Tuesday, February 9, 2016
Monday, February 8, 2016
Taksówkarz
Do wykonywania pracy taksówkarza potrzeba było kilku rzeczy. Najważniejsze to znać Nowy Jork. Nie znałem. Mówić po angielsku. Nie potrafiłem. Mieć trochę gotówki. Nie miałem.
Żółta taksówka, to nie tylko samochód ale także licencja. W latach osiemdziesiątych kosztowała około 50,000.00 dolarów. Dla porównania, w tej chwili, żeby kupić taką licencję trzeba wydać prawie milion dolarów. Osoba która zakupiła ten medalion od miasta, dostaje dokumenty, numer i metalową tabliczkę (kiedyś w kształcie jabłka), którą umieszcza się na masce samochodu.
Właściciel posiadający jeden samochód, przeważnie sam nią jeździ, ale tylko jedną zmianę (12 godzin) a na drugą wynajmuje sobie innego. Są też wielkie korporacje, które mają wiele samochodów.
Kiedy rozpoczynałem pracę jako taksówkarz, wynajęcie takiego auta kosztowało mnie 500 dolarów tygodniowo. Oprócz tego musiałem oczywiście płacić za benzynę, czyli około 300 dolarów.
Wszystkie pieniądze, które płacili mi klienci, były moje, ale oczywiście pierwsze 800 dolarów szło na spłaty właściciela. Dopiero nadwyżka to były moje zarobki. Zaznaczę, że w tych czasach, w innych zawodach zarabiałem około 400 dolarów tygodniowo.
Ten system powodował już olbrzymi stres. Gdybym nie miał żadnego klienta, znaczyłoby to, że nie tylko nic nie zarobiłem, ale straciłem 800 dolarów. Zmieniało to nas w zwierzęta, które walczyły o kawałek mięsa. Każdy inny taksówkarz był Twoim wrogiem. Musiałeś być szybki i umieć wypatrywać ludzi z podniesioną ręką. W chwili zauważenia klienta, błyskawiczne podjechanie do niego, co znaczyło, że trzeba było przejechać nieraz z jednej strony ulicy na drugą. W Nowym Jorku główne Aleje mają przynajmniej cztery pasy i przy setkach samochodów, był to trudny manewr.
Ja jeździłem nocami. Zaczynałem pracę o 16-tej do 4-tej rano. Pierwsze pięć godzin nie było tak trudne, bo ludzi poszukujących taksówek było więcej niż nas. Jednak po godzinie 21-ej, zaczynała się zabawa. Wytrzymywałem to do około pierwszej w nocy, ale po tym poddawałem się. Stawało się to zbyt brutalne.
Sytuacja ta doprowadziła do jednego z moich tragiczniejszych przypadków. Było już po północy. Jechałem prawą stroną ulicy i w oddali zobaczyłem klienta. Przycisnąłem pedał. Już prawie w miejscu gdzie on stał wyskoczyła znikąd inna taksówka. Przecięła mi drogę. Odbiłem w prawo i zatrzymałem się na chodniku. Zdenerwowany wyskoczyłem z samochodu i podbiegłem do tamtego kierowcy, który też wyszedł na zewnątrz. Wykrzyczałem mu w złości, że jest wariatem. Za kilka dolarów mógł doprowadzić do poważnego wypadku. Ten nawet nie odpowiedział, tylko zamachnął się i uderzył mnie pod lewą łopatkę. Odskoczyłem zaskoczony. Po chwili poczułem że mam mokre plecy. Wykręcając rękę, dotknąłem się z tyłu. Wyciągnąłem przed siebie dłoń, która była cała w krwi. Dopiero teraz zauważyłem, że w ręku taksówkarza znajduje się nóż.
Przerażony przysiadłem na krawężniku, a tamten szybko odjechał. Ktoś zadzwonił po karetkę i znalazłem się w szpitalu. Na moje szczęście nóż uderzył w kość i nie zrobił mi poważniejszej szkody. Trochę krwi, to wszystko. Nauczyło mnie to jednak być ostrożniejszym w takich spotkaniach.
Lata osiemdziesiąte, to niebezpieczny okres w tym mieście. Kiedy oglądałem film "Taksówkarz" z Robertem DeNiro, podobały mi się sceny w których jeździł on nocą. Tak to naprawdę wyglądało. Lekko oświetlone ulice. Ponuro, mało ludzi. Neony, przymglone światła w pozamykanych sklepach. Na wielu ulicach stojące prostytutki, grupy młodych ludzi sprzedających narkotyki. Brakowało tylko tej muzyki z filmu.
Było to trochę przerażające ale w jakimś sensie podniecające. Bardzo lubiłem przyglądać się temu życiu zza szyby mojej taksówki. W tym nocnym świecie, było jednak ryzyko zabrania niebezpiecznego klienta. Próbowało się ich przechytrzać i nie stawać przy kimś kto przedstawiał zagrożenie, ale nie zawsze się to udawało.
Nadeszła jedna z deszczowych nocy. Do samochodu wsiadł mi młody mężczyzna hiszpańskiego pochodzenia. Podał adres a ja natychmiast ruszyłem. Po zatrzymaniu się w miejscu docelowym, odwróciłem się do niego, podając mu sumę jaka był mi winny. W tych czasach, nie mieliśmy jeszcze szyb oddzielających nas od pasażerów. Odwracając głowę, dotknąłem policzkiem zimnej lufy pistoletu. Pasażer zażądał oddania mu moich wszystkich pieniędzy. Problem był w tym, że nie miałem dużo, bo był kiepski ruch. Podałem mu wszystko ale ten nie był zadowolony. Żądał więcej. Trzęsąc się w przerażeniu, drżącym głosem przysięgałem mu że nie mam więcej. Wreszcie zrezygnował i zostawił mnie samego. Odjechałem błyskawicznie, ale po kilku ulicach zatrzymałem samochód i przesiedziałem w nim godzinę. Nie potrafiłem dalej jechać. Przy okazji, dobrze się zwymiotowałem.
Po latach pracy w tym zawodzie, zdarzało mi się to często. Po powrocie do domu wchodziłem do łazienki i wymiotowałem.
Innym razem dojechałem do celu z moim pasażerem. W momencie zatrzymania samochodu, ten przerzucił przez moją głowę linę i zacisnął pętlę na moim gardle. Tak mnie trzymając, zażądał oddania mu pieniędzy. Zawsze w takich sytuacjach, przychodziło mi tysiące myśli. Tym razem zdecydowałem się na reakcję. Doszedłem do wniosku, że jak mnie dusi linką to znaczy że nie ma pistoletu. Wykręciłem się w bok, podniosłem lekko z siedzenia i zacząłem z nim walczyć. Musiałem wyglądać groźnie. Byłem wściekły. Przestraszył się i wyskoczył z samochodu. Nawet nie czułem dużo strachu. Raczej wielkie zadowolenie, że udało mi się uratować moje zarobki.
Na drugi dzień Wiesia spytała mi się, skąd mam taką czerwoną pregę na szyi. Odpowiedziałem, że nie mam pojęcia. Nie mówiłem jej o większości tych zdarzeń. Ona miała swoje problemy i nie chciałem jej przygnębiać moimi.
Nadeszła jedna z deszczowych nocy. Do samochodu wsiadł mi młody mężczyzna hiszpańskiego pochodzenia. Podał adres a ja natychmiast ruszyłem. Po zatrzymaniu się w miejscu docelowym, odwróciłem się do niego, podając mu sumę jaka był mi winny. W tych czasach, nie mieliśmy jeszcze szyb oddzielających nas od pasażerów. Odwracając głowę, dotknąłem policzkiem zimnej lufy pistoletu. Pasażer zażądał oddania mu moich wszystkich pieniędzy. Problem był w tym, że nie miałem dużo, bo był kiepski ruch. Podałem mu wszystko ale ten nie był zadowolony. Żądał więcej. Trzęsąc się w przerażeniu, drżącym głosem przysięgałem mu że nie mam więcej. Wreszcie zrezygnował i zostawił mnie samego. Odjechałem błyskawicznie, ale po kilku ulicach zatrzymałem samochód i przesiedziałem w nim godzinę. Nie potrafiłem dalej jechać. Przy okazji, dobrze się zwymiotowałem.
