Tuesday, September 11, 2018

11 Września

   Dzisiaj rocznica 11 Września. Nie będę się na ten temat rozpisywał ale wspomnę raczej smutny fakt idiotyzmu ludzi, a raczej młodzieży. Bo oni są tego twórcami tego o czym chcę napisać. Na U-Tube mam swój krótki film na temat moich wspomnień z tych chwil.

   

Pojawiają się tam różne komentarze. Przytoczę tu niektóre. Świadczące o inteligencji naszej młodzieży. 
    Wiem że tworzenie teorii spiskowych to już normalne. Wszystko co się dzieje na świecie to spisek. Nie wiadomo jaki ale na pewno spisek. Ale jak chcemy coś takiego tworzyć to trzeba trzymać się faktów o mieć na ten temat wiadomości.
Kończąc tylko podstawową klasę, nie daje nikomu dużych praw do dyskutowania z inżynierami jakie prawa działają żeby spowodować zapadnięcie się budynku. Oglądanie filmów spreparowanych przez ludzi, którzy na tym zarabiają pieniądze i pokazujących samolot w mgiełce, tak jakby był on dołożony do filmu jest proste do zrobienia i nawet taki filmowiec jak ja to potrafi. Każdy z nas ogląda na codzień zdjęcia i filmiki stworzone przez takich ludzi i nabiera się na nie. Mówienie że samolotów nie było, są wymyślone, bo tak powiedział jeden facet w telewizji a negowanie setki tysięcy ludzi, którzy oglądali to na żywo zakrawa na głęboką głupotę. Chyba że te tysiące ludzi, też brało udział w spisku. Oczywiście ten bardzo w to wierzący, zawsze dorzuci do tego Żydów lub masonów. No i Busha. Przecież zrobił to dla ropy naftowej. Nikt już nie zwraca uwagi na to, że Ameryka straciła olbrzymie pieniądze w tej wojnie, bo ropy nie dostała a odbudowała część kraju.  Nawet nie będę argumentował z wszystkimi a przytoczę tu kilka.

"Tak a następnego dnia znaleźli w gruzie paszport terrorysty, który rzekomo mu wypadł tuż przed uderzeniem... Spisek rządowy mający na celu usprawiedliwienie wojny i wejście po ropę naftową i opium... Illuminaci są w USA od początku założenia tego państwa przez masonów takich jak Franklin, Waszyngton i in. "

"Czuję niepokój mając świadomość że stronnictwo Amerykańsko/Żydowskie które jest sprawcą tej tragedii jest obecnie naszym protektorem z ramienia Pis. "

"Tak logicznie myśląc, nawet gdyby ogień tak osłabił stalową konstrukcję i rdzeń. To taka wieża powinna się skręcić , wygiąć i przewrócić na bok ale napewno nie ku swojej podstawie. To nie ma sensu !!! "

"To tak samo jak w smolensku,sa fakty I dowody na udzial ludzi z zewnatrz!!! Ale jaki sens ma nasze zdanie,zadne!!! Zady nieprzejmuja sie spoleczenstwem, ktore ich wybralo I robia co chca!!! "

"ZYDOWSKA MISTYFIKACJA I CYRK...DROGA DO III WOJNY SWIATOWEJ HAILL HITLA "

Smutne, że tylu prędzej uwierzy terrorystom niż nam którzy to przeżyli. Dzisiaj pamiętajmy o tych którzy tu zginęli. 

Monday, September 10, 2018

Madidi Park

   Piątek - 24 Sierpień
       Rano decydujemy, że dziewczyny zostają w La Paz. Elaine jest dalej zatruta jedzeniem. Wyjeżdżam na lotnisko sam. Nie namawiałem ich bardzo, bo wiem jaka jest dżungla i później doszedłem do wniosku, że dobrze zrobiły. To nie dla nich. Lecę dużym samolotem i po lądowaniu zaskoczony, że lotnisko to tylko pas asfaltu. Po wylądowaniu samolot kołuje po ubitym piachu. Wychodzimy na puste pole. 


