Wednesday, March 25, 2015

Park Narodowy Pannna


    Wstajemy jeszcze wcześniej. Jest piąta rano, jak opuszczamy nasz luksusowy domek. Jest jeszcze pełna noc. W jadłodajni, podają nam kawę. Jak na to miejsce przystało, jest to kawa zbożowa Turek i zamiast mleka, proszek. Dużo rzeczy jest tutaj prymitywnych, ale rekordy biją z elektryką. Tu chyba każdy sam zakłada linie prądu. Na zewnątrz zamiast słupów stoją zwykle konary dużych gałęzi. Kabelki cieniutkie. Trudno uwierzyć, że to wszystko przewodzi 220 Volt i się nie spali. W domach to samo. Wszędzie widać wystające ze ścian kable a kontakty wiszą luźno.

 
     Po kawie, wsiadamy w Jeepa i wyruszamy. Najpierw trzeba jechać po bilety do parku. To doświadczenie, pokazuje nam tutejszą biurokrację i niezorganizowanie. Bilety trzeba kupować przed samym wejściem. Czyli dzisiaj dwa razy. Rano i popołudniu. Oprócz tego nie jest to przy wejściu do parku ale po drugiej stronie wioski.
      Jesteśmy pierwszymi klientami ale zaraz po tym, zjawiają się inni. Niestety, stoimy przed główną bramą, bo pracownik się nie obudził. Nasi przewodnicy stoją i cos wykrzykują, próbując go obudzić. Trwa to 20 minut. Wreszcie przyszedł i wchodzimy do głównego biura. Tam otwiera on olbrzymia skrzynię w której jest wszystko. Od dokumentów do komputera. Włącza światło, ale to działa jak u nas świąteczna dekoracja. Zapala się i gaśnie. Musza pracować przy latarkach.
     Na ten głupi bilet, musiałem złożyć 6 podpisów. Ale po tym wychodzimy.
       Dalej ciemno i dopiero przed brama parku pojawiło się trochę światła. Pełne słońce wyszło około siódmej rano. Jest to pierwszy pochmurny dzień.
     Pierwszą, poranną wyprawę można by było opisać bardzo krótko. Szczególnie po fantastycznych afrykańskich safari, nie ma tu dużo do zobaczenia.
     Spotykamy dość często sarny i antylopy. Najefektowniejsze to jelenie z powodu ich pięknych rogów. Inne zwierzęta to małpy, antylopy. To wszystko.





 
     Trochę ptaków, ale większość małych i bardzo płochliwych. Trudno coś złapać na kamerze. Dopiero pod koniec porannej przejażdżki mamy trochę szczęścia. Pojawia się lampart. Wyszedł z doliny, zatrzymał się natychmiast jak nas zobaczył. Chwilę popatrzył i po chwili schował się za górką.

 
      Wracamy o 10-tej. Tam czeka na nas śniadanie. Zapomniałem wspomnieć, że jesteśmy tutaj jedynymi gośćmi. Cała obsługa stoi więc i czeka na nasze „rozkazy”. Aż głupio, bo wsłuchują się w we wszystko co mówimy i każde nasze machnięcie ręką sprowadza kogoś z zapytaniem co nam potrzeba.
     Wracamy na dwie godziny do siebie. Wychodzę na nasz dach na piwo i papierosa. O 13:30 ponownie ruszamy do parku. Niestety musimy przejść jeszcze raz przeprawę z biletami. Pod bramami parku znajdujemy się 10 minut przed trzecią.


Niestety musimy czekać i dokładnie o 3-ej strażnik, który cały czas rozmawiał z kolegami, otwiera nam wejście. Szkoda, że pociągi nie chodzą u nich z taką dokładnością.
    Dalej niebo jest zachmurzone. Nie mam najlepszych zdjęć. Spotykamy ponownie sarny i antylopy. Pawie są wszędzie. Są one narodowym ptakiem. Szczególnie efektowne są samce, które tańczą z rozłożonym ogonem, żeby zwabić samice.



 
     Stajemy w kilku miejscach z ładnymi widokami.





Udaje mi się sfotografować kilka ptaków.





 Niestety, dalej nie zauważamy żadnego tygrysa.
     Wracamy i po kolejnym obiedzie, kładziemy się spać.

Tuesday, March 24, 2015

Świątynie Khajuraho


Środa – 11 Marzec

     Przyzwyczajeni już do wczesnych pobudek, udajemy się na szybkie śniadanie i spotkanie z nowym przewodnikiem. Jesteśmy w Khajuraho.
Nazwa w przetłumaczeniu to Miasto Palm Daktylowych. Ale to musiało być dawno temu, bo teraz jest ich bardzo mało. Miejscowość ta słynie z zespołu hinduskich świątyń wzniesionych w latach od 970 do 1030-go.
Oryginalnie stało tutaj osiemdziesiąt pięć świątyń. Do dzisiaj zachowało się dwadzieścia jeden. Wszystkie świątynie ułożone były na osi wschód - zachód i dzielą się na dwie grupy. Zachodnia (starsza i piękniejsza ) i Wschodnia. Podobne budowle (styl i religia), można znaleźć jeszcze tylko jednym miejscu na ziemi. W Kambodży. Tam jednak są one bardziej zniszczone, choć bardzo atrakcyjne, bo przez ich ściany, przerastają olbrzymie korzenie drzew.
      Świątynie charakteryzują się dodatkowym portykiem od strony zachodniej do którego prowadzą długie schody.
 