Po latach pracy w tym zawodzie, zdarzało mi się to często. Po powrocie do domu wchodziłem do łazienki i wymiotowałem.
Innym razem dojechałem do celu z moim pasażerem. W momencie zatrzymania samochodu, ten przerzucił przez moją głowę linę i zacisnął pętlę na moim gardle. Tak mnie trzymając, zażądał oddania mu pieniędzy. Zawsze w takich sytuacjach, przychodziło mi tysiące myśli. Tym razem zdecydowałem się na reakcję. Doszedłem do wniosku, że jak mnie dusi linką to znaczy że nie ma pistoletu. Wykręciłem się w bok, podniosłem lekko z siedzenia i zacząłem z nim walczyć. Musiałem wyglądać groźnie. Byłem wściekły. Przestraszył się i wyskoczył z samochodu. Nawet nie czułem dużo strachu. Raczej wielkie zadowolenie, że udało mi się uratować moje zarobki.
Na drugi dzień Wiesia spytała mi się, skąd mam taką czerwoną pregę na szyi. Odpowiedziałem, że nie mam pojęcia. Nie mówiłem jej o większości tych zdarzeń. Ona miała swoje problemy i nie chciałem jej przygnębiać moimi.
Początkowe tygodnie, miesiące były oczywiście najtrudniejsze. Każdego dnia uczyłem się nowych, angielskich słów. Dużo nie trzeba było znać, żeby wysłuchać wskazówek do jakiego miejsca chce się udać pasażer. Poznanie miasta jednak to inna sprawa. Środkowa część Manhattanu jest bardzo prosta. Od wschodniej strony Aleje zaczynają się od jedynki do 12-tej Alei na zachodzie. Ulice podobnie. Szybko rozpracowałem system numeracji budynków. Poruszanie się więc w tej części było proste. Dół i góra wyspy to już inna sprawa. Nie mówiąc o dzielnicach Queens, Brooklyn czy Bronx.
Kiedy wsiadała mi do samochodu osba rządająca dowiezienia do miejsca którego nie znałem, mówiłem szybko najgorszym angielskim jaki mogłem wymyśleć: sorry, ja nowy, ja nie zna adres!
Jedni się śmiali i pomagali wskazówkami jak dojechać, inni wyrzucali coś w rodzaju: to kurwa tylko w Nowym Jorku możliwe i też pomagali. Rzadko rzucali błotem i wysiadali w poszukiwaniu innej taksówki.
Starsza pani wsiadła do mojego auto i podała adres. Nie miałem pojęcia gdzie jechać. Szczególnie, że miejsce to było na Brooklynie. Natychmiast zastosowałem moją tłumaczącą metodę i ona uśmiechając się, powiedziała, że mnie poprowadzi. Na razie jedź prosto do mostu Brooklyn i przejedź na drugą stronę. Wiem, że most jest na dole wyspy, ale nie jestem pewien którą ulicą tam dojechać. Jadę i czekam na wskazówki. W pewnej chwili widzę most, więc wjeżdżam na niego zadowolony. Ona puka mnie delikatnie w ramię i pyta się gdzie ja jadę. Ja oczywiście zadowolony ze znalezionego mostu, mówię: Brooklyn most, do dzielnicy Brooklyn i szczerzę do niej zęby. Ona zaczęła się śmiać i odpowiada, że tak, jedziemy do właściwej dzielnicy, ale most nazywa się Manhattan. Doprowadziła mnie później do miejsca i nawet dała lepszy napiwek niż mi się należał. Tacy są Nowojorczycy. Nieraz słyszy się o nieprzyjemnych, gburowatych, złośliwych mieszkańcach naszego miasta. To nie jest prawda. Nigdy bym nie przetrwał tutaj, gdyby nie ich pomoc, wsparcie i zrozumienie. Są po prostu zapracowani, cały czas w pędzie. każda minuta jest zaplanowana i nie można jej stracić. Powoduje to w wielu wypadkach szybką, niezaplanowaną reakcję. Ale to tylko chwila.
Kiedy jeździliśmy do naszego domku w Pensylwanii, zatrzymywaliśmy się często w tamtejszej pizerni. Nie mogliśmy się nadziwić jak ludzie tam pracują. Byliśmy sami w lokalu. Kelnerka wchodziła, wychodziła, przyniosła sól, za chwilę oregano, później serwetki. Trwało to pół godziny, zanim podała nam nasz posiłek. A ona, choć wszystko w zwolnionym tempie, zapracowała się na śmierć. U nas jest to niedopomyślenia. Wszystkie dodatki podane są natychmiast. Nie ma możliwości siedzenia przy stole bez jedzenia. Jeżeli danie wymaga dłuższego gotowania, to przynoszą jakieś przystawki i kelnerka cały czas jest w ruchu. A ma dwudziestu klientów a nie jednego. Takie jest tutaj życie. W przyspieszonym tempie.
Ale zboczyłem z tematu. Kiedyś jeden z moich pasażerów, żartując ze mną o nieznajomości miasta, pocieszał mnie, że są gorsi. Opowiedział jak zabrał go Rosjanin. Podał mu adres ale widząc, że ruski ani w ząb, mówi mu jedź prosto aż do 13-tej ulicy i skręć tam w lewo.
Po chwili widząc, że przejechali już określone skrzyżowanie, woła do niego; Gdzie Ty jedziesz? Właśnie przejechaliśmy moją ulicę! Kieowca odwraca się i mówi sorry, not spike eglishe! I dalej jechał prosto. Musiał więc wysiąść i wracać na pieszo.
Jedni się śmiali i pomagali wskazówkami jak dojechać, inni wyrzucali coś w rodzaju: to kurwa tylko w Nowym Jorku możliwe i też pomagali. Rzadko rzucali błotem i wysiadali w poszukiwaniu innej taksówki.
Starsza pani wsiadła do mojego auto i podała adres. Nie miałem pojęcia gdzie jechać. Szczególnie, że miejsce to było na Brooklynie. Natychmiast zastosowałem moją tłumaczącą metodę i ona uśmiechając się, powiedziała, że mnie poprowadzi. Na razie jedź prosto do mostu Brooklyn i przejedź na drugą stronę. Wiem, że most jest na dole wyspy, ale nie jestem pewien którą ulicą tam dojechać. Jadę i czekam na wskazówki. W pewnej chwili widzę most, więc wjeżdżam na niego zadowolony. Ona puka mnie delikatnie w ramię i pyta się gdzie ja jadę. Ja oczywiście zadowolony ze znalezionego mostu, mówię: Brooklyn most, do dzielnicy Brooklyn i szczerzę do niej zęby. Ona zaczęła się śmiać i odpowiada, że tak, jedziemy do właściwej dzielnicy, ale most nazywa się Manhattan. Doprowadziła mnie później do miejsca i nawet dała lepszy napiwek niż mi się należał. Tacy są Nowojorczycy. Nieraz słyszy się o nieprzyjemnych, gburowatych, złośliwych mieszkańcach naszego miasta. To nie jest prawda. Nigdy bym nie przetrwał tutaj, gdyby nie ich pomoc, wsparcie i zrozumienie. Są po prostu zapracowani, cały czas w pędzie. każda minuta jest zaplanowana i nie można jej stracić. Powoduje to w wielu wypadkach szybką, niezaplanowaną reakcję. Ale to tylko chwila.
Kiedy jeździliśmy do naszego domku w Pensylwanii, zatrzymywaliśmy się często w tamtejszej pizerni. Nie mogliśmy się nadziwić jak ludzie tam pracują. Byliśmy sami w lokalu. Kelnerka wchodziła, wychodziła, przyniosła sól, za chwilę oregano, później serwetki. Trwało to pół godziny, zanim podała nam nasz posiłek. A ona, choć wszystko w zwolnionym tempie, zapracowała się na śmierć. U nas jest to niedopomyślenia. Wszystkie dodatki podane są natychmiast. Nie ma możliwości siedzenia przy stole bez jedzenia. Jeżeli danie wymaga dłuższego gotowania, to przynoszą jakieś przystawki i kelnerka cały czas jest w ruchu. A ma dwudziestu klientów a nie jednego. Takie jest tutaj życie. W przyspieszonym tempie.
