Thursday, September 2, 2010
Następna impreza. Tym razem u znajomych Joli i Krzysia Hasek. Przyjęcie odbyło się u nich w domu a okazja - Joli urodziny. Cała impreza została przygotowana jako niespodzianka. Jola miała wykupione godziny w salonie piękności (masaże, maseczki, gimnastyka, etc) i jak wróciła my już tam czekaliśmy. Udało się i była naprawdę mile zaskoczona. Z drugiej strony to ją podziwiam, bo większość kobiet prawdopodobnie (mimo włożonego serca przez męża w zorganozowanie tej zabawy), trochę by się pogniewało. Wszyscy ubrani, wyszykowani. Kobiety w makijażach a ona wraca po ćwiczeniach i choć może zrelaksowana i wypoczęta, na pewno chciała by też popracować nad swoim wyglądem. Ona jednak nic się tym nie przejęła i potraktowała to wszystko jako najwspanialszy prezent. Podoba mi się to.
Mimo że ( jak całe lato ) było bardzo gorąco, impreza była na zewnątrz. Jak widać na zdjęciach, mają oni bardzo duży dom i z tyłu przepiękny basen. Trochę się pociliśmy, ale zawsze można było wskoczyć do wychłodzonego domu czy w końcowej fazie do basenu.
Pierwsza część imprezy to duet na gitarach, który nam umilał czas przez kilka godzin. Zdążyliśmy się dobrze najeść i zniszczyć naszą powagę i prawidłowe wychowanie znaczną ilością alkoholu. Kiedy zaczęła się normalna muzyka, byliśmy już w wieku dwudziestolatków i zabawa kończyła się częściowo w basenie a tańce w kostiumach kąpielowych. Bawiliśmy się do rana. Niestety ja jak zwykle byłem jednym z tych, którzy wychodzili ostatni. Na drugi dzień musiałem więc ograniczać ruchy ciała, żeby nie podrażniać głowy, którą znalazłem rano przyczepioną do szyi, bo myślałem, że to nie jest moja.
Wczoraj skończyłem filmik ze zdjęć wykonanych w tym dniu, który załączam poniżej.
Sunday, July 11, 2010
Czerwiec 2010.
Następna wizyta w polsce i w pamięci zostają niezapomniane chwile.
Problemem z naszymi wizyami jest to, że czekając na nie cały rok, trudno nacieszyć się wszystkim w ciągu jednego tygodnia. I jak tu można iść spać, wiedząc że za kilka dni zostawimy to wszystko za sobą i powtórzy się to dopiero za kilkanaście miesięcy. Wiedząc o tym spędziliśmy w rodzinnym gronie wszystkie wieczory a nieraz do samego rana przy polskim piwku,jedzeniu,muzyce i pogawędkach. My wróciliśmy do Stanów w stanie że przydałyby się następne kilka dni odpoczynku, a myślę, że szczególnie moje siostry też by ich potrzebowały. Ale nie jest mi Was żal, bo macie za dużo wakacji w polsce i przez nas macie ich trochę mniej.
Pierwsze kilka dni spędziliśmy w Golinie. Ja z Elaine, bo Wiesia pojechała najpierw odwiedzić rodzinę w Koszalinie. Pogodę mieliśmy wspaniałą a wszelkie prognozy przed wyjazdem wskazywały na deszcz. Jednego popołudnia udaliśmy się na spacer za Golinę. Tereny te zalane były niedawno przez rzekę Wartę i widać jeszcze było tego skutki. Na drodze tysiące ślimaków a jak doszliśmy do lasu to zaatakowały nas komary i trzeba było się natychmiast wycofać.
W poniedziałek wsześnie rano wyjechaliśmy na trzydniową wycieczkę do Krakowa. W pierwszy dzień najpierw zrobiliśmy krótki przystanek w Częstochowie, ponieważ Andrzej miał gdzieś w pobliżu obejrzeć koparkę, którą chciał kupić. My więc przeszliśmy się na Jasną Górę, żeby obejrzeć klasztor. Był to jednak bardzo krótki spacer, bo czekała nas jeszcze długa droga.
Już przed samym Krakowem, zatrzymaliśmy się w Ojcowskim Parku Narodowym. Niestety tuataj też był tylko kilkugodzinny przystanek i wieczorem dobiliśmy do Krakowa.
Najpierw znaleźliśmy mieszkanie. Choć może nie było ono najnowsze, ale za to olbrzymie, z balkonem i cudownym widokiem na Kraków. Później spacer i obiad, no i oczywiście długi wieczór przy sukiennicach przy piwie. Drugi dzień to już zwiedzanie. Stare miasto, Wawel no i spacery pięknymi uliczkami miasta. Nie będę tu opisywał wszystkiego, bo złączam zdjęcia.
Trzeci dzień to jeszcze krótki spacer a w powrotnej drodze do domu, zahaczyliśmy o Wieliczkę. Tam prawdopodobnie spotkałem więcej chińczyków niż u nas. Widać że turystyka w polsce się rozwija. Po obejrzeniu kopalni, czekała nas jeszcze wielogodzinna droga do Golina.
W czwartek dobiła do nas Wiesia i już w komplecie cieszyliśmy się razem spotkaniami rodzinnymi.
Z moich zdjęć zrobiłem dwa oddzielne filmy. Jeden byłby by za długi. Pierwszy który jest poniżej to „Kraków i okolice„ czyli fotografie z naszej wycieczki, drugi „Wspomnienia„ to zdjęcia rodzinne.
Jeszcze jedno. Przez cały pobyt, byłem dość zajęty zabawami z Niną z którą się bardzo polubilśmy. Cały czas przychodziła do mnie i chciała się bawić. Jest naprawdę cudownym dzieckiem (gratulacje dla rodziców Uli i Łukasza) i choć nieraz chciałem już odpocząć od niej to nie potrafiłem bo tak była rozkoszna. Teraz myślę o tym i mi jej brakuje.
Miłego oglądania. Mam nadzieję że się będą Wam podobały.
Monday, June 14, 2010
Czyli po polsku Dzień Pamięci, dzień poświęcony żołnierzom którzy oddali życie za swoją ojczyznę. Jest to jedno z nielicznych tu świąt w które mamy przedłużony weekend, czyli trzy dni wolne.

