Thursday, April 14, 2016


       Blisko mojego biura, od kilku dni spotykam bardzo dużą grupę strajkujących pracowników firmy telefonicznej Verizon.  Nie wiem ile oni zarabiają,  nie interesuje mnie o jaką podwyższę walczą. Nawet bez tej informacji, jestem całkowicie temu przeciwny.
      Jestem jednym z tych którzy walczyli o powstanie związków zawodowych. To co się jednak dzieje, wymagania i szantaż, zmusza mnie do zmiany poglądów.  Z dnia na dzień rezygnujemy z każdej wartości, która kształtowała naszą cywilizację. Kiedy zabraknie tych wszystkich zasad, zacznie się anarchia lub komunizm.
      Musimy być w stanie wynagradzać ludzi za ich ciężką pracę.
Musimy umieć cenić nauczycieli, którzy kształcili się przez wiele lat, żeby zdobyć swój zawód. Oni będą odpowiedzialni za edukacje całego, nowego pokolenia. Musi być też możliwość płacenia tym lepszym więcej, gorszym mniej. Tylko wtedy będą się oni starali wykonywać swój zawód jak najlepiej. Inaczej Ci lepsi, przyglądając się innym obibokom zarabiającym tyle samo co oni, powoli tracą cierpliwość i zaczynają śmierdzieć jak oni.
      Tak samo powinno być z innymi zawodami (inżynierowie, naukowcy, etc). Trzeba zachęcać ludzi do kształcenia się, do walki o poprawę swojej sytuacji ekonomicznej. A jak to może działać, kiedy po 20 latach nauki, wydania na nią kupy pieniędzy, trudno znaleźć pracę i w dodatku ludzie Ci płacone maja polowe mniej niż Ci, którzy nie starali się o nic, tylko po znajomości dostali prace np. przy zbieraniu śmieci. Ponieważ oni są w związkach, zarabiają trzykrotnie więcej niż młody inżynier, czy nauczyciel.
Czego nas to uczy? Fuck school! Po co się męczyć. Znajdę prace, tak jak Ci z Verizon, poskręcam dziennie kilka kabelków i zarobię dużo, dużo więcej niż po szkole. Mało tego. Pobawmy się w matematykę.
   Mam 18 lat, idę na studia. Zajmuje mi to pięć lat i wydaje 100000 dolarów. Czyli mając 23 lata jestem 100000 na minusie. Mój kolega skręcający kabelki, zarabia w związkach 50 dolarów na godzinę, czyli rocznie około 100000, czyli przez pięć lat jest już 600000 dolarów bogatszy. Przez pierwsze 10 lat różnica ta się dramatycznie powiększa, bo młody inżynier zarabia grosze. Mając wiec 35 lat, ten który poszedł łatwą drogą, jest już dużo bogatszy od nas. To tylko początek. Większość związków zawodowych wymaga 20 lat, niektóre 25,30, żeby można odejść na legalną emeryturę. Czyli ten leniuch, mało że jest już bogaty, to mając 40 lat dostaje legalna emeryturę i może odejść ze związków. Dostaje się do innych i powtarza ten sam numerek. Mając 60 lat, dostaje dwie pensje ze związków i normalną biedna odprawę z naszego rządu.
W tym samym czasie, ten który ciężko do czegoś dążył, nie ma żadnych związków, na emeryturę odchodzi tylko z biedną social security i tym co sam zaoszczędził.
       Wielu powie, że to jego wina. Przecież też mógł skręcać kabelki, sprzątać śmieci. To prawda. Pomyślmy tylko co by się stało z naszym światem, gdyby zabrakło nauczycieli, inżynierów, lekarzy…
      Dlatego przeciwny jestem wszelkim strajkom, przeciwny związkom zawodowym, które stworzone zostały do ochrony robotników przed wyzyskiwaniem ale stały się czymś całkowicie odwrotnym.

   Skończyłem drugą część filmu z podroży do Ugandy. Ta, poświęcona jest Gorylom.


Sunday, April 10, 2016

Królestwo Szympansy

 Zacznę od tego, że niedługo mija miesiąc od rzucenia palenia i nie mam problemu z utrzymaniem tego stanu. Noszę ze sobą ten „electronicki mordulec„ ale nawet go dużo nie palę. Wygląda na to, że postanowiłem rzucić i to wystarcza. Najwięcej brakuje mi całej ceremonii palenia a mniej przyzwyczajenia do nikotyny. 
     Pogoda w Nowym Jorku nie do zaakceptowania. W ostatnie noce temperatury były minusowe a w dzień w okolicy zera. Dwa razy padał także śnieg. Wszyscy czekamy z utęsknieniem na wiosnę.
    Ponieważ z powodu zimna, nie wychodziłem na zewnątrz, miałem trochę czasu na zrobienie filmu i skończyłem pierwszą część z naszej podróży do Ugandy. Zmieścił się materiał z dojazdu do Kyaninga Lodge, poszukiwanie i spotkanie szympansy (nieraz mam problem z polskim i np. w tym wypadku pasuje mi więcej szympansów) i podróż przez Queen Elizabeth Park do Gorilla Forest Camp. Przygoda z Gorylami będzie w drugiej części.
    Trochę tam mówię ale w języku angielskim. Nie jest to tak ważne żeby bawić się w tłumaczenie. Zresztą te kilka słów to prawdopodobnie większość i tak zrozumie.
Zapraszam do Królestwo Szympansy.


