Monday, March 30, 2015

Manikarnika Ghat I Varanasi wieczorem


  

Miasto Varanasi jest jednym z najstarszych miast na naszej planecie, zamieszkałych przez ludzi. Powstało  1000 -1200 lat przed nasza erą a ostatnie wykopaliska wskazują na 1800 lat. Pomimo wieku tego miasta, większość budynków jest dużo młodsza. Znów muzułmanie, przez wiele najazdów niszczyli co mogli z dużym powodzeniem.  Pomieszana architektura tworzy bajeczny widok.








  Główną częścią tego miasta to wybrzeża rzeki. Wybudowane są tam wszędzie liczna Ghaty (dosłownie stopnie), czyli ciąg kamiennych schodów, prowadzących w dół do rzeki.

 
Wyznawcy hinduizmu, schodzą po tych schodach i modląc się, dokonują w wodzie rytualnego oczyszczenia się z negatywnej karmy (grzechów).  W mieście tym mieszak 50,000 Braminów. Jest to ktoś podobny do naszych kapłanów. Przynależność ich jest jednak dziedziczna.  Hindusi wierzą, że kąpiel w Ganges usuwa grzechy a śmierć w tym mieście zapewnia wyzwolenie duszy z cykli jej wędrówki. Jest to też powód znalezienia tutaj tysiąca żebraków, którzy wykorzystują to miejsce. Liczą, że Ci którzy chcą pozbyć się grzechów, będą łatwiejsi do naciągnięcia na jałmużnę.

 Podchodzimy do rzeki Ganges. Tam znajdujemy sławne schody, które oglądałem w wielu filmach. Schodzą prosto do rzeki. Musiały być budowane w czasie  suszy, bo wiele z nich jest teraz przykrytych wodą. Widać znaki na murach, które pokazują jak wysoko podnosi się jej poziom w czasie monsunów. Jest jeden z 1943 roku, kiedy wody przykrywały wszystkie schody i część budynków. Rzeka była wyżej niż w chwili obecnej gdzieś około 15 metrów.
     Wszędzie widać modlących się, mnichów.
     Wynajmujemy łódkę. Tylko my, przewodnik i „żeglarz” z wiosłami.




Na rzece setki innych łodzi. Większość z wiosłami ale są także zmotoryzowane.  Wszystkie jednak stare i w kiepskim stanie. Płyniemy z prądem. Po kilku minutach dopływamy do sławnego miejsca. Tutaj przez 24 godziny na dobę, pali się zwłoki zmarłych. Przynoszone są owinięte w ich tradycyjne materiały. Najpierw obmywają to wodami świętej rzeki. Później wynoszone na wyższe stopnie i umieszczane na stosie z drewna. Polewane olejkami i podpalane. W tej chwili widać sześć takich pogrzebów.
     Po zbliżeniu się, przestajemy filmować bo jest to tutaj zabronione. Udało mi się zrobić kilka ujęć z dalszej odległości.




 
     Obserwuje to wszystko w pewnym szoku. Samo palenie nie porusza mnie tak bardzo. Wszystko inne tak.
      Nie ważne w jakiej kulturze, jest to jednak pogrzeb. W tym miejscu jest chaos. Noszą drewno na rozpałkę, pełno ludzi, turystów. Psy i krowy. Dziwne to miejsce na pożegnanie bliskich. Najgorsze, że spalone szczątki wrzucają do rzeki. Brzegi rzeki są bardzo płytkie. Wiem bo widać spacerujące w tym psy. Wyjadają coś z tych brudów. Mam nadzieję że nie są to pozostałości zmarłych. Ściemniło się już, więc obraz tych ludzkich ognisk robi jeszcze większe wrażenie.
       Zawracamy i płyniemy do miejsca z którego wypłynęliśmy. Odbywać się tu będzie religijna ceremonia.



Organizowane jest to każdego wieczoru.  W większe święta jest  bardzo efektowna. Dzisiaj to tylko przymiarka. Stajemy między wodą a miejscem ceremonii. Na rzece setki łódek.



 W większości są to śpiewy religijne, dzwonki, składanie ofiar, pewnego rodzaju taniec ze świecami, palenie kadzideł.