Ponieważ rzadko zabieram się do pisania, wspomnę że tydzień wcześniej wybraliśmy się z Elaine na Manhattan. W Nowym Jorku bardzo popularne są festyny uliczne. Wymyślane są przeróżne nazwy i powody. Tym razem na 6 Alei odbył się Festyn Międzynarodowy. Czyli taki polski jarmark. Stragany, można kupić różne głupoty, zjeść coś, posłuchać muzyki i pospacerować. Odbywają się one w różnych miejscach a ten był na 6 Alei między 42 i 57 ulicą. Ten na którym byliśmy niczym się nie wyróżniał, ale nieraz lepsze to niż siedzenie w domu. Poniżej załączam zdjęcia z Elaine.
Wracam do głównego tematu. Kilka tygodni temu spotkaliśmy się całą naszą grupą u znajomych, znajomych restauracji. Było bardzo przyjemnie i pod koniec postanowiliśmy, żeby spotkać się u nas na Memorial Day. I tak też się stało. Następna impreza.
Tym razem większość zabawy odbyła się na zewnątrz, w naszym ogrodzie. Pogoda była idealna, ciepło, ale nie wilgotno. Tylko pięciominutowy deszczyk przestraszył nas na chwilę. Czekałem kiedy sąsiedzi wezwą policję, ale jakoś nam się udało. Bar był zawsze wypełniony i tam też trochę sobie potańczyliśmy. Wszyscy się dobrze bawili, no i po dwunastej, już po wielu drinkach wystrzeliłem że może by tak do jacuzzi. Myślałem że nikt się nie zdecyduje ale okazało się, że był jeden który się nie zawahał no i skończyło się kąpielą. Dodam, że ten nie tylko wylądował ze mną w wodzie ale jak już, to na całego... No i.. ale może lepiej obejrzeć to na załączonym filmiku ze zdjęciami. Dodam tylko, że ostania część filmu jest trudna do zrozumienia dla tych którzy nie są z naszej grupy, bo wiele z tych komentarzy (po angielsku) związana jest z z tymi osobami. Wytłumaczę jak się zobaczymy.
Bawiliśmy się do prawie trzeciej rano a nasz kolega Adam jak zwykle przesiedział z nami w barze do rana.
To na tyle. Prawdopodobnie następne zdjęcia będą już z Wami wszystkimi w polsce. No i oczywiście jedno z nich jak będę głosował w wyborach prezydenta.
Sunday, May 2, 2010
Thursday, April 29, 2010
Bardzo spodobał mi się ten wierszyk. Gorzka prawda, chociaż myślę, że odnosi się do wielu narodów. My w tym jednak jesteśmy najlepsi !
Balansował na linie pod cyrku kopułą
lecz nikt go nie podziwiał, był przecież niezgułą,
zbyt rzadko się uśmiechał, obrażał zbyt łatwo,
wrażliwy na kamery, reflektorów światło,
i czasem gdy przemawiał wymlaskując słowa,
zapinała mu guzik ta Jego Połowa.
Obśmiany i opluty, dziennikarska zgraja
z kartoflem porównała robiąc sobie jaja,
uwypuklano gafy, potknięcia i słowa,
krytyka to już była mania narodowa.
Że nie internowany, że księżyc, że pije,
że zawistny, że mściwy, że w ogóle żyje,
no, i to "spieprzaj dziadu", i "małpa w czerwonym",
- głosowałeś na Niego? - trzeba być szalonym!
Dzisiaj? - to mój Prezydent! - Och jaki wspaniały!
kocha, lubi, szanuje, wielbi naród cały.
Jaki gest, bo się rozbił, nie doleciał celu,
zasłużył na co najmniej pogrzeb na Wawelu!
Łzy obeschły? Wróciły kompleksy, frustracje?
Czy współczucia nie macie? Serce ma wakacje?
Dzień wcześniej to potwory a po śmierci? Święci!
Och, rodacy! Jesteście chyba p......nięci!
Jak przegiąć to do końca? Świat nas obserwuje?
Czy nawet w chwili smutku umiaru brakuje?
Ciszej już. To nie pora. Sam nie byłem fanem.
Starczy manipulacji. Nie jestem baranem!
Uszanujmy. Uczcijmy. Wspominajmy z żalem,
lecz tak, aby pogrzebu nie pomylić z balem.
Autor: Diatryba
Wednesday, April 14, 2010
Jest już wieczór a ja zamiast rozciągnąć się przed telewizorem i wypocząć po ciężkim dniu, siedzę i stukam na klawiaturze komputera. Nikt nie chce myśleć o tym że się starzeje, ale coraz częściej pocieszam się że jeszcze tylko 9 lat i nie muszę iśc do pracy. Nie dlatego że nie chce mi się wstawać wcześnie rano, rozwiązywać problemy na moich budowach i być cały czas pod ciężarem odpowiedzialności za to co robię. Powód jest całkiem inny.
Ameryka w ostanich latach zmienia się nie do poznania. Przypomina mi to więcej komunistyczną polskę. Nie liczy się już dobro tego kraju, miasta i całości, ale wszystko sprowadza się do jednostki. Kiedyś dla dobra wszystkich cierpiały jednostki, teraz dla dobra jednostki cierpi naród. Kiedyś od jednostki zależało do czego dojdzie cieżką pracą i zaparciem. Teraz jednostka oczekuje, że im się to należy bez pracy. O co mi chodzi? Nie bedę sie tutaj rozwodził nad polityką i problemami Ameryki ale zostanę przy budowach.
Budowę Belt Parkway zacząłem 5 mięsiecy temu. W takim czasie potrafiłem kiedyś wybudować kilka ulic. Chodzi mi o drogę z jej pełnym uzbrojeniem. Teraz wystarczyło to na postawienie płotów, barykad, znaków ostrzegawczych i innych takich drobiazgów.
Pierwszy problem to wydawanie niepotrzebne pieniędzy. Kilka przykładów.