Tam zabiera nas samochód do budynku, który nazywa się lotniskiem.


    Walizki jadą za nami, więc szybko znajduję się w innym samochodzie, który zawozi nas do biura podróży. Załatwiane są tu formalności w związku z wjazdem do parku i schodzimy nad rzekę. Przy brzegu zakotwiczonych jest wiele łodzi. 


   Jedna z nich zabiera grupę z którą ja jestem. Teraz mamy kilka godzin na rzece. To jest moja ulubiona część z wypadów do dżungli. Piękna pogoda, cudowne widoki a na wodzie zawsze się jakoś lepiej relaksuje. 



Trochę zepsuty humor z powodu Elaine i martwię się czy wszystko w porządku. Najgorzej, że od tego momentu, kończy się kontakt ze światem. Tu już nie ma żadnych połączeń. Ani internetowych, ani telefonicznych.
       W tą stronę płyniemy pod prąd, dlatego trwa to dość długo. Tak wyglądały okolice.



    Rzeka musi być dość płytka, bo często na dziub łodzi wchodzi jeden z prowadzących ją i sprawdza kijem głębokość. Pokazuje temu z tyłu czy może płynąć i w jakim kierunku. Często mijamy wystające z wody skały.


     Jest tu też trochę życia. Ptaki polujące na ryby.





Czy moja ulubiona świnka, Kapibara.


     Co chwila mijamy rybaków lub przepływające łodzie służące jako autobus dla lokalnych mieszkańców.


    Łódź dobija do brzegu i musimy się wspiąć na szczyt wzgórza, gdzie jest nasz hotel. Dobrze że mam tylko jedną małą walizeczkę, bo z naszymi byłoby się trudno tam dostać. Pokój jest bardzo duży ale tutaj już nie ma nawet prądu. Wszędzie stoją świeczki a woda lodowata. Dobrze że nie ma dziewczyn.
      Natychmiast zbieramy się w małej grupie z którą mamy iść w puszczę. Chociaż mogłem mieć osobnego przewodnika, wolę iść z kimś. Jest dwóch Turków i dziewczyna z Południowej Afryki ale z pochodzenia Hinduska.
     Spacer jest podobny do tych które już odbyłem w innych miejscach. Nieraz wspominałem. Dżungla jest wszędzie podobna. Pełna niezwykłej roślinności ale tutaj mało można zobaczyć. Tylko dużo głosów ptaków i zwierząt ale jeśli nawet coś się zauważy, to wysoko w koronach drzew. Przy tym jest tu dość ciemno. Słońca dochodzi bardzo mało. Nie ma więc najlepszych zdjęć, jeśli jakieś są. Oglądamy różne rodzaje małp skaczących po gałęziach ale rzadko udaje mi się coś złapać na filmie. 



Tym bardziej że nie jestem w dobrym humorze, bo myślę cały czas o Elaine.
     Wczoraj marzłem a dzisiaj jestem w tropiku. Moja koszulka jest całkowicie przesiąknięta potem. Tak się leje ze mnie, że mógłbym podłożyć kubek i łatwo  wypełnić go potem. Dochodzimy do urwiska, gdzie widać rzekę, która płynie w dolinie pod nami. 