Ale zboczyłem z tematu. Kiedyś jeden z moich pasażerów, żartując ze mną o nieznajomości miasta, pocieszał mnie, że są gorsi. Opowiedział jak zabrał go Rosjanin. Podał mu adres ale widząc, że ruski ani w ząb, mówi mu jedź prosto aż do 13-tej ulicy i skręć tam w lewo.
Po chwili widząc, że przejechali już określone skrzyżowanie, woła do niego; Gdzie Ty jedziesz? Właśnie przejechaliśmy moją ulicę! Kieowca odwraca się i mówi sorry, not spike eglishe! I dalej jechał prosto. Musiał więc wysiąść i wracać na pieszo.
To wystarczy na dziś. Skończę innym razem.
Saturday, February 6, 2016
W poszukiwaniu pracy - wspomnienia.
Każdy z nas boi się stracić pracę i wie, że zdarzenie takie może pogmatwać nasze życie. Ale strach ten jest inny, kiedy znajdzie się w sytuacji w jakiej byłem w pierwsze lata pobytu w Stanach.
Jesteś sam, nia ma rodziny, przyjaciół. Nie ma do kogo zwrócić się o pomoc. Mało tego. Nie ma nikogo, z kim można by było porozmawiać, wyżalić się. Nikt nie doda Ci otuchy, wspomoże ciepłymi słowami. Każdego wieczora, kładziesz się do łóżka i nie możesz usnąć. Przez myśli przechodzi Ci tysiące myśli w poszukiwaniu rozwiązań. Wreszcie usypiasz, ale z beznadziejną pustką i postanowieniem, że jutro coś wymyślisz.
To jest tylko początek. Nie znasz języka, którym posługują się obywatele kraju w którym się znalazłeś. Nawet jak coś znajdziesz, to z góry wiesz że Cię nie przyjmą do pracy, bo nie potrafisz się z nimi porozumieć. Uczysz się pokory, akceptujesz poniżanie. Kiedyś chodziłem po miasteczku w New Jersey (nie pamiętam już którym) i wchodziłem do fabryk z pytaniem o pracę. Dawali mi jakieś papiery do wypełnienia. W większości wypadków, rezygnowałem w połowie. Wypełniłem rubryki z nazwiskiem, miejscem zamieszkania ale reszty już nie potrafiłem odczytać. Zawstydzony, wyrzucałem papiery do kosza i wychodziłem.
Kilka razy, udało mi się dostać prace. Trudno było jednak ją utrzymać, bez możliwości porozumienia się. Znalazłem się w sytuacji bez wyjścia. Trzeba by było szybko nauczyć się angielskiego. Ale na to potrzebne pieniądze i czas. A obydwu nie miałem.
Jeżeli jesteś sam, masz jakieś szanse. Najwyżej pogłodujesz, pomęczysz się w niewygodach. Ale my mieliśmy kilkomiesięczne dziecko do utrzymania. Bez mieszkania i pieniędzy, stajesz się niebezpieczny. Jak zwierze walczące o przetrwanie, zdecydowany jesteś na wszystko.
Po wielu miesiącach, dowiedziałem się, że wielu polaków jeździ żółtą taksówką. Mały problem. Trzeba zdać egzamin ze znajomości miasta i przepisów.
Najpierw musiałem dostać amerykańskie prawo jazdy. Według przepisów Nowego Jorku, potrzebowałem zdać tylko egzamin z regulaminów. W biurze gdzie się go zdawało, wyczekałem w kolejce na miejsce przy maszynie z pytaniami.
Pierwsze brzmiało w jakim języku chce go zdawać. Z niedowierzaniem zobaczyłem, że mogę to zrobić w polskim. Bez namysłu zaznaczyłem tą wersję. Wielki błąd!!
Osoba która przetłumaczyła pytania z angielskiego musiała znać polski jak ja angielski.
Brzmiały one mniej więcej tak: Jak wjedziesz na skrzyżowanie i inny samochód jedzie a ty jedziesz prosto i on skręca, kto ma pierszeństwo.
Nie było możliwości tego rozgryzienia. No i oczywiście oblałem.
Za następne dwa tygodnie spróbowałem jeszcze raz. Tym razem nie zaryzykowałem i wybrałem angielski. Zdałem bez problemu.
Jeden krok do przodu. Wiedziałem, że nie mam szans zdania testu ze znajomości miasta. Każda sprawa jest do załatwienia, jeśli jesteś zdesperowany. Za dolary, które zostały nam z zarobionych pieniędzy, zapłaciłem za wypełniony już test. Bałem się, że mnie oszukano, ale okazało się, że pytania na egzaminie były takie jak na mojej ściągawie.
Oficjalnie zostałem nowojorskim taksówkarzem.
Tak zacząłem kilkuletni okres zwariowanej pracy. Przejechałem tysiące kilometrów ulicami Nowego Jorku. Poznałem każdą stronę tego miasta. Od bogatych dzielnic do brudu i slamsów. Od świateł ulicy Broadway, do spotkań z prostytutkami. Od eleganckich pasażerów, do kryminalistów.
Ale o tym następnym razem.
Friday, February 5, 2016
Ostrzeżenia oraz wypadek na Manhattanie
Czas ucieka i zbliżam się do
czasu wyjazdu do Ugandy. Oczywiście przyjaciele są po to, żeby wspomagać nas w
każdej sytuacji i dlatego moi przesyłają mi ciągle jakieś wiadomości z tego
miejsca. Poniżej dwa takie filmiki.
Dostałem też ostatnie dokumenty
na tą podróż. Najwięcej informacji jest na temat wyprawy w poszukiwaniu Goryli.
Oczywiście wspominają, że może się zdarzyć, że ich nie spotkamy. Mam nadzieję,
że się mylą. Jest to bardzo podniecające. Tylko 706 Goryli Górskich, żyje na
wolności.
Między innymi podane są też różne wskazówki przy tej wyprawie. Między
innymi:
-
gdyby Goryl się do Ciebie zbliżył, bardzo wolno wycofuj się na odległość 7
metrów.
-
Zdarza się, że Goryle atakują.
Wolno kucnij, nie patrz się na niego. Czekaj aż Goryl się Tobą znudzi
-
Inne to zwykle, nie używaj lampy błyskowej, nie kaszl, nie psikaj, nie
rozmawiaj głośno etc.
Mamy iść prze dżunglę i ostrzegają przed spotkaniami z
niezwykłymi zwierzętami. Najgorsze jednak mają być mrówki. Boleśnie gryzą i przyczepiają
się do ciała. Gdybyśmy nadepnęli na większą grupę to natychmiast atakują i
wtedy jedynym wyjściem jest całkowite rozebranie i oczyszczenie się z mrówek.
Tu natychmiast zobaczyłem Mariana nago, biegającego po dżungli. Myślę, że
mógłby to być dobry przebój na youtube. Piszę o Marianie ale ja też tak mogę
latać, ale to ja nakręcam film, więc siebie delikatnie pominę.
Trochę z mojej branży. Kiedy używamy dźwigi do jakiś operacji,
zawsze jest dużo sprawdzania przez władze miasta i ludzi od bezpieczeństwa. Zdarzyło
się dużo wypadków i zawsze są one bardzo niebezpieczne. Są to bardzo duże
maszyny i kiedy stracą balans i się przewrócą, powodują duże zniszczenia i
bardzo często śmierć pracowników. Dzisiaj coś takiego się wydarzyło na 40 ulicy
na Manhattanie. W tej chwili nie ma jeszcze dokładnych szczegółów. Wiadomo, że
zginał jeden z pracowników a kilka osób zostało rannych. Wygląda na to, że
ramie dźwigu (musi być przynajmniej 70 metrów długie) przeważyło równowagę
dźwigu i przekręciło go do góry nogami.
Prawdopodobnie ktoś będzie miał poważne problemy. Kilka lat
temu, zdarzyło się coś podobnego i właściciel firmy poszedł do więzienia.
Obecna firma do której należał dźwig jest tą samą od której
ja w tej chwili wynajmuję swój.
Wednesday, February 3, 2016
Zika, wybory oraz mój film ze Strefy Zero
Zika. Następne słowo, które będzie nas straszyło przez najbliższe lata. Przechodziliśmy przez inne jak Dżuma, HIV/AIDS, wirus Ebola. Od wieków pojawiają się nowe choroby, ktore powodują śmierć tysięcy, milonów osób. Jakby sama natura próbowała kontrolować naszą populację.