 
       Nie jest to nic wymyślnego, ale ogląda się z ciekawością. Po zakończeniu, wracamy do hotelu.
      Jak masochiści, wybieramy hinduskie, pikantne potrawy. Nazwy nic nam nie mówią, więc wybór jest w jakimś sensie na ślepo.  Marian  bierze potrawę z owcy, ja z kurczaka. Przynoszą różne przystawki i już po tym Marian jest spocony. W jednej była ich pikantna papryka. Ja ją ominąłem a Marian pogryzł. Cały poczerwieniał i pot już nie kapał ale spływał. Podszedł kelner i spytał się czy wszystko ok. Marian nawet nie odpowiedział, tylko wskazał na swój spływający pot. Ten zaczął się śmiać i odszedł bez komentarzy.

Friday, March 27, 2015

Varanasi


Piątek – 13 Marzec

    Budzimy się w nocy.  Załatwianie biletów do parku i samo wejście idą dość sprawnie.  Przynajmniej pogoda się poprawiła i znów jest pięknie i słonecznie. Od razu wspominam, że nie udało nam się spotkać tygrysa, co było głównym celem tej części wycieczki. Była chwila, że była nadzieja. Jelenie wydawały znany już nam ostrzegawczy ryk, ale nic się nie pokazało. Mimo wszystko, był to przyjemny dzień. Relaksowa jazda przez piękne tereny.



 
     Ponownie spotkaliśmy dużą ilość antylop, jeleni, małp.



Pojawiły się także dzikie świnie.


Także kilka ładnych ptaków do mojej kolekcji.


 
     Wracamy do obozu. Śniadanie i natychmiastowy wyjazd na lotnisko.
     O jednej rzeczy nie wspomniałem. W tym kraju, trzeba przygotować się na dodatkowy wydatek. Napiwki. Daje się je w każdym kraju, ale tutaj wszyscy dzielą się funkcjami. I tak zamiast jednego człowieka, tutaj jest kilku. Na przykład dzisiaj. Kelner $5, Kierowca $20, Przewodnik $10, Bagażowy $2, Kierowca na lotnisko $20. A były dni, że było tego więcej.
      Nie mamy problemu z dojazdem. Kiedy przechodzimy przez bramki, skurczybyki zabrali mi wszystkie zapalniczki.  Na całym świecie można mieć je w torbie, nawet wylatując z Indii a na krajowych zabierają. Podejrzewam, że je później sprzedają.
Najpierw wyciągnął mi jedną z kieszeni. Pyta się czy mam więcej. Odpowiadam, że nie. Prześwietla torbę i znalazł w torbie z kamerą. Zabrał i pyta się czy to wszystko i potwierdzam że tak. Wrócił wszystko do maszyny i znalazł ostatnią, ukrytą na dnie torby. Zabrał. Jak wyjdę z samolotu, to włożę papierosa do gęby i będę żuł!
        Mamy 1.5 – ej godziny do wylotu. Marian już kracze. Widzisz, zabrali Ci zapalniczki, bo dzisiaj piątek 13-go. A my mamy lecieć jakimś hinduskim, małym samolotem. Ponieważ to czytacie, wiadomo że nie wykrakał.
     Po wylądowaniu, jadąc w stornę hotelu, mamy ciekawe spotkanie. Po drodze kula się człowiek. W kilku miejscach, owinięty jest szmatami.



Toczy się tak do rzeki Ganges. Ma jeszcze kilka kilometrów. Przewodnik widział go rano kilometr dalej. Czyli zajęło mu to 5-6 godzin. Jest to jego pokuta. Nie wiem czy nakazana przez jakiegoś przywódcę religijnego, czy sam to sobie wymyślił.
     Zaraz po dobiciu do hotelu, zauważam pełno wojskowych i to o wyższych rangach. Goszczą tu jakiś dygnitarzy i jest dużo ochrony.
Wchodzimy do pokoju i oczywiście pierwsza rzecz to łazienka. Hura! Można się wykąpać. Zresztą cały hotel jest pierwsza klasa.

 
      O godzinie 17 – tej wychodzimy na miasto. To ostatnie które zwiedzamy i ma być tym najatrakcyjniejszym. Sprawia nam dużo radości i przynosi wiele wrażeń.
      Najpierw jazda samochodem. Te wszystkie korki i łamanie przepisów w innych miastach były tylko przystawką w porównaniu z tym miejscem.  Po jakimś czasie musimy iść pieszo. Nie da się już jechać. Przejście przez skrzyżowanie to prawdziwe wyzwanie. Jak walka z bykiem. Trafi nas ktoś czy nie trafi. Uskakujemy zręcznie. Cały czas trzymam kamerę w ręku i filmuje. Nie jestem w stanie zmienić na zdjęcia. Jedynemu udaje się mnie trafić. Jechał z wielkimi workami, czymś wypchanymi i te  trafiły w moje nogi.
     Mijamy orszak weselny. Barwny z muzykami, ale według przewodnika to nic w porównaniu z tutejszymi. Ten jest z przybyszami z innych terenów Indii.
     Przed nami tłumy ludzi. Dużo turystów ale wszędzie mieszkańcy miasta i to każdego rodzaju. „Święci ludzie”, kapłani, pielgrzymi.
Handlarze i żebracy.
      Setki sklepików. Kucharz, mieszający coś w olbrzymich misach.