Tutaj mamy chwilę odpoczynku i wracamy na obiad.
Kąpię się w tej lodowatej wodzie. Przyjemnie jest się ochłodzić, ale ta woda, to trochę przesada. Muszę oczywiście zmienić podkoszulkę. Obiad przy wspólnym stole i wieczorem, kiedy jest już bardzo ciemno, wychodzimy na nocny spacer.
Najpierw na dachu naszej stołówki zauważamy Tarantulę. Dobrze, że trochę z daleka, bo pająków to delikatnie mówiąc, nie lubię! 
    Okazuje się, że hotel potwierdza swoją kiepską jakość. Nie mają tu latarek. Ja nie wziąłem swojej, bo nic nie mówili. Zawsze mają, jeśli organizowane są nocne spacery. Idę, ale muszę liczyć na innych. 
      Wyprawa jest dużo ciekawsza niż dzienna. Co chwila coś spotykamy. Chociaż trochę to straszne. Nad głowami wisi szmaragdowy Boa. Dobrze że nie spadł komuś na głowę. Później inny wąż z boku drogi w czarno białe paseczki. Na gałęzi siedzi śliczny, napuszony ptak. Podchodzimy do niego na odległość wyciągniętej ręki a on dalej nie odlatuje. Widocznie boją się latać w nocy? Trochę różnych pająków, jaszczurek. Mrówki pociskowe. Bardzo duże. Trzeba na nie uważać, bo ich jad jest (tak jak nazwa mówi)  jak pocisk. Bardzo bolesny i trwa 24 godziny. Raz widzimy jakieś świecące, duże oczy w zaroślach, ale nikt nie odważa się sprawdzić co to może być. Szczególnie wiedząc że w tych lasach żyją pumy.
     Wychodzimy naszą grupką na ławeczkę, znajdującą się na stoku przy rzece. W blasku księżyca widać dół doliny ale w okolicy jest ciemno. Jeden z Turków przynosi butelkę rumu i przy jej pomocy spędzamy mile trochę czasu na pogawędkach. Dziewczyna okazuje się typową socjalistką. Jest jednak bardzo miła i po rozmowach zgadza się z wieloma rzeczami, których była przeciwniczką. Kilka takich wieczorów i zrobilibyśmy z niej przeciwnika socjalizmu. Piszę zrobilibyśmy, bo Turcy mają podobne do mojego podejście do życia.
       Po takiej wyprawie dobrze się śpi, wiedząc, że wszystko to kręci się gdzieś w okolicy mojego pokoju.

Thursday, September 6, 2018

Ostatni dzień w Andach

Czwartek - 23 Sierpień

    Dzień, który kończy naszą wycieczkę po górach i wyżynach Boliwii. Będzie też mniej atrakcji, bo musimy dojechać do Uyuni, skąd wracamy samolotem do La Paz.
     Zmienia się krajobraz mijanych okolic. Pojawia się trochę uprawnych pól i zwierząt. Wszystko jest puste, bo jesteśmy w czasie zimowym, ale widać trochę życia.  Pasą się stada lam, przechodzą osły i więcej ptaków.


      Skręcamy w boczną drogę, żeby zobaczyć jeszcze jedną lagunę. Tym razem ostatnia a nazywą się jak zwykle po kolorze - Czarna Laguna. 
    Ukryta między skałami, więc dojechać do końca nie można. Ostatni odcinek, trzeba przejść. Po obu stronach wznoszą się skały a pod nogami mokradła.


 Musimy przeskakiwać między wysepkami traw. Wszędzie płyną strumyki wody. Niektóre pokryte cienką warstwą lodu.  Na końcu trasy wspinamy się lekko pod górę i za tym pojawia się laguna. Ponownie zachwyca. Nie wiem która z nich była najpięknejsza. Każda ma coś specyficznego do zaoferowania. Ta kojarzy się z naszymi górskimi jeziorami.  Trochę żałuję, że wszystko jest takie krótkie, bo można by było tu fajnie odpocząć i zrelaksować się. Oczywiście latem, bo teraz jest trochę za zimno.




      W powrotnej drodze spotykamy te ich olbrzymie zające. Wyjazd samochodem jest trudny. Musimy przebić się przez wiele strumyków a jazda jest po dużych kamieniach i skałach. Po drodze spotykamy innych turystów, którym ta przeprawa się nie udała i ugrzęźli w błocie. Ale znalazł się już inny samochód, który ich próbuje wyciągnąć.


      Teraz dojazd do Kanionu Anakonda. Jak później zobaczymy, nazwa powstała od kształtu rzeki w jego głębi. Wije się jak pełznący wąż.
Musimy wspiąć się na wysokie skały, żeby móc zobaczyć ten wąwóz.  Na końcu posuwamy się wolno jednym z dwóch występów skalnych, które jak wystające palce wchodzą w głąb kanionu. 



