Thursday, November 1, 2012


Czwartek  1 Listopad 2012

 

Te dni będą zapisane w historii Nowego Jorku i będzie się długo na ten temat rozmawiało. Spróbuję szybko opisać sytuację, ponieważ jestem w pracy a w domu nie ma prądu i nie mam możliwości dostania się do internetu.
    Wiedzieliśmy o nadchodzącym huraganie i NY był przygotowany na jego uderzenie. Wiele miasteczek było ewakuowanych i wszyscy czekaliśmy na to co się stanie. Nikt jednak nie przewidział wszystkich konsekwencji „Sandy„, bo takie dostał imię. Wieczorem w poniedziałek, siedzieliśmy w domu i nerwowo obserwowałem wyginające się drzewa. Nie bałem się o to, że mogą złamać się i zniszczyć nasz dom, bo wiatr wiał w korzystnym dla nas kierunku i nawet gdyby jakieś wyrwało z ziemi to nie na nasz dom. Prawdę mówiąc, nawet by nam pasowało, żeby kilka z nich padło, bo nam blokują słońce. Na naszej ulicy nic się jednak nie stało i wszystkie domu przetrwały bez uszkodzeń. Byłem w kontakcie ze znajomymi i wiedziałem, że dom po domu zostaje odcięty od prądu elektrycznego. My wytrwaliśmy do 22 wieczorem. Widziałem przez okna jak strzelały transformatory i kiedy jeden z nich ulicę obok wystrzelił, zgasło u nas światło.
   Jak zwykle, byłem dobrze przygotowany i miałem latarki, świeczki, radio, etc. Dziewczyny poszły spać a ja wysłuchiwałem wiadomości do 24-tej. Nic się nie zmieniało, więc poszedłem spać.

     Rano o 4:30, wstałem i ruszyłem do pracy. Wiadomości w radiu nie były pocieszające. Musiałem jednak jechać, bo podawali, że Belt Pkwy (który buduję) jest zamknięty dla ruchu i nieprzejezdny. Pierwszy problem to dostać się do autostrady. Wiele ulic było zamkniętych. Pozrywane kable, przewrócone drzewa. Objechałem wszystko i okazało się, że autostrada prowadząca do Mostu Washingtona też jest zamknięta. Musiałem jechać ulicami. W tym czasie wiedziałem już, że wszystkie mosty są zamknięte ale wiedziałem, że próbować. Kiedy tam dobiłem, wszystkie wjazdy były zablokowane. Szukałem jednak dalej i dostałem się na ostatni, zaraz przy moście. Też był zablokowany samochodem ale nikt w nim nie siedział. Powiedziałem sobie, pieprzyć to i objechałem blokadę. Za kilka sekund zobaczyłem goniący mnie samochód policyjny. Prawie mnie zaaresztowali, ale tłumaczyłem im dlaczego to robię i mnie puścili. Niestety musiałem wracać.
   Teraz zdałem sobie sprawę, że mam mało paliwa w samochodzie i nie wiem czy tak będę mógł długo manewrować. Stacje paliwa były pozamykane z powodu braku energii. Dopiero po godzinie, w jakimś miasteczku udało mi się znaleźć jedną stację, która miała światło i paliwo. Wracam więc do mostu i znów próbuję. Tym razem znalazłem policjanta z troszkę rozumu i po tłumaczeniach, pozwolił mi przejechać. Byłem na Bronksie.
    Dostałem się do następnego mostu, Whitestone Bridge. Tu już się nie dało przejechać. Jeden z policjantów nie chciał niczego słuchać. Przepuszczał swoich, pracowników miasta a mi mówił, że nie miał żadnych rozkazów, żeby przepuszczać budowlańców. Wracał mnie w drugim kierunku a ja objeżdżając autostradę wracałem w to samo miejsce i znów próbowałem. Dzwoniłem też do różnych ludzi, prosząc o pomoc. Wreszcie po 2 godzinach kręcenia się w kółko, policjant ten dostał telefon z kwatery głównej policji. Podali mu moje nazwisko i kazali przepuścić. Byłem tak zdenerwowany, że nie wytrzymałem i zbluzgałem go i ten zaczął mi wygrażać, że mnie nie przepuści. Wtedy powiedziałem mu, że nie ma problemu i niech oczekuje następnego telefonu, że stracił pracę. W końcu mnie przepuścił. Po pół godzinie byłem na budowie.
    Chciało mi się płakać. Moja budowa była zniszczona. Oczywiście główne mosty wytrzymały, ale wszystkie drobniejsze sekcje zostały całkowicie lub częściowo uszkodzone. Nie będę dużo o tym pisał a załączę kilka zdjęć.
 Tak wyglądała moja autostrada, kiedy tam dobiłem. Ocean podniesiony był 5 metrów ponad normalny poziom, plus fale. Woda przeszła ponad drzewami, siatkami, barykadami. Kiedy wody wracały, wszystkie te morskie chwasty i zanieczyszczenia, przyniesione z innych miejsc, zatrzymywane przez moje barykady i zostały na autostradzie i budwie . 
Łódź, która przepłynęła ponad drzewami po prawej i wylądowała na mojej budowie.
Dwa tymczasowe mosty, z których budowaliśmy ten główny. Pokryte były drewnianymi belkami, przymocowanymi do stali. Stały na nich betonowe barykady, stalowe zbrojenia, metalowe płyty. Wszystko zostało zmyte. Nie mamy pojęcia gdzie. Jedynie wiele z drewnianych bel zostało odnalezionych w pobliskiej przystani dla jachtów. Wiele łodzi zostało przez nie uszkodzonych.
Wszystkie te bariery, przymocowane były do drogi metalowymi prętami. Zdjęcie jest zrobione już po naprawie ale były one poprzewracane, przesunięte i blokowały całą autostradę. Ten odcinek drogi jest mniej więcej oddalony 1000 metrów od brzegu oceanu.     