Mamy wybudować nową kanalizację ciągnacą sie wzdłuż drogi. Po rozpoczęciu, okazuje się że w jednym miejscu nie zmieścimy się, bo stoi drzewo. Zadne jakieś tam stare albo historyczne. Zwykłe drzewo. Miasto zatrzymało moją budowę. Czekałem na decyzję co robić przez cały miesiąc. Dawniej drzewo by się ścięło i po zakończeniu robót zasadziło by sie kilka nowych, mniejszych. Teraz to juz niemożliwe. Przecież to DRZEWO ! Budowa się przedłuża, miasto wydaje dodatkowe pieniądze i drążymy tunel pod tym wielkim krzakiem. Nie do wiary!
Obok drogi biegnie asfaltowa dróżka dla rowerów i pieszych. Jest tego kilka kilometrów a przeznaczona jest tylko dla celów rekreacyjnych. Dawniej została by zamknięta na okres budowy. Ludzie znaleźli by sobie miejsce na spacery. Nie jest to coś, bez czego nie można sie obejść. Teraz już przez te 5 miesięcy przesunąłem ją trzykrotnie z miejsca na miejsce. A to tylko początek. Nie mam prawa zamknięcia jej nawet na 5 minut. Myślę że będzie to kosztować miasto przez okres trzech lat około 15 milionów dolarów. A przecież są to pieniadze, które zciągane są z nas, jako podatki.
Jeszcze jeden przypadek. Pracujemy nad oceanem. Czyli w każdym wykopanym dołku pojawia się woda. Wiedząc, że miasto ma bzika na temat odprowadzania zanieczyszczonej wody, zaprojektowałem system jej pompowania. Zaznaczam, że to nie są ścieki albo skarzona woda. Po prostu woda z oceanu tylko znajdująca się pod piaskiem.
Najpierw pompy wyciągały ja z dołów do specjalnego kontenera. Tam przechodziła przez kilka przegród, żeby oddzielić przypadkowe zanieczyszczenia. Pózniej, wykopałem obok duży basen, pokryłem specjalnym materiałem, przez który przejdzie woda ale nie piasek. Tam odprowadzałem wodę z kontenerów. Ta powoli wsiąkała w ziemię. Czyli wracała skąd przyszła. Budowa została zatrzymana. Nie do przyjęcia. Zanieczyszczamy matkę ziemię!!! Ządają nowych planów i sugerują, że trzeba te wodę wywieść gdzieś, gdzie będzie ją można oczyścic.
Jeszcze drobiazg. Nowy Jork ma problemy finansowe. Szukają wszędzie oszczędności. Ha, ha. U mnie firma moja zatrudznia około 15 ludzi (na mojej budowie), którzy prowadzą ją, sa menadżerami, rozliczenia etc. Miasto ma ich 50. I oni nie muszą nic prowadzić. Tylko papierkowa robota i kontrola. Może ktoś z Was widzi jakby tu zaoszczędzić trochę dolarów dla miasta?
Drugim problemem po pieniądzach, jest mania wielkości a jednocześnie ucieczka od odpowiedzialności. Dawniej kiedy zaistniał problem, w większości wypadków, rozwiązany był na miejscu. Wspólnie przez inżyniera z miasta i kierownika budowy. Teraz to już nie do pomyślenia. Po pierwsze traktowani jesteśmy jak nieposłuszne dzieci. Jakakolwiek drobna pomyłka, niepoinformowanie ich o tym co robimy i zostajemy obsypani groźbami i prawie obelgami. Brakuje im tylko rózgi, którą by nas bili. Kiedy pomyłka jest z ich strony, nie dają nam rozwiązania i odpowiedzi. Nie interesuje ich że musimy zatrzymać budowe. Odpowiedzą kiedy znajdą rozwiązania. Każdy z nich od zwykłego inspektora do szefa biura uważa się za boga, ktorego my powinniśmy czcić. Niestety mój charakterek, nie pozwala na to żeby się tak przy mnie czuli. No i doprowadza to do wielu konfliktów. Muszę się pochwalić, że większośc z nich wygrywam, ale co mnie to nerwów kosztuje to trudno opisać.
Dawniej bawiły mnie problemy. Były dla mnie wyzwaniem. Cieszyło mnie, kiedy byłem jedynym, który potrafił znaleźć ich rozwiązanie. A byłem dumny, kiedy potrafiłem zrobić coś co nie było możliwe do zrobienia. Tak jak np. odbudowanie metra pod WTC w ciągu 6 miesięcy. Teraz mnie to nie bawi. Raczej męczy, Wszyscy zwiazują mi ręce i dalej oczekują tych samych rezultatów. Jeszcze 9 lat!
Na zakonczenie coś ciekawego. Kiedy stawiałem mosty na ostatniej budowie, używałem typowej metody łączenia detali i dźwigów. Tym razem będzie wyglądało to trochę inaczej. Można obejrzec ją w poniżej pokazanym filmie. Różnica jest tylko taka, że animacja ta przedstawia pojedyńcze przęsło. Mój most będzie miał kilka takich sekcji, czyli muszę postawić także w wodzie kilka kolumn na których będzie spoczywał. Most ten ma być używany na czas wybudowania nowego i będzie miał trzy pasy ruchu.
Ameryka w ostanich latach zmienia się nie do poznania. Przypomina mi to więcej komunistyczną polskę. Nie liczy się już dobro tego kraju, miasta i całości, ale wszystko sprowadza się do jednostki. Kiedyś dla dobra wszystkich cierpiały jednostki, teraz dla dobra jednostki cierpi naród. Kiedyś od jednostki zależało do czego dojdzie cieżką pracą i zaparciem. Teraz jednostka oczekuje, że im się to należy bez pracy. O co mi chodzi? Nie bedę sie tutaj rozwodził nad polityką i problemami Ameryki ale zostanę przy budowach.
Budowę Belt Parkway zacząłem 5 mięsiecy temu. W takim czasie potrafiłem kiedyś wybudować kilka ulic. Chodzi mi o drogę z jej pełnym uzbrojeniem. Teraz wystarczyło to na postawienie płotów, barykad, znaków ostrzegawczych i innych takich drobiazgów.
Pierwszy problem to wydawanie niepotrzebne pieniędzy. Kilka przykładów.