Thursday, April 7, 2016

Kontrola Różnorodności i inne głupoty


     Muszę zapisać w testamencie, że jak mnie kiedyś szlag trafi przy czytaniu gazet, to rodzina powinna je sądzić. Gazety za rozdmuchiwanie  wiadomości a rząd za tworzenie absurdów.
      Co chwila pisze się w jaki sposób nasz ukochany rząd (albo wasz, bo tak jest wszędzie) rozpieprza (inaczej nie można tego określić), nasze ciężko zarobione pieniądze, zabrane nam w postaci podatków.
     Ostatnio pisałem że chcą podnieść najniższe zarobki (do $ 15 na godz.) dla pracujących w szybkiej obsługi restauracjach jak np. McDonald. Nikt nie mówi o tym, że nasi żołnierze (ryzykujący swoim życiem) zarabiają 11 dolarów na godzinę.
My musimy pracować do 65-tego roku życia a ludzie pracujący dla rządowych instytucji (opłacanych z naszych podatków) mogą iść na emeryturę po 20 latach pracy. My nie mamy żadnego ubezpieczenia po zakończeniu kariery a oni bez dodatkowych opłat maja do końca życia. I tak dalej, dalej, dalej.
     Tego im jeszcze mało. Demokraci chyba mają orgazmy, kiedy tak sobie dodają, rozdają. Miasto Nowy Jork stworzyło nową agencję Diversity Monitoring dla Straży Pożarnej, Kontrola Różnorodności Strażaków. Nawet przy nazwie można się zesrać ze śmiechu. Mało im było zmuszać nas do zatrudnienia czarnych, kolorowych, białych. Teraz kontrolują różnorodność, czyli co? Homoseksualistów, religie, kolory, wszystko.
Na czym ma ta kontrola polegać, nawet nie chcę wiedzieć. Interesuje mnie to, że znalazł się taki pan (Mark Cohen), który musiał mieć niezłe znajomości, bo sąd przyznał mu tą funkcję. Jest on prawnikiem i ze swoją firmą, czyli kilkoma innymi skorumpowanymi prawnikami, za ostatnie 4 lata wypisał rachunki na 10.5 miliona dolarów i oczywiście miasto natychmiast za to zapłaciło.
     To byłoby około 500 żołnierzy na cały rok. Mała armia. To mogła być wymieniona 100 letnia wodna linia w mieście, na długość kilku kilometrów. Przykłady można mnożyć.
     Politycy śmieją się nam w twarz. Przed wyborami rzucają swoimi hasłami, my kupujemy je od tego najgłośniejszego i wszystko wraca do tego samego końca butelki w którą jesteśmy nabijani.
     Ile razy porusza się strażaków, to jest jakiś przekręt. Prawdopodobnie, ponieważ praca ta jest bardzo niebezpieczna i w wielu wypadkach trzeba być naprawdę bohaterem żeby ją wykonać, nikt więc nie chce ich krytykować. Nie byłoby to politycznie poprawne. Zapominamy jednak, że wśród owieczek zawsze znajdują się wilki a najlepszym schronieniem są właśnie miejsca, których każdy się obawia.
      Żona jednego z nich otrzymała 3 miliony dolarów. Kto za to płaci, oczywiście my, podatnicy. Jej mąż, strażak, zmarł na atak serca w roku 2006. Ona twierdziła że to z powodu Strefy Zero w której pracował przez miesiąc. Atak - kurwa serca po 6 latach?? To trzeba zacząć pisać nowe książki lekarskie.
     Żona chciała specjalną pensję po śmierci męża i takiej nie otrzymała, bo medycznie stwierdzono, że to bzdura. Poszła do sądu i demokratyczne, komunistyczne ciało prawne prawa zgodziło się z nią. Od dzisiaj, do końca swojego życia będzie otrzymywała pełną pensję swojego męża a oprócz tego dostała te 3 miliony dolarów.
     Dodam jeszcze po cichutku jedną sprawę, która rozpatrywana jest w sądzie. Jeżeli chłopczyk (nawet w podstawówce) uważa się za dziewczynkę, to ma prawo chodzenia do toalety dla dziewczynek i z nimi też ma prawo chodzić na wychowanie fizyczne. Czyli także brać prysznic. Oczywiście dziewczynki mają te samo prawo, jak poczują się chłopcem.
Bez komentarza.
Może nie. Szkoda że ja się nie urodziłem w tych latach . Natychmiast zrobiłbym się dziewczynką. To by była radocha, tak kąpać się z nimi każdego dnia!! Ile czasu zaoszczędziło by się na podglądaniu przez dziurkę w toalecie!
   Też bym głosował na demokratów!

Tuesday, April 5, 2016

Afryka - przygoda mojego życia.





Afryka.