     Wczoraj jechałem przez siedem pobliskich miasteczek. Nie ma jednego człowieka, który by tam pracował przy naprawach. Wszyscy są w ważniejszych miejscach. Metro jest zalane. Trzy główne tunele na Manhattan są zalane. Dół Manhattanu jest zalany. Nie mają też prądu. Rafinerie i główne fabryki przestały działać. Stacje benzynowe zostają zamykane. Brakuje paliwa. W sklepach brakuje żywności. Nie ma dostaw. Większość jest zamknięta z powodu braku prądu. Na Manhattan nie możne wjechać, jeśli nie ma w samochodzie minimum trzy osoby. Wszędzie leżą drzewa i nikt nie sprząta, bo pracują w ważniejszych punktach. Zdarzają się coraz częściej rabunki. Telefony działają, ale nie wszędzie i bardzo złe połączenia. Prawie jak wojna. Nie wiem co będzie jutro. Nawet nie będę mógł dojechać do pracy, bo nie ma benzyny.
     W sobotę miałem mieć Halloween Party. Oczywiście odwołane do następnej soboty i to też niepewne. Przygotowywałem je przez trzy tygodni i choć to nie jest najważniejsze to przykro.
Napiszę więcej później, bo muszę wracać do pracy.

Wednesday, October 3, 2012


        Środa, 3 Październik 2012



    Minęło wiele dni od ostatniego wejścia na moją stronę. Czas upływa w przyspieszonym tempie. Już czuć w powietrzu zapach Świąt Bożego Narodzenia.
    W pracy mam nieustające kłopoty. Wspominałem o moich terminach ukończenia mostu i na razie jestem kilka kroków do tyłu. Pracując w niesamowitym tempie, ukończyłem większość prac, tak jak zaplanowałem. I co z tego? Tym razem siły wyższe utrudniają mi życie. Prawie codziennie mamy deszcz. Wylewanie betonu na moim moście, rozłożone jest na 5 faz. Pierwsza, to jeden koniec mostu. Druga (drugi koniec), musi być rozpoczęta w ciągu maksymalnie 24-ech godzin po pierwszej. Chodzi o to, że wylewając takie ilości betonu, metalowe belki, które podtrzymują beton, zaczynają się wyginać. Przez jedną dobę, beton jest jeszcze elastyczny i zmieni kształt bez żadnych uszkodzeń. Po tym czasie, może zacząć pękać. Dlatego, jeżeli nie zdążymy w ciągu tych 24 godzin, musimy czekać 3 dni. Wtedy beton ma już wystarczającą wytrzymałość i wyginanie belek nie powoduje niszczenia betonu.
    Po wyczekaniu następnych 3 dni, wylewamy środkową część mostu. Następne 3 dni i 4 faza, czyli między środkiem i pierwszą. Ostatnia, między środkiem i drugą. Może trochę za dużo nudnych informacji dla Was, ale chciałem pokazać z czym walczę. Gdybym, miał dobrą pogodę, mógłbym skończyć wszystko w ciągu dwóch tygodni. Z powodu deszczy, może się to przeciągnąć do trzech lub czterech. A to przybliża mnie do następnego problemu, niskich temperatur. Kiedy spadnie poniżej 7 stopni Celsjusza, nie wolno nam kontynuować prac przy betonie. To może skazać nas na oczekiwanie wiosny a to już kryzys i strata bonusu dla firmy w wysokości 8 milionów dolarów. Wtedy, chociaż to nie jest moja wina, pozycja inż. Szumańskiego jest zagrożona. Męczę Was tymi szczegółami, bo jestem przytłoczony tym problemem.

     Po za pracą, nic ciekawego się nie wydarzyło. Jestem w trakcie przygotowań do naszej afrykańskiej przygody. Kupiłem kilka drobiazgów, jak safari kapelusze, kremy na komary, nowy obiektyw do aparatu fotograficznego. Byłem także u lekarza na szczepionkach. Okazuje się, że nie musieli straszyć igłą, lecz dali mi tabletki. Mam je zacząć brać dwa tygodnie przed wyjazdem.
    W tym samym czasie zacząłem prace nad organizacją corocznego Halloween Bal, w naszym domu. Wygląda na to, że będzie więcej ludzi niż zwykle. Na razie nikt nie zrezygnował, choć jeszcze 6 par nie odpowiedziało. Do naszej regularnej grupy doszło wielu nowych. Może być prawie 50 osób. Jak będzie bardzo zimno (deszcz, śnieg) i nikt nie będzie wychodził na zewnątrz, to nie mam pojęcia jak się wszyscy zmieścimy. Będą musieli siedzieć na zmiany w kiblach! Skończyłem nagrywanie nowej muzyki i filmu z poprzedniej imprezy.
    Taka jest u mnie tradycja, że na danej imprezie, wspólnie oglądamy film z poprzedniej. Dopiero później, pojawia się on na YouTube. Robię to po kilku godzinach od rozpoczęcia imprezy. Wszyscy po obejrzeniu jak dobrze się bawili poprzednim razem, dostają dodatkowej energii i po tej prezentacji zaczyna się prawdziwa zabawa. Zawsze trzeba coś zrobić żeby ludzie złapali bakcyla i rozpoczęli tańce. Moja metoda działa znakomicie.
    W ten weekend zacznę dekorować dom. Ciężka praca ale daje satysfakcję po ukończeniu.
    W ostatnią sobotę, byłem na imprezie u Indyków ( nawet nie wiem dlaczego tak na nich mówimy. To nie jest ich nazwisko. Jak ich poznałem tak ich nazywali). To jest ich coroczna zabawa, a główną atrakcją jest pieczona świnia (bardzo smaczna). Podobna do tej, którą ja mam dla swoich ludzi w pracy. Krótko mówiąc, byłem u Indyków na Świni.
    Tym razem byłem sam. Elaine uczyła się do egzaminu, a Wiesia musiała pracować. Nie zmieniło to faktu, że tradycyjnie byłem ostatnim gościem i dobiłem do domu po 4 rano. Przynajmniej tutaj (odwrotnie niż u Was) nikt mnie nie straszył policją, czekającą w krzakach z lizakami.