Ta nowa nie jest taka groźna. Dorosłe osoby, chorują od kilku dni do tygodnia. Objawy to gorączka, swędzenie,bóle w stawach, zaczerwienione oczy. Przeraża ona nas, bo atakuje tych najbardziej niewinnych i bezbronnych. Nieurodzone dzieci. Kobiety w ciąży zarażone tym wirusem, mogą urodzić upośledzone dzieci.
Wspominam o tym, bo akurat mam szczęście wyjeżdżać w okolice, gdzie coś się dzieje. Ludzie w mojej pracy śmieją się i mówią, że ja specjalnie wyszukuję takie kraje i tam właśnie lubię jeździć.
Zika wykryta została w 1947 roku właśnie w Ugandzie i nazwa jej powstała od parku narodowego w którym ją odkryto. Teraz jednak przeniosła się do Ameryki Południowej i Karaibów. Wiele wypadków przydarzyło się w naszym kraju. Przenoszona jest przez jeden z rodzajów komara. Na szczęście dla nas, żyją one tylko w cieplejszych terenach (np.Floryda). Ostatnio ogłoszono, że można zarazić się także przez stosunki seksualne.
Odbyły się pierwsze wybory w stanie Iowa. Wszystko wypadło w przybliżeniu tak jak się zapowiadało. Prasa jednak jak zwykle przekazuje to w przekręconym obrazie.
W partii demokratycznej, jak pisałem Hilary Clinton traci na popularności z powodu wszystkich afer. Zakończyło się to jej zwycięstwem ale tylko o cztery osoby. Czyli 50-50, tak mała była różnica. Mimo wszystko zanotowała zwycięstwo. Co to oznacza.
Każdy stan, w zależności od ilości mieszkańców, ma przydzieloną ilość delegatów. Zwycięzca zabiera wszystkich. Na końcu dodaje się wszystkie stany i ten który ma największą ilość ma zostać liderem swojej partii.
W partii Republikańskiej było trochę inaczej. Przed głosowaniem, liderami byli Trump i Cruz. Tak też się to zakończyło. Wygrał Cruz a za nim o 4% głosów mniej, znalazł się Trump. Następny był Rubio też z około 4% mniej za Donaldem. Czyli spodziewany sukces odniósł Cruz a Trump poniósł małą porażkę, bo dopiero drugi. Niespodziewanie dużą ilość głosów otrzymał Rubio. Typowo demokratyczna, jednostronna stacja telewizyjna CNN, niezadowolona ze zwycięstwa Cruza zignorowała jego sukces i nawet nie pokazała jego przemowy po zakończeniu glosowania. Wszyscy inni , na drugi dzień, brzmieli bardzo podobnie.
Zdecydowane zwycięstwo Cruza i olbrzymia porażka Trumpa i wielki sukces Rubio. Tak wszystko było napisane, jakby to Rubio zwyciężył a Trump przegrał ze wszystkimi. Bardzo widoczna jest nienawiść prasy do Trumpa. Robią wszystko, żeby osłabić jego pozycję.
Mnie tak naprawdę to nie przeszkadza, bo wszyscy trzej w jakiś sposób mi odpowiadają, wkurza jednak widoczna dyskryminacja jednego z nich.
Udało mi się skończyć film o którym mówiłem. Jest to składanka z wywiadów jakie przeprowadziły ze mną różne stacje telewizyjne. Te które udało mi się nagrać. Także urywek z filmu „Co kryje kurz”.
Reszta to moje nagrania ze strefy zero a także relacje telewizji amerykańskich z wydarzeń września. Całość poniżej
Monday, February 1, 2016
Polityczna karuzela i ostatni weekend.
Dzisiaj
została włączona do biegu polityczna karuzela. Na razie jest pełna kandydatów.
W ciągu dwóch miesięcy zacznie się jednak robić tam dużo luźniej. Zacznie
kręcić się coraz szybciej i wielu kandydatów zostanie wyrzuconych, lub
postanowią sami wyskoczyć.
Gra ta zaczyna się u nas od przedwyborów.
W kilku stanach (Iowa, New Hampshire, North Carolina). Tutaj zorientujemy się
jak wyglądają nastroje wyborców i kto ma naprawdę szanse na zwycięstwo w swojej
partii. Obydwie prowadzą swoje wybory niezależnie i tylko ich członkowie mogą
głosować na swoich kandydatów.
W kwietniu, maju, zostanie już tylko kilku
głównych. Na nich będą głosować wyborcy ze wszystkich pozostałych stanów. Na
zakończenie lata, zbierają się konferencje dwóch partii i tam zostają ogłoszeni
zwycięzcy.
Ciekawostką jest, że nawet kiedy wszyscy
wyborcy z danej partii zdecydowali, że
odpowiada im dana osoba, przywódcy partii mogą się z tym nie zgodzić i
oficjalnie wybrać swojego kandydata. To się zdarzało, ale myślę, że tylko w
przypadku, kiedy różnica głosów była stosunkowo niewielka. Nie myślę, że
zrobiliby to, gdyby jeden z nich miał dużą przewagę, ale mają takie prawo.
Od tej chwili walka przechodzi na inną
arenę i odgrywa się między pojedynczymi zwycięzcami dwóch partii. W Listopadzie,
będziemy już wiedzieli, kto przewodzić nam będzie przez następne cztery lata.
W miniony weekend, kontynuowałem prace
przy odświeżaniu naszego domu. Przy pięknej pogodzie, mogłem nawet otworzyć
okna. Było około 10 stopni Celsjusza. W środę, ma być nawet 15 stopni. Doszedłem
do kuchni. Kafelki na ścianie przy kuchni gazowej, były trochę więcej przybrudzone,
postanowiłem więc użyć silniejszej chemii. Mam taki spray, który zmywa nawet
graffiti. Założyłem gumowe rękawiczki, ale po zakończeniu czyszczenia, okazało
się, że trzy palce w rękawicy się rozpuściły. Mógłbym teraz włamać się do
banku, bo linie papilarne zostały wyżarte i moje palce są gładziutkie jak
dupcia niemowlaka.
Wieczorem dałem swojej żonie radę. Po
cholerę masz kupować tyle kremów na twarz. Każdy słoiczek kosztuje
kilkadziesiąt dolarów i musisz się smarować codziennie do końca życia. Kupię Ci
taki spray i będziesz go mogła użyć. Kosztuje tylko 7 dolarów, więc
zaoszczędzimy wiele pieniędzy i działa w ciągu kilku godzin. Mało tego,
posmarować się musisz tylko raz a nie codziennie. Będziesz miała równiutką, gładziutką
twarz. Najwyżej troszeczkę spuchniętą.
Po wyrazie jej twarzy, nie myślę że się na
to zdecyduje!
Po zakończeniu sprzątania, w niedzielę wieczorem,
usiadłem jak zwykle przy komputerze, żeby się zrelaksować. Sprawdzałem coś na
swoim twardym dysku i doszedłem do miejsca, gdzie zapamiętane jest wszystko z
czasów prac w Strefie Zero. Mam tam też trochę materiałów nakręconych kamerą
filmową. Minęło już 15 lat od tamtych chwil, ale nigdy nie przejrzałem tego
wszystkiego. Nie lubię wracać do tego okresu.
Wczoraj jednak postanowiłem to
zmienić. Mało tego, pomyślałem sobie, że poskładam to do kupy i zrobię krótki
film.
Jest to przecież czas, nie tylko
tragedii, ale mojej ciężkiej pracy i dużego sukcesu. I nie tylko w swojej branży
budowlanej ale prywatnego.
Potrafiłem wytrzymać całą presję
politycznych rozgrywek, konkurencji innych firm. Fizycznie i psychicznie
przetrwać przez ten okres.
Ważne też było, że dałem swoim rodzicom
miły prezent. Każdy z nas chciałby doczekać chwil, kiedy ich dzieci osiągną
jakiś sukces. Moja mama miała w tym czasie atak serca i kiedy wyrwałem się z
tego miejsca na kilka dni, żeby ja odwiedzić, widziałem jak bardzo się cieszyła
z mojego sukcesu i jak była z tego dumna. To była dla mnie największą zapłatą
za ten wysiłek.