     Skończyła się moja kolejna wyprawa na ten kontynent. Udało mi się już przejechać drogami Kenii, Botswany, Tanzanii, Zimbabwe, Maroka i Ugandy. Ciągle mi mało. Co jest w tych krajach, co powoduje ten głód zobaczenia więcej, co zmusza mnie do powrotu.
     Zacznę od historii tego kontynentu, chociaż to nie ma nic wspólnego z jego fascynacją. Afryka oczywiście, to jest wiele kultur, narodów, tradycji. Są to też wszystkie możliwe rodzaje krajobrazów. Mamy tutaj góry, oceany, pustynie, dżungle, etc.
      Północna Afryka to kolebka naszej cywilizacji. Kiedy budowano pierwsze piramidy w Egipcie (około 2600 roku przed naszą erą) w Polsce był tylko las. Może gdzieś, jakieś plemiona rzucały dzidami na polowaniach na niedźwiedzie. Dopiero 3500 lat później pojawił się pierwszy król Polski – Mieszko.
     Większa jednak część Afryki, w tamtych czasach, to kraje bardzo zacofane, prymitywne. Historia uczy nas, że nie powinno burzyć się porządku rzeczy. Każdy sam dorosnąć musi do swojej roli. Jednak Europejczycy zmienili jej historię. W 18-tym wieku, nastąpiła wielka kolonizacja. Anglia, Francja i inne kraje, przejęły kontrolę nad każdym z nich. Ze złymi rzeczami, jak grabieżą, niewolnictwem przyszły także dobre. Rozwój ekonomiczny, edukacja. Niestety nie było to wystarczająco szybkie i kiedy w XIX wieku kraje te zostały zmuszone do opuszczenia Afryki, został tam wielki pusty bąbel. Żaden z wyzwolonych krajów nie był gotowy na tą wolność i samodzielność. Większość tamtejszych obywateli dalej żyła jak przed setkami lat. Nie było już mocnej ręki, żeby ich kontrolować. Wybuchały konflikty, wojny i wojenki. Plemiona mordowały znienawidzonych sąsiadów. Grupy narodowościowe, religijne zaczynały walki z przeciwnikami. Mordowano się nawzajem i trwa to do dzisiaj.
Ekonomia podupadła i bieda była coraz większa. Dla zarobków, zaczęto masowo zabijać zwierzęta. Tak wyginęły nosorożce (zostało kilka). W Ugandzie w wielu parkach nie ma już prawie lwów, lampartów. Dlatego jest dużo antylop, zebr, bo nie mają naturalnych wrogów. W Zimbabwe (dawna Rodezja), było podobnie. Kilka osób z tego kraju mówiło mi że wszyscy żałują, że wyrzucili Anglików. Teraz życzyli by sobie ich powrotu ale to nie jest możliwe.
      Jedyną metodą (tutaj może wielu się oburzy, bo to nie demokratyczne i ludzkie) utrzymania porządku i jakiegoś rozwoju, została dyktatura. Trzymania wszystkich w ryzach. Oczywiście nie popieram tego. Prowadzi to do wielu ludobójstw, terroru. Ale czy ja się zgadzam z panowaniem cezarów, królów w Europie. Ile oni przynieśli bólu i cierpień. Sam kościół katolicki też nie był aniołkiem. Takie były czasy i podobnie jest teraz w Afryce. My wierzymy, że można to zmienić i próbujemy ingerować w ich świat. Za każdym razem, kiedy usuniemy jakiegoś tyrana, przychodzą następni i gorsi. Szacha Iranu zastąpili fanatycy religijni i jedno z największych zagrożeń pokoju na świecie. Afganistan to przykład, kiedy próbowali Rosjanie i Amerykanie i dalej się pogarsza. Irak, Syria, Liban i wiele innych, to pokaz błędu naszej polityki. Problem jest w tym, że już jest za późno. Tak głęboko się w to wpakowaliśmy, że wycofać się jest nie możliwe.
     Teraz powrót do tematu. Są rzeczy, które jak narkotyk, nie dają mi zapomnieć o tych terenach. Dzisiaj rozmawiałem z siostrą i wspominała ona tym samym wrażeniu, które ja pamiętam z dzieciństwa w Polsce. Po zimie, kiedy jeszcze ziemia nasiąknięta jest wodą z rozmrożonych śniegów, przychodzą ciepłe dni. Wtedy powietrze przesiąknięte jest specyficznym zapachem świeżości, wiosny. Czuje się w tym nadzieję, radość. Najwspanialsze dni na spacer po łąkach. Tereny te same, a jednak jest coś co zmienia spojrzenie na tak znane nam okolice. Podobn
ą radość czuję jeżdżąc po afrykańskiej sawannie. Gorące powietrze, wysuszone tereny czekające spragnione na najmniejszy nawet opad deszczy. Akacje, kopce termitów, inna wymyślna flora. Wysokie drzewa z wiszącymi na nich owocami, przypominającymi duże parówki. Inne, rozłożyste z rosnącymi wszędzie okrągłymi „piłeczkami tenisowymi”. Olbrzymie, dostojne baobaby, rosnące w tym samym miejscu ponad tysiąc lat. Wiele z nich z rozdartymi olbrzymimi ranami na swoich pniach. Uwielbiają je słonie i wiele z nich ma bardzo widoczne ubytki po ucztach tych zwierząt.
    Tereny wypalone przez słońce, spalone przez ogień powstały po uderzeniu przez piorun. Przyjrzyj się temu trochę dokładniej i coś Cię zaskoczy. W tej całej, wydawałoby się umierającej roślinności, chowają się malutkie zalążki nowego życia. Wyczekują cierpliwie na opady deszczu. Kiedy te nadejdą, tereny te wybuchają dosłownie nowym życiem. Wyrasta wszędzie trawa, nowe drzewa i krzewy. Wszystko rośnie tak szybko, że wydaje Ci się że widzisz jak się rozwijają. Oglądania takich narodzin to wspaniałe, niepowtarzalne uczucie.
