą, piją ale wygląda makabrycznie. Na przykład te żmije.
                                                                       

     Niektórzy wynajmują więcej niż kogoś do noszenia bagażu. 
                                                                    

Na zboczach, zauważyć można strumyki wody. Jest to podstawa przy plantacji ryżu.
                                                                  

 Wiadomo, że te rośliny sadzone są na tarasach wypełnionych wodą. My jesteśmy w czasie, kiedy ryż jest prawie gotowy do zbierania. Powoli zmienia zielony kolor na żółty. 
     W tych sklepikach dostać można także produkty żywnościowe. Mijam jeden z wędzonym specjalnie mięsem. To dzisiaj będę jadł na obiad. 
                                                                   

    Trochę przeraża mnie ich budownictwo. Jest to przecież mój zawód. Wiem co jest potrzebne, żeby zbudować dom na stoku. Nie widać tutaj żadnych inspektorów i później dowiaduję się, że nie ma też żadnych kontroli i przepisów. Czyli każdy buduje jak chce. Te domki stoją na cieńkich kolumnach i nie są łączone ze skałą. Jakaś poważna ulewa a wszystko to może spłynąć z wodą. Nie czuję się pewnie, stojąc na balkonie swojego pokoju. Jedyna pociecha, że nie pada deszcz. Ale widok jest wyjątkowy.
                                                               


    Dzisiaj tylko krótki spacer po wiosce i obiad w restauracji hotelu. Zamawiam to mięso które oglądaliśmy  po drodze i oczywiście ryż. Tylko że u nich robią go w specjalny sposób. Kawałek bambusa przecinany jest wzdłuż, wypełniany ryżem, zamykany w tym bambusie i wkładany do pieca. Faktycznie smakuje dobrze. Dalej ryż ale ma dodatkowy aromat tego bambusa.
                                                               

    Idziemy spać i wiem że nie będzie to dobry wypoczynek. Łóżka są twarde jak byśmy spali na samych deskach. Może na nich śpimy.

Monday, October 7, 2019

Chengdu

    Nie piszę o poranku, bo taki jak każdy inny. Rutyna. Od razu wyjeżdżamy z hotelu. Wspomnę tylko o czymś czego się raczej nie spodziewaliśmy. Jeszcze wczoraj rozmawialiśmy, że przynajmniej w tym kraju nie musimy się martwić o język i spokojnie mówić po polsku, bo tego języka tu nikt nie zrozumie. Dzisiaj w naszym hotelu spotkaliśmy całą wycieczkę, 24 osoby z Polski.
   Pierwszy przystanek to park w którym mieszkają ulubieńcy całego świata, misie Pandy. Ponownie jesteśmy wcześnie, więc omijamy tłumy które zjawiają się po nas. 
Przemiłe niedźwiadki, porozdzielane są w grupy najwyżej do trzech. I to musi być rodzina, czyli na przykład matka z dziećmi. Może są śliczne ale okazuje się nietowarzyskie. Nawet samiec nie przebywa długo z samicą. Jeden numerek i po zapłodnieniu zostawia matkę z dziećmi. Wszyscy wiedzą, że żywią się one bambusem i to musi być specjalna odmiana. Przy takiej diecie nie mają dużo energii i nie są bardzo ruchliwe. W większości wypadków można zobaczyć je przy posiłkach czy wylegiwaniu.
    Jesteśmy wcześniej z dwóch powodów. Pierwszy jak wspominałem to mniejsza liczba turystów a drugi, że karmione są rano i po południu, więc w tych godzinach można zobaczyć je trochę w ruchu. Ponieważ są takie nieruchliwe, trudno coś o nich pisać, tylko to że są urocze i przyjemnie się im przyglądać. KIlka zdjęć.
                                                                                            


    Na koniec spaceru, odwiedziliśmy Czerwone Pandy. Różnią się one od swoich kuzynów nie tylko kolorem ale wielkością. Tak naprawdę to nikt by się nie domyślił, że są z tej samej rodziny. Są też dużo żywsze niż kuzyni. 
                                                                     