Mamy wybudować nową kanalizację ciągnacą sie wzdłuż drogi. Po rozpoczęciu, okazuje się że w jednym miejscu nie zmieścimy się, bo stoi drzewo. Zadne jakieś tam stare albo historyczne. Zwykłe drzewo. Miasto zatrzymało moją budowę. Czekałem na decyzję co robić przez cały miesiąc. Dawniej drzewo by się ścięło i po zakończeniu robót zasadziło by sie kilka nowych, mniejszych. Teraz to juz niemożliwe. Przecież to DRZEWO ! Budowa się przedłuża, miasto wydaje dodatkowe pieniądze i drążymy tunel pod tym wielkim krzakiem. Nie do wiary!
Obok drogi biegnie asfaltowa dróżka dla rowerów i pieszych. Jest tego kilka kilometrów a przeznaczona jest tylko dla celów rekreacyjnych. Dawniej została by zamknięta na okres budowy. Ludzie znaleźli by sobie miejsce na spacery. Nie jest to coś, bez czego nie można sie obejść. Teraz już przez te 5 miesięcy przesunąłem ją trzykrotnie z miejsca na miejsce. A to tylko początek. Nie mam prawa zamknięcia jej nawet na 5 minut. Myślę że będzie to kosztować miasto przez okres trzech lat około 15 milionów dolarów. A przecież są to pieniadze, które zciągane są z nas, jako podatki.
Jeszcze jeden przypadek. Pracujemy nad oceanem. Czyli w każdym wykopanym dołku pojawia się woda. Wiedząc, że miasto ma bzika na temat odprowadzania zanieczyszczonej wody, zaprojektowałem system jej pompowania. Zaznaczam, że to nie są ścieki albo skarzona woda. Po prostu woda z oceanu tylko znajdująca się pod piaskiem.
Najpierw pompy wyciągały ja z dołów do specjalnego kontenera. Tam przechodziła przez kilka przegród, żeby oddzielić przypadkowe zanieczyszczenia. Pózniej, wykopałem obok duży basen, pokryłem specjalnym materiałem, przez który przejdzie woda ale nie piasek. Tam odprowadzałem wodę z kontenerów. Ta powoli wsiąkała w ziemię. Czyli wracała skąd przyszła. Budowa została zatrzymana. Nie do przyjęcia. Zanieczyszczamy matkę ziemię!!! Ządają nowych planów i sugerują, że trzeba te wodę wywieść gdzieś, gdzie będzie ją można oczyścic.
Jeszcze drobiazg. Nowy Jork ma problemy finansowe. Szukają wszędzie oszczędności. Ha, ha. U mnie firma moja zatrudznia około 15 ludzi (na mojej budowie), którzy prowadzą ją, sa menadżerami, rozliczenia etc. Miasto ma ich 50. I oni nie muszą nic prowadzić. Tylko papierkowa robota i kontrola. Może ktoś z Was widzi jakby tu zaoszczędzić trochę dolarów dla miasta?
Drugim problemem po pieniądzach, jest mania wielkości a jednocześnie ucieczka od odpowiedzialności. Dawniej kiedy zaistniał problem, w większości wypadków, rozwiązany był na miejscu. Wspólnie przez inżyniera z miasta i kierownika budowy. Teraz to już nie do pomyślenia. Po pierwsze traktowani jesteśmy jak nieposłuszne dzieci. Jakakolwiek drobna pomyłka, niepoinformowanie ich o tym co robimy i zostajemy obsypani groźbami i prawie obelgami. Brakuje im tylko rózgi, którą by nas bili. Kiedy pomyłka jest z ich strony, nie dają nam rozwiązania i odpowiedzi. Nie interesuje ich że musimy zatrzymać budowe. Odpowiedzą kiedy znajdą rozwiązania. Każdy z nich od zwykłego inspektora do szefa biura uważa się za boga, ktorego my powinniśmy czcić. Niestety mój charakterek, nie pozwala na to żeby się tak przy mnie czuli. No i doprowadza to do wielu konfliktów. Muszę się pochwalić, że większośc z nich wygrywam, ale co mnie to nerwów kosztuje to trudno opisać.
Dawniej bawiły mnie problemy. Były dla mnie wyzwaniem. Cieszyło mnie, kiedy byłem jedynym, który potrafił znaleźć ich rozwiązanie. A byłem dumny, kiedy potrafiłem zrobić coś co nie było możliwe do zrobienia. Tak jak np. odbudowanie metra pod WTC w ciągu 6 miesięcy. Teraz mnie to nie bawi. Raczej męczy, Wszyscy zwiazują mi ręce i dalej oczekują tych samych rezultatów. Jeszcze 9 lat!
Na zakonczenie coś ciekawego. Kiedy stawiałem mosty na ostatniej budowie, używałem typowej metody łączenia detali i dźwigów. Tym razem będzie wyglądało to trochę inaczej. Można obejrzec ją w poniżej pokazanym filmie. Różnica jest tylko taka, że animacja ta przedstawia pojedyńcze przęsło. Mój most będzie miał kilka takich sekcji, czyli muszę postawić także w wodzie kilka kolumn na których będzie spoczywał. Most ten ma być używany na czas wybudowania nowego i będzie miał trzy pasy ruchu.
Wednesday, April 7, 2010
Dzisiaj nie piszę o niczym nowym ale o przeszłości. Historia ta zaczęła się już w szkole podstawowej. Nawet nie pamiętam co spowodowało, że zaczałem zbierać autografy. Razem ze Zbyszkiem Kubisiakiem, moim pierwszym kuzynem postanowiliśmy rozpocząć nasze polowanie na adresy sławnych ludzi. Nie było to łatwe, bo w tamtych czasach, w polskich czasopismach nie podawano dużo faktów o aktorach, piosenkarzach. Była to więc pewna przygoda, zabawa w detektywów. Nieraz znalazłem miasto w którym ktoś mieszkał, innym razem miejsce w którym pracują. Adresy na kopertach były więc proste. Nazwisko, miasto, kraj. To wszystko. No i potem oczekiwanie. Okazało się że to działa i po jakimś czasie zaczęły przychodzić koperty ze zdjęciami. Oczywiście na 20 wysłanych listów wracał może jeden. Ale i to cieszyło. Pierwszy problem to, napisanie tego listu. Ze słownika angielskiego przetłumaczyłem kilka słów i naskrobałem coś co wydawało mi się wystarcząjace, żeby ktoś to zrozumiał. Myślę, że oni czytając ten list uśmiali się i wysyłali te fotogrfie podziwiając, że jakiś dzieciak z polski wypocił list, bez adresu, nie znając języka i jakoś mu się to udało dotrzeć do adresata.