     Noce i gwiazdy na niebie to następna tajemnica. Nie jestem naukowcem i nie jestem pewien jak to działa. Niebo w Afryce jest dużo piękniejsze od naszego. Gwiazdy świecą tu jaśniej. Tu na prawdę można powiedzieć rozgwieżdżone niebo! Bez problemu można znaleźć drogę mleczną. Miliardy gwiazdek w ciągnącym się od horyzontu do horyzontu pasie. Nie da się opisać, to trzeba zobaczyć.
      Przemieszczając sie po tych terenach, co chwila ocieramy się o życie prze najróżniejszych form fauny. Te duże, jak słonie, bawoły, hipopotamy, przechodzą obok wolno, dostojnie, nie zwracając na nas uwagi. Mają swoje życie i nie jesteśmy zbyt ciekawi, żeby je naruszać. Wygląda to trochę na raj na ziemi. Cudowna pogoda, tereny porośnięte zielenią wystarczającą im na pożywienie do końca ich życia, jeziorka, rzeki do zaspokojenia pragnienia. Nie mają one też naturalnych wrogów (oczywiście, oprócz ludzi łamiących przepisy ochrony).
    Średnie, których jest najwięcej, to stada, nieraz olbrzymie liczące tysiące osobników. Antylopy w każdym rozmiarze i kształcie. Żyją razem i wspólnie dbają o swoje bezpieczeństwo. Każdy mały pagórek wykorzystany jest przez oglądających tereny strażników. W chwili pojawienia się niebezpieczeństwa wydają odpowiednie dźwięki i stado rusza w popłochu. Niesamowity widok. Kilka „okrzyków”, wyciągają się szyje antylop, spoglądają w jednym, określonym kierunku i wszystkie ruszają w galop, próbując oddalić sie od nieokreślonego zagrożenia.
     Zebry, żyrafy przebywają zgodnie na tych samych terenach. Mówi się że zwierzęta nie maj
ą rozumu. Może w porównaniu z nami ale siedząc tam i przyglądając się im uważnie, możemy zauważyć więcej ludzkości niż w niejednym z nas.
    Zaatakowana zebra, wyrwała się z zabójczych szczęk krokodyla. Na wzgórzu obok stało całe stado jej towarzyszy i oglądało tą walkę o życie. Kiedy udało wydostać się jej na brzeg, krwawiąca z ranami, podeszła do nich wolno. Wtedy całe stado jakby obudziło się ze snu. Zaczęły biegać wokół niej. Tańcząc, podchodziły do rannej, dotykając łba, ocierając się o nią, prychając radośnie. Nie można tego odebrać inaczej niż wielk
ą radość. Gratulowanie swojemu towarzyszowi powrotu do stada.
     Hiena. Dzika, obrzydliwa, śmierdząca. Tak się o niej myśli. Zmienia się trochę zdanie widząc jak jedna z nich siedzi przy zmarłym towarzyszu życia. Ta nieżyjąca, musiała już tam leżeć kilka dni. Widać także, że dobrały się do niej jakieś inne zwierzęta. Partnerka jednak dalej nie rezygnuje, jakby nie chciała się pogodzić z jej śmiercią. Leży obok niej. Oddala się tylko na krótki czas, żeby znaleźć jakiś pokarm i ponownie wraca.
     Antylopy stające przy padłym towarzyszu. I tutaj widać, że stało się to już jakiś czas temu. W okolicach pełno sępów, ale nikt nie może dostać się do niej, bo dostępu bronią jej koleżanki.
    Takich momentów jest wiele. Nie widać łez, nie ma okrzyków bólu, nie ma nieraz udawanej rozpaczy. Niektórzy nazwą to zwierzęcym instynktem. Dla mnie jest to piękny przykład czegoś dużo głębszego, powiedział bym ludzkiego, niż zwykły głos natury.
    Ostatni wypad i przyjrzenie się najbardziej inteligentnym z tych afrykańskich zwierząt. Szympansy i Goryle. To już zorganizowane grupy, rodziny. Matki dbające o swoje maleństwa. Widać tam rozumne wychowywanie młodego pokolenia. Nauka wspinania, zdobywania pokarmu. Pozwolenie na zabawę, ale w chwile przesady maluch otrzymuje klapsa w tyłek i siada spokojnie przy rodzicu.
    Drapieżniki. Najciekawsze. Zabijają inne zwierzęta na swoje pożywienie. Nie robią jednak tego dla przyjemności. Polują tylko jak są głodne. Potrafią także dzielić się z innymi. Przyglądałem się Gepardowi żywiącemu się świeżo upolowaną antylopą. Zjadł wystarczająco, żeby napełnić żołądek i zostawia resztę dla czekających tam mniejszych zwierząt.
    Rodzina lwów, odpoczywająca w cieniu drzew to następny piękny obraz. Prześliczne malutkie lwiątka bawiące się przy zaspanej matce. Lew zabiera je i zaczynają gonitwę i walkę o kawałek gałązki.
    Polujący lampart, przesuwający się cicho między krzakami i niespodziewanie wskakujący do rzeki, dokładnie obok mojej łodzi. Przedostaje się na druga stronę i tam kontynuuje swoje łowy.
   Nie zapomnijmy o ptakach, do których obserwacji trzeba dużo cierpliwości, ale można znaleźć w tym dużo satysfakcji. Kiedy
ś powiedział bym że musi być to bardzo nudne zajęcie. Po poznaniu ich gatunków i zwyczajów, odkryłem ich świat, ktory lubię studiować.
     Mógłbym pisać w nieskończoność o tym wszystkim co widziałem. Każde spotkanie to niezapomniane przeżycie. Dawno, dawno temu prze
żywałem to wszystko czytając książki. Zaczynając od Tomka na Czarnym Ladzie, W Pustyni i Puszczy a kończąc na odkryciach Dawida Livingstona, Henry Stanley i innych.
Mam to szczęście, że udało mi się spełnić moje marzenia i obejrze
ć niektóre z tych miejsc. Prawdopodobnie wielu nie odebrało by tego tak jak ja. Może być, że by się nudzili, tak jak spotkani przeze mnie chińscy turyści, którzy spali w samochodzie zamiast oglądać te cuda. Dla mnie jest to przygoda mojego życia.