Czterech  żonatych mężczyzn w niedzielne przedpołudnie
 gra w golfa. Przy trzecim dołku jeden z nich mówi:
- Nie macie pojęcia co musiałem przejść,
żeby dzisiaj z wami zagrać.
Musiałem obiecać żonie, że w przyszły weekend
pomaluję cały dom.
Na to drugi: - To jeszcze nic, ja musiałem obiecać, 
że wykopię w ogródku basen...
Trzeci: - I tak macie dobrze...
Ja będę musiał przejść całkowity remont kuchni...
Czwarty z graczy nie odezwał się ani słowem,
ale oczywiście pozostali nie dali mu spokoju:
- A ty czemu nic nie mówisz?
Nie musiałeś nic
obiecać żonie żeby cię puściła?
- Nie - odparł czwarty.
 - Ja po prostu
nastawiłem budzik na 5:30 rano.
Gdy zadzwonił, to szturchnąłem żonę i spytałem:
"Seksik czy golfik?" W odpowiedzi usłyszałem:
 - Odpierdol się, kije są w szafie...

Wednesday, September 19, 2012




  
      Dzisiaj zacznę na luzie. Kilka ciekawostek, które ostatnio odkryłem na Internecie, lub dostałem od znajomych. Pierwszy film to trzy sztuczki wykonane przez Steve Frayne, magika z Anglii. Nie jestem zwariowany na punkcie czarnej magii, ale to jest coś więcej niż wyciąganie zajączka z kapelusza.



 
 
       Teraz coś innego. Jak nieraz można  pomylić się, oceniając coś lub kogoś, po wyglądzie zewnętrznym. Każdy ma coś szczególnego, co można cenić, nie zawsze ma jednak szansę, żeby się tym pochwalić. W tym przypadku ten gruby, brzydki chłopak, miał swój dzień. Przypatrzcie się reakcji widzów i prowadzących ten program przed występem i po rozpoczęciu!
 
 
                                                                
 
Jeszcze jeden trochę straszy ale zabawny. Bliźniaki w bardzo zaciętej dyskusji. Nie jestem pewien o czym!
                      
          
     W ostatnią sobotę, bawiliśmy się u naszych znajomych Ewy i Georga. Z Ewą znamy się od 31 lat, czyli od pierwszych dni pobytu w Stanach. To była ta osoba, która wraz z poprzednim mężem (jest po rozwodzie) przyjęła nas do swojego domu, nie znając nas. Poznaliśmy się w restauracji Kiev, w której później pracowaliśmy. Ona była tam kelnerką. Nasza organizacja, ( która dostała od rządu amerykańskiego pieniądze, żeby nam pomagać do chwili znalezienia pracy i mieszkania)  , wyrzuciła nas na ulicę. Gdyby nie pomoc Ewki i Mariusza, nie wiem, co by się z nami stało. Kilkanaście lat temu, Ewa poślubiła Georga. Mieszkają blisko nas w miasteczku Tenafly. Są bardzo zamożni, ale nie pokazują tego i dalej, po tylu latach jesteśmy przyjaciółmi.

     Zabawa trwała do czwartej rano i oczywiście ja z Wiesią, byliśmy ostatnią parą, która wyszła z imprezy. Na zabawie byli prawie sami Polacy, oprócz kilku par.  Wszyscy trochę wypili i Ci, co mniej, prowadzili samochody( nie tak jak u Was). Jak jestem u innych, nie chce mi się robić zdjęć. Wziąłem jednak ze sobą mały aparat fotograficzny, żeby był jakiś ślad po tym wieczorze.
            
                Pokój wypoczynkowy, prawie taki duży jak mój dom.
 
 
 
Przy kominku, na zewnątrz domu.
 
 
Ja i George
 
 
George z dziewczynami
 
 
W prawym górnym rogu, Ewa.
 
                
         

Friday, September 14, 2012

                    Afryka


 

    Dostałem dzisiaj wszystkie dokumenty na nasze następne wakacje i trochę o tym napisze. Wspominałem już, że planuję następną podróż w miejsce, o którym marzyłem przez długi czas. Zawsze jednak coś pokrzyżowało plany. Przeważnie strona finansowa. Tym razem jest już zaklepane. Nawet zdążymy przed końcem świata, bo mamy wylatywać w listopadzie a jak całemu światu wiadomo, nasz koniec wypisany jest na grudzień.
    Lecimy do Afryki na safari. Sam początek nie jest ciekawy, bo lot do Południowej Afryki ma trwać 16 godzin. Nie chcę o tym myśleć, bo 9 godzin do polski mnie męczy a tu prawie dwa razy tyle. W Johannesburgu przesiadamy się na inny samolot i lecimy 3 godziny do Botswany. To musimy jakoś przeżyć, ale później same przyjemności.
    Tak jak wspominałem, przyszła paczka z agencji, która to wszystko załatwia. W niej dwie ładne torby na podróż i wszelakie informacje o wycieczce. Po przeczytaniu, okazało się, że te torby, to maksymalny bagaż, jaki możemy ze sobą zabrać. Powodem są późniejsze przeloty małymi samolotami, które ograniczają wymiary i ciężar bagaży. I nie tylko, bo pasażerowie też muszą być w odpowiedniej formie, bo ważąc powyżej 100 kilo muszą w każdym samolociku, kupić dodatkowy bilet. Wtedy mogą sobie siedzieć na dwóch miejscach.
     Opisane są dokładnie stroje, które mamy zabrać i ich ilość. Zadzwoniłem do Wieśki i powiedziałem, żeby się przygotowała, bo będziemy brudni, spoceni, śmierdzący. Po prostu będzie to kilka koszulek i dwie pary spodni. Mam nadzieję, że będzie można coś, gdzieś wyprać. Już widzę siebie, tak jak dawno temu mama nad naszym golińskim „jeziorkiem„, nad jakimś wodnym zbiornikiem, wcierającym mydło w podkoszulki i potem suszącym je na trawie pod afrykańskim słońcem. Każą też szczepić się na malarię i muchy Tse-Tse. Fajnie jak piszą jak najlepiej uniknąć malarii. Nie pozwolić się ukąsić przez komary. Ha, ha. Ciekaw jestem jak to mamy zrobić. Czy strzelać z karabinu czy ubrać się tak, żeby nie widać było żadnej części ciała?

Jeżeli wieziemy dolary, to banknoty muszą być nowe i jeżeli są wydane przed 2008, nie są nigdzie przyjmowane. Mamy wziąć latarki (??) i inne drobiazgi. Najlepsze są jednak paragrafy o bezpieczeństwie i odpowiedzialności. Tak więc piszą:
- w miejscach kampingowych, będzie wiele zwierząt, żmij, wężów i innych owadów, które są groźne i mogą być bardzo niebezpieczne. My nie jesteśmy odpowiedzialni w razie wypadków albo śmierci. Great!!
- Nie chodzić nigdzie samemu, nawet do swojego namiotu. Czekać na przewodnika. Może być to niebezpieczne.
- Po wejściu do namiotu, nie opuszczać go do momentu powrotu przewodnika. ( A co się stanie jak przewodnika wsunie jakiś lew?)
- Na walizki proszę założyć kłódki, ale lepiej w nich nie trzymać, żadnych wartościowych rzeczy, bo mogą zostać ukradzione (nawet z kłódkami). My nie jesteśmy za to odpowiedzialni. Ciekaw jestem, czy podkoszulki w Afryce to wartościowa rzecz. Jak będę oddawał walizki to naciągnę na siebie wszystkie koszulki i spodnie a torbę zostawię pustą. Ale wtedy przekroczę 100 kilo limit.
I wiele innych wskazówek. Już teraz czuje się lepiej. No bo jak inaczej. Pomyślcie sobie.
     Jadę na wakacje, które kosztują mnie trzy razy więcej niż jakiekolwiek inne. Lecę w ciasnym samolocie 19 godzin.Kradną mi walizkę. Zostaję pogryziony przez komary i dostaję malarii. W nocy różne robale zagnieżdżają mi się w uszach, nosie. Gryzie mnie jakaś obrzydliwa żmija. Lew ma obiad z moje tłustej nóżki. Uciekając samochodem mamy wypadek. Za to wszystko nikt nie jest odpowiedzialny! Jedyne pocieszenie, że wracając do kraju, dają mi 25% zniżki na samolot, bo bez jednej nogi nie zajmuję tyle miejsca.
      Wracam do Afryki. Pierwsze miejsce, w którym będziemy to Kwetsani Camp. Znajduje się on na wyspie pokrytej palmami, drzewami figowymi. Jest tam pięć domków a jeden z nich ma być nasz. Będziemy tam trzy dni. Mają być wycieczki jeepami i także na jakiś łodziach. Szczegół oczywiście po wycieczce. Załączam tylko filmik i zdjęcia z tego Camp, które znalazłem w internecie.
Kliknijcie na pierwsze zdjęcie to zobaczycie filmik z safari w tym miejscu.
 

                                        
 
                  
      Później lecimy samolocikiem do Little Vumbura Camp. Tam też trzy dni. Też położony na małej wysepce. I tutaj tez filmik pod pierwszym zdjęciem.
 

                   
 
                                        
     Następny przelot. Tym razem do Zimbabwe. Nad wodospady Victoria Falls. Tu ma być trochę inaczej Ekskluzywny hotel, który położony jest zaraz przy wodospadach. W pierwszy dzień, po przylocie, mamy wieczorną wyprawę po rzece. Podobno jest tam piękny zachód słońca. Mają być krokodyle, hipopotamy etc. Na drugi dzień, rano wycieczka nad wodospady. A wieczorem safari na słonie. Następny dzień, to już powrót do domu. Czy musze powtarzac o kliknięciu ?
 
 
                               
        Jestem bardzo podniecony tą wyprawą. Mam nadzieję, że wszystko się dobrze ułoży. To znaczy z pogodą, spotkaniami ze zwierzętami, przelotami. Na pewno będę miał olbrzymią ilość zdjęć i filmów.

Wednesday, September 12, 2012

                   Po Wakacjach

 

   Teraz wszyscy wiedzą, gdzie byłem w czasie moich tygodniowych wakacji. Oczywiście w Polsce. Tak długo się na nie czeka a podczas spędzania ich,  tydzień przemija w jednym mgnieniu oka. I tak było teraz. Jedyna rzecz, która pociesza to jest myśl, że posiadanie rzeczy nie uszczęśliwia a daje raczej krótsze lub dłuższe zadowolenie. Brak czegoś pobudza nas do cięższej pracy, wzmaga wysiłek a brak najbliższych utwardza nas w naszej miłości.

       Podróż do Berlina przebiegła szybko i bez problemów. Oddałem samochód i po dwóch godzinach oczekiwania, siedziałem w samolocie. Po dziewięciu godzinach, zazdrościłem tym w pierwszej klasie, śpiących w rozciągniętych, szerokich fotelach. Bolał każdy mięsień i wyjście z samolotu było wyzwoleniem. Teraz już codzienna praca. 

    Zdjęcia z pobytu są jeszcze nieprzejrzane, więc pokaże je w późniejszym czasie. Były spotkania, późne wieczory a raczej poranki przy piwku, wyjazdy do Lichenia i Uniejowa, spotkanie z kolegami z technikum. Niestety muszę się przyznać, że chociaż było tak przyjemnie to najmilej wspominam nowe pokolenie. Nina, Hania i Tymon są rozkoszni. Nina zawsze będzie moją Princess ale, choć początki były trudne, Hania i Tymon też przyjęły mnie do swojej rodziny.

Tutaj załączę kilka zdjęć, które pokazują jak słodkie są Wasze dzieci, wnuki. Do Was się przyzwyczaiłem a ich mi brakuje. Chyba nikt się nie obrazi!




                                         








Jak zrobię zdjęcia to dopiszę też komentarze. Teraz muszę dojść do siebie. Myślę, że jak by policja mnie zatrzymała to jeszcze teraz znaleźliby ślady piwa w mojej krwi.

    W pracy mam też dużo roboty. Choć nic poważnego się nie stało (na szczęście) to kilka rzeczy nie posunęło się po mojej myśli. Zostało mi półtorej miesiąca na skończenie głównego mostu a pracy  mam powyżej dwóch miesięcy. Muszę gdzieś znaleźć kilka tygodni. Nie możecie pożyczyć?

W tą sobotę idziemy na party do Ewki I Georga. Nie będzie mi się chciało robić zdjęć, ale może kilka, żeby pokazać Wam jak niektórzy tu żyją. Dla nas jest ważne, że w naszej dużej grupie przyjaciół są bardzo bogaci i biedni, ale to nie ma żadnego znaczenia. Zawsze trzymamy się razem.

     Dziękuję Wszystkim za wspaniały czas.


                             
                           
                               
                                                   
                   

Monday, August 27, 2012

                       DOBRY DZIEŃ, ZŁY DZIEŃ



  W naszym życiu są dobre dni, złe dni i te, o których chcemy natychmiast zapomnieć. Dzisiaj miałem taki dzień. Nie można tego wszystkiego opisać, wspomnę więc tylko o kilku najgorszych przypadkach.

   Obecnie na budowie mam dwa potężne dźwigi. Wynajęcie każdego z nich kosztuje nas około 150,000 dolarów. Każdy dzień jest więc bardzo ważny, gdyż przekroczenie terminu kosztuje olbrzymie pieniądze. Dzisiaj u jednego z nich stojącego na specjalnie wybudowanej na czas budowy platformie, która znajduje się na wodzie, pękła rurka doprowadzająca olej do silników. 180 litrów wypłynęło do oceanu. Oprócz tego, że zablokowało to całą operację wznoszenia następnej części mostu, spowodowało panikę wśród moich inspektorów. Natychmiast posypały się telefony, pytania jak opanuję sytuację zanieczyszczenia środowiska. Musiałem sprowadzić specjalistów i cały dzień trwała akcja oczyszczania. Bez dokładnego obliczania, mogę śmiało powiedzieć, że koszty (dźwigów, specjalnych pojazdów z częściami mostu, ludzi, etc)  przekroczą sumę 40,000 dolarów.

    Po drugiej stronie kanału mam mniejszy dźwig, który wynajęty został na dwa dni. Każdy dzień kosztuje mnie $10,000. Tutaj mój podwykonawca, nie wysłuchał moich wskazówek i przez tą pomyłkę, zamiast podnieść następne przęsło mostu o 10 rano, był gotowy dopiero na 13. A w tym momencie spadł akurat tropikalny deszcz, o którym nikt nic nie wspominał w prognozach pogody. Ci, którzy zarabiają olbrzymie pieniądze za prognozy, wspominali o drobnych, przelotnych deszczykach. W tych warunkach metalowcy nie pracują, więc w ciągu pół godziny, ta część budowy opustoszała. To będzie kosztować nas $15,000.00

    W innym miejscu, wcześnie rano, zaczęliśmy wylewać beton na nową drogę. Droga, którą budujemy, oprócz podłoża, ma około 36 centymetrów grubości samego betonu. Jest pełna zbrojenia, więc zanim ten beton wyleję kosztuje nas to dużo pracy i pieniędzy. Niestety, ten sam deszcz zaskoczył nas także przy tej operacji. Wszystko zostało przykryte natychmiast plastykiem, bo przygotowani byliśmy na kapuśniaczek. Ale ulewa trwała około godziny. Kiedy zdjęliśmy przykrycie, beton już się związał. Straciliśmy dwie ciężarówki betoniarki, bo mogą one czekać tylko 40 minut od momentu wymieszania a cztery inne musiałem opróżnić w ciągu następnej pół godziny. Zdecydowałem się kontynuować pracę, choć spodziewam się, że pewna część drogi, zostanie odrzucona przez inspektorów i będę musiał ją zerwać i zacząć od początku. Koszt na razie nieokreślony.

    W innej części, ludzie moi w poprzedniej fazie budowy, która już jest oddana do ruchu, założyli za krótką rurę kanalizacyjną. Teraz mieliśmy ją przedłużyć i okazało się, że jest 3 metry pod otwartą autostradą. Dzisiaj zaczęliśmy kopać tunel. Znaleźliśmy rurę, podłączyliśmy nową i kiedy mieliśmy zasypywać, spadł ten cholerny deszcz. Wszystko zostało zalane w ciągu 10 minut, gdyż woda deszczowa wpływała nam przez tą kanalizację. I nic nie można było zrobić, tylko czekać. A tunel zaczynał się powiększać. Ta operacja, po wielu nerwach zakończyła się bez dodatkowych problemów i kosztów.

     Oprócz tego wiele drobniejszych rzeczy, których nie jestem w stanie wypisać.
 
    Prawdopodobnie to będzie ostatni zapis w okresie następnych dwóch tygodni, bo w czwartek wyjeżdżamy na wakacje. Relację z tych dni, przekażę Wam po powrocie.
    Na zakończenie, kilka ciekawostek. Zastrzegam się, że ja tego nie czytam, tylko moje kobiety. Jest to spisane z jednego czasopisma o gwiazdach filmowych.
Jak w pracy poproszę o podwyżkę, to moi szefowie mówią, że są ciężkie czasy. Jak trzeba naprawić samochód, to przeciągają do ostatniej sekundy. Jak wysiądzie mi radio, to narzekają, że o to moja wina i muszę wyczekać kilka dni na zamianę. A teraz, jakie wymagania mają gwiazdy filmowe i one są natychmiast spełniane.
  BRITNEY SPEARS - żąda, żeby wszyscy ludzie dla niej pracujący byli mało atrakcyjni i musi mieć zawsze przy sobie manikiurzystkę, masażystkę i kobietę do makijażu.
ANGELINA JOLIE - Zanim zgodziła się nakręcić film „Wanted„, który nakręcano w Pradze, producent musiał zgodzić się na: wynajęcie luksusowego domu dla jej męża Brad Pitt w pobliżu jej pracy. Dom miał mieć lądowisko na helikopter. Lekcje nauki latania helikopterem dla Brad. I dostarczenie do Czech ich samochodu Bugatti na czas kręcenia filmu.
BEYONCE - Podczas ostatniego tourne, wszyscy pracownicy musieli chować się w pobliskich pokojach w momentach jej przejścia. Zabronione było na nią patrzeć, czy się do niej odezwać.
CATERINE ZETA JONES - Podróżuje z największą ilością walizek. W ostatnim wyjeździe do Londynu miała ze sobą 18 walizek o wadze 350 kilo.
JULIA ROBERTS - Po nakręceniu części filmu „Ocean’s Twelve„ w Chicago, udano się do Włoch, gdzie miano kontynuować produkcję. Julia po obejrzeniu części z Chicago, była bardzo niezadowolona ze swojego wyglądu i sukni, w której występowała. Zmusiła więc producenta do powrotu do Chicago na trzy dni. Powtórzenia tej sceny i powrotu do Włoch.
KRISTEN STEWART - Przychodzi na zabawy z asystentem, który nosi jej torebkę i miesza jej drinki.
MADONNA - Wymaga, żeby jej pokoje, w których przygotowuje się do koncertów były sterylizowane. Mają być dokładnie oczyszczone z włosów, śliny, skóry. A jej 30 osobowy zespół ludzi od bezpieczeństwa, zakłada sztuczne ściany i sufit, żeby mieć pewność zablokowania ukrytych kamer, gdyby takie istniały.
CHRISTINA AQUILERA - Wymaga, żeby w czasie jej przejazdów, pod groźbą zerwania kontraktu, nie było absolutnie korków i przestojów. Organizatorzy, zmuszeni są do wynajęcia eskort policyjnych, przewożących ją na czerwonych światłach.
JANET JACKSON - Wymaga zawsze bukietów białych tulipanów, czarnych ręczników i 20 świeczek dokładnie 13 centymetrów wysokich.
JENIFER LOPEZ - Wymagała, żeby jej kawa po osłodzeniu, mieszana była w kierunku odwrotnym do ruchów zegara.
TOM CRUISE - Wymaga, żeby każde drzwi, przez które ma przejść, przed jego przybyciem zostały otwarte i zamknięte, żeby je oczyścić ze złej energii.
 
WYSTARCZY?
 

Monday, August 20, 2012


   Dzisiaj krótko i zwięźle. Najpierw kilka wiadomości z Nowego Jorku. Potwierdzają się moje obawy. Tak jak pisałem. Zaczną od zabraniania palenia papierosów a skończy się na wszystkim. I dzieje się to w przyspieszonym tempie.

      Ostatnio nasz Bóg Bloomberg wymyślił, ( bo to nikt nie wiedział), że matki powinny karmić piersią, bo to jest zdrowsze dla dziecka. Różnica jest taka, że on chce wprowadzić to przymusowo.

 Nie znam detali jak on zmusi kobiety, żeby to robiły. Może będzie je głodzić w szpitalu jak się będą opierać, albo sam będzie chodził i je ssał, żeby dać przykład.

     Kilka dni temu na Manhattanie, spłoszyły się konie ciągnące dorożkę z turystami. Tak poniosły, że dorożkarz spadł i biedni turyści z Australii siedzieli sami w powozie aż do momentu, kiedy konie wpadły na samochód. Ludzie trochę poturbowani, konie więcej, ale jacyś „polityczni karierowicze„ znaleźli okazję na podbudowanie swojego statusu i natychmiast zgłosili, żeby konie stały się papierosami, czyli no no no dla nich i dorożek w Nowym Jorku nie będzie. Na to nasz Bóg powiedział NIE. A wiecie czemu. Nie dlatego, że to tradycja, romantyczne, ciekawe dla turystów. Nie, tylko dlatego, że przynosi duże zyski dla miasta.

     Ostatnią rzecz ogłosili dzisiaj. Dawno temu, ludzie, którzy nie potrafili robić nic innego, zbierali śmieci. Z biegiem czasu wszystko się zmieniło. U nas jest to jedna z najlepszych prac. Zresztą jak pracuje się dla rządu, wszystkie prace są dobre. Ludzie pracujący dla miasta idą na emeryturę po 25, 30 latach pracy. Czyli jak zaczynał mając 20 lat to może odejść będąc 45 latkiem. Mają oni za darmo leczenie do końca życia i emeryturę. Nie wspominam nawet o takich drobnostkach jak wakacje, wolne, chorobowe etc. My, którzy płacimy podatki, czyli ich zatrudniamy tego nie mamy. Pomyślcie sobie, że zatrudnicie gospodynię w swoim domu. Jesteście w tym samym wieku. Wy jej płacicie, utrzymujecie ją. Ona po dwudziestu latach wyjeżdża do Kołobrzegu i sobie odpoczywa do końca życia a wy musicie pracować następne 20 lat i jak odchodzicie na emeryturę nie macie połowę tego, co ona i trudno wiążecie koniec z końcem.

    Wracam do śmieciarzy. Nie ujmując żadnej pracy i ludziom, którzy ją wykonują, oni dalej zbierają śmieci. Oprócz tych świetnych warunków, jakie daje im miasto, dziś ogłoszono, że ustalono nowe prawo w Nowym Jorku. Śmieciarze od dziś, traktowani będą jak policja. Co to znaczy? No więc, gdybym ja na przykład pokłócił się z jednym, bo nie zabierał moich śmieci a raz wyrzucił mi je na trawnik i popchnął go, to będzie to traktowane w ten sam sposób jak uderzenie policjanta i grozi mi więzienie!!! I na cholerę mi było chodzić na studia? Zmarnowałem 11 lat między średnią i wyższą szkołą. A to już połowa do emerytury i jaki ważny, niedotykalny bym był!

   Ostatnia rzecz to już z mojego ogródka. Przesyłam kilka zdjęć z ostatniej pracy, którą skończyłem w naszym ogrodzie.

Kamil, jeszcze masz czas. Rzuć pracę i szkołę. Zostań śmieciarzem!!!
Rok 2004
                                                                                 Rok 2007

Dzisiaj



W nocy








Thursday, August 16, 2012

              DODATEK


Film z jaskiń



Wszystkie zdjęcia z jaskiń.



Zdjęcia z gór.

                                          
                    

Wednesday, August 15, 2012

        Virginia Ciąg Dalszy


   Zanim przejdę do drugiego dnia naszej wycieczki, muszę opisać kilka wydarzeń z dnia poprzedniego, które pominąłem we wczorajszym sprawozdaniu.
    Każdy żyje swoim życiem. W dużych miastach wszystko bardzo różni się od tego w małych miasteczkach i wsiach. Chociaż trudno by było mi, po przyzwyczajeniach z Nowego Jorku przenieść się do jakiejś wioski ale mogę się zgodzić z opinią, że ludzie tam mieszkający są chyba szczęśliwsi. Potrafią cieszyć się każdą rzeczą a my jesteśmy rozpieszczeni i zbyt bardzo wymagający. Oprócz tego życie ich jest dużo spokojniejsze niż nasze. Pogoń za pieniądzem, próba przetrwania w tej dżungli ludzi jest bardzo stresująca.
    Kiedy wieczorem znaleźliśmy się z powrotem w pokoju, wyszliśmy na balkon naszego pokoju. Na dole w „ogrodzie„ pojawili się jacyś ludzie. Najpierw przyszła para (z wyglądu domyślam się, że byli z wyspy Jamajka ) i usiadła sobie w naszej altance. To miejsce, które nas rozbawiło, dla nich było romantyczne. Posiedzieli z pół godziny i później udali się na obiad do restauracji w hotelu. Za chwilę podjechał samochód i wysiadła z niego jeszcze atrakcyjniejsza para. Ona ubrana była w wieczorową suknię, koroną na głowie i przepaską z napisem Miss Luray.



                      
                                      
   Nie jestem pewien czy to ona, ale zdjęcie znalezione na Internecie pokazuje tą dziewczynę jako zwyciężczynię tego roku.
    Prowadził ją ubrany w garnitur chłopak. Oni też szli na obiad. Najśmieszniejsze w tym jest to, że idąc od swojego samochodu do drzwi restauracji, po kamieniach i piasku, zachowywali się jak para królewska. On trzymał ją jak w naszym narodowym tańcu, polonezie. Szli wolno i bardzo poważnie. I znów ta sama reakcja. Dla nas wyglądało to bardzo zabawnie a dla nich był to bardzo ważny dzień w życiu.
    Wracam do drugiego dnia. O dziewiątej rano zjawiliśmy się w restauracji na śniadanie. Już nie zdziwieni, spotkaliśmy właściciela hotelu, tym razem ubranego w biały strój kucharza. Oczywiście był także kelnerem. Powiedział, że posiłek serwowany będzie za dziesięć minut i zniknął w kuchni. Nie mieliśmy żadnego wyboru, więc niecierpliwie czekaliśmy na to co nam przyniesie. Udało się. Podano nam wielkie amerykańskie naleśniki, czyli pancakes. A za chwilę jajka w stylu, którego nigdy przed tym nie widzieliśmy. Coś pomiędzy sadzonymi a smażonymi. Nawet smaczne. Zadowoleni i z pełnymi brzuchami zwolniliśmy pokój i wyruszyliśmy w drogę do Shenandoah Park. Jest to olbrzymi park narodowy. Wjeżdża się za opłatą a droga prowadzi przez szczyty gór. Piękne widoki, cudowna pogoda więc i humor dopisywał. Zatrzymaliśmy się w jednym z wielu punktów, gdzie zaczynają  się trasy dla pieszych.
    Wybrana dróżka prowadziła nas na dół gór. Schodziło się więc bardzo przyjemnie. Mijaliśmy wiele miejsc, gdzie spotykaliśmy zwierzęta żyjące w tych lasach. Najpiękniejsze były motyle. Dziesiątki różnych rodzajów w każdych kolorach tęczy. Sarny, rosomaki, ptaki. Nic bardzo egzotycznego ale cały czas coś się ruszało.



                                                                       
                         
 Kilka przystanków po drodze i po przejściu około 5 kilometrów i 300 metrów w pionie, doszliśmy nad małe wodospady. Tam zdecydowaliśmy się wracać. Powrót już nie był tak bardzo przyjemny.
Słyszałem ciężki oddech Elaine za swoimi plecami.  Szliśmy jednak w dość szybkim tempie i dała sobie radę. Kiedy wróciliśmy do samochodu, byliśmy cali spoceni. Przyjemnie było usiąść i włączyć klimatyzację.
Teraz została nam już tylko podróż powrotna i przystanki na kawę. Warunki w powrotnej drodze były trochę inne. W niedzielę wieczorem zawsze są miejsca gdzie turyści wracają z plaż, jezior i było kilka miejsc w których siedzieliśmy w korkach. Dobiliśmy do domu około ósmej wieczorem.
    








                              
                         
                   
                        

Tuesday, August 14, 2012

              Virginia




   Każdego roku w czasie Elaine wakacji, wyjeżdżamy razem w różne miejsca. Odpocząć, zrelaksować się, pozwiedzać nasze okolice. Podróże są krótkie, jednodniowe albo na weekend. 
     Tym razem znaleźliśmy ciekawe miejsca w stanie Virginia, choć nie wiedzieliśmy do końca jak ciekawe. Nie zawiedliśmy się. Mieliśmy bardzo przyjemne dwa dni.
     Wyjechaliśmy o piątej rano w sobotę. Sama podróż nie była zbyt ciekawa, bo większość to drogi szybkiego ruchu. Dojechaliśmy na miejsce w ciągu 6 godzin. Pierwsze miejsce, które mieliśmy zamiar odwiedzić to jaskinie w miejscowości Luray. Ostatnie pół godziny jazdy było już na bocznych drogach i było można przyjrzeć się innemu światu. Mieszkając w Nowym Jorku nie zdajemy sobie sprawy jak inna jest Ameryka. 
    Najpierw pewne wyjaśnienie. Jest u nas nazwa potoczna na ludzi żyjących na terenach w głębi kraju. Nie można je dokładnie przetłumaczyć na polski, bo nie chodzi tylko o słowa, ale o znaczenie. Nazywamy tych ludzi „redneck„, czyli czerwone szyje. Redneck jest slangowym określeniem używanym w odniesieniu do ubogich, niewykształconych białych rolników, szczególnie z południowej części Stanów Zjednoczonych. W ostatnich dziesięcioleciach pojęcie rozszerzyło swoje znaczenie do bigoteryjnych i prostackich reakcjonistów, którzy przeciwstawiają sie nowoczesnemu sposobi życia i jest często wykorzystywana do atakowania południowych konserwatystów i rasistów. Myślicie,  że widzieliście Amerykę? Trzeba tam być. Wielu mężczyzn pytaliśmy się o drogę, czy sklepy. Mieli po dwa zęby, zapuszczeni, włosy długie i zatłuszczone. Nie chodzi też zawsze o ich wygląd, ale o sposób życia. Posiadanie różnego rodzaju broni, warunki, w jakich żyją. Mój kolega pojechał do znajomego rodziny w stanie Idaho i najpierw opowiadał, że się trochę przestraszył jak ich poznał a później pokazywali mu swoje okolice i np. strzelali do kaczek z karabinów maszynowych. Pokazywał mi zdjęcia.Trudne do uwierzenia, szczególnie dla nas z miasta. . 


    Te powyższe zdjęcia znalezione są na stronach internetu. Nie chcę oczywiście żebyście pomyśleli sobie, że tam są tylko tacy ludzie. Oczywiście większość to normalni amerykanie, żyjący w małych miasteczkach.
     Zejście pod ziemię było bardzo krótkie. Tylko kilkanaście metrów pod powierzchnią, zobaczyliśmy cuda natury. Tego nie da się opisać. Nawet zdjęcia tego nie przekażą. Jest to miejsce bardzo zadbane przez właścicieli i pięknie oświetlone. W połowie drogi znaleźliśmy się w części oświetlonej przez setki świec woskowych. Bajka. Nie było tam jezior czy rzeczek jak w innych jaskiniach, ale było kilka dużych, płytkich stawów, gdzie wiszące skały odbijały się jak w lustrze, co stwarzało przepiękny widok. Tym razem załączę tylko kilka zdjęć. Całość w późniejszym terminie, jak skończę film.









      Po wyjściu na zewnątrz zatrzymaliśmy się na papierosa i okazało się, że zaczął się występ dwóch muzyków z ameryki południowej. Tak nam się to spodopało, że kupiłem ich dysk i ta muzyka jest będzie podkładem do mojego filmu o tych jaskiniach.
    Załapaliśmy się jeszcze na muzeum starych samochodów.






     Tylko kilkanaście minut zajęło nam na dojazd do naszego hotelu. Był to dom, w którym była restauracja i cztery pokoje. Właściciel, który był recepcjonistą, także kelnerem i kucharzem, zaprowadził nas do naszego pokoju. Zaraz na początku ostrzegł nas, że obok jest linia kolejowa i przejazd pociągu może nas wybić ze snu. Później dodał: „ Obok, znajduje się straż pożarna. Oni tak często nie pracują, ale gdyby się to zdarzyło, to będzie brzmiało to jak atak na Pearl Harbor„.
     Pokój był do przyjęcia, ale to wszystko. Takiego małego telewizora nie widziałem w życiu. Oprócz tego, odbiór był jak w polsce w latach sześdziesiątych. Był też ekspres do kawy, ale nie było szklanego naczynia. Na zewnątrz ogród. Ha ha. Pokaże Wam to na zdjęciu.





          Postanowiliśmy coś przegryźć. Kilka ulic obok, znaleźliśmy bar, w którym można było zjeść, napić się sie a także w odróżnieniu do Nowego Jorku zapalić. Była też duża telewizja. Po chwili zdaliśmy sobie sprawę, że tytuł programu, który oglądaliśmy był „Bal maturalny rednecków„. W dolnym rogu wypisane były dwa następne programy, które miały być emitowane w późniejszym czasie. Następny to „Wakacje redneków„ i następny „Weekend redneków„. Naśmialiśmy się z Elaine i do końca musieliśmy to oglądać.
    Ponieważ było jeszcze dosyć wcześnie, przejechaliśmy się do pobliskiego parku narodowego. Tam jednak nie było nic ciekawego do zobaczenia. Po godzinnym spacerze, wróciliśmy do naszego hotelu. Pochodziliśmy trochę po tym miasteczku, ale tam też nie było nic ciekawego. Zakończyliśmy ten dzień w parku. Elaine karmiła kaczki a porobiłem zdjęcia różnych ptaków, które polowały na ryby.



    Po tym nie pozostało nam nic jak iść spać. Tak zakończyłby się nasz dzień, gdyby nie przygody z naszym hotelem. Chłodzenie było ustawione gdzieś na zewnątrz i nie można było nic zmienić. Muszę wspomnieć, że mieliśmy tylko jedno łóżko, a do przykrycia było tylko prześcieradło. Marzliśmy srogo. Pierwsza nie wytrzymała Elaine. Poszła do łazienki i przyniosła dwa duże ręczniki. Przykryła nas nimi. Po chwili ja wyskoczyłem i przyniosłem wszystkie jakie były. Wystarczyło to na przetrwanie nocy.
     Zrobiło się bardzo późno. Ja jeszcze muszę wziąć prysznic. Drugi dzień opiszę więc jutro.