 
Co chwila przez tłum przejeżdża na pełnym gazie motocykl, oczywiście cały czas trąbiąc i wszyscy uskakują na bok.
     Jest olbrzymia grupa żebraków. Bez nóg, rąk, ślepi. Masę kobiet z dziećmi. Niektórzy brudni i śmierdzą do tego stopnia, że można ich wyczuć bez spoglądania w ich stronę. Nie można zapomnieć o setkach krów chodzących i siedzących na ulicach.
 
     W porównaniu z innymi miastami, ulice są pełne krowich odchodów. Trzeba uważać, żeby w to nie wejść. Po bokach olbrzymie ilości śmieci. Często widać grzebiące w tym krowy, coś wyjadające.

Thursday, March 26, 2015

KATASTROFA SAMOLOTU GERMANWINGS


     Trochę przerwy od wspomnień z mojej podroży. Dzisiaj mam trochę pracy i nie zdążę nic napisać.
      Nie powstrzymam się jednak od małego komentarza na temat ostatniego wypadku samolotu z Barcelony. Pomijam całą tragedię pasażerów i rodzin. Wiadomo jak każdy z nas to przeżywa.
     Ostatnim razem na lotnisku, opisywałem przejścia i traktowanie pasażerów przez obsługę samolotu i lotniska. Ostatnie lata i zagrożenie terroryzmem, bardzo ich podejście zmieniły. Minęły czasy, kiedy klient zawsze miał rację, jak w każdym innym biznesie. W tej chwili, każdy z nas jest podejrzany a stewardesy i inni pracownicy, wykorzystują to do pokazywania nam, kto jest bossem.  Jeżeli coś Ci się nie podoba, zdenerwujesz się i nie daj Boże coś im powiesz, możesz bardzo szybko usłyszeć to co ja. Jak się nie uspokoję to wezwą policję i nie będę mógł lecieć tym samolotem. Niektóre sytuacje są tak nieprzyjemne jak komiczne.
W ostatnim locie, Wiesia spytała się stewardesie (podczas rozdawanego obiadu. Zawsze jest wybór. Np. kurczak i wołowina), jaki ma wybór? Odpowiedz była krótka. Jeść albo nie jeść!
       Do czego zmierzam w tym wszystkim. Staliśmy się celem a nie chronionym obiektem. Natomiast wszyscy zapomnieli o pracownikach. A wygląda na to, że stało się to u nich pewną atrakcją niszczenia. Już teraz wiadomo, że samolot ten zaplanował rozbić i wykonał to sam pilot. Nikt nie jest pewien co stało się z Malaysian Airline, ale wygląda to też na podobny przypadek. Były jeszcze inne, podobne zdarzenia.
    A wśród pilotów, którzy są dla nas bardzo ważni, bo od nich zależy nasze życie, znajdują się wariaci albo możliwi terroryści. Wygląda na to, że nie ma odpowiednich metod ich sprawdzania.
W naszym wieku, mamy bardzo rozwinięta technologie. Nie będę próbował zaplanować bezpiecznego samolotu. Ale zadaję sobie dzisiaj pytanie.  Jako pasażerowie, każdy ma swój ekranik na którym można obejrzeć film a jest także możliwość podłączenia się do kamer samolotu i obejrzenia lotu na zewnątrz. Czy nie powinna być zainstalowana kamera, która obserwuje kabinę pilotów i nagrywane to do czarnej skrzynki. We wczorajszym przypadku, rozwiązało by to natychmiast problem w szukaniu przyczyny wypadku. Więcej. Kiedy coś się dzieje z samolotem, wieża kontrolna miała by możliwość podłączenia się do tego i sprawdzenia sytuacji i może w kilku wypadkach można by coś było zrobić, żeby ja zmienić. Na pewno jest wiele innych możliwości, nawet do przejęcia kontroli nad samolotem przez kontrolę  na lotniskach.  Wszyscy jednak koncentrują się nad nami i sprawdzanie 90-cio letniej babci, czy nie ma bomby a wiele poważniejszych rzeczy jest zaniedbanych.
     A prawdę mówiąc, wisi mi ta cała, jak u nas się mówi, polityczna poprawność i jak lecę samolotem, to nie życzył bym sobie, żeby moim pilotem był muzułmanin. Co w ostatnim przypadku nie było problemem, ale po tym co się stało, może dać terrorystom do myślenia i spróbują to wykorzystać w przyszłości.