Friday, April 1, 2016

Pożegnanie z Ugandą


  Niedziela - 13 Marzec

To już naprawdę ostatni dzień i to bardzo długi. Będziemy jechać, latać i co chwila zmieniać strefy czasowe. Więc na końcu trudno będzie się odnaleźć w czasie.
     Przed tym wszystkim jednak, jeszcze jedna atrakcja. Jazda konna. Nawet nie musimy dojeżdżać, bo są obok hotelu. Po krótkim spacerze zauważmy pasące się konie. Pracownicy na nas czekają. Wyprowadzają trzy konie. Jeden oczywiście dla przewodnika. Mój jest podobno rasy Nubijskiej, ale dla mnie ważne jest że jest duży, bo kiedyś dostał mi się taki mały, że bałem się czy wytrzyma mój ciężar.



Natychmiast wyruszamy w sawannę. Nie spodziewam się dużo spotkań ze zwierzętami. Wiadomo, że dbają żeby nie przydarzył się jakiś wypadek. Poruszamy się truchtem po typowo afrykańskich terenach, pomiędzy akacjami, kaktusami i kopcami termitów. 


Co chwila pojawiają się zebry i antylopy, małpy.



    Ja nakręcam film i nie mogąc nakręcić samego siebie, próbuję złapać Mariana, ale on cały czas zostaje z tyłu i jakoś nie potrafi przyspieszyć. Musze więc często zawracać swojego konia i okrążając go dostaję się na koniec. Przejażdżka zajęła nam dwie godziny podczas których napatrzyliśmy się do syta na tereny, które zostaną nam już tylko w pamięci.
     Po powrocie, bolą nas trochę tyłki, ale nie jest źle. Teraz szybko połykamy śniadanie, pakujemy rzeczy i musimy opuścić pokój. Potem mamy dwie godziny na wypoczynek ale już w lobby hotelu.
   Ostatni lunch i wyjazd. Wracamy do Entebee, wiec czeka nas długa droga. Jest coraz goręcej. Jak otworzymy okna to za bardzo wieje i wpada kurz z drogi. Trudno oddychać. Jak zamkniemy, to się dusimy z gorąca.
    Po drodze typowe już widoki ze sklepikami. Jest jednak mała różnica. Każda z tutejszych wiosek, specjalizuje się w jakimś wybranym produkcie. Mijamy więc wioski, które zastawione są np. słodkimi ziemniakami. Następna to tylko asparagus, inna ginger, ziemniaki, pomidory, banany, ryby. Pojawiają się także wioski o specjalistycznym produkcie rzemieślniczym. Jedna wioska sprzedaje tylko drewniane krzesełka, inna drewniane moździerze to robienia mąki z ziaren, etc.
    




Zatrzymujemy się  w wiosce przez którą przechodzi równik. 


Robiliśmy to w tamtą stronę a teraz wracamy do północnej części Afryki.
     Sześć godzin zajmuje nam ta jazda. Zatrzymujemy się w Hotelu do którego przylecieliśmy w pierwszy dzień. Wita nas także ta sama kobieta.
Pyta się o wrażenia i po opisaniu wszystkich wspaniałych przeżyć, poskarżyłem się na warunki powrotu. Sześć godzin w gorącym samochodzie, jesteśmy spoceni i zakurzeni. W hotelu też nie ma klimatyzacji. Musimy tu siedzieć trzy godziny, więc dalej się pocimy. Potem na lotnisko. Jak wsiądziemy do samolotu, ludzie nie będą chcieli siedzieć obok nas.
     Jemy dobry obiad w restauracji i znów chwila na zrobienie zdjęć. Łapię walczące w powietrzu kruki. 



Na drzewach siedzą marabuty. 


A w jeziorze kąpie się dziesiątki tutejszych obywateli. Ciekawostka. Nie rozumiem nigdy jednej rzeczy. Czarni ludzie nie potrafią pływać. Dlaczego? Nie mam pojęcia. Ale, często się z tym spotykam.
    Tutaj też wszyscy stoją w wodzie, chłodzą się ale nie mogę znaleźć jednego który pływa. Zabawne.