 



   Do tego przylega sala dla wiernych i główne sanktuarium.



 Architektura tych budynków symbolizuje świętą górę Meru. Przedmioty kultu w świątyniach, zwrócone były zawsze ku wschodowi.
       Mamy ponownie cudowną pogodę. Później zrobiło się nawet za gorąco. Około 30 stopni Celsjusza. Miasto zabytków, oddalone jest od hotelu tylko o 10 minut jazdy. Zaczynamy od piękniejszej, zachodniej strony. Już w czasie jazdy widać było, że będzie to coś efektownego. Po przejściu przez bramy, stanąłem wpatrując się w te świątynie z zachwytem. Każda oddalona jest od następnej na dużą odległość. Powodem tego, była metoda ich wznoszenia.


 
 Wszystko to złożone jest do kupy, bez kawałka cementu czy innych zapraw. Kładziono olbrzymie kamienie na kamieniu i łączono je specjalnymi klinami. Mało tego. Kiedy położono taki kamień, przekręcano go o kilka stopni i w tym momencie podniesienie jego było nie możliwe. Łączyły się w całość. Poszczególne elementy budynków były olbrzymie, więc podobnie jak w piramidach egipskich, budowano z ziemi olbrzymie usypiska, po których słonie wciągały te bloki kamienne na szczyt budowy. Im wyżej szła budowla, tym dłuższa była rampa. Budowano kilka naraz, więc musiały być od siebie oddalone.
       Kiedy z jakiś powodów miasto to podupadło, zostało zarośnięte przez dżunglę. Dopiero w 1850 roku odkryte przez anglików, ale dopiero w ostatnich latach odrestaurowane i oddane do oglądania turystom.
     Teraz dla wielu najważniejsze. Ściany pokryte są tysiącami małych rzeźb. Są to przeróżne sceny z życia. Wszystko jest bardzo dobrze zachowane i widać wyraźnie rysy twarzy, pozycje.

 

 Można zauważyć, że przedstawiona osoba jest w zachwycie, czy rozpaczy. Jest to też największa pornograficzna strona jaka została wykuta w kamieniu.
Kamasutra.

 
 
 
Od normalnego seksu do wymyślnych pozycji. Także sceny z używaniem różnych przyrządów. A my myśleliśmy, że wibratory wymyślono niedawno. Nawet seks ze zwierzętami. Szkoda, że wiek już nie ten, bo jak bym oglądał to w młodszym wieku to bym to wszystko przerysował i zapamiętał.
    Każda budowla zachwyca. Nie wiadomo na co patrzeć, gdzie robić zdjęcia. Tyle detali. Tyle pięknych szczegółów.






 
      Nie ma dużo ludzi. Za to park jest duży. Przy pięknej pogodzie i w tej scenerii, czuje się tu oddech przeszłych czasów. Do tego momentu, pod względem architektury, najpiękniejsze miejsce jakie widziałem w życiu.



 
     Przechodzimy na drugą stronę. Trochę gorszej jakości. Tylko dwie budowle są w tym samym stylu. Inne zostały wybudowane dużo później i nie zachwycają tymi samymi detalami i pięknem.



 
      Wracamy do hotelu. Idziemy nad basen i zamawiamy lunch. Godzina relaksu i ponowna podróż. Tym razem to tylko godzina jazdy samochodem. Drogi są w strasznym stanie. Widać, że zaczęli je przebudowywać ale z jakiś powodów wszystko stanęło w bezruchu.
     Wjeżdżamy do Ken River Lodge (to od ich rzeki Ken).


Pierwsze miejsce, gdzie jakość miejsca, delikatnie mówiąc, nie zachwyca. Szczególnie złe wrażenie robi nasza łazienka. Postanawiamy, że nie będziemy się dzisiaj kąpać. Jutro zobaczymy. Poproszę Mariana, żeby mnie powąchał i jak nie będzie przykrych zapachów to wyczekamy do następnego hotelu.
     Mamy trochę wolnego czasu. Postanawiamy wynająć łódkę i popływać po tutejszej rzece. Musimy z tym wynająć człowieka do wiosłowanie.
 Bardzo ładnie i relaksowo, ale nie ma tu dużo życia. Bardzo mało ptaków. Ja jestem już bardzo wymagający po poprzednich podróżach.





 
      Już w naszym pokoju, otrzymujemy telefon. Gdzieś w pobliżu chodzi niedźwiedź. Biegniemy i spoceni wskakujemy do Jeepa. Znajdujemy go przy lokalnej drodze. Wjeżdżamy w park nielegalnie po stoku drogi. Później idziemy kawałek na pieszo, co tu też jest zabronione. Po drodze przewodnik mówi mi co robić w razie ataku. Niestety, już się oddalił a ponieważ robiło się ciemno, musieliśmy wracać i tylko dalekie zdjęcie jest tego pamiątką.

 
     Wróciliśmy prosto na obiad. Przynajmniej jedzenie okazuje się przyzwoite i smaczne. Tak kończymy nasz kolejny dzień.