Friday, August 25, 2017

Glen Canyon

  Wycieczki następnego dnia stają pod znakiem zapytania. Miał być on dniem odwiedzin The Waves i ich okolic. Nie dało się jednak nic zalatwić przez telefon. Okazuje się że aby się tam dostać, trzeba jechać do miasta w Utah, około 120 kilometrów od nas. Tam złożyć podanie o pozwolenie i niewiadomo, czy takie dostaniemy. Waves znajdują się około 50 kilometrów od nas. Nie decydujemy się na taki zwariowany pomysł. Moglibyśmy spędzić dzień w samochodzie i nic nie zobaczyć. Organizuję więc coś na kolanie. Obok nas jest droga do parku Glen Canyon. Pytamy trzech ludzi tutaj pracujących i żyjących ale nikt nic nie wie na temat i co tam można zobaczyć. Nic nam nie pozostało tylko jechać w ciemno.
    Pierwsze przystanek jest zaraz przy drodze. Jesteśmy sami. Większość turystów jest w tych najpopularniejszych terenach. Tutaj widać ile jest dziwnych i pięknych miejsc o których nikt nic nie wie lub do których nie można się dostać. 





 


 

     Po spacerze i zdjęciach jedziemy dalej. Znajdujemy się w dolinie, przez którą przepływa rzeka Colorado. Dawno temu jeden z białych twarzy, zbudował tratwę i miejsce przeprawy na drugą stronę rzeki. Zostało kilka rzeczy po nim. Rozpadnięty domek,


Części maszyny parowej, ciągnącej prom.


 Colorado nie jest łatwą rzeką do przebicia się na drugi brzeg.
     Najpierw chłodzimy się w lodowatej wodzie. Robimy długi spacer jej brzegami. Nasza strona jest płaska, z piaskiem. Ta druga to skały. Widać przepływające tratwy po wzburzonych wodach. Szkoda że zabraknie nam czasu na taki spływ.


 
  
    Wspinamy się pod góry. Jak zauważyliście nie mamy problemu z chodzeniem w każdym kierunku. Ha, ha. Nie, nie. Indianie się nie zlitowali. To jest park stanowy i można tu deptać piach.
      Weszliśmy na wzgórza, które zaskakują nas swoimi kolorami. Skały są tu w oddcieniach czerwonego i zieleni. Następna poważna wspinaczka. Wypijamy po kilka butelek wody.





     Wyjeżdżamy z parku. Czas na drugie miejsce na mojej liście. Wracamy do miasteczka Page. Tylko kilkanaście minut od jego granic, wjeżdżamy na parking. Dziesiątki samochodów. Prażące słońce. Ostrzegawcze napisy o jego niebezpieczeństwie. Tłumy ludzi, połowa to Chińczycy. Długa piaszczysta droga pod górkę. Wielu z nich nie wytrzymało tej gorączki i odpoczywa na poboczu a inni potrzebują pomocy.
    Dochodzimy do miejsca gdzie widać nasz cel. Teraz troche z górki i jesteśmy.
Horseshoe Band, czyli zakręt podkowy.




      ...........   To była ta cisza w której musiałem postać, żeby zachwycić się tym widokiem. Jest tu jednak trochę nieprzyjemnie. W środku podkowy, na szczycie którym jesteśmy jest kilka wielkich kamieni. Na każdym dziesiątki ludzi próbujących zrobić sobie zdjęcie. Jeżeli im się nawet uda, to są zawsze w towarzystwie wielu innych. Dziwne, bo nasz krótki spacer w lewo i jesteśmy prawie sami. Tam bawimy się w fotografowanie miejsca i nas na jego tle. Co można powiedzieć. Zdjęcia chyba to przekarzą.