    Jedno z miejsc gdzie mieszkają, ogrodzone były metalową siatką. Chciałem zrobić lepsze zdjęcie i zbliżyłem się do niej. W chwili dotknięcia, zapaliły mi się wszystkie światła, bo póżniej zauważyłem napis “pod prądem elektrycznym”. Prawie upuściłem kamerę. Niezły szok.
     Opuszczamy park i teraz czeka nas dłuższa droga. Jedziemy dwie godziny. To miasto nie ma końca. Wygląda, że u nich wioski są większe od Warszawy.
    Wszędzie budowy. I to nie tak jak u nas, jeden wieżowiec. Jak skończą to drugi. Tutaj w każdym miejscu powstaje ich 20-40.
                                                                          
    Przejeżdżamy przez miejsce, gdzie budują domki jednorodzinne. Nie jestem w stanie określić ile, ale musi być ich setki. Wszystkie w tej samej fazie budowy.
     Także autostrady, mosty, wszystko nowe. To wszystko, całe miasteczka powstały w ciągu ostatnich 20 lat!
     Dobijamy do Leshan. Prosto z samochodu wsiadamy na stateczek. Tam spotykamy ponownie tą polską wycieczkę. Przynajmniej są mili. Trochę rozmawiamy. Później spotykamy Polaków jeszcze kilkakrotnie ale wszyscy bardzo nieprzyjemni. Dziwne. Raczej nietypowe. 
    Wypływamy i w kilka minut dopływamy do celu tej części podróży. 
Olbrzymi Budda. Mierzy 71 metrów wysokości i jest jednym z największych posągów na świecie. Budowę rozpoczęto w 713 roku dzięki staraniom tamntejszego mnicha. Miejscem w którym powstał było zlewiska rzek a tam naturalne podwodne zapadlisko, wywołujące nieprzychylne rybakom prądy rzeczne. Posąg zaprojektowano tak, aby stał na zboczu i zwrócony w stronę zlewiska rzek. Miał ochraniać łodzie rybackie. Wszystkie odłamki skalne w czasie budowy posągu wpadały do rzeki i zasypały zapadlisko przez co nurt rzeki stał się spokojny. Cud!
                                                                 



    Wracamy do miasteczka. Można chwilę odpocząć i coś zjeść. Tym razem idziemy z przewodniczką, więc wybiera nam dużo smaczniejsze dania. Z piciem mam dalej kłopot, bo oni mają inne tradycje. Większość to herbata. Na przykład o wodzie sodowej, którą ja piję, nawet nie słyszeli. Piwo też różne. W tym miejscu cieniutkie, jak amerykańskie.
      Kierowca czeka pod restauracją i zabiera nas po posiłku. Przejeżdżamy na drugą stronę rzeki i udajemy się do świątyni Buddyjskiej, tam gdzie jest nasz Budda. Ponownie wspinamny się po setkach schodów. Jest gorąco, 27 stopni. 
Mamy możliwość zejść specjalnymi korytarzami i przejść przez sam posąg ale rezygnujemy bo kolejka jest przerażająca.
                                                               
 

   W samej świątyni, oglądamy obrządki mnichów i wiernych.
                                                                        

                              

 Zapalamy też ich pachnidła co ma nam przynieść szczęście. Musiałem chyba zapalić złe patyczki!     
                                                    
                         



    Powrót trwa trzy godziny. Przewodniczka oferuje pozostanie z nami. Nie było to w planie. Mieliśmy szczęście, bo było to wspaniałe doświadczenie. Najpierw Tybetańska dzielnica. Nie mam tu dużo zdjęć, więcej filmu, bo było już dość ciemno. Ulica wypełniona ludźmi i straganami gdzie można kupić naprawdę przedziwne rzeczy. Na przykład instrument muzyczny (jak flet) zrobiony z ludzkiej kości nogi. Lub górna część czaszki ludzkiej, przeznaczona do modlitw. W Tybetańskiej kulturze ciało człowieka po śmierci nie ma żadnego znaczenia. Nawet swoich zmarłych wynoszą w odległe miejsca, żeby zwierzęta i ptaki mogły je zjeść. Wtedy ten zmarły staję się ponownie częścią świata.
     Następnie dzielnica jak w starożytnych Chinach. Restauracje, setki sklepów, piękne oświetlenia, dziewczyny poprzebierane w tradycyjne stroje.
                                                                     