     Dojeżdżamy na lotnisko i wspaniała wiadomość. Jest klimatyzacja.
Po koniach, jeździe samochodem, czekanie na samolot, tyłki protestują, a to dopiero początek bo przed nami 22 godziny lotów.
Startując, wyglądam przez okienko i zastanawiam się, czy jeszcze wrócę na ten kontynent.


 Mam nadzieję. Zostało mi jeszcze kilka miejsc, które chciałbym zobaczyć.

Thursday, March 31, 2016

Safari

     Sobota 12 Marzec

 Obawiałem się problemu ze spaniem. Było bardzo gorąco, ale ochłodziło się po 12-tej i spokojnie przespałem tą noc. O siódmej rano wyszliśmy na spacer po sawannie. Zawiózł nas tam samochód. Jak zwykle, przewodzi nam człowiek z karabinem maszynowym. Pogoda sprzyja, bo niebo lekko przykryte chmurami i temperatury są znośne. Spotkaliśmy kilka zebr, antylop, bawołów. Całość jednak niezbyt ciekawa. Potwierdza się moje pierwsze wrażenie z tego miejsca o braku dobrej organizacji. W innych krajach wycieczki takie prowadzone są w miejscach gdzie się coś dzieje, np. przy zbiornikach wodnych. Przynajmniej jest dużo ptaków. Tutaj nawet jak coś przechodziło, wyczuwało nas prędzej niż my je zauważyliśmy i szybko znikały. Po godzinie wracamy do hotelu i tu następna niespodzianka.
Mówią nam, że następne wyjście mamy o 15-tej, czyli 6 godzin i nic do robienia. Tylko odpoczywać.
    Wjazd na tereny jeziora (do którego się udajemy) to przekroczenie granicy innego parku i ponowny przejazd przez bramki ze strażnikami.
    Na dużym placu przed jeziorem, pasie się kilka guźców (warthog). Obeznane z ludźmi, pozwalają zbliżyć się do siebie na odległość kilku kroków. 



Kiedy jednak dajemy następny, podnoszą się i groźnie warczą.
    Łódź jest duża z silnikiem. Jest z nami dodatkowych 10 osób. Siedzimy z tyłu, więc nikt nam nie zasłania  i dużo miejsca do robienia zdjęć. Okolice wody to natychmiast świat ptaków. Najwięcej jest rożnego rodzaju, mojego ulubionego ptaszka – Kingfisher czyli Zimorodek. Szczególnie ten Afrykański Pygmy Zimorodek. Jest przepiękny. 


Wszystkie polują na ryby. Wzbijają się wysoko nad powierzchnię i wyszukują przepływających ryb. Spadają na nie jak kamień i po udanym ataku, wzbijają się z rybką w dziobie. Siadają na pobliskich drzewach i uderzają rybką  o konary. Po upewnieniu się, że ryba już nie oddycha, zabierają się do jedzenia.



    Innym ciekawym ptakiem jest wikłacz (Southern Masked Weaver).
Budują one wiszące z gałęzi gniazda. Ciężka praca, bo trzeba złapać kilka cieniutkich gałązek i związać je razem. Potem naznosić różnych traw i upleść nowe gniazdo. Wejście jest od dołu. 




Samica obserwuje uważnie jak on pracuje. Ten po każdych kilku minutach pracy, podlatuje pod nią i wykonuje szaleńcze tańce. Powrót do pracy i tańce. I tak w kółko.
Samica, jak każda baba, nie pokazuje, że ją to interesuje. Po zakończeniu budowy i długich prośbach samca, podlatuje do gniazda, ogląda je dokładnie i zaakceptuje lub nie. Kiedy jej się nie spodoba, rozrywa je na strzępy i biedny samiec musi zaczynać od nowa. Można siedzieć tu godzinami i przyglądać się tej „zabawie”.
    Najwspanialszym ptakiem, których jest też dużo, jest African Fish Eagle - Bielik Afrykański.


Najefektowniejsze są zdjęcia zrobione w czasie jego lotu.


   Czeka na nas wiele innych atrakcji. Mijamy dziesiątki hipopotamów. 


W większości wypadków, wystają im tylko głowy. Kiedy zbliżamy się, chowają się i wypływają kilkanaście metrów dalej. Bawią się tak z nami. One widzą dokładnie gdzie płynie łódka a my szukamy ich w ciemno.


    Przepływa duży krokodyl a później spotykamy malutkiego, wygrzewającego się w słońcu.


    Wracamy do brzegu. Wysiadamy i rozdajemy napiwki. Kierowca zabiera nas z powrotem do hotelu.
      W drodze do jeziora, spotkaliśmy stado antylop a miedzy nimi jedną, która nie żyła. Musiała już tam dłużej leżeć, bo trochę śmierdziało. W drodze powrotnej , wokół niej stało już dziesiątki sępów. 


Biły się między sobą o każdy kawałek padliny. 


Po kilku minutach musieliśmy odjechać, bo Marian i kierowca nie mógł znieść tych „zapachów”. Mnie to nie przeszkadzało. Musi to być przyzwyczajenie z dzieciństwa i obcowania z Bacutilem.
    Tak zakończyliśmy, nie wspominając o obiedzie, nasz ostatni pełny dzień w Ugandzie.