    Wszyscy po tych sejach fotograficznych wracają do samochodów. Nadchodzą następni. My idziemy na wspinaczkę w prawo. Tam są już poważniejsze skały. Stajemy na krawędziech spoglądając w dół. Zabwne jest to, że ja mam lęk przestrzeni a tutaj Wieśka wpada w panikę. Co chwila krzyczy na mnie i Elaine, że stajemy za blisko. Zaczyna nas nawet to irytować, bo ona jest zawsze z tych, którzy ryzykują. Także w tym miejscu nie odmawiamy sobie przystanku na herbatę i ciastko. Tutaj już jesteśmy sami.





    Teraz mogę uznać, że dzień ten nie był stracony. I następny haczyk, następne miejsce skreślone z mojej listy.

Thursday, August 24, 2017

Monument Valley

     Zrobienie dobrych zdjęć to sztuka i dużo mi brakuje do tych co to potrafią. Będąc w miejscu jak Arizona dochodzi jeszcze jeden problem. Chciałoby się mieć zdjęcie z pięknymi miejscami. Żeby je jednak dokładnie złapać w obiektywie, trzeba je oddalić. Wtedy oczywiście nie widać nas. Tylko malutkie postacie. Zbliżając, widzimy siebie, ale tracimy całe piękno tego miejsca. Myślę że ważniejsze są te miejsca i dlatego wiele zdjęć jest z nami ale w bardzo dużej odległości.
        Dzisiaj jedziemy w tereny, które były na mojej liście miejsc, które muszę zobaczyć. Monument Valley. Każdy kto lubi westerny wie o czym mówię. Tam odbywały się akcje w najsławniejszych filmach. Szczególnie lubił tu filmować John Wayne.
      Do parku trzeba wykupić bilety. Niestety, ponownie jest to ziemia Indian. Jechać tam można tylko jedną drogą i przystawać w wytyczonych miejscach. Wszędzie widoczne są napisy, że nie wolno chodzić po tych ziemiach. Trzeba ich zrozumieć. Jak by tak wszyscy chodzili po tych kamieniach i piaskach, to by sie piach ubrudził. W miejscach przeznaczonych na parkowanie samochodów, ustawionych jest wiele stołów i Indianki sprzedają tam ich wyroby. Obserwują też uważnie turystów i zawracają krzykiem jak ktoś wyjdzie za daleko.
     Ten drobiazg nie zabierze jednak nikomu przyjemności podziwiania krajobrazu. Podobnych miejsc jest więcej w okolicach, ale skały są pojedyncze. Tutaj jest ich dziesiątki, setki. Wystające z płaskiego terenu o niesamowitych kształtach. Przypominały mi się sceny z filmów.












    Nie ma tu dużo do opisywania. Trzeba to zobaczyć. Zdjęcia są ładne, ale nie odtworzą one prawdziwego piękna krajobrazów.

    Na jednym z przystanków, postanowiliśmy złamać regulamin. Obeszliśmy trochę za skałami i poszliśmy na te wzgórza. Dopiero kiedy byliśmy dobrze na górze, sprzedająca Indianka zauważyła nas i zaczęła wykrzykiwać, że mamy natychmiast wrócić. No i bardzo grzecznie wróciliśmy, ale co nasze to nasze. Mieliśmy frajdę wspinania się na szczyt.




      Spędzilismy tam wiele godzin. Trzeba było nacieszyć oczy tymi widokami. Mogłem też postawić haczyk przy następnej nazwie miejsc które udało mi się zwiedzić.
    Przy wjeździe czy wyjeździe z parku jest hotel. Chciałem tam dostać pokój, ale są one zarezerwowane prawie na cały rok. Okna pokoi skierowane są dokładnie na tą dolinę. Dlatego jego nazwa to View, czyli Widok. Zatrzymaliśmy się żeby skorzystać z toalety i odkryliśmy, że jest tam jedna „ścieżka”, którą można „pospacerować”. Natychmiast ruszyliśmy w drogę. Byliśmy sami. Temperatury przekraczały już 40 stopni. Początkowo było łatwo i płasko ale od połowy drogi to już niezła wspinaczka. Bardzo zmęczeni, chcieliśmy przystanąć na chwilę ale nie można było znaleźć kawałka cienia. Na szczycie zauważyłem olbrzymi kamień. Wdrapaliśmy się z trudnością do niego i miałem rację. Z jednej strony mogliśmy ukryć się przed słońcem. Tam zrobiliśmy sobie mały piknik. Zawsze nosimy ze sobą termos z herbatą i kilka ciasteczek. Pijąc, jedząc podziwialiśmy widoki ze szczytu tej gory.
    