  Jemy w Tybetańskiej restauracji. Kiedy zamawiamy piwo. Oni do piwa dają szklaneczki takie jak u nas do wódki!
                                                                           


 Pytamy się przewodniczce czy mają jakieś normalne zachodnie piwa i ona mówi że mają. Ucieszyliśmy się i pytamy o nazwę a ona wymienia nasz Budweiser. Zaczeliśmy się śmiać i tłumaczyć jej że to jedno z najgorszych piw. Przynajmniej dla tych co lubią dobre, mocne piwo.

Friday, October 4, 2019

Xian - Terakotowa Armia

21 Wrzesień

    Dzień jak zwykle zaczyna się od śniadania i wyprowadzki z hotelu. Posiłek jest inny, chiński. Dobrze że udało znaleźć się jajka, bo inaczej trzeba by było żuć jakiś ich szczaw, oczywiście z ryżem. Bo tak to wszystko wyglądało.
     Kiedy czekaliśmy na samochód, zauważyłem na ścianach hotelu plakaty. Nie mam pojęcia co tam pisali, ale wszędzie policja lub wojsko z karabinami maszynowymi. Nie wygląda to na reklamy zapraszania na wycieczki. 
                                                                      
Zresztą, chociaż z zewnątrz wszystko wygląda normalnie, widać że kraj jest kontrolowany przez totalitarny rząd. W sali jadalnej, włączona jest telewizja a tam obrady rządu. Przemawia prezydent, śpiewają hymn, wszyscy bez wyjątku klaszczą. Idealny rząd. Przypomina to nasze zjazdy Partii Komunistycznej. W hotelach telewizja ma wiele programów ale 90 procent to podobne do tego z jadłodalni, 8 procent to filmy dla dzieci i kilka programów filmowych i sport.
     Druga rzecz która się rzuca w oczy to ilość zatrudnionych. Na każdej pozycji jest kilkakrotnie więcej pracowników niż u nas. Kelnerzy, sprzątaczki, obcinanie trawy... Wszędzie duże ilości pracowników. Ale jak ma się 1.4 miliarda ludzi to trzeba ich jakoś zatrudnić. Oczywiście wypłaty są także dzielone i zarabiają grosze.
           Następny szokujący widok to budynki. U nas w centrum są wysokie i im dalej tym mniejsze a w końcu jednorodzinne. Tutaj gdziekolwiek się nie spojrzy to wysokie 20-30 piętrowe. I gdzie się nie spojrzy powstają nowe. Stoi takich 15-20, potem nic i następne 20. I tak w każdą stronę po horyzont. 
      Przejeżdżamy przez bramki z opłatami za autostradę. Tam siedzi sztywno wyprostowana dziewczyna. Pobiera pieniądze, podaje bilet i z wymuszonym uśmiechem podnosi lewą rekę, prawie jak w hitlerowskim pozdrowieniu tylko przy ciele i pochylając głowę dziękuje. I tak wszędzie. Przydało by się to u nas, zamiast pyskatych pracowników.
    Parkujemy samochód. Wyznaczone jest tysiące miejsc. Nie jest to sezon, więc wiele pustych a tutaj i tak tysiące ludzi idzie na zwiedzanie. 
     Idziemy do grobu Cesarza. Może to nie prawda, bo miejsce gdzie on spoczywa jest pozostawione pod ziemią. Na razie nie mają zamiaru odkopywać tej części. Nie chcą zniszczyć tego co tam pozostało. Natomiast okryte są  “grobowce” żołnierzy. Piszę w cudzysłowiu, bo chociaż orginalnie planowano pochownie żywcem jego armię,  “dobry” cesarz zdecydował się na repliki. Artyści stworzyli więc Terra Cotta Warriors. Naturalnej wielkości rzeźby żołnierzy. Jest ich ponad 7000. Każda ma inną twarz. Każda jest osobnym dziełem. Kiedy je odkryto, były pokryte farbą ale kontakt z powietrzem szybko pozbawił je kolorów. Także przez lata, nastąpiło zapadnięcie drewnianych stropów i wszystko zostało zasypane ziemią i pokruszone na drobne kawałki. Tylko jeden z posągów przetrwał w całości. Jest to więc mozolna i trudna praca, składania wszystkiego w całóść.
    Tak wyglądało to po wykopaniu i tak składa się całość.