Myślę, że uda mi się go skończyć bardzo
szybko. Jak się za coś zabiorę, to będę spał po kilka godzin dziennie, ale muszę
to skończyć. Zaraz po tym załączę go na swoim blogu.
Thursday, January 28, 2016
Związki Zawodowe - Operatorzy Ciężkiego Sprzętu
Przepisy Związków Zawodowych to grube książki. Każdy z nich ma swoje, więc muszę być z nimi obeznany. Nie jest to możliwe (za dużo materiału) i nieraz zostaje zaskoczony czymś nowym. Oczywiście muszę znać tylko te, których pracowników zatrudniam. Najważniejsza grupa to robotnicy. Tu mamy dwa związki. Wszystkie znane są pod swoimi numerami. W tym wypadku 731 i 1010. Gdyby się wczytać to jedni są od wylewania betonu, zakładania szalunków a drudzy od kopania rowów i montowania podziemnych instalacji jak np. wodnych.
To są jedne ze związków z którymi nie mam problemów. Przyjmuję kogo zechcę i rzadko kiedy, ktoś z ich administracji składa jakąkolwiek skargę. Nie mają zresztą powodu, bo z nimi mi się najlepiej pracuje. Nie ma też żadnych regulacji w sprawie zwalniania. Jeżeli mi się on nie podoba, to mam prawo go odesłać z czekiem i przyjąć innego. Stosunki te są także zależne od prowadzącego budowy. Ponieważ ja z nimi współpracuję, mało tego, zawsze popieram, oni się odwzajemniają.
Z drugim związkiem z którym nie mam większych konfliktów to stolarze. Moi ludzie pracują dla mnie po kilkanaście lat. Ja o nich dbam i oni wykonują to czego wymagam. Związki też zawsze mnie popierają. Na tym się kończy ta współpraca. Reszta to dobre dni a reszta to konfrontacje.
Operatorzy Ciężkiego Sprzętu.
Ten też dzieli się na dwie grupy. Jedna pod numerem 15 a druga 14.
Ci pierwsi obsługują lżejszy sprzęt. Jeżeli ciężar maszyny przekroczy 27000 kilogramów, przejmują ja związki 14. Także jak maszyna jest na gąsienicach, zamiast na kołach. Reszta to już same problemy.
Zacznę od zarobków. Zależą one od maszyny na której pracuje ich operator. Obsługując mały dźwig ma płacone 122 dolary na godzinę. Za koparkę 110 na godzinę.
Jeżeli budowa jest wygrana za sumę przewyższającą 60 milionów, dochodzą do nas starsi panowie dwaj. Jeden Master Mechanic ze związków 14, drugi Maintenance Man z 15-tki. To są panowie, którzy nic nie robią. Powinni naprawiać maszyny, ale tego nie potrafią i nic na to poradzić nie można. Jeżeli zaczyna się na nich narzekać, to robią nam poważne problemy. Nauczeni jesteśmy wiec zostawiać ich w spokoju.
Master Mechanic zarabia tyle ile najwięcej zarabiający operator z jego związków. Jeżeli jeden z nich pracuje 12 godzin (wszyscy inni 8) on ma płacone 12.
Ale może być inny który pracował tylko 10 godzin, ale ma lepszą stawkę na godzinę i jego suma jest większa od tego z 12-toma godzinami. Wybiera on najlepszą opcję.
Maintenance Man ma stałą stawkę na godziny (122 na godzinę) ale też ma płacone za najdłuższe godziny jednego z jego pracowników. Siedzą sobie oni w biurze, bo musimy im takie postawić i grają w karty.
Stworzonych jest też wiele stanowisk dla tych co nie potrafią pracować. Kiedy powieszę sznur lamp, żeby oświetlić miejsce pracy i światło przekroczy 1000 Watów, czyli dziesięć żarówek, muszę zatrudnić człowieka z 15-tki do ich obsługi. Także drobniejsze maszyny jak kompresor, muszą mieć kogoś do obsługi. Jeżeli jest on zamontowany na ciężarówce, ten odmawia jej prowadzenia. Nie musi robić nic tylko rano nacisnąć guzik, żeby go włączyć i na koniec dnia wyłączyć. Często nawet tego nie potrafią, bo nie mogą znaleźć guzika.
Inna pozycja to oiler, czyli można go nazwać smarowacz. Kiedy maszyna jest większego rozmiaru, oprócz tego co ją obsługuje musi być też smarowacz. Rano ma ja naoliwić i to samo w czasie lunchu. To wszystko. Płacimy mu za to 95 dolarów na godzinę (oczywiście 8 godzin, chociaż pracuje tylko godzinę).
Zamawiam dźwig, którego my nie mamy. Oczywiście muszę zapłacić obsługującemu za godziny dojazdu na naszą budowę i powrotu do ich bazy. Prowadzi ją oczywiście tylko jeden człowiek. Smarowacz siedzi już w domu. Płacone muszą mieć jednak obydwoje. Nieraz dźwig jest większy, więc nie ma prawa poruszać się w dzień. Operatorzy idą po 8-iu godzinach pracy do domu. Jeden wraca w nocy. W ciągu godziny dojeżdża do swojej bazy. Oczywiście to samo działo się przy dostarczeniu dźwigu. Czyli: jeden człowiek 1 godzina dojechać, i jeden człowiek 1 godzina odjechać. W sumie 2 godziny. A ja płacę za dojazd dwóch ludzi po 8 godzin i to samo za powrót czyli razem 32 godziny!!!
Jeżeli operator z 15-tki zostaje wyrzucony z pracy, bo nie potrafił obsługiwać swojej maszyny, nie wolno mi jej użyć przez cały tydzień. Musze ją zostawić z boku i przywieźć inną, której on nie dotknął. Inaczej będę płacił za nowego i starego operatora, nawet gdy ten drugi siedzi w domu.
Tak samo, jeżeli bym użył maszyny obsługiwanej przez pana A w ciągu tygodnia ale w sobotę obsługiwał by ja pan B (bo on potrafi robić coś co tamten nie umie) muszę zapłacić za te same godziny obydwu panom. A w sobotę płaci się podwójnie, czyli za 8 godzin, zapłaciłbym 32 godziny.
Gdybym musiał pracować w czasie lunchu (pół godziny od 12 do 12:30), muszę takiemu operatorowi zapłacić dodatkową ponadgodzinę, chociaż on będzie miał nadal lunch pół godziny później.
Powiedzmy mam sytuację, że pracuję na zwolnionych obrotach i próbuję utrzymać w pracy głównych pracowników. Operator wsiadł rano na spycharkę. Ale na niej miałem tylko pracy na pół godziny. Więc przesadzam go na koparkę ale tu też mam tylko na pół godziny. Teraz następny przeskok kosztuje mnie 1 ponadgodzinę, czyli dwie normalne godziny. Następny przeskok jest zabroniony. Może siedzieć następne 6 godzin nic nie robiąc ale nie wolno mu obsługiwać żadnego sprzętu.
Wszyscy już przyzwyczaili się do takiego stanu i uważają to za normalne. Mało tego, jak by z tym polemizować, to uznają Cię za jakiegoś wyzyskiwacza, kapitalistę. Ale pomyślmy nad tym logicznie .
Jestem przedsiębiorcą i moim celem jest zarobienie pieniędzy. Przyjmuję człowieka do pracy. Nie mam problemu zapłacić mu sum, których wymagają związki zawodowe. Powiedzmy, że mam małą budowę. Nie potrzebne mi dziesiątki maszyn i nie ma wystarczająco pracy dla każdego fachu. W wybrany dzień mam pracę dla jednego operatora, ale kilku maszyn. Najpierw musi wykopać mały dołek koparką, później załadować ciężarówkę inną maszyną i zakończyć dzień na koparce. Pracuje 8 godzin. Ja za to zapłacę. Oni uważają że jestem wyzyskiwaczem, bo zabieram innym pracę. Każda maszyna powinna mieć innego do obsługi. Jeden pracuje cztery godziny, kiedy inny śpi i na odwrót. Przecież to kurwa nie ma sensu. Tak samo z kadzą inna funkcją. Muszę mieć robotnika do wykopania dołu. Powiedzmy dwie godziny. Potem stolarza do uformowania szalunku, następne trzy godziny i zbrojarza do włożenia kilku drutów w te formy. Reszta dnia. Praca dla jednego człowieka, a ja musze mieć trzech. I każdy ma płacone po osiem godzin. To jest jawna grabież i nikt nie grzmi. Ja mogę zapłacić jednemu z nich najwyższą stawkę ale to nie wystarcza.