Pewnego dnia przyszła koperta wysłana przez astronautę Scotta Carpentera. Scott podpisał się na moim liście i wysłał go z powrotem na mój adres. Jest to ważna pamiątka, gdyż jest on jedynym który się zachował i dlatego pamiętam co tam napisałem.
.
Pewnego dnia przyszła koperta wysłana przez astronautę Scotta Carpentera. Scott podpisał się na moim liście i wysłał go z powrotem na mój adres. Jest to ważna pamiątka, gdyż jest on jedynym który się zachował i dlatego pamiętam co tam napisałem.
Kiedy wyjeżdżałem do ameryki, zostawiłem całą kolekcję w polsce. Po wielu latach, przypomniało mi się o niej i prosiłem mamę o znalezienie tego albumu i przesłanie mi go. Niestety nikt nie mógł go znalezć. Myslałem więc że juz nigdy mojego zbioru nie zobaczę. Myliłem sie jednak. Po kilku latach, mama porzadkując strych, odnalazła zgubę. Tak więc album powrócił do mnie. Przez następne lata udało mi się trochę go powiększyć. Poniżej można zobaczyć całość. Te które zdobyłem w dziecinstwie i pozostałe z ostatnich lat.
Wednesday, March 17, 2010
Już dawno miałem napisać coś o naszym wyjeździe na narty do Stratton, ale ostatnie huragan, który przeszedł przez nasze miasto, zmienił moje plany. Wszystko zaczęło się w piątek 12 marca, ale silne wiatry, deszcz wystąpiły dopiero w sobote i niedziele. W telewizji ogłaszali, że to ma być coś poważnego, nikt nie spodziewał sie jednak tego co na nas spadło w te dni. W ciągu następnych 36 godzin, zalało nas 11 centymetrów deszczu.W niektórych miasteczkach, w pobliżu naszego, wylały rzeki i jeszcze do dzisiaj ludzie nie mogą dostać się do domów. My z wodą nie mieliśmy tak dużych problemów, bo Cresskill jest na wzniesieniu i nie ma w pobliżu rzek. Wiatry niestety, to już inna sprawa. W sobotę musieliśmy wyjechać na zakupy. Kilka kilometrów od naszego domu, jechaliśmy za innym samochodem. W pewnym momencie, drzewo o może 40 centymetrów średnicy, przełamane w połowie przez wichurę upadło przed tym autem. Na szczęście nic sie nikomu nie stało. Udało się nam, bo tak zginęło dwoje ludzi w miasteczku obok (Teaneck). Kiedy wróciliśmy do domu, nie było juz prądu. Dwa dni siedzieliśmy przy świeczkach i przypomniały mi się dawne czasy, kiedy w Golinie było to normalne, a dla dzieci nawet pewna atrakcja. Przez ten czas daliśmy sobie nieźle radę. Miałem duży zapas świeczek (po urodzinach Wiesi), a także radio na baterie i dużo latarek. Tak normalnie, ludzie tu nie mają w domach podobnych rzeczy. Tylko w naszych oknach było widać trochę światła. Inne domy były ciemne. Wody nie mieliśmy tylko jeden dzień.
Później oglądając okolice, przekonałem się że mieliśmy dużo szczęścia. Czterech moich pracowników, straciło dach w swoich domach, lub ich część. Nie można przejechać żadnej ulicy, żeby nie zobaczyć poważnych szkód (wyrwanych drzew, zniszczonych domów). W poniedziałek nie mogłem wyjechać z miasteczka, bo każda droga była czymś zablokowana. Jeszcze dziś, muszę jeździć bocznymi ulicami, bo nie dają rady wszystkiego sprzątnać. Wszystko jednak powoli wraca do normy. Poniżej załączam dwa filmiki, ktore pokazują jak wyglada nasza okolica (filmy nie moje).
To na tyle o tych dniach. Wracam do tematu naszego wyjazdu na narty. I tu też najważniejsze to, że wyjeżdżaliśmy w zimową zawieruchę. Tym razem śnieg. Mieliśmy jechać wcześnie rano w piątek, ale nie udało się, bo zawaleni byliśmy śniegiem. Dopiero po południu dałem radę sie odkopać. Jechaliśmy jednak całą drogę w końcowej fazie tego sztormu. Ciekawe było to, że na satelitarnych mapach wyglądało to jak tornado. Wiatry i śnieg kręciły się w kółko Nowego Jorku. Jadąc więc do stanu Vermont, przejeżdżaliśmy przez różne strefy. Najpierw zawaleni śniegiem, następnie zadymka o prawie zerowej widoczności, później nawet milimetra śniegu na trawie i na koniec znów nawałnica i gołoledź. Po pięciu godzinach dobiliśmy szczęśliwie do naszego hotelu.
Następny dzień już był spokojny. Choć pogoda była zmienna, nie padał śnieg a nawet przez długi okres świeciło słońce. Za to widoki gór były jak nie z tej ziemi. Poniżej załączam krótki film i oczywiście kilka zdjęć. Najeździliśmy się do syta, bo nie było dużo ludzi. Większość zrezygnowała z przyjazdu, przestraszeni pogodą. Najśmieszniejsze w tym, że Wiesia miała jedną wywrotkę. Bardzo delikatną jak widać na filmie. Ja trochę poważniejszą, bez żadnych szkód, a Elaine, która się uczy jeździć nie upadła ani razu. Film, który obejrzycie jest troszkę trzęsący. Wykonany jest malutką kamerą, która nie ma stabilizatorów na wyrównywanie filmu (każda prawie kamera to ma) a oprócz tego ja musiałem ją trzymać w ręku jak zjeżdżałem. Trzymałem ją, patrząc w ekran żeby uchwycić moje kobiety w obiektywie. Robiłem to też w większości na łatwych szlakach, bo na trudniejszych nie dałem rady.
Na drugi dzień wracaliśmy trochę wcześniej, bo Elaine musiała uczyć sie do egzaminów. To chyba wszystko. Poniżej zdjęcia i film.