Wednesday, March 25, 2015

Park Narodowy Pannna


    Wstajemy jeszcze wcześniej. Jest piąta rano, jak opuszczamy nasz luksusowy domek. Jest jeszcze pełna noc. W jadłodajni, podają nam kawę. Jak na to miejsce przystało, jest to kawa zbożowa Turek i zamiast mleka, proszek. Dużo rzeczy jest tutaj prymitywnych, ale rekordy biją z elektryką. Tu chyba każdy sam zakłada linie prądu. Na zewnątrz zamiast słupów stoją zwykle konary dużych gałęzi. Kabelki cieniutkie. Trudno uwierzyć, że to wszystko przewodzi 220 Volt i się nie spali. W domach to samo. Wszędzie widać wystające ze ścian kable a kontakty wiszą luźno.

 
     Po kawie, wsiadamy w Jeepa i wyruszamy. Najpierw trzeba jechać po bilety do parku. To doświadczenie, pokazuje nam tutejszą biurokrację i niezorganizowanie. Bilety trzeba kupować przed samym wejściem. Czyli dzisiaj dwa razy. Rano i popołudniu. Oprócz tego nie jest to przy wejściu do parku ale po drugiej stronie wioski.
      Jesteśmy pierwszymi klientami ale zaraz po tym, zjawiają się inni. Niestety, stoimy przed główną bramą, bo pracownik się nie obudził. Nasi przewodnicy stoją i cos wykrzykują, próbując go obudzić. Trwa to 20 minut. Wreszcie przyszedł i wchodzimy do głównego biura. Tam otwiera on olbrzymia skrzynię w której jest wszystko. Od dokumentów do komputera. Włącza światło, ale to działa jak u nas świąteczna dekoracja. Zapala się i gaśnie. Musza pracować przy latarkach.
     Na ten głupi bilet, musiałem złożyć 6 podpisów. Ale po tym wychodzimy.
       Dalej ciemno i dopiero przed brama parku pojawiło się trochę światła. Pełne słońce wyszło około siódmej rano. Jest to pierwszy pochmurny dzień.
     Pierwszą, poranną wyprawę można by było opisać bardzo krótko. Szczególnie po fantastycznych afrykańskich safari, nie ma tu dużo do zobaczenia.
     Spotykamy dość często sarny i antylopy. Najefektowniejsze to jelenie z powodu ich pięknych rogów. Inne zwierzęta to małpy, antylopy. To wszystko.





 
     Trochę ptaków, ale większość małych i bardzo płochliwych. Trudno coś złapać na kamerze. Dopiero pod koniec porannej przejażdżki mamy trochę szczęścia. Pojawia się lampart. Wyszedł z doliny, zatrzymał się natychmiast jak nas zobaczył. Chwilę popatrzył i po chwili schował się za górką.

 
      Wracamy o 10-tej. Tam czeka na nas śniadanie. Zapomniałem wspomnieć, że jesteśmy tutaj jedynymi gośćmi. Cała obsługa stoi więc i czeka na nasze „rozkazy”. Aż głupio, bo wsłuchują się w we wszystko co mówimy i każde nasze machnięcie ręką sprowadza kogoś z zapytaniem co nam potrzeba.
     Wracamy na dwie godziny do siebie. Wychodzę na nasz dach na piwo i papierosa. O 13:30 ponownie ruszamy do parku. Niestety musimy przejść jeszcze raz przeprawę z biletami. Pod bramami parku znajdujemy się 10 minut przed trzecią.


Niestety musimy czekać i dokładnie o 3-ej strażnik, który cały czas rozmawiał z kolegami, otwiera nam wejście. Szkoda, że pociągi nie chodzą u nich z taką dokładnością.
    Dalej niebo jest zachmurzone. Nie mam najlepszych zdjęć. Spotykamy ponownie sarny i antylopy. Pawie są wszędzie. Są one narodowym ptakiem. Szczególnie efektowne są samce, które tańczą z rozłożonym ogonem, żeby zwabić samice.



 
     Stajemy w kilku miejscach z ładnymi widokami.





Udaje mi się sfotografować kilka ptaków.





 Niestety, dalej nie zauważamy żadnego tygrysa.
     Wracamy i po kolejnym obiedzie, kładziemy się spać.