Jestem przedsiębiorcą i moim celem jest zarobienie pieniędzy. Przyjmuję człowieka do pracy. Nie mam problemu zapłacić mu sum, których wymagają związki zawodowe. Powiedzmy, że mam małą budowę. Nie potrzebne mi dziesiątki maszyn i nie ma wystarczająco pracy dla każdego fachu. W wybrany dzień mam pracę dla jednego operatora, ale kilku maszyn. Najpierw musi wykopać mały dołek koparką, później załadować ciężarówkę inną maszyną i zakończyć dzień na koparce. Pracuje 8 godzin. Ja za to zapłacę. Oni uważają że jestem wyzyskiwaczem, bo zabieram innym pracę. Każda maszyna powinna mieć innego do obsługi. Jeden pracuje cztery godziny, kiedy inny śpi i na odwrót. Przecież to kurwa nie ma sensu. Tak samo z kadzą inna funkcją. Muszę mieć robotnika do wykopania dołu. Powiedzmy dwie godziny. Potem stolarza do uformowania szalunku, następne trzy godziny i zbrojarza do włożenia kilku drutów w te formy. Reszta dnia. Praca dla jednego człowieka, a ja musze mieć trzech. I każdy ma płacone po osiem godzin. To jest jawna grabież i nikt nie grzmi. Ja mogę zapłacić jednemu z nich najwyższą stawkę ale to nie wystarcza.
To tylko niektóre z przepisów. I tylko jednego ze związków. Zostawię to na razie, bo bym zanudził. Napiszę przy innej okazji o pozostałych. Może jak będą nudy i nic innego nie będę miał do przekazania
Wednesday, January 27, 2016
Reklamy telewizyjne
Śnieg topnieje, ale pozostawił za sobą
poważny ślad. Aż 17 osób zmarło w naszym mieście przy odśnieżaniu. Jeden
przypadek był niezwykły. Facet siedział w samochodzie i przejeżdżające pługi
zasypały go. Ciało znaleziono z telefonem w ręku. Spaliny dostały się do środka
(nie mogły się ulotnić przez przykrywający samochód śnieg) i został zaczadzony.
Wszyscy inni odeszli przez atak serca. Jedną z ofiar odnaleziono dwa dni
później. Pięćdziesięcioletnia kobieta musiała dostać ataku serca. Usuwała śnieg
w sobotę w czasie burzy. Padało bez przerwy, więc śnieg natychmiast ją
przykrył. Dopiero w poniedziałek dzieciaki zauważyły coś co wyglądało jak wyrzucone
stare ubrania i sprawdzając odkryły zwłoki.
Ja ciągle w bólach, więc przechodzę do
czegoś na Wasze i swoje rozweselenie.
Dwie części, dwa filmiki z zakazanymi
reklamami telewizyjnymi.
Na inne kopyto. Wzruszający występ malej
Amiry. Trudno się nie zachwycić czymś takim, kiedy dziecko ma taki talent. Za
kilkadziesiąt lat, zrobi się z niej wredna baba i wtedy już nie będzie takiej
przyjemności jej słuchać. Mam nadzieje że wizją tą, nie zepsułem oglądania, ha ha.
Tuesday, January 26, 2016
Związki zawodowe i wypadek nie przy pracy
Każdy inny zasłużyłby sobie na odpoczynek po
tym ciężkim weekendzie, ale ja nie mam takiego szczęścia. Wychodziłem wczoraj z
pracy. Po drodze próbowałem odbić trochę lodu ze ścian biura i musiałem stanąć
na ich kawałku. Wyleciałem w powietrze jak nieudany start Apollo, bo
natychmiast spadłem. Prosto na kość ogonową (teraz wiem że ją mam) a głową przyrżnąłem
w poręcz. Jeden z moich ludzi stał obok, ale bał się podejść, tak jęczałem. Udało mi się wstać i wróciłem do biura. Z
dużym guzem na głowie, rwącym bólem w całych plecach, posiedziałem trochę, ale
po pół godzinie postanowiłem wracać do domu. Nie spałem dobrze, ale
najważniejsze, że nic nie złamałem i nie ma wstrząsu mózgu.
Dzisiaj do pracy dobiłem trochę później,
bo wstawanie i ubieranie się trwało długo dłużej. Nie mam dużo obowiązków, bo
budowa zamknięta, ale u mnie nawet w
takie dni borykać się musze z problemami.
Postanowiliśmy, że przyprowadzę trochę
ludzi i spróbujemy odśnieżyć tereny, które są nam najbardziej potrzebne do
kontynuowania budowy. Na przykład dojścia i miejsca w których pracować muszą
geodeci, bo są opóźnieni. Najważniejsi są dla mnie brygadziści, więc im dałem
szansę wyboru. Mogą pracować przy odśnieżaniu, ale jak nie chcą pracować
fizycznie, to nie muszą, ale wtedy oczywiście nie będą mieli płacone. Wszyscy
się zgodzili. Mam dwóch od robotników i jednego od stali. Tu zadam pytanie. U
nas człowiek instalujący metalowe konstrukcje, mosty, nazywa się ironworker. W
polskim tłumaczeniu to ślusarz, ale nie myślę że to pasuje do tego zawodu. Więc
jak się nazywa ich zawód? Na razie będę
mówił stalowcy.
Dołożyłem do nich trzech głównych robotników.
Okazuje się że mam problem. Związki zawodowe stalowców, (pisałem nie raz o
problemach z nimi) wydzwaniają i żądają, żeby wrócić do pracy ich członków, bo
tylko oni maja prawo odśnieżać w miejscach, gdzie będą pracować. Chciałoby się
wyjść na zewnątrz i zawyć takie ku………aaaaaaaa!!!!!
Teraz dochodzi do tego, że będą walczyć do
kogo należy śnieg! Przez chwilę próbowałem
kontrolować mój temperament.
Pytam się jak oni chcą ten śnieg podzielić? Ona na to, że gdziekolwiek oni będą
pracować. Czyli wszędzie. Już z głową rozpaloną do czerwoności, pytam się jak
on to widzi, bo w tych samych miejscach będą pracować stolarze, robotnicy,
malarze, etc. On jednak uważa, że ich praca jest najważniejsza.
I wtedy doszło do wybuchu
rozpalonej głowy. Zostały tylko usta, bo zdążyły rzucić czymś przez telefon i
zakończyły tą durnowatą rozmowę.
Musiało minąć kilka minut, zanim przejrzałem
przez zamglone oczy i zobaczyłem, że głowa
jest na swoim miejscu. Przez chwilę nawet zapomniałem o bólu w plecach. Jak
daleko dalej może zajść ten amerykański socjalizm. Przecież tu już trudno oddychać.
Tracę więcej czasu na rozwiazywanie problemów,
kto robi co i jak. Następnym razem musze zrobić listę z niektórych z tysiąca przepisów,
do których ja mam się dostosować. Nie mam czasu na planowanie i prowadzenie
budowy.
Przychodzą człowiekowi jakieś
mordercze myśli, żeby ich wszystkich zapakować na statki i zawieść do Rosji,
Chin. . Żeby sobie trochę popracowali
w warunkach prawdziwego komunistycznego świata.
Na razie wracam do naszej rzeczywistości i czekał
będę na to co się stanie. Reprezentant związków, zdążył poinformować mnie, że oddadzą
sprawę do sądu.
Monday, January 25, 2016
Już po zamieci
Trochę się
wydarzyło przez ten weekend, ale zacznę od najważniejszego, czyli od zamieci.
Tym razem nie
pomylili się z prognozą. Śnieg zaczął sypać dokładnie w wyznaczonym czasie i spadło
tego nawet więcej niż przepowiadali. Na wschodnich terenach przysypało nas metr
białego puchu. U nas trochę mniej, w okolicach pół metra. Kiedy obudziłem się rano w sobotę, była już niezła
zawierucha.