Tuesday, March 29, 2016

Ustawa o minimalnej płacy



W Stanach Zjednoczonych a szczególnie w Stanie Nowy Jork, demokraci próbują przeforsować ustawę o podwyższeniu minimalnej płacy do 15 dolarów na godzinę. Dlaczego o tym piszę?
Wygląda to pięknie. Liberałowie dbają bardzo o ludzi i chyba tylko Ci bez sumienia, zwyrodniali republikanie, bogaci kapitaliści będą próbowali to zablokować. Przecież każdemu należy się żyć w lepszych warunkach. Jest w tym jednak kilka problemów.
Pierwszy jest prosty. Prace o niskich zarobkach, nie stworzone zostały dla ludzi utrzymujących rodziny, próbujących żyć wygodnie. Są to prace tymczasowe dla studentów, uczniów próbujących dorobić sobie kilka groszy (np. na piwo), emigrantów rozpoczynających życie w tym kraju (tak ja ja zaczynałem), tych którzy stracili lepsze prace i potrzebują coś tymczasowego.
Kiedy pracowałem w takich miejscach, a w moich czasach zarabiałem 4 dolary na godzinę, wiedziałem że to nie będzie na całe życie. Miałem jednak możliwość trochę zarobić i w tym samym czasie szukałem coś lepszego. I oczywiście znalazłem. To już zależy od każdego z osobna. Trzeba potrafić coś robić lub trzeba chcieć się nauczyć, trzeba probować a nie oczekiwać że praca sama sie pojawi. Gdy podwyższymy te najmniej płatne prace do stosunkowo wysokich zarobków, nikt nie będzie dalej szukał czegoś lepszego. Praca ta stanie sie stała i zabraknie ich dla tych o których wspomniałem na początku: studentów, emigrantów.
Po drugie. Są dwa rodzaje prac o niskich zarobkach. Pierwsze to w większych branżach ale sprzedających bardzo tanie produkty. Tak więc możemy (szczególnie biedniejsi) wpaść do McDonalda na tani posiłek, do Dunkin Donut na tanią kawę, do Wal-mart kupić tanie rzeczy.
Co się stanie, kiedy wszyscy tam pracujący dostaną duże podwyżki? Czy ktoś jest na tyle naiwny, i uwierzy w to że właściciele tych miejsc zaobsorbują ten koszt? Oczywiście że ceny się natychmiast podniosą i Ci najbiedniejsi zostaną ukarani, bo już nic taniego nie będzie w tym kraju. Bogaci na to srają, bo ich stać na dużo lepsze miejsca!
Inne miejsca zatrudniajace tych o najniższych zarobkach to małe prywatne firmy. Te nie są w stanie podnieść cen swoich produktów. Nie wytrzymałyby konkurencji większych firm. Będą więc musiały zwolnić niektórych pracowników. I zamiast pięciu, będą mieli czterech. Podwyższenie więc najniższych zarobków spowoduje zwolnienie dużej ilości osób.
Podobnie stało się niedawno, kiedy wprowadzono nakaz ubezpieczenia pracowników pracujących na pełnym stażu. Wiele firm wyrzuciło natychmiast takich pracowników i zatrudniło innych na pół etatu.
Rząd nie może kontrolować każdej, nawet najmniejszej pierdoły w naszej ekonomii. Nie trzeba znać się na niej, żeby zrozumieć że wiele rzeczy regulownych jest przez zapotrzebowanie i zbyt. Nie nauczysz lwa wpierdalać trawy!! Ale może jak sam bardzo by głodował, kto wie może by jej spróbował.
Każda sytuacja ma swoje rozwiazanie. Jeżeli w szkołach wszyscy rzucili się na kierunek inżyniera budowlanego, to wiadomo że będzie ich za dużo i najgorsi nie znajdą pracy albo za marne pieniądze. Lub odwrotnie. Tak było za moich czasów. Kiedy wrócilismy na studia nie było dużo prac w naszych zawodach. Po ich zakończeniu sytuacja się zmieniła i nadal się poprawiała, ponieważ mało było chętnych w tym kierunku.
Jeżeli ktoś ma zakład zatrudniający osoby o najniższych stawkach i zacznie ich brakować, bo znajdą lepszą pracę, gwarantuje, że sam podwyższy stawki, próbując utrzymać swoich ludzi. Także w wypadku, kiedy znajdzie kogoś bardzo dobrego, dając mu podwyżkę 
żeby nie odszedł.
Dlaczego więc demokraci probują to zrobić? Bardzo proste. To jest ich jedyna metoda zdobywania głosów na następne wybory. No bo łatwiej głosować na Świetego Mikołaja, który rozdaje prezenty w lewo i w prawo, nie patrząc na to że zdobył je  porzyczając pieniądze niż na bogatego biznesmena, który nie da Ci nic za darmo ale gwarantuje pracę i chce, żebyś sam sobie na to zarobił. Rzucają oni więc takimi ustawami i ludzie rozpływają się w zachwycie jacy wspaniali są Ci Demokraci. Tacy ludzcy! A tutaj powoli, powoli tup, tup, nadchodzi komunizm. W innej trochę formie niż nasz Polski, ale komunizm. A do niedawna cały świat z tym walczył. Doszło prawie do trzeciej wojny światowej. A teraz ogłupieni, okłamywani sami sobie powoli coś takiego budujemy.