     Droga powrotna ciągnie się przez podobne okolice. Jedziemy do następnego hotelu. Tam będziemy mieszkać trzy noce. Tym razem tylko dwie i pół godziny. Przed dojazdem zatrzymujemy się w największym mieście w okolicy, Page. Prawdę mówiąc to jedna główna ulica. Ale jest tu kilka restauracji. Wpadamy do Meksykańskiej. Ładne miejsce i bardzo dobre jedzenie.


    Do hotelu mamy 40 minut. Tak naprawdę to nie Hotel, ale Motel. Wszystko tu jest własnością Indian. Nie jest wysokiej klasy, raczej kiepskiej. Nie ma internetu, telewizja to trzy kanały, mydło to kawałek czegoś co się nie pieni, nie ma możliwości zrobienia kawy, czy herbaty. Ale najważniejsze że czysty i wygodne łóżka.
     Najpiękniejsze to lokalizacja. Jesteśmy na pustkowiu. Wokół nas gory.




 Żadnego miasteczka, tylko ten hotel. Najbliższe miejsce z ludźmi jest przynajmniej pół godziny od nas.

Wednesday, August 23, 2017

Na drugi koniec Arizony

Będąc w tak gorących miejscach, powinno wstawać się bardzo wcześnie i wykorzystywać poranny chłód. Tutaj temperatury w południe przekraczają 40 stopni a w nocy jest tylko 15-cie.
Jesteśmy jednak na wakacjach i trudno powstrzymać się przed delikatnym lenistwem. Wstajemy więc o godzinie ósmej. Jeszcze w hotelu jemy smaczne śniadanie. Zabieramy samochód i ruszamy w drogę. Zdecydowałem się w pierwszy dzień przejechać w najodleglejszy koniec Arizony, żeby z powrotem było przyjemniej (z przerwami). Mamy przed sobą 650 kilometrów. Robimy jednak przystanek. Najpierw przejeżdżamy obok Hoover Dam, czyli sławnej zapory Hoovera. Nie zatrzymujemy się, bo nie mamy czasu. Po godzinie dojeżdżamy do Black Canyon. Parkujemy przy samej rzece Colorado. Tam dostajemy zarezerwowane kajaki i wypływamy.
   Rzeka jest bardzo szeroka ale w tym miejscu dość spokojna. Nie ma więc problemu walki z jej nurtem. Ta część kanionu nie jest tak spektakularna jak główny Grand Canyon ale jest bardzo przyjemnie.


Niestety nie będziemy mogli się wykąpać bo temperatura wody jest dosłownie zimowa. Po godzinie płynięcia pod prąd znajdujemy w skałach małe jaskinie. Zatrzymujemy się tam na chwilę i relaksujemy.


Najpiękniejsza jest tu sama woda. Jej kolor. Kiedy jest płytko widać wyraźnie jej szmaragdowy kolor.