Są wąskie i trzeba uważać, bo idziemy na ich krawędzi. Ale opłaca się bo widać stąd całość kanionu. Kilka ryzykownych zdjęć i wracamy do samochodu.




     Na lunch zatrzymujemy sie w Twilight Zone, strefie mroku. Miasteczko, ale nie widać jednej osoby, jakby było opuszczone.  Biedne, niewykończone budynki i kurz. 



Kiedy oni przygotowują lunch w jednym z nich, my spacerujemy ulicami. Dochodzimy na główny plac. Na środku wybudowane jest coś w stylu piramidy Inków. Po prawej stronie kościółek. Zamknięty na kłódkę a wokół domy. Siadamy w słońcu na naszą herbatę z termosu.




     Luch jest w „hotelu”. Zaśmiałem się jak on to powiedział. To podobna ruina jak inne, tylko ma pomieszczenie przypominające stołówkę. Kiedy się posilamy, zauważam kobietę na środku drogi (dobrze że tu nikt nie jeździ), która coś robi. Przewodnik tłumaczy, że wybiera ziarna ze zboża. Czyli uderza suchum zbożem o ziemię, potem bierze to co wypadło i podrzuca do góry a wiatr zabiera wszystko lekkie, pozostawiając cięższe ziarna. Tak jak wszędzie, tylko bardzo dawno temu.
     Teraz do Uyuni. Mamy kilka godzin do odlotu. Dostajemy pokój w hotelu, żeby się odświeżyć i odpocząć. Dziewczyny to robią a ja jak zwykle chcę zobaczyć więcej. Idę do miasta. Uyuni jest bardzo duże, ale to w większości mniejsze domy. Wszystkie bardzo podobne i tak jak w każdym innym miejscu, niewykończone i pokryte kurzem. Doszedłem do centrum, gdzie odbywa się targ. Ulice zapchane straganami. Sprzedają tu wszystko. Można także znaleźć ich straganowe restauracje. 


    Wracam i okazuje się że mam problem. Nie trafiam na moją ulicę. Tu nie ma nazw a jak powiedziałem, wszystko wygląda tak samo. Chodziłem prawie godzinę i coraz więcej tracę orientację. Została nam godzina do wyjazdu na lotnisko a ja nie znam języka, nie zapamiętałem nazwy hotelu i nie wiem na jakiej ulicy. Jedyna rzecz którą pamiętam to jedną ulicę od hotelu był bardzo duży plac zabaw dla dzieci. Teraz już trochę w panice szukam turystów, którzy mówią po angielsku. Wyglądam jak idiota, bo oni pytają się jaka nazwa hotelu a ja na to - nie wiem. Jaka nazwa ulicy, nie wiem. Na końcu znalazłem kogoś, kto wytłumaczył tubylcom że szukam placu zabaw dla dzieci. Wskazali mi kierunek. Tam już prawie biegłem. Na szczęście było to moje miejsce a od niego nie miałem problemu ze znalezieniem hotelu.  Niezła przygoda na zakończenie tej wycieczki.
     Zdążymy jeszcze zjeść obiad w restauracji i teraz lotnisko i przelot do La Paz. Elaine musiała zjeść coś nie odpowiedniego do jej diety i się źle poczuła. 
W La Paz, znajdujemy sie w tym samym hotelu co poprzednio. Kładziemy się spać, bo jutro wczesny lot do Madidi Park.

Wednesday, September 5, 2018

Gejzery, laguny.

    Środa - 22 Sierpień

    Historia lubi się powtarzać. Ponownie wyłączyli w nocy prąd i ogrzewanie przestało działać. Z radością więc opuszczamy hotel.
      Przyzwyczajony już do tych terenów. Jedzie się pustkowiem i nagle pojawia się coś ciekawego. Łatwo zauważyć, bo jest otoczone niczym. Tylko górami.
Ponownie formacje skał. To miejsce jest  bardzo znane. Szczególnie jedna skała przyciąga uwagę. Wygląda jak olbrzymie skamieniałe drzewo. 