Monday, March 28, 2016

Wracamy na północ Ugandy.

    
Piątek  - 11 Marzec

Powinien to być krótki dzień do opisywania. Żeby dojechać do wybranych miejsc, musieliśmy przejechać przez całą Ugandę a zajmuje to trochę czasu. Dzisiaj opuszczamy Gorilla Camp na południu kraju i jedziemy wschodnią stroną do Lake Mburo National Park. Zajmuje to prawie 7 godzin. Pierwsza część to jak zwykle przejazd przez małe miasteczka. Na pewno nie jest to nudna przejażdżka. Przyglądanie się tutejszemu życiu, zachowaniu ludzi jest zawsze fascynujące. Mijamy wioskę za wioską. Znów pełno dzieci czekających na okazje pomachania nam i wydania okrzyku powitania.
    Próbuję zrobić trochę zdjęć z tych miejsc. Nie zawsze się udaje, bo przelatujemy dość szybko. Na celowniku są sklepy z mięsem, lub raczej z jednym kawałkiem mięsa. Ich produkty muszą być kolorowe. To jest chyba najważniejsze. Czy ktoś u nas kupiłby np. materac do łóżka w kwiateczki? A tam każdy jest w najróżniejszych kolorach.


      Wszędzie zbierają się grupki motocyklistów. U nas byłoby to towarzyskie spotkanie fanatyków motocykli. Tam to postój taksówek. 


Tak, właśnie motocykl jest tutaj najpopularniejszą wersją dowożenia klientów do celu. Przyglądając się tym jazdom, zastanawiamy się ile jest tutaj wypadków i kierowca potwierdza, że bardzo dużo. Szczególnie kobiety, które siedzą bokiem, bez trzymania, w długich sukniach, gubione są często w czasie takich podroży. 


Także suknie wkręcają się w szprychy kół.
    Najwięcej jest sklepów ze wszystkim i niczym. Każdy ma trochę napojów, słodyczy, kilka owoców i inne drobiazgi. 


Są też usługi jak krawcowa.


   Zakład napraw samochodowych i pokazanie nam, że bez mechanicznych podnośników, też można zajrzeć pod samochód.


     W jednej z tych wiosek, kierowca przystaje i kupuje smażone banany. Rzuca się na nas duża grupa sprzedających. Talerze pełne bananów. Świeżych, niedawno zerwanych z drzew, smażonych, pieczonych, gotowanych, trzymanych na głowach. 




  Marian cyka zdjęcie jednej, która nie jest z tego zadowolona.

Sprzedają także inne owoce i te ich szaszłyki nie wiadomo z czego.
      Próbujemy tego smażonego. Wolę świeże. Ten nie ma dużo smaku. Zjadamy po jednym i to mi wystarcza.
Podbiegają też dzieci i rozdajemy co mamy przy sobie. Jakieś czekoladki, orzechy, ciasteczka.


    Ponownie w drogę. Kilka szybkich przystanków na zrobienie zdjęć ptakom i zwierzętom spotkanym po drodze. 



Mijane tereny są nadal górzyste i bardzo ładne. Najpierw pokryte były plantacjami bananów, teraz herbaty.
     Wjeżdżamy w centrum trochę większego miasteczka. Tutaj pojawiają się meczety i muzułmanie, choć jest ich bardzo mało. Zatrzymujemy się na lunch. W hotelu, restauracji. My otwieramy swoje, przygotowane posiłki. Bałbym się cos tutaj zjeść. Kierowca zamawia sobie tradycyjne jedzenie. Główne danie to jakiś placek z bananów, bardzo podejrzanie wyglądający chleb i jakaś ciastowata masa, prawdopodobnie też bananowa.
      Zaraz za miastem zmieniają się pejzaże. Tereny się wyrównują i pojawia się sawanna. Jest już bardzo gorąco, prawie 30 stopni i nie ma wilgoci. Temperatury te muszą się tutaj utrzymywać w tych granicach, bo zieleń nie jest już taka głęboka i soczysta.
    Jesteśmy w ostatnim miejscu. Mihingo Lodge.  Ponownie na wysokich skałach z widokiem na duże jezioro a z drugiej strony na mały zbiornik z wodą do którego cały czas dochodzą zwierzęta na ochłodzenie.



Nasz domek, namiot jest olbrzymi. 



Mamy główną sypialnię, przedsionek, łazienkę, toaletę. Okna to po prostu siatki i Marian teraz siedząc na kiblu, może nie tylko rozwiązywać krzyżówki ale przyglądać się naturze.



    To miejsce ma kilka braków. Nie ma internetu, drzwi nie mają zamków i każdy może wejść. Obsługa też nie jest taka przyjemna jak w poprzednich, chociaż nic nie można im zarzucić.
     Po zostawieniu walizek idziemy na basen. Jest położony na skraju skały, na którym stoi hotel. Na dole przy wodzie stoją zebry i antylopy.


   Popływaliśmy, poopalaliśmy się i na koniec dnia jak zwykle obiad.
    Wracamy do domku. Tutaj, jak przystało na afrykański kraj, za siatkami usypia nas dziesiątki głosów. Jeden jest trochę denerwujący. Brzmi jak gra komputerowa. Ta w której przebija się baloniki. Marian obawia się że nie uśnie.
Jutro ostatni pełny dzień.