 Oczywiście od pierwszego dnia mamy ze sobą butelki z wodą. Przy tych temperaturach jest to niezbędne.
    Jak się później okaże, robienie zdjęć w większosci miejsc będzie wyzwaniem. Słońce jest bardzo ostre. Nie ma możliwości wybrania kierunku. Stajemy w danym miejscu i chcąc złapać coś ważnego w kadrze kamery, muszę robić zdjęcia pod słońce. Każdy kto bawi się w fotografa, wie że trudno jest zrobić fotkę dobrej jakości w takich sytuacjach.
    Powrót do przystani to następna godzina. Nie możemy pozwolić sobie na dodatkowe atrakcje bo czeka nas następne 6 godzin jazdy.
    Tak zakończyłby się nasz dzień. W samochodzie. Ktoś mógłby powiedzieć że to starta czasu. Ale nie jest to prawda, kiedy jedzie się przez Arizonę. Na początku tereny były trochę nudniejsze, ale im dalej tym piękniej. W aucie cały czas słychać och and ach. Większość skał i gór tej części stanu jest w barwach czerwieni. Tak samo ziemia jest tego koloru.


W północnej części Arizony nie ma dużo kaktusów. W południowej są parki narodowe nimi pokryte. Tutaj sporadycznie wystają na wypalonych terenach. Reszta to trawa, drobna roślinność. Nie dziwota, że konie tutaj są dużo mniejsze od naszych. Wyglądają jak duże kucyki. Jednak to nie fauna tworzy urok krajobrazów, lecz góry. Jadąc po płaskim terenie mamy przed soba drogi proste jak strzały, znikające gdzieś na horyzoncie.


W chwili dojazdu do gór zmieniają się one w fantasycznie powykręcane, szukające miejsca do przedostania się na drugą stronę. Musiała to być niesamowita praca, żeby wybudować te drogi w tak dawnych czasach.
    Przejeżdżamy też przez najsławniejszą o numerze 66. Była ona pierwsza która przekroczyła ten kontynent.

    Dobijamy do miejsca już o zmierzchu. Odłożenie walizek i przyjemna część wypełnienia żołądków w hotelowej restauracji.

Tuesday, August 22, 2017

Las Vegas

   Podróż do Las Vegas przebiegła bez żadnych komplikacji. Dolecieliśmy pod wieczór. Odebranie samochodu zajmuje około godziny. Potem szybki dojazd do centrum miasta. W chwili wyjścia z samochodu był jeszcze dzień. Tym razem mieszkaliśmy w Cesar Palace.





 Hotele są tutaj olbrzymie. Każdy z nich to jak małe miasteczko. Nawet gorzej, bo nie ma jedenj ulicy tylko setki różnych korytarzy. Parter to same kasyna. Tysiące ludzi siedzi przy maszynach i stołach gier, tracąc fortuny.


Ciekawa historia. Znam człowieka, który był właścicielem firmy budowlanej. Mój kolega pracował dla niego bezpośrednio. Latali często prywatnym samolotem, właśnie do Las Vegas. Paul grał tylko dla zabawy ale tamten wydawał setki tysięcy i wiecej. Znali go już tam dobrze, bo natychmiast dostawał kredyt. Nie musiał nawet wydawać swoich pieniędzy. Spłacał to po jakimś czasie. Raz byłem tam, właśnie z Paulem. Poszliśmy do restauracji z żonami. Przy stole podaliśmy informację, że jesteśmy przysłani  przez tego człowieka. Wszystko dostaliśmy za darmo. Przy stole przez cały obiad stał kelner, który podawał nam wszystko czego sobie zażyczyliśmy. Z szampanem włącznie. Niestety wpadł on tak głęboko w ten hazard, że przegrał wszystko co miał. Oczywiście zbankrutował. Nie może jeździć do Las Vegas, bo dobrali by się do niego. Nie oddał im wielu milionów dolarów. Kilka lat temu dostałem nowego operatora maszyn i okazało się, że to on. Pracuje fizycznie. Nie narzekał. Mówił że przeżył piękne chwile i nie ma żalu do tego co się stało.