Chodząc tutaj zdaję sobie sprawę jak mało ludzi decyduje się zwiedzać te piękne tereny Boliwii. Jesteśmy sami. Nigdzie nie widać samochodów, turystów. Tylko nasza trójka z kierowcą i przewodnikiem. Ale znając już warunki w jakich trzeba to zwiedzać, wcale się im nie dziwię. Dzisiaj rano zacząłem lekko krwawić z nosa. Ale to tylko chwila. Dla mnie to jest cudowny świat. Po codziennych zmaganiach w pracy, zwykłych problemach, przejmowania się polityką, ekonomią, czuję się wolny od tego wszystkiego. Chociaż wakacje krótkie to daje mi to wystarczająco energii i sił, żeby móc do niego powrócić.      Pogoda jak na szczytach gór. Wieje silny wiatr, jest zimno. Szczególnie, że jest to wczesny poranek.  Ponownie kilka zdjęć z tego miejsca.




     Laguna Colorado. Tak nazywa się następne miejsce. Oni nazywają ją także czerwoną. Widoczna jest z daleka, ale trochę trwa żeby tam dojechać. Wjeżdżamy w tereny narodowego parku zwanego Park Eduardo Avora.
    Kolor wód zabarwiony jest rodzajem glonów. Piękne są kontrasty między białą solą otaczającą jezioro i jej czerwonym kolorem. A wybrzeża porośnięte żółto- zielonym mchem. Jest też tu duża liczba flamingów. Zrobiło się trochę cieplej i przyjemnie jest spacerować w tej okolicy.





      Nasza wycieczka to intesywne przeskakiwanie z miejsca na miejsce. Tak to zaplanowałem. Nigdy nie jeżdżę do tego samego miejsca więc chcę zobaczyć jak najwięcej. 
    Na pustkowiu znajdujemy drogowskaz. Tu nawet nie ma dróg, oprócz śladów przejeżdżających samochodów. Drogowskaz więc jest czymś zaskakującym. Wskazuje on nam kierunek na gejzery.


     Wszędzie dymy wydobywające się z ziemi. Niektóre jak para wodna z czajnika wytryskują pod dużym ciśnieniem. Inne gęstsze, wydobywają się spokojnie w dużych obłokach. To nie jest para wodna. To są dymy fosforu, siarki. Kiedy tam chodzimy łatwo rozpoznać ich zapach a raczej smród.



      Wszędzie otwory w ziemi, wypełnione gotującym się błotem różnych kolorów. Nie muszę dodawać, że to piękne miejsce do robienia zdjęć. Po powrocie do samochodu, musiałem się trochę namęczyć, żeby wyczyścić buty z tego błota.




      Następna laguna. Tym razem zielona. Tutaj nie ma flamingów. Kolor wody zmieniony jest przez dużą zawartość magnezu.  My nidy nie wychodzimy bez termosu z herbatą i tutaj robimy sobie przystanek na ogrzanie się nią.





 Elaine siada na wysepce z trawy i natychmiast się podrywa. Trawa jak szpilki. Musimy wyciągać kolce wbite w jej zadek.
    Także w tym miejscu jemy lunch. W budynku, gdzie jest ciepło, jedząc podziwiamy ten krajobraz przez duże okna. 


     Teraz jazda do następnego hotelu. Trochę się tego obawiam. Jeszcze przed zakończeniem dnia, przystanek przy mniejszej lagunie. Ta zawiera dużą ilość arsenu co nam kojarzy się oczywiście z trucizną, arszenikiem. Zaraz mi przychodzi na myśl, żeby zabrać kilka buteleczek. Mam listę tych, którym mógłbym tego podlać. 
     Znajduje się dokładnie pod wulkanem, więc widok jest piękny.


      Trzy godziny zajęło dotarcie do miejsca odpoczynku. Zjeżdżamy w dół. To dobrze, ale drogi tragiczne. Martwię się czy samochód to wytrzyma. Na szczęście niepotrzebnie. Zakończenie dnia miłe, bo hotel ładny i wszystko działa.  Wbudowany jest w skały, tak że ściany pokoju są naturalną skałą.