Postanowiłem odśnieżyć to co spadło. Bo bałem się, że jak
poczekam do końca to będzie tego za dużo. Zajęło mi to wiele godzin. Najgorsze,
że trudno jest pracować w czasie burzy. Wszystko co oczyściłem, zostawało
natychmiast zasypywane. Zalany potem, zasypany śniegiem, wróciłem do domu na odpoczynek.
Tydzień temu
postanowiłem troszkę zmienić swoje weekendy. Ponieważ w domu wszystko jest już
zrobione, odpoczywałem sobie przy telewizji lub komputerze. I nie jest to w
mojej naturze. Wyznaczyłem sobie więc nowy plan pięcioletni. Odświeżyć dom. Ale
tak na idealny. Zacząłem od głównej łazienki. Dwa dni potrzebne były do jej
zakończenia. Wyskrobane i odświeżone fugi w kafelkach. One też wyszorowane i
wymyte. Pokryte później specjalną farbą która zabezpiecza przed wodą. Każdy szczegół
wyszorowany do błysku. Nawet żaluzje, deseczka po deseczce. W ten weekend, nie
pozwoliłem sobie na zmiany i zabrałem się za główną sypialnię. Nie zostało dużo
czasu, ale poodsuwałem meble, obkleiłem wszystkie drewniane części taśmami,
wymalowałem sufit.
Za oknami była
już poważna wichura. W Nowym Jorku wyszedł zakaz jazdy samochodami. Jest to zawsze
poważne wyzwanie, żeby odśnieżyć tą metropolię. W naszym mieście zawsze
znajdzie się ktoś oryginalny i tak pan który jeździ na desce (po całym świecie)
wymyślił że warto to zrobić na ulicach naszego miasta. Poniżej jego film.
Kiedy obolały
wstałem następnego poranka była już przepiękna pogoda. Niestety trzeba było
zabrać się do ponownego odśnieżania. Znów wiele godzin. Z przodu domu, z tylu,
droga do garażu. Tak wyglądało już po wszystkim.
Godzinka
odpoczynku i powrót do sypialni. Wymalowałem ściany, odświeżyłem meble, wyczyściłem
każdy obiekt. Nawet każdy liść na sztucznym drzewku, które stoi u nas w rogu
pomieszczenia. Skończyłem o 20-tej. Wyciągnąłem się zmęczony przy telewizji z myślą
„ na członka Ci to było wymyśleć!”.
Te dwa dni sprawiły
mi też kilka nieprzyjemnych niespodzianek. Pierwszą odnalazłem w garażu. Na
podłodze były małe kałuże wody. Część już wyschnięta. Nie mam pojęcia co się
stało. Ślady prowadzą do ściany z łazienką. Zostawiłem to na razie, bo nic
teraz nie wycieka i będę musiał sprawdzić później.
W piątek kupiłem
trochę produktów na obiady, bo spodziewaliśmy się, ze wszystko będzie zamknięte
i nie będzie możliwości zamówienia jedzenia. Elaine zabrała się w sobotę za
przygotowywania i okazało się, że kuchnia gazowa się zepsuła. Piekarnik nie
zapala gazu. Na szczęście palniki działały i tam mogła cos ugotować. Tego nie
uda mi się naprawić. Zobaczę czy znajdę kogoś albo będę musiał kupić nową.
Zmęczony,
zdenerwowany, obolały zdecydowałem się na wzięcie polskich pastylek na
wszystko. Nie wiecie jakich? Myślałem, że u Was to wszyscy zażywają! Tutaj jest
ich reklama.
Wracając do
piątku. Dojechałem na imprezę na czas. Nawet trochę wcześniej. Zaparkowałem samochód
w okolicach restauracji. Oczywiście ciężkie opłaty za ten luksus. Trzy godziny kosztowały
mnie 55 dolarów.
Pisałem, że miejsce to jest w centrum Manhattanu. Wszystko
tu jest bardzo ładne. Przyjemnie jest spacerować po ulicach. Nasze miasto słynie
z pomysłowości. Związane jest to także z biznesem. Każdy skrawek jest dobrze
wykorzystany. Niezliczona ilość parków i wszędzie można znaleźć coś, co
uprzyjemni czas mieszkańcom. Po przeciwnej stronie restauracji znajduje się lodowisko.
Można tu przyjść i poślizgać się na łyżwach. Latem zamienione jest to na park.
Dzisiaj rano
zawiozłem Elaine do jej mieszkania. Ma wizytę u lekarza. Główne autostrady zostały
dobrze oczyszczone, ale ulice w dzielnicy Queens to już inna sprawa. Można przejechać,
ale tam zaparkowane jest tysiące samochodów i stwarza to problemy, gdzie usunąć
ten śnieg. Pługi po prostu zasypują zaparkowane samochody i ludzie musza dać
sobie radę z ich wydobyciem. Wielu rezygnuje i czeka na odwilż.
Moje biuro zastałem
pokryte lodem. Śnieg topił się od strony słońca i w nocy wszystko to zamarzło.
Trzeba było młotkami to usunąć, żeby otworzyć drzwi.
Budowa jest zasypana i nie
myślę, że uda mi się pracować w ten tydzień. Spróbuję usunąć śnieg w pobliżu maszyn
i dróg dojazdowych, ale to chyba wszystko.
Friday, January 22, 2016
Burza śniegowa
W Nowym Jorku, Grudzień był
wyjątkowym miesiącem. Temperatury nieraz osiągały 25 stopni Celsjusza a nigdy
nawet nie zbliżyły się do zerowych. Śmialiśmy się, że nasza córka pierwszy raz
miała urodziny latem. Siedzieliśmy przy kawie i cieście na zewnątrz w naszym
ogrodzie.
Kiedy w styczniu temperatury obniżyły się do zerowych, rozpieszczeni
dotychczasowymi warunkami, zaczęliśmy narzekać. Mimo wszystko, nawet obecny
miesiąc nie jest taki zły. Ma się to jutro zmienić. Pierwszy raz w tym roku ma
spaść śnieg i to w bardzo efektownym wydaniu. Nadal jednak trwają dyskusje nad ilością
opadów. Sam śnieg nie jest jeszcze najgorszy. Z tą pogodą mają też przyjść
wiatry do 80 km na godzinę. Wszyscy
przygotowują się na ten atak. Jak zwykle sklepy z narzędziami do odśnieżania wysprzedały
wszystko z tym związane. Nigdy nie mogę tego zrozumieć. Przecież to u nas
normalne. Mówię o śniegach. Więc każdy ma już narzędzia. Rozumie, że jednemu,
czy drugiemu się zniszczyły. Ale to jest rutyną. Ogłoszenie nadchodzącej burzy i
sklepy sprzedają cały swój towar. Ludzie są zresztą panikarze. W supermarketach
duże kolejki. Wykupują mleko, chleb i inne podstawowe produkty. Wyobrażam sobie
jak by była tu wojna albo jakiś inny kataklizm, to by się zabijali o wszystko.
Tak jak w wielu filmach fantastycznych.
Faktem jest, że trochę się trzeba
przygotować, bo burza taka może pozrywać linie elektryczne i wtedy będziemy w
kłopocie. Manhattan jest jedyną dzielnicą w której wszystkie linie
(elektryczne, telefoniczne telewizja kablowa) znajdują się pod ziemią. Inne
dzielnice i okolice mają te linie na słupach.
Przy poważnych burzach wiele z nich zostaje uszkodzone. Największym problemem
są pobliskie drzewa. Wiadomo, że nie jest się w stanie przewidzieć, które z
nich się przewróci i byłoby głupotą je wszystkie wyciąć. Niestety wiele z tych wypadków
jest do przewidzenia i można by było temu zapobiec, ale się tego nie robi.
Dlaczego? Na to już nie mogę odpowiedzieć.
W każdej okolicy, także w pobliżu mojego domu, linie te przechodzą prze środek
konarów drzew. Co roku ekipy oczyszczają okolice kabli. Drzewa te wyglądają
trochę zabawnie i nie myślę że dodają uroku
tym ulicą.
Bardzo jednak często olbrzymie
konary rosną dokładnie nad tymi liniami i wiadomo, że jest to tylko kwestia
czasu, kiedy przy takich burzach się złamią i mieszkańcy spędzą trochę czasu w
lodówce.