    Trzeba więc dobrze się pilnować, żeby nie wpaść w gorączkę złota. Jak się zacznie to trudno przerwać. Szczególnie, że zaprogramowane jest to w perfidny sposób. Zawsze w okolicy ktoś coś wygra. Natychmiast włączają się różne alarmy i wszyscy wiedzą, że komuś się powiodło. Wracają podnieceni do gry i tak hotel zarabia miliony. My nie przyjechaliśmy bawić się w to ryzyko. Byłem tu kilka razy i zawsze udało mi się coś wygrać. W chwili wygranej, nie ważne jakiej, zamykałem bisnes i wychodziłem z kasyna. Tym razem nie ryzykowałem. Zostawiliśmy walizki w ładnym pokoju. Wieśka poszła spać. Źle się czuła. Ja z Elaine wyszliśmy na miasto. Na zewnątrz był już wieczór. To lepiej, bo Las Vegas wtedy właśnie wygląda najpiękniej. Pochodziliśmy po głównej ulicy, oglądając światła głównych hoteli. Wystawała tam wieża Eifla, Empire State Building z Nowego Jorku, piramida egipska i setki innych niezwykłych budowli.





Wszędzie olbrzymie świetlne reklamy. Tutaj można załapać się na przeróżne koncerty i występy artystów. Wystepują tu codziennie grupy, które od dawna starciły popularność. Każdy jednak może znaleźć sobie to co lubi. Wielu piosenkarzy jest świetnych, tylko już nie tak bardzo popularnych.
      W wielu miejscach stoją mężczyzni, którzy wykonują ten sam gest. W jedenej ręce mają plik reklamówek a w drugiej tylko jedną i uderzają nią w tamte. Są to reklamy prostytutek i miejsc szczególnych zabaw. W tym stanie jest to legalne. W hotelach chodzi też bardzo wiele pięknych pań i nasze dobre męskie oko i węch daje nam znać że to panie do wzięcia.
     Po spacerze weszliśmy do hotelu Wenecja. Pięknie wygląda z zewnątrz.



Już tam zaczynają się kanały wodne, po których pływają gondole. Olbrzymie korytarze, wygladają jak ulice. Sufit zrobiony jest tak, że idalnie zastępuje niebo w czasie zmierzchu. Tak też wygląda główny plac Wenecji.



Można tam znaleźć wiele restauracji. I my zatrzymaliśmy się w jednej z nich na obiad. Elaine zamówiła danie z krewetkami. Bardzo je lubimy. Po otrzymaniu dania troszkę się jednak przestraszyła i nie była pewna jak to jeść. Były one bardzo duże. Miały wszystkie „nogi” i wyraźnie wystające, wybałuszone oczy.

    Wróciliśmy do hotelu po 23-iej. Wcześnie rano udajemy się na pierwszy dzień przygód.