                                                                



Tych miejsc jest kilka ale największe to wykopalisko jeden. Teraz pokryte olbrzymim budyniem. Tutaj większa część jest już odrestaurowana. Wchodząc do budynku spotykamy armię ustawioną tak jak 210 lat przed naszą erą. Brakuje tylko kolorów. 

                                                                      



    Widoczny jest też brak detali, tak jak broni, uprzęży koni etc. 
                                                                 
Ponieważ wszystko tu jest orginalne, nie dodawano tych detali, które niestety rozpadły się do stanu niemożliwego do odbudowania.

     Wychodzimy z budynków pod wrażeniem. Ale też trochę głodni, więc idziemy na kawę i posiłek.
    Cała nasza podróż jest jak w przyspieszonym tempie. Nie ma czasu na relaks i odpoczynek. Natychmiast lecimy na dworzec kolejowy, żeby dojechać do następnego miejsca docelowego.
     Na dworcu trudno sie połapać w ich przepisach. Nikt nie mówi po angielsku. Jeżeli są jakieś napisy po angielsku to minimum, że dużo nie pomagają. 
                                                          

             Wchodzimy na peron, ale natychmiast podchodzą do nas kontrolerzy i odsyłają z powrotem na poczekalnie. Tutaj wchodzi się kilka minut przed przyjazdem pociągu.  Wreszcie nasz czas. Na peronie  pociąg pocisk, dojeżdża co do minuty. Później przekonamy się, że wszędzie są idealnie punktualne. Wagony czyste, wygodne, nowoczesne. Szybkość niesamowita, bo przeciętnie od 250 do 350 kilometrów na godzinę. Niestety nie widzimy dużo na zewnątrz, bo ta trasa prowadzi przez góry, więc wykopali tunele. Obliczyłem że jechaliśmy w tunelu (z przerwami) więcej niż 400 kilometrów. 
   Następne olbrzymie miasto, Chengdu. Myślałem że to mniejsze miasto a tutaj mieszka 15 milionów ludzi. Odbiera nas tym razem dziewczyna, Lareina i zawozi do następnego hotelu. Już od początku widać różnicę kultur.
    Lubią dłubać w nosie, mają nowe kible ale nie spłukują i rzucają papier na zewnątrz, przepychają się i wiele innych drobiazgów. Nie znaczy to że wszyscy tacy są ale wielu. Kible nie zawsze są nowoczesne.
                                                                   

     Ostatnia część dnia to “przygoda”. Szukamy restauracji i obiadu. Przeważnie zamawiamy na instynkt. I niestety nie zawsze dobrze trafiamy. Ja jakoś wytrzymuję ale Marian ma problemy z jedzeniem pikantnych potraw. Chociaż i mnie przypalało.
                                                                     

Mam jak zwykle ubaw obserwując go jak się poci. Drugi problem to brak widelcy i musimy jeść ich pałeczkami. Ponownie problem dla Mariana. 

                           
                                               
Próbował wytłumaczyć Chińczykom że szuka widelca ale nie mieli pojęcia czego chce. Ja się juz nie wtrącałem tylko pękałem ze śmiechu, obserwując jego zmagania. Wreszcie pokazał jednej kelnerce, że chce jej gumkę do włosów. Kiedy ją dostał, obwinął pałeczki na ich końcu, włożył między nie kawałek papieru, powodując ich otwarcie na drugim końcu i stworzył coś w postaci pincety. Oglądała go już cała restauracja i nie tylko ja miałem ubaw. Na pewno teraz na ich internecie maja z tego filmi i całe Chiny mają ubaw jak biali jedzą pałeczkami. Ale on mógł zjeść obiad.