Dzisiaj po pracy, zanim ta burza nadejdzie idziemy na świąteczna imprezę,
zorganizowaną przez Wiesi firmę. Większość firm robi te imprezy przed Świętami Bożego
Narodzenia (tak jak moja), ale są też takie, które robią to w styczniu. Odbędzie
się w bardzo ładnym miejscu. Restauracja nazywa się Bryant Park Grill
I zlokalizowana jest w samym centrum
Manhattanu. Na 40-tej ulicy, miedzy Piątą
i Szóstą Aleją. Po pracy muszę szybko dojechać do domu, przebrać się i błyskawicznie
wyjechać, żeby tam zdążyć na 18-tą godzinę.
Jest to jednak piątek kiedy korki
drogowe są dużo większe niż w inne dni. Sytuacja z pogodą, też może to
pogorszyć i nie mam pewności czy dobiję na czas. Nie przejmuję się, bo
prawdopodobnie będzie to trochę nudne.
Mówi się, że wszyscy jesteśmy tacy
sami ale już nieraz z tym polemizowałem. Różnice są nawet między ludźmi o różnych
zawodach. Kiedy chodzimy na przyjęcia firm w których pracownikami są ludzie
aktywnie, zawsze jest wesoło. Ile razy spotykamy się w firmach projektanckich,
inżynierskich z ludźmi siedzącymi za biurkami, atmosfera jest całkiem inna. Poważni,
stoją w grupkach i rozmawiają przeważnie o pracy. Raz nawet takiej grupce wygarnąłem,
że bardzo smutne jest to, że nawet w czasie relaksu nie potrafią się rozluźnić
ale dyskutują jak zaprojektować most. No ale każdy ma swojego konika. Oni są z
tym szczęśliwi.
Wracać będziemy wcześnie, żeby nie zaskoczyła nas pogoda. A jutro odśnieżanie.
Thursday, January 21, 2016
Dentysta
Wczoraj obejrzałem komedię polską (nie
pierwszy raz) „Nic śmiesznego”. Jest tam
jedna scena (u dentysty), która przypomniała mi wydarzenie, które zostało mi
dokładnie w pamięci. Ponieważ po ostatnich wpisach, moja siostra wyrzuciła mi że
sobie nieźle ponarzekałem, dzisiaj bez narzekania a jeżeli to trochę innego
stylu.
Wszyscy w moim wieku, pamiętają czasy
wymyślnej techniki dentystycznej czasów komunizmu. Każdy z nas przeżył
wielokrotnie horror takich spotkań.
Wiosna, rok 1979. Każdy z nas próbował
wtedy wyjechać na zachód do pracy. Nawet wyjazd na kilka miesięcy, podczas
wakacji letnich, pozwalał nam zarobić duże pieniądze. Udało mi się dostać
paszport i wizę do Niemiec Zachodnich. Nie wiedziało się czy uda się załatwić jakąś
pracę, ale ryzyko się opłacało. Niestety
miałem pecha. Dwa tygodnie przed wyjazdem zaczął mnie okropnie dokuczać ból zęba.
Sama myśl udania się do dentysty przerażała. Nie mogłem sobie jednak pozwolić
na zignorowanie tego i wyjazdu w takim stanie. Umówiłem się więc na wizytę.
Samo wyczekiwanie w poczekalni było już przygodą.
Wszyscy mieli takie przerażone oczy. Pamiętacie jak nieraz ludzie w ostatniej
chwili rezygnowali z wejścia do gabinetu i stwierdzali, że przyjdą w innym
terminie? Tam zawsze powinna grać muzyka z filmów „Szczeki”, „Omen”.
Im bliżej, tym straszniej. Do
kulminacji dochodziło, kiedy sadzali Cię w fotelu. Wtedy nie było odwrotu.
Tym razem trafiła mi się kobieta. Wrzuciła
mnie w krzesło. Po pytaniu z jakim zębem mam problem, przerażony odpowiedziałem,
ze dolna szóstka. Wyciągnęła jeden z przyrządów tortur, długi, cieniutki
szpikulec i zaczęła wbijać mi go w ząb.
Pamiętam jak dziś te chwile.
Spocone ręce łapiące się kurczowo oparć fotela. Ciało nasze kurczyło się,
wciskając się w fotel. Piekielny ból. I wtedy włączyła się ta cholerna
wiertarka. Ci co znają tylko najnowsze dentystyczne przyrządy, których prawie
nie słychać przy pracy, nie mają pojęcia jak brzmiały te stare. Te wiertła mogłyby
przewiercić się przez czołg.
Zastrzyk który mi dała przed
tym, musiał być z wody i cukru, bo rzucało mnie fotelu. Na szczęście nie trwało
to długo. Popatrzyła w otwartą gębę i stwierdziła, że nic nie da się naprawić.
Trzeba wyrwać. Nie było to takie
nienormalne, po w tych czasach, ludzie wyrywali zęby codzienna. Wszyscy tak się
bali, że doprowadzali zęby do ruiny i jedynym wyjściem było ich usunięcie.
Teraz dorwała się z zadowoleniem (myślę,
ze każdy dentysta z tamtych czasów musiał być sadystą) do obcęgów. Złapała w
nie mój bolący ząb i zaczęła z nim wojnę. Szarpała w lewo i w prawo, ale ząb
się nie chciał poddać. Nie wiem jak długo to trwało, bo głowa mi pękała z bólu.
Na koniec wlazła mi częściowo na kolana i zawisła na tych kleszczach. Wreszcie coś
pękło i zadowolona wyciągnęła mój ząb. Zakrwawiony, ośliniony (nie było wtedy żadnych
rurek, które wysysaly płyny z jamy ustnej), z trudem łapiąc oddech, połykałem
to co wpadało mi do gardła.
Najważniejsze, że wszystko
skończone. Przynajmniej tak myślałem.
Wróciłem do domu. Twarz wyglądała
jak olbrzymia gruszka, obżarta z jednej strony. Cały dzień w bólu, ale tego się
spodziewałem. Na drugi dzień zjadłem śniadanie z tabletek z krzyżykiem i przeleżałem
dzień w łóżku. Ból nie mijał. Trzeci dzień i to samo. Byłem głodny ale jeść nie
mogłem. Nie potrafiłem poruszać szczęką. Wieśka, podawała mi drobniutkie
kawałeczki chleba, których nie musiałem gryźć, tylko połykałem. Zostało kilka
dni do wyjazdu ale nic się nie poprawiało. Musiałem wrócić do mojej oprawczyni.
Nawet nie zdziwiona, kazała mi otworzyć usta. Muszę otworzyć ranę, powiedziała
i nożem nacięła mi miejsce po zębie. Po pewnym czasie wyjęła stamtąd kawałek kości.
Wytłumaczyła, że został tam kawałek
zęba i już jest wszystko w porządku.
Niestety, ból, chociaż już
mniejszy dalej nie mijał.
Trudno, wyjeżdżam do Niemiec w takim
stanie. Szybko znalazłem mieszkanie. Kilka dni później nie wytrzymałem swoich
cierpień. Wszystko mi było jedno. Myślałem tylko, że to musi się skończyć. Wziąłem
nóź i w łazience przy lustrze, rozciąłem sobie jeszcze raz miejsce po zębie. Grzebałem
tym nożem w ranie i wyczułem coś twardego, co się rusza. Po chwili udało mi się
wyciągnąć dwa kawałki kości. Nawet nie mając żadnej wiedzy medycznej,
wiedziałem, że to nie są szczątki zęba. Długie, płaskie. Przy tych całych
wygibasach, tańcach, które urządzała wyrywając mi ząb, pokruszyła mi szczękę i
to jej części wyciągnąłem. Prawdopodobnie, przy drugiej wizycie wiedziała o tym, ale nie
przyznała się do tego, tylko stwierdziła, że to był kawałek zęba. Już od
następnego dnia czułem się lepiej i wszystko się szybko zagoiło.
Nigdy więcej nie poszedłem do polskiego
dentysty. Kiedy dobiłem do Stanów Zjednoczonych, musiałem to nadrobić i przez
rok byłem jego najlepszym klientem.
Subscribe to:
Posts (Atom)