Później oglądając okolice, przekonałem się że mieliśmy dużo szczęścia. Czterech moich pracowników, straciło dach w swoich domach, lub ich część. Nie można przejechać żadnej ulicy, żeby nie zobaczyć poważnych szkód (wyrwanych drzew, zniszczonych domów). W poniedziałek nie mogłem wyjechać z miasteczka, bo każda droga była czymś zablokowana. Jeszcze dziś, muszę jeździć bocznymi ulicami, bo nie dają rady wszystkiego sprzątnać. Wszystko jednak powoli wraca do normy. Poniżej załączam dwa filmiki, ktore pokazują jak wyglada nasza okolica (filmy nie moje).
To na tyle o tych dniach. Wracam do tematu naszego wyjazdu na narty. I tu też najważniejsze to, że wyjeżdżaliśmy w zimową zawieruchę. Tym razem śnieg. Mieliśmy jechać wcześnie rano w piątek, ale nie udało się, bo zawaleni byliśmy śniegiem. Dopiero po południu dałem radę sie odkopać. Jechaliśmy jednak całą drogę w końcowej fazie tego sztormu. Ciekawe było to, że na satelitarnych mapach wyglądało to jak tornado. Wiatry i śnieg kręciły się w kółko Nowego Jorku. Jadąc więc do stanu Vermont, przejeżdżaliśmy przez różne strefy. Najpierw zawaleni śniegiem, następnie zadymka o prawie zerowej widoczności, później nawet milimetra śniegu na trawie i na koniec znów nawałnica i gołoledź. Po pięciu godzinach dobiliśmy szczęśliwie do naszego hotelu.
Następny dzień już był spokojny. Choć pogoda była zmienna, nie padał śnieg a nawet przez długi okres świeciło słońce. Za to widoki gór były jak nie z tej ziemi. Poniżej załączam krótki film i oczywiście kilka zdjęć. Najeździliśmy się do syta, bo nie było dużo ludzi. Większość zrezygnowała z przyjazdu, przestraszeni pogodą. Najśmieszniejsze w tym, że Wiesia miała jedną wywrotkę. Bardzo delikatną jak widać na filmie. Ja trochę poważniejszą, bez żadnych szkód, a Elaine, która się uczy jeździć nie upadła ani razu. Film, który obejrzycie jest troszkę trzęsący. Wykonany jest malutką kamerą, która nie ma stabilizatorów na wyrównywanie filmu (każda prawie kamera to ma) a oprócz tego ja musiałem ją trzymać w ręku jak zjeżdżałem. Trzymałem ją, patrząc w ekran żeby uchwycić moje kobiety w obiektywie. Robiłem to też w większości na łatwych szlakach, bo na trudniejszych nie dałem rady.
Na drugi dzień wracaliśmy trochę wcześniej, bo Elaine musiała uczyć sie do egzaminów. To chyba wszystko. Poniżej zdjęcia i film.
Saturday, February 20, 2010
Niedawno porządkowałem Wiesi album ze zdjęciami. Załadowałem je wszystkie do komputera, miałem więc czas im sie przyjrzeć. Po zakończeniu tej pracy zdałem sobie sprawę z czegoś o czym nigdy przedtem nie myślałem. Jak sie żyje obok kogoś to nie zwraca się na niektore rzeczy uwagi. Fryzury. Oczywiście wiem kiedy idzie do fryzjera i zmienia style ale złożenie tego do kupy to już inna sprawa. I tak powstał bardzo krótki filmik. Naturalnie nie ma tam wszystkich kreacji. Niektórych nie upamietniłem na zdjęciach a inne podobne sa do tych które pokazuję. Jest to przekrój tego co Wiesia nosiła na głowie przez te wszystkie lata.
kliknij na HAIR

Thursday, February 11, 2010
Nieraz narzekamy na zimno i śnieg a na pewno u mnie z wiekiem coraz mniej to lubię, jeżeli kiedykolwiek lubiłem. Jedno jest pewne. Jak spadnie puszysty, lekko mokry śnieg, krajobraz wygląda jak w bajce. Tak było u nas w środę i czwartek, 10 i 11 lutego. Szkoda, że nie mogłem zrobić więcej zdjęć z ciekawszych miejsc, niestety jeden musi pracować, żeby inny mógł jeść.Tak było w polskim wierszyku w komunistycznej polsce i tak powoli zaczyna się dziać w ameryce. No ale nie będę pisał o polityce, bo się zdenerwuję.
Rano o szósej byłem już w pracy. Śnieg padał przez dwa dni. W środę było bardzo pochmurno, zdjęcia więc są bez słońca. Za to dzisiaj była piękna pogoda. Niestety po powrocie do domu okazało się że było za ciepło i śnieg opadł z drzew. Nie mogę więc pokazać jak to wyglądało. Mam tylko kilka zdjeć z mojej budowy. Oczywiście żadnej budowy nie widać, bo jeszcze nie zacząłem. Ale fotki są z tamtych terenów, blisko lotniska Kenediego. Po obejrzeniu prawdopodobnie wielu wzruszy ramionami, że to taki śnieg, a u nas w polsce jak spadnie to na metry można liczyć, ale nie próbuję udowodnić że u nas więcej, tylko pokazać, że tu też pada i było pięknie. Nie piszę tu o nieprzyjemnych stronach tych opadów, trudnych warunkach na drogach, większość ludzi nie poszła do pracy, etc. To chyba pokazywane jest wszędzie w telewizji. Poniżej moje fotografie.
PS Bałwana ulepiłem sam w środę wieczór. Tak się napracowałem przy odśnieżaniu, że nie mogłem przestać i pobawiłem sie trochę jak za dawnych czasów . Sunday, January 24, 2010
Okemo Mt. znajduje sie w stanie Vermont i potrzebujemy okolo 4 godzin zeby tam dojechac. Od kilku tygodni pracowalismy nad wyciagnieciem Elaine na narty. Ostatni raz kiedy Elaine byla z nami to juz historia; okolo 15 lat temu. Nie lubila nart. Trudno ja bylo wiec teraz powtornie namowic. Ale udalo sie. Pojechalismy ze znajomymi (Malgosia, Slawkiem i Staszkiem) w piatek rano i wrocilismy w niedziele wieczor. Pogoda byla przepiekna, choc w niedziele zaczelo sie chmurzyc. Najwazniejsze, ze Elaine zalapala.