Monday, August 21, 2017

Arizona

        Następne, niezapomniane wakacje dobiegły końca. W tym wypadku były one bardzo krótkie, bo 5 dni, ale zaplanowałem je tak, że wypełnione były atrakcjami do ostatniej godziny. Oczywiście zanim dojdę do zdjęć, muszę mieć trochę czasu. Dzisiaj chciałem opisać ogólne wrażenia. Byliśmy już w tych okolicach. Większość czasu spędziliśmy jednak w stanie Utah. Arizona znajduje się na południu od niego. Chociaż byliśmy bardzo blisko odwiedzonych poprzednio terenów, jest to całkowicie inny świat. Utah to tereny górzyste. Najpiękniejsze jakie można sobie wyobrazić. Poruszając się tam w większości czasu, znajdujemy się między górami, pagórkami. Widzi się więc bardzo dokładnie piękno tych malowniczych krajobrazów. Arizona jest inna. Stając na jakimś szczycie, ogląda się widoki z najpiękniejszych filmów, bajek. Jak Bóg tworzył świat, to tutaj bawił się w artystę i miał dużo cierpliwości. Jak przeszedł do naszych krajów to trochę się znudził i spieszył się z pracą. Olbrzymie płaskie, prawie pustynne, wypalone przez słońce tereny. Po lewo, prawo, gdzieś w środku, wyrastają skały, góry o niesamowitych kształtach. Przez miliony lat wypłukiwane przez wody, erozję powietrza tworzą rzeźby, których nie powstydziłby się największy artysta. Oprócz tych gór tereny porozdzierane są setkami kanionów. Większość jest teraz sucha. Ożywiają się tylko w czasie ulewnych deszczy. Tylko główny i największy, także najbardziej znany, Glen Canyon, wypełniony jest wodą. Zaczyna sie od jeziora Powell. 
    Dokładniej opiszę to w czasie pokazywania zdjęć. Każdy skrawek tych terenów to cud natury.
Treaz o nieco mnie przyjemnej części naszych wakacji. Północno - wschodnia część Arizony należy do Indian Nawaho. I tutaj zaczyna się problem. Rozumiem że są to ich tereny. Ale podróżuję po całym świecie i wszystkie tereny do kogoś należą. Każdy dba o nie. Jedni mniej, inni więcej. W Stanach jest pełno narodowych parków które są bardzo zadbane i pod ochroną. Wszędzie można jednak gdzieś pochodzić i pooglądać. Kilkadziesiąt kilometrów na północ w stanie Utach, mogliśmy chodzić i podziwiać ich piękno. Tutaj Indianie uważają, że nikt nie ma prawa wejścia na ich ziemie. Są tylko wytyczone skrawki na które wpuszczają. Każda, nawet najmniejsza droga otoczona jest drutami kolczastymi. Nie można przystanąć i przejść się po okolicy. Jechaliśmy nieraz wiele godzin i nie było jednego miejsca na przystanek i spacer.
Wiele innych, bardzo pięknych można obejrzeć za ich pozwoleniem. Ale to nie jest tak jak inne narodowe parki, gdzie wjeżdża się za opłatą i można z nich korzystać. Tutaj trzeba składać petycje o pozwolenie. Tak na przykład nie dostaliśmy się do miejsca które bardzo chciałem zobaczyć - The Waves. Okazało się że trzeba prosić o pozwolenie kilka dni przed dniem odwiedzin. I nie zawsze się je dostanie. Są inne (Np. Antelope Canyon), gdzie po otrzymaniu takiego pozwolenia (dostałem je trzy dni przed wycieczką) zawożą Cię ciężarówkami i jest tam tylu ludzi, że trudno się przecisnąć). Trudno zrobić sobie zdjęcie. Trudno nacieszyć się widokami tego cudu, bo obija się od Ciebie setki ludzi. Powodem tego jest to, że wszystkie inne miejsca są zabronione do odwiedzin. Każdy idzie więc do tych pięciu, które są otwarte dla zwiedzających. Za olbrzymią opłatą. Ten Canyon kosztował nas 150 dolarów, za godzinę w tłumie ludzi. W parkach krajowych płaciliśmy 25 dolarów za tydzień zwiedzania w dowolnych godzinach. Nie ma też żadnych infromacji o turystycznych atrakcjach. Ponownie porownując to z innymi stanami. W każdym hotelu, sklepach są broszurki. Gdzie jechać, co zobaczyć. Tutaj nie ma nic. Jechaliśmy z hotelu do hotelu i nie znalezliśmy jednej reklamy, mapy. Pytać się pracujących tam Indian to starata czasu. Na każde pytanie była jedna odpowiedź. Ja nie wiem! Czy jest tu miejsce, gdzie można pochodzić? Ja nie wiem! Jak dojechać do pobliskiego parku? Ja nie wiem!
      Bardzo nieprzyjemni. Leniwi! W Starbucks chcieliśmy kupić kawę. Przed nami staly dwie pary turystów i Indianka. Po dziesięciu minutach pary zrezygnowały z czekania. Ja też. Wieśka z Elaine wytrwały. Za barem spacerował duży Indianin i nie mamy pojęcia co robił. Kręcił się i cały czas czegoś szukał. Po następnych 15 minutach dziewczyny wróciły do samochodu bez kawy. Dