Thursday, August 30, 2018

Jezioro Titicaca

  Sobota, 18 Sierpień

     Kiepskie śniadanie i wyruszamy o 9 rano.
Przejazd przez miasto trwa godzinę. Większość samochodów to różnego rodzaju taksówki. Przeważnie duże, rodzaje mikrobusów. Benzyna jest tu bardzo tania a można zabrać więcej ludzi. Ulice przepełnione nie tylko autami, ale handlującymi. Po godzinie jazdy, na końcu miasta, dojeżdżamy do olbrzymiego targowiska. To jest główny powód korków. Zaparkowanych jest setki samochodów w potrójnej linii. Ruchowi samochodowemu zostaje jedna linia i trudno się przecisnąć. Po tym już jest płynnie i pędzimy do celu. Na horyzoncie pojawiają się Andy. Wierzchołki pokryte śniegiem. 



Muszą być bardzo wysokie, jeśli my jesteśmy na 4000 metrów. Dobijamy do miasteczka Huatajata.
     Nasz hotel leży nad samym jeziorem. 



Titicaca, jest najwyżej położonym  (żeglownym) jeziorem na świecie. Jest 190 kilometrów długie i w najszerszym miejscu, 80 szerokie. Zawiera także wiele wysp naralnych i wiele pływających, stworzonych przez żyjących tam Indian Uro. One są naszym głównym celem.
    Pokoje nie są jeszcze gotowe. Zostawiamy więc walizki w recepcji i wypływamy na jezioro.




 Nasza łódź motorowa, trochę już podstarzała, okazuje się historyczną. Używana była przez amerykańskiego prezydenta Cartera.
    Jest chłodno, ale przyjemnie. Według kobiet jest bardzo zimno. 
Dopływamy do naturalnej wyspy Pariti, gdzie widać jakąś wioskę.




 Przy wybrzeżu pojawiają się trzciny, które są materiałem wszystkich wyrobów tych Indian. Z nich powstają pływające wyspy, łódki, domy, meble i wyroby jak kapelusze, zabawki talerze, etc. Zakotwiczamy przy wielu mniejszych, lokalnych łodziach i wychodzimy na ląd. Nie musimy iść daleko. Pierwszy budynek to zamknięty kościół, 



później szkoła do której chodzi jeden uczeń i jest jeden nauczyciel.
Jest to umierająca wioska. Wszystko bardzo biedne i rozpadąjace. Zostali tu starzy ludzie, których dzieci opuściły, przenosząc się do wygodniejszego życia. 
    Spotykamy kilka osób. Rozmawiamy z nimi z pomacą naszego przewodnika. Robi się trochę smutno. Pierwsza para to małżeństwo. Przynajmniej są razem. 



Mówią, że dzieci wyjechały do La Paz i odwiedzają ich raz w roku. Następna starsza kobieta jest jeszcze w gorszym stanie. Jest sama. Dzieci także wyjechały.  Coś zrobiła sobie w nogę i narzeka, popłakując, że ją boli. Tutaj nie ma opieki medycznej.



 Wchodzimy na jej podwórko i jest to trochę przerażający widok. Na ziemi leżą ziemniaki, które są jej jedynym pokarmem. Zostawiliśmy jej trochę pieniędzy i się popłakała. Tutaj pojawia się co jakiś czas handlarz z małym sklepikiem, może więc coś kupić. Jak zaczniemy narzekać na naszą trudn sytuację, to trzeba pomyśleć o życiu takich ludzi.
      Wychodząc zatrzymujemy się pod kościołem na lunch. Przygotowany w hotelu i bardzo smaczny. 


   Odpływając z tego miejsca, zdaję sobie sprawę, że za kilka lat, nikogo już tu nie będzie. Miejsce przestanie istnieć.
    
   Płynąc, podziwiamy okolicę. Z jednej strony wznoszą się majestatyczne Andy. Z drugiej jezioro pokryte wieloma wysepkami. 





Po chwili pojawia się jedna z tych sztucznych, pływających. Żeby przetrwać, co roku kładzona jest nowa warstwa trzcin. Myślę, że te pod spodem, po jakimś czasie po prostu gniją. 
     Na wyspie jest kilka rodzin. Witają nas serdecznie. Zdaję sobie sprawę, że jest to częściowo sztuczne, bo liczą na pieniądze, które można tu wydać, kupując ich wyroby. Ale to lepsze niż wchodzić do sklepów, gdzie też wydajesz pieniądze a sprzedający nie są przyjemni.
     Najpierw przywitał nas szef wioski i opowiadał o ich życiu tutaj. Pokazując ich typowe dania, jajka ptaków, ktore tu zbierają, ich wyroby, etc. 



W tym czasie podeszła do nas dziewczynka. Urocza i do końca nas się trzymała.



     Po tych wykładach, dziewczyny wsiadły do ich typowej łodzi i wypłynęły na jezioro. Ja naturalnie, kręcę film. 



Także bawię się z tubylcami. Nawet zacząłem szukać żony i po zapytaniach która jest wolna, wszyscy wskazali na jedną z nich. Cała wioska klaskała i śmiała się, kiedy próbowałem z nią flirtować. 



Niestety wróciła żona.
    Po tych zabawach, zaczęliśmy się żegnać i na koniec zrobiliśmy zdjęcie z cześcią mieszkańców.




     Wracamy do hotelu. 

Tuesday, August 28, 2018

Zaczynamy wakacje w Boliwii

Piątek 17 Sierpnia.

    Przelot odbył się bez żadnych problemów, chociaż trochę długi. Najpierw 11 godzin do Santiago, Chile. Dwie godziny na lotnisku i trzy w samolocie do La Paz. Najważniejsze, że tym razem nie zgubili walizek. Jedynym nieprzyjemnym incydentem było zabranie nam masła z orzechów, które Elaine zabrała ze sobą. Ponieważ może jeść  bardzo mało produktów z powodu alergicznych reakcji, baliśmy się że mogą być trudności ze znalezieniem czegoś na pustkowiach w Boliwii. 
    Pierwsze doświadczenie po lądowaniu, to małe zawroty głowy i trudności z oddychaniem. Jesteśmy na wysokości około 4000 metrów nad poziomem morza. La Paz jest trochę niżej, bo 3600 metrów. Trudno sobie to wyobrazić numerami, więc zrobiłem mały rysunek, który lepiej pokazuje gdzie jesteśmy.



      Do centrum jedziemy dość długo. Okazuje się, że dzisiaj jest święto Flagi Narodowej i akurat przed naszym hotelem mają jakąś paradę. Zatrzymujemy się kilka ulic od niego i musimy tam dociągnąć walizki. Z zewnątrz, hotel wygląda ubogo ale wewnątrz jest już inaczej. Bardzo ładny i wygodny pokój. 
Ale już na zewnątrz jest inaczj. Taki mamy widok z okna.


Nawet sie nie rozpakowujemy, tylko wychodzimy na zewnątrz. Najpierw na taras na trzecim piętrze, gdzie pijemy kawę. 



     Dziewczyny zostają tam na relaks, ja idę na główny plac, gdzie kończy się parada. Zaskakuje mnie różnorodność ludzi tutaj się znajdujących. To tak jakby u nas kręcili się ludzie w garniturach, obok młodzi ubrani na sportowo, inni w strojach krakowskich, góralskich i biedni w podartych ubraniach. Ogólnie jednak, wszystko wygląda bardzo biednie, może oprócz kręcących się wszędzie turystów.
    Dla mnie oczywiście, najciekawsi są orginalni mieszkańcy, pochodzenia indiańskiego od Inków i innych plemion. Mężczyzn ubranych w tradycyjne stroje trudno znaleźć ale kobiet jest mnóstwo. Zabawnym obiektem, który przejęty został od Anglików jest kapelusz, melonik, który noszą kobiety. Ciekawostką jest, że jeśli jest on przechylony lekko na bok, to znaczy, że kobieta jest panną. Jeśli na czubku głowy, to mężatka. Chociaż w La Paz, kobiety noszą różne inne kapelusze i nakrycia głowy. Te meloniki to bardzo tradycyjne. Wszystkie wyglądają bardzo grubo. Dużo z nich jest, ale powodem jest także bardzo dużo warstw spódnic i ubrań. Te tradycyjnie ubrane kobiety nazywane są Cholitas. 


Chyba tak samo po polsku, bo Cholo to nazwa potomków Indian zmieszanych z rasą hiszpańską. Przykro tak pisać, ale 95 procent z nich nie grzeszy urodą.
  Duża część tubylców jest tu z powodu zarobków i handlu. Inni zajmują się żebraniem. Handel przypomina mi trochę stare czasy z dzieciństwa. Typowe targowisko. Można dostać kogucika na patyku. Tylko kogucika zastępują ich zwierzęta. Wielu sprzedawających lody, przeróżne napoje i soki z owoców. Gotowane są różne potrawy. Wszyscy mają swoje budki, stragany, lub po prostu koc na chodnikach. Trudno jest spacerować.





       Wracam do pokoju, gdzie dziewczyny się rozpakowują. Nie tracimy czasu i przewodnik zabiera nas na spacer po mieście. Pierwsze odwiedzone miejsce to ich główny plac, gdzie znajdują się budynki rządowe. Przechodzimy małymi ulicami i kilkanaście minut później jesteśmy na miejscu. W centrum dosłownie atakują nas gołębie. 



Karmimy je chwilę i wracamy do zwiedzania. Z przodu widać ładny budynek. Ratusz.


 Na szczycie jest zegar. 


Przyjrzyjcie się jemu a zauważycie, że chodzi w odwrotnym kierunku ale także cyfry są lustrzanym odbiciem naszego. Ich rząd prowadzony jest przez socjalistę, czyli lewicę. I zegar też chodzi jak on. Przewodnik mi tłumaczy, że jak rząd zmieni się na prawicowy (na co oni liczą) to zmienia się też zegar na normalny.
   Po drugiej stronie odbywa się zmiana warty przy budynku prezydenckim. Nawet po strojach tych żołnierzy widać, że to bardzo ubogi kraj. Wszystko jest troche biedne i skromne. Porównajcie sobie tą straż prezydenta ze strażą angielską przy pałacu królowej. Elaine robi sobie z nimi zdjęcie.
     

      Bierzemy taksówkę i dojeżdżamy do stacji kolejki liniowej. Miasto La Paz jest ulokowane w kotlinie. Większość budynków jest na  jej zboczach. Ponieważ drogi nie są zbyt szerokie i jazda po stromych ulicach jest trudna, zawsze są korki. Wymyślono więc i wprowadzono kolejki kablowe. Tak jak na nartach i zbudowane przez doświadczonych Austriaków. Jest ich wiele a każda linia ma inny kolor. 


To jest druga część naszej dzisiejszej wycieczki. Przelatujemy przez miasto w szybkim tempie, nie musząc martwić się o korki. Z naszego wagoniku, można  obejrzeć dokładnie całe miasto. 




Tutaj dowiaduję się następnej ciekawostki. Prawie wszystkie domy wyglądają na niewykończone. I są. Ale to z jednego powodu. Jak by je wytynkowali i pomalowali, to będą musieli płacić pełne podatki a tak nie płacą. To już trochę głupie, bo cudownie położone miasto wygląda na rozpadające się. Nie mogę sobie wyobrazić, jak mogłoby być piękne, gdyby wszystkie domu były skończone i kolorowe. 
Przy zmianie kolejek, robimy sobie zdjęcia na jednym ze wzgórz La Paz. 



      Na zakończenie spacer do hotelu. Ponownie przez ich wąskie uliczki. Wszystko jest ciekawe. Nawet ich linie elektryczne. Trochę przypominają te w Indiach. Jak w tym wszystkim może połapać się elektryk? Nie mam pojęcia. 


      Kończy się nasz dzień. Jesteśmy zmęczeni lotem i spacerem. Jemy obiad w pobliżu hotelu i wracamy do pokoju na odpoczynek.
    Ja mam jednak za dużo energii i wychodzę w nocy na rynek. Zapełniony ludźmi. Na środku śpiewa niewidomy chłopak. Ma piękny głos i ładnie śpiewa. To jednak można zobaczyć później na filmie.


Powrót z wakacji.

      Wycieczka zakończona i jesteśmy szcześliwie w domu. Chciałoby się powiedzieć, nie wiem od jakiego momentu zacząć mówiąc o tych wakacjach, tyle przeżyć, ale to jest łatwe. Po prostu od pierwszego dnia. Najpierw jednak muszę przejść przez cały materiał zdjęć i filmów, bo pisząc o wszystkim, chce je w tym samym czasie załączyć. Dni spędzone w Boliwii, przyniosły nam wiele niespodzianek. Pozytywnych i negatywnych, będzie więc o czym mówic. Krajobrazy które ogladaliśmy były odbierające oddech w płucach. I nie tylko ze względu swojego piękna ale także z braku tlenu na wysokościach jakich byliśmy. Jeżdżąc po tych wyżynach i górach, nieraz sobie pomyślałem że trochę się trzeba namęczyć, żeby obejrzeć w gruncie te same obrazy. Bo na przykład odwiedziliśmy kilka lagun. Tak nazywają je Boliwijczycy. A można to nazwać płytkimi jeziorami. Każda z tych lagun, to osobne piękno. Nie tylko że różniły się kolorami wód, ale otoczeniem. Bo samo jezioro nic nie oznacza, to tylko woda. Ważne jest otoczenie. To tak jak kobieta. Może być piękna, ale kiedy się odpowiednio ubierze, doda to swojej urody coś, co stworzy całkiem dużo piękniejszą całość.
       Miejsca w których byliśmy, zwiedzane są przez bardzo małą ilość turystów. Powodem są dość złe warunki. Ja mimo tych przeszkód, byłem w swoim żywiole. Moje dziewczyny, odbierały to trochę inaczej. Zachwycone widokami i wrażeniami, nie bardzo były zadowolone z tych negatywnych dodatków. Opisze to później. Wygląda na to, że już nie będą chciały wybrać się w podobne miejsca. Będę musiał liczyć na Mariana, albo robić to sam. 
Spróbuję jak najszybciej przejść przez zdjęcia i zacząć pisać o moich wrażeniach z podróży po Boliwii. Przeważnie zachęcam wszystkich do odwiedzenie miejsc w których byłem. Tym razem jest to tylko dla odważnych albo trochę pokręconych tak jak ja.  

Monday, August 13, 2018

Passaic River ponownie wylewa.

 Nie miałem takiego zamiaru, ale dorzucę jeszcze coś dzisiaj. Ostatnio mamy dość dużo opadów deszczu. Chociaż jest bardzo gorąco, to  często mamy poważne ulewy, szczególnie wieczorami. Wczoraj, w miasteczku blisko naszego (Little Falls), lało 5 centymetrów na godzinę i doprowadziło do bardzo szybkiego wylania rzeczki. Ponieważ, każdy ma teraz kamerę w telefonie, rzeczy, które dawniej nie były uwieczniane, teraz są. Film zrobiony jest z mostku w pobliżu sklepu z samochodami. A co się z nimi stało, to trzeba obejrzeć. Same nowiutkie. Teraz, jeśli fanatycy globalnego ocieplenia dostaną orgazmu, bo to już też słyszałem (widzisz co globalne ocieplenie robi!!!!), to nie mam zamiaru z nimi dyskutować, bo orgazmu nie wolno przerywać. Niestety ta rzeka, Passaic River, jest dość nieuregulowana i bardzo często wylewa. Znam to z powodu jej lokalizacji. Przy niej są Polskie miasteczka, jak na przykład Garfield. Tam jeżdżę często na zakupy po Polskie jedzenie. A film pokazuje bo jest faktycznie niesamowity.






Przygotowania do naszej wycieczki. Boliwia.

    Za kilka dni wyjeżdżamy na wakacje. Przez kilka dni, nie będę więc w stanie nic dodać do mojego bloga. Jak zwykle po powrocie zamieszczę moją relację z tej przygody. Tym razem będzie to zwiedzanie Boliwii. Dużo jazdy samochodem i krótkich lotów. Wolałbym tylko samochodem, ale w tym kraju drogi nie są w najlepszym stanie. Na przykład drugi lot, który będziemy mieli do Parku Narodowego Madidi zastąpi jazdę drogą pokazaną na tym filmiku. Nazywa się ona Droga Śmierci.  Ja bym się zdecydował, ale nie moje panie. Przeskakujemy więc tą część powietrzem. 

 


     Jedyna rzecz, która jest małym utrudnieniem, to pogoda. Zawsze myśli się o Ameryce Południowej, jako tropikalnej, gorącej. Duża część Boliwii, położona jest jednak na bardzo wysokich terenach. Na przykład jezioro Titicaca nad którym będziemy, leży na wysokości 3800 metrów. Przypomnę, że nasz Giewont ma wysokość „tylko” 1895 metrów.
Inne miejsce, wyschnięte słone jezioro Uyuni jest na wysokości 3656 metrów. Właśnie z tego powodu temperatury tam są dość niskie.  W dzień będzie około 13 stopni a w nocy może nawet spaść do minus. Natomiast kiedy przeniesiemy się do dżungli w Madidi, przeskok będzie do powyżej 30 stopni. Jest to o tyle problemem, że trzeba mieć bardzo różne odzienie. Natomiast ograniczeni jesteśmy z bagażem, bo linie lotnicze na tych mniejszych samolotach pozwalają wziąść tylko 19 kilogramów w każdym bagażu. Musimy więc wszystko ograniczyć.
      Pakowanie trwa i w czwartek wylatujemy. Oczekujemy niezapomnianych wrażeń w tej kolejnej wielkiej przygodzie.

Friday, August 10, 2018

Koszty życia w Nowym Jorku

   Jeden ze znajomych pytał się o warunki w jakich żyje się w Nowym Jorku. Napiszę więc o tym, chociaż będzie tu trochę matymatyki.
      Nieraz ocenia się Nowojorczyków za bogatych, bo zarobki tu są dużo większe niż w innych stanach. Ale inaczej to wygląda jak spojrzy się na całość.
    Spojrzmy na rodzinę, ojciec, matka i dziecko. Niech ojciec zarabia 100, 000 dolarów rocznie. Dla wielu wydaje się to bardzo duża suma. Także tutaj jest sumą dużo powyżej przeciętnych zarobków. Teraz żona. Niech ona zarabia 60,000. Oczywiście kobieta nie zawsze zarabia mniej niż mężczyzna, ale tak dla przykładu. Czyli razem maja 160,000 dolarów rocznie. Jak się spojrzy z polskiej strony i przeliczy na złotówki, to wyjdzie około 600,000 złoty. Wow! Dlatego wszyscy w Polsce uważają, że tu ludzie są bardzo bogaci.
     Ale jak to wygląda naprawdę. Od samego początku rząd federalny zabiera z czeku (średnia) 25 procent zarobków. Są też podatki stanowe i te zciągnęły by około 8000 dolarów. Dochodzą także miejskie, czyli 5000 dolarów. Trochę dodawania i wychodzi na to że suma nasza zmniejszyła się do 107,000 dolarów.
       Teraz musimy żyć. Zacznijmy od mieszkania. Dla takiej rodziny potrzebne jest mieszkanie z dwoma sypialniami i tu jak znajdą za 2000 dolarów miesięcznie to mają szczęście. Rocznie to 24000.  Dodać trzeba prąd, gaz, telewizję, telefon. Jeżeli żyją wyłączając każdą niepotrzebną żarówkę, tylko podstawowe programy telewizji i prosty telefon (ja płacę za swój i córki 200 dolarów miesięcznie) to i tak najmniej  płacić będą 300 dolarów miesięcznie czyli następne 4000 rocznie (uśredniam, żeby było łatwiej liczyć). W tej chwili zostaje im 79,000 dolarów.
      Mają jeden samochód, żeby dojechać do pracy. Utrzymanie samochodu, ubezpieczenie, opłaty benzyny, przejazdy przez mosty dociągnie się łatwo do sumy 10,000 rocznie, przyjmując, że mają kiepskie auto, jak możliwe omijają płatne mosty i mają nie pełne ubezpieczenie. Zostaje nam 69,000. Żona dojeżdża publicznymi autobusami lub metrem i miesięczny bilet to 125 dolarów czyli 1500 rocznie.
    Większość mniejszych firm nie daje już ubezpieczenia na zdrowie a jak dają, to pokrywa tylko część kosztów. Jeżeli ktoś wykupuje jakieś kiepskie, musi wydać 5000 rocznie. Ale w takich wypadkach za wielu lekarzy nie będzie miał zwrotów, albo częściowe. Można spodziewać się dużych wydatków w razie choroby ale przyjmijmy że są zdrowi. Jesteśmy już na 62,500.
    Wyżywienie. Ponownie zejdźmy do bardzo osczędnego życia. Ponieważ obydwoje pracują, nie ma dużo gotowania w domu. Teraz dla przykładu. Jeśli taka rodzina wypija w ciągu tygodnia dwa litry mleka to samo mleko na rok kosztuje 150 dolarów. Przy tym bardzo skromnym życiu, będą musieli wydać 15000 dolarów. Zostaje 47,500. Dodam że musi być to rodzina bardzo chuda i nie jedząca deserów, lodów, nie paląca papierosów, nie pijąca alkoholu, nie wychodząca do lepszych restauracji i nie robiąca żadnych przyjęć i spotkań z przyjaciółmi. Chyba że chodzą odwiedzać innych i do tego nic nie zanoszą jako prezent a sami nie zapraszają. A tacy też są.
     Ubrania. Chodząc do najtańszych sklepów, zmieniając tylko podarte ubrania powiedzmy że wydadzą dla łatwego liczenia 7500. Zostaje 40,000.
Teraz te wszystkie rzeczy które kupują, także są opodatkowane i wynosi to 8.87 procent.  Dziecko musi być oddane do przedszkola a to średnio kosztuje 2000 miesięcznie. Zmniejszmy to o połowę bo ktoś im pomaga to następne 10000 dolarów. Trzeba dodać wszystkie chemiczne rzeczy, pranie, wyposażenie domu. Tutaj spadliśmy do 20000. Czyli tyle nam zostaje na dodatkowe rzeczy.
      I znów ktoś w Polsce przeliczy że to więcej niż oni zarabiają na rok.
Różnica jest tylko taka, że ja podałem dość dobre zarobki. Dla przykładu minimalna wypłata w naszym mieście wynosi 13 dolarów na godzinę, czyli 27,000 rocznie.   Mogą być więc rodziny które zarabiają 60000 wspólnie.
Do tego wszystko wyliczone do minimum. Nie chodzą oni do kina, nie jeżdżą na wakacje, nie odwiedzają żadnych atrakcji, muzeów, nie kupują dzieciom zabawek, mają dwudziestoletni telewizor i komputer, etc, etc. 
        Muszę dodać, że to co opisałem, jest wymogami człowieka, który ma w pewnym sensie normalne życie. Można żyć poniżej tego. Mieszkać w jednym pokoju w dzielnicy gdzie jest duża przestępczość. Jeść ryż i chleb. Nie zmieniać ubrań do momentu ich rozpadnięcia. Tak też tutaj żyją. Nie dziwne jest więc, że wielu nie potrafi wyżyć  w takim mieście przy podstawowych zarobkach i decyduje się na szukanie państwowej pomocy. Kiedy się nie pracuje, dostaje się za darmo mieszkanie, kartki na żywność (w takiej ilości, że mają dużo więcej niż przeciętny, pracujący obywatel), za darmo telefon i wiele innej pomocy.
     Są też bardzo bogaci, ale gdzie ich nie ma. Przeliczanie innych ludzi pieniędzy jest więc bardzo złą rzeczą. Nie zawsze wygląda to tak pięknie jak my to widzimy. Nigdy nie wiemy jakie oni mają problemy. Trzeba się więcej skupić nad swoim życiem i co możemy zrobić żeby je poprawić. Zawsze jest jakieś wyjście ale trzeba je umieć znaleźć. Dlatego na przykład wielu Polaków wraca na emerytyrę do Polski. Tutaj po przepracowaniu wymaganych lat i odejściu z pracy w wieku 66 lat, osoba taka otrzyma 45000 rocznie. Zostaną oni opodatkowania i zostanie im jakieś 30000. Czyli skazana jest na biedę, jeśli nie zadbała o jakieś inne formy, na przykład oszczędności. Ale wracając do Polski te pieniądze zmieniają się w około 100000 złotych czyli 8500 złoty na miesiąc a to dużo, dużo więcej niz średnia w Polsce. Można więc spokojnie żyć. Nie wszyscy jednak mają takie możliwości. 
      Jest to jednak powodem, że Nowojorczycy szukają takich wyjść. Bardzo dużo wyprowadza się do tańszych stanów z mniejszymi podatkami. Wielu wyjeżdża do innych krajów, szczególnie Ci, co mają jakieś inne korzenia. Udając się do Portugalii, Hiszpanii można spotkać domki nad morzem, których właścicielami są ludzie którzy mieszkali w Nowym Jorku. 
    Ale to też nie jest takie proste, bo wiążą nas już inne rzeczy. Rodzina, znajomi, przyzwyczajenia i zmiany takie są bardzo trudne. Chyba że ktoś o to nie dba, wtedy decyzja jest łatwa.

Wednesday, August 1, 2018

Prawda o Partii Demokratycznej

Powrót do polityki. Dlaczego Partia Demokratyczna to olbrzymia grupa hipokrytów? Najpierw przytoczę tu kilka faktów.
Zaczniemy od historii. Historii, której nie zna większość obywateli tego kraju.
- W 1857 roku, kontrolowany przez demokratów sąd najwyższy, zatwierdził dokument, znany pod nazwą Dred Scott Decision, który stwierdzał, że czarni nie są ludźmi, tylko własnością i z tego właśnie powodu, nie mają żadnych praw.
- 1861 roku, partia demokratyczna stworzyła flagę konfederacką, która w tych czasach jest niszczona i usuwana z miejsc publicznych, właśnie przez demokratów.
- W latach 1860-tych, został stworzony Ku-Klux-Klan (przez demokratów), którego celem, w początkowej fazie, było mordowanie członków partii republikańskiej (czarnych i białych). Na przykład w 1871 roku, republikański senator John Winsmith, został postrzelony 6 razy przez Ku Klux Klan (przeżył), za jego walkę o prawa dla czarnych.
- W 1866 roku, Kongres kontrolowany przez Republikanów, wydał dodatek do Konstytucji o zabronieniu niewolnictwa w USA.
- W 1830 roku, Prezydent Jackson (demokrata) podpisał Indian Removal Act, co pozwalało wyłapać Indian żyjących na wschód od Missisipi i ulokowania ich w wyznaczonych obozach.
- W tym samym czasie, sąd najwyższy wydał decyzję o wolności Indian Cherokee, ale ten sam prezydent odrzucił to prawo. Szczep ten został okrążony i pod bronią usunięty z ich terenów. W czasie tej wędrówki co czwarty z nich zmarł z wycieńczenia.
- W latach 1840, partia demokratyczna przyjęła doktrynę, Manifest Destiny, która przyznaje białym ludziom całkowitą władzę nad Amerykańskim kontynentem.
Teraz na pewno demokraci by powiedzieli. Ale się przypierdzielasz. To było tak dawno. Teraz się liczy. Można tak na to patrzeć, ale można to widzieć pod całkowicie innym kątem.
W ciągu tych 200 lat, demokraci po prostu przenieśli swoje działania z jawnego rasizmu do ukrytego. Jest to taktyka używana do kontrolowania mniejszości w Ameryce. Przenieśli się z rzeczywistego niewolnictwa na plantacjach, aby upewnić się, że rasy mniejszościowe pozostają na „plantacjach” rządowej pomocy. Tak mogą łatwo ich kontrolować, ponieważ są od nich uzależnieni. Szybko są
rzucane slogany o przeciwnej partii republikańskiej. Oni są rasistami, nienawidzą kobiet, wykorzystują biednych.

Tymczasem Republikanie od początku istnienia, walczyli o prawa samostanowienia mniejszości. Nie obiecując im, że rząd się nimi zaopiekuje. Są wierni od początku swojej filozofii, która pozwala ludziom mieć możliwość zaopiekowania się sobą, sporządzenia własnej drogi, własnego przeznaczenia i żeby dobrze prosperować a nie tylko przeżyć na pomocy rządowej. Przy tym wielu może stać się bogatymi i to też jest wykorzystywane przez Demokratów jako coś bardzo złego.

Na codzień spotykamy się z ich hipokryzją. Wszystko jest dobre, jeśli prowadzi do ich władzy. A władze mają tylko jak ściągną do siebie tłumy wyborców. Nie ważne jest dobro kraju. Rozdawanie, oskarżanie innych, kontrola.
- ustalają zwariowane prawa które nas ograniczają na codzień. Nie wolno palić papierosów. Hip hip huray. Robią to dla Twojego zdrowia. Teraz wydali prawo, że nie wolno już palić w swoich mieszkaniach. Na przykład w budynku mojej córki. Powinni założyć kamery, żeby sprawdzać.
W tym samym czasie wydają prawo, że palenie marihuany (było, nie było to narkotyk) staje się wszędzie legalne. Bo to zdrowe?
- Nie wolno wydawać kary śmierci. To nie ludzkie. Więc mordercy, którzy pozbawili życia kogoś nam bliskiego, żyją na naszym utrzymaniu przez dziesiątki lat. A bardzo często wypuszczani za „dobre sprawowanie”. Ale Ci sami ludzie którzy tak myślą, głosują za legalnym usuwaniem ciąży i opłacanym przez nas samych, czyli darmowym. I tu nie piszę o tym bo jestem temu przeciwny. Moje zdanie jest proste. To zależy od kobiety, która jest w ciąży. Ale jeżeli bronimy morderców przed karą śmierci to jak można skazywać niewinne, nienarodzone dzieci tą samą karę? Obrzydliwi hypokryci.
Nawet w moim wieku, zdarza mi się wchodzić do baru, gdzie żądają pokazania dokumentu tożsamości. Nie mogę załatwić niczego ważniejszego bez takich samych dowodów. Ale według partii demokratycznej, do głosowania na prezydenta nie trzeba czegoś takiego mieć? Tlumaczą to, że uderza to w biednych, których nie stać jest na wyrobienie takiego dokumentu? To jak oni załatwiają karty kredytowe, telefon, płacą rachunki? Wiadomo że to jest niemożliwe bez tych dokumentów. Więc je posiadają. Chodzi tylko o kontrolowanie wyborów, gdzie mogą oddawać głosy Ci którzy takich praw nie mają.
Kiedy mnie zatrzyma policja, muszę się wykazać odpowiednimi dokumentami a nielegalni takich papierów nie mają. Według filozofii demokratów, ich aresztować nie można, bo musimy im pomóc? Ale mnie, który pracował całe życie i płacił podatki wsadzić za kratki można!

Coraz więcej się słyszy o wypadkach ataków na obywateli popierających Trumpa. Nawet fizycznych. Szczucie takie odbywa się nawet wśród znanych polityków. Sarah Sanders, sekretarz prasowy prezydenta, została wyproszona z restauracji i odmówiono podania jej posiłku. Właśnie z powodu jej poglądów. Wszyscy demokraci nie zabrali głosu na ten temat a wielu popierało takie akcje. Oficjalnie. Gdyby to zdarzyło się demokratom albo czarnemu to partia demokratyczna mówiła by o tym przez lata a restaurację by zamknięto. To jest wolność i równość?
Podobnych przykładów jest tysiące. Trudno tu wszystkie wymienić. Nie można zgodzić się z żadną partią, demokratyczną czy republikańską, która widzi tylko swoje racje. Nie można mieć szkół, w których bije sie studentów, którzy popierają partię republikańską. Nie można mieć rządu, w którym prezydent reprezentujący jedną partię ma seks w Białym Domu i nie jest to problemem a ten z innej, bez dowodów oskarżany jest o dyskryminacje kobiet.

Hipokryzja jest chorobą nieuleczalną i szkodliwą. 
Rzeczywistość jest taka: prognozy dla przyszłych pokoleń nie jest obiecująca, jeśli nadal będziemy pozwalać radykalnym ideologom okaleczyć naszą armię, konstytucję, organy ścigania i prezydenta. A właśnie to robi partia demokratyczna. Nie zgadzać się z kimś to jest nasze prawo. Tak jak ja nie zgadzałem się z rządami Obamy. To nie znaczy że organizowałem napady na tych co go popierali. Trzeba było przyznać się do porażki i próbować wygrać następne wybory, co się stało. Ale oni nie potrafią przegrywać.