Zjezdzala odwarznie, nie marudzila i nawet niezle jej szlo. Nie zostala na zielonej laczce (tak nazywamy plaski teren dla uczacych sie) ale decydowala sie wjezdzac z nami na szczyt i choc na najlatwiejszych trasach zjezdzala bez problemu. Ani razu sie nie przewrocila. Cieszy nas to ze przelamala strach i nawet rozmawiamy o nastepnej wyprawie.
A teraz cos z naszego pobytu. Mieszkalismy w budynku z trzema sypialniami. Kazdy mial wiec osobny pokoj. Oczywiscie glowny pokoj wypoczynkowy i kuchnia. Zeby zrozumiec ta historie, musze troche wytlumaczyc polozenie tych pomieszczen. Z prawej strony kuchni i wypoczynkowego byla sypialnia Staszka. Po lewej trzeba bylo przejsc przez korytarz i byly sypialnie nasza i Malgosi ze Slawkiem. Termostat na ogrzewanie byl u nas w pokoju a drugi dla Staszka sypialni i glownego pokoju przy sypialni Staszka. Jak juz wspominalem to zdarzylo sie pierwszej nocy. Polozylismy sie spac i u mnie bylo dosc zimno wiec podkrecilem termostat na wyzsza temperature. W nocy obudzilem sie i bylo jeszcze zimniej wiec jeszcze podwyzszylem na maksa. Niestety marzlismy do konca. U Staszka bylo odwrotnie. Za goraco. Wstawal wiec cala noc i obnizal. Na drugi dzien zadzwonilismy do wlascicieli zeby sie poskarzyc i okazalo sie ze jakis idiota zamontowal tak linie, ze moj termostat byl dla Staszka pokoju a jego na moj. Tak wiec cala noc jak mie sie robilo zimno to podwyzszalem temperature i wtedy ten sie budzil i obnizal wiec ja podkrecalem. Torturowalismy sie tak przez caly wieczor. Za to dobrze sie posmialismy nastepnego wieczora.
Zalaczam kilka zdjec z naszej wycieczki.
Sunday, January 17, 2010
Tym razem troche pospieszylem sie i skonczylem film z naszego sylwestra. W tym roku dodalem kamere, ktora filmowala nasza zabawe, umieszczona w rogu pokoju. Nie jest to najlepszej jakosci film, poniewaz w pomieszczeniach bylo dosc ciemno, ale wystarczylo, zeby umiescic kilka ujec w mojej produkcji. Wiekszosc jak zwykle zdjecia, ktore sa duzo lepszej jakosci. Jak bedzie mozna zobaczyc, impreza trwala do 4 rano. Brakowalo wielu ludzi z naszej grupy, gdyz wyjechali na narty. To by bylo na tyle. Przyjemnego ogladania. Szczesliwego Nowego Roku !
.
_________________________________________________________________________________________
Saturday, January 2, 2010
Tym razem musze napisac troche wiecej niz zwykle. Wyjechalismy na wakacje z Florydy. Pogoda przepiekna. Po wejsciu na statek mielismy mila niespodzianke. Wykupilismy jedno z lepszych pokoi ale poniewaz bylismy na tym statku kilka razy dostalismy lepsze niz wykupilismy. Mimo wszystko nie spodziewalismy sie takiego luksusu. Takich "kajut" jak nasza bylo tylko kilka na statku. Sypialnia, livingroom,dwie lazienki. Jedna z umywalka i toaleta a druga z przysznicem i jaquzzi. Dwa telewizory - plazma. Balkon byl tak duzy, ze wstarczyloby na cala duza rodzine. Codziennie przynosili nam olbrzymia tace ze swiezymi owocami etc,etc. Nigdy tak nie mieszkalismy.
Pierwsze dwa dni byly na statku. Opalanie, jedzenie i zabawa do rana. Trzeci dzien wyladowalismy na wyspach Grand Cayman. Tam w porcie wzielismy wycieczke na catemaran do miejsca gdzie plywalismy z plaszczkami. Niesamowite wrazenie. Przy wspanialej pogodzie wrocilismy na statek i znow zabawa. Czwarty dzien w Hondurasie, na wyspie Roatan. Tym razem poszlismy do tropikalnego lasu, gdzie, jak zobaczycie mamy zdjecia z papugami i malpkami. Wspominalem juz o tym co te malpy ze mna nie robili. Szkoda ze Wiesia nie zlapala tego na kamerze ale wszyscy tak sie temu przygladali, ze ona zapomniala o filmowaniu. Na szczescie jest fragment, ktory zaczalem sam filmowac i jakis czlowiek, ktory na chwile odebral odemnie kamere. Dalej nie wiemy co to jest ale tak jak psy, delfiny, malpy nie chcialy mnie zostawic w spokoju. Bylo to bardzo zabawne.
Piatego dnia wyladowalismy w Meksyku, na wyspie Cozumel. Tez zobaczycie na filmie jak na Karaibach zmienia sie szybko pogoda. Wyszlismy w przyjemnej, nie bardzo slonecznej ale lekko zachmurzonej pogodzie. Niestety wystarczylo pol godziny i .... Reszte zobaczycie na. Wieczorem, w dyskotece nie interesowala nas bardzo pogoda, ale jak sie okazalo nastepnego dnia, bylo podobnie, tak ze nawet nie moglismy dobic do nastepnej, zaplanowanej wyspy. Statek, po nieudanych probach zawrocil i zaczelismy powrot na Floryde. Po kilku godzinach, pogoda zmienila sie na lepsze i do konca, korzystalismy za slonca.
W calosci, niezapomniane wakacje. Zalaczam filmik. Troche dluzszy niz zwykle, ale trudno z siedmiu dni zrobic cos mniej.
Pierwsze dwa dni byly na statku. Opalanie, jedzenie i zabawa do rana. Trzeci dzien wyladowalismy na wyspach Grand Cayman. Tam w porcie wzielismy wycieczke na catemaran do miejsca gdzie plywalismy z plaszczkami. Niesamowite wrazenie. Przy wspanialej pogodzie wrocilismy na statek i znow zabawa. Czwarty dzien w Hondurasie, na wyspie Roatan. Tym razem poszlismy do tropikalnego lasu, gdzie, jak zobaczycie mamy zdjecia z papugami i malpkami. Wspominalem juz o tym co te malpy ze mna nie robili. Szkoda ze Wiesia nie zlapala tego na kamerze ale wszyscy tak sie temu przygladali, ze ona zapomniala o filmowaniu. Na szczescie jest fragment, ktory zaczalem sam filmowac i jakis czlowiek, ktory na chwile odebral odemnie kamere. Dalej nie wiemy co to jest ale tak jak psy, delfiny, malpy nie chcialy mnie zostawic w spokoju. Bylo to bardzo zabawne.
Piatego dnia wyladowalismy w Meksyku, na wyspie Cozumel. Tez zobaczycie na filmie jak na Karaibach zmienia sie szybko pogoda. Wyszlismy w przyjemnej, nie bardzo slonecznej ale lekko zachmurzonej pogodzie. Niestety wystarczylo pol godziny i .... Reszte zobaczycie na. Wieczorem, w dyskotece nie interesowala nas bardzo pogoda, ale jak sie okazalo nastepnego dnia, bylo podobnie, tak ze nawet nie moglismy dobic do nastepnej, zaplanowanej wyspy. Statek, po nieudanych probach zawrocil i zaczelismy powrot na Floryde. Po kilku godzinach, pogoda zmienila sie na lepsze i do konca, korzystalismy za slonca.
W calosci, niezapomniane wakacje. Zalaczam filmik. Troche dluzszy niz zwykle, ale trudno z siedmiu dni zrobic cos mniej.
My juz po Sylwestrze i troszeczke oslabieni... Oczywiscie beda zdjecia ale u mnie zawsze z opoznieniem, bo trzeba troche nad tym popracowac. Bawilismy sie do 4 rano i mysle ze byla bardzo udana impreza. No ale dzis nie o tym, tylko o moich urodzinach, bo oficjalnie puszczony byl film ze zdjeciami, teraz wiec moze byc ujawniony na mojej stronie.
Jak zwykle impreza trwala do rana a niektore ze zdjec tutaj pokazuje.
Oczywiscie, mozna to obejrzec, przez klikniecie na ponizsze zdjecie.
Friday, November 20, 2009

No wiec wreszcie skonczylem sprzatac po remoncie. Zawsze cos zostanie na wiosne, ale z grubsza odwalone. Zalaczam zdjecia jak dom wyglada teraz i dla porownania kilka z przeszlosci. Zacznijmy od przodu domu.



Teraz od strony garazu. Tutaj jeszcze nie wszystko skonczone, bo bede kladl cegle na wiosne w dolnej czesci domu. W tym roku juz nie dalem rady.


No i na koniec od tylu domu i ogrodu.


Tak to wyglada. Na pewno jest czysciej, dom ocieplony no i przez kolory, weselej. No i oczywiscie nie pozwolilo i to na zaden odpoczynek przez ostatnie dwa miesiace. Ale ja chyba tak lubie.
_________________________________________________________________________________________
Monday, November 9, 2009
Image by Cool Text: Logo and Button Generator - Create Your Own

Troche spoznione, ale nie zawsze udaje mi sie wyrobic i wklejac te wiadomosci na czas. Zbliza sie nastepny Sylwester, wiec zalaczam filmik z poprzedniego. Impreza odbyla sie u nas w Cresskill i w tym roku tez mamy ja w planie. Zabawa do rana i niektorych trzeba wyrzucac. Grupa przewaznie ta sama, kilka osob doszlo (a kilka odpadlo). Milego ogladania !
Tym razem impreza odbyla sie u Malgosi i Johna Tarranto. Wiekiem podobno juz sie posunelismy ale do zabawy nigdy nie brak sil. Zreszta mozna zobaczyc to na zalaczonym pokazie slajdow. Dobrze ze daleko od nich nie mieszkamy, bo niektorych jakby policja zatrzymala za kierownica (a alkoholu troche bylo), to by im trudno byloby sie wytlumaczyc. Szczegolnie ss oficerowi i kurczkowi.
Saturday, August 15, 2009
Ostatni pobyt w polsce i spotkanie z rodzina. Tym razem odwiedzilem rodzinne miasto ojca Zagorow a takze, z siostrami i szwagrem pojechalismy odwiedzic Gniezno, Biskupin. Ten mily dzien i inne spedzone chwile w tym tygodniu przedstawia krotki slide show.
Na powyzszym zdjeciu jestesmy wszyscy, no nie tak wszyscy ale prawie!
Ponizej link na ktorym mozna obejrzec nasze wspomnienia.
POLSKA 2009
_________________________________________________________________________________________
Wednesday, January 23, 2008
Wednesday, February 7, 2007
Dwa tygodnie pozniej, po zabawie w gronie polskich przyjaciol, odbyla sie zabawa z ludzmi z mojej pracy. Impreza udala sie wysmienicie, bo amerykanie, ktorzy zwykle opuszczaja zabawy okolo polnocy, tym razem zostali do 5 rano i tez trudno bylo im wyjsc.
Slide Show
After Christmas Party 2007 - American Version
_____________________________________________________________________________________________
Tuesday, January 23, 2007
After Christmas Party 2007 - Polska wersja
Cool Text: Logo and Button Generator


Poniewaz Swieta Bozego Narodzenia sa zawsze bardzo trudnym okresem zebrania wszystkich przyjaciol w jeden dzien (zakupy,rodzinne spotkania etc), postanowilismy wiec robic impreze po swietach. Nie jestesmy w stanie pomiescic wszystkich przyjaciol, wiec znajomi z pracy bawia sie osobno. To jest polska wersja naszej imprezy ze stycznia 2007 roku.
Zabawa trwala do rana i ostatni goscie wychodzili juz w dzien. Mnie na koniec juz zabraklo sil jak widac w ponizszym slide show
After Christmas Party 2007 - Polska wersja
______________________________________________________________________________________________
Subscribe to:
Posts (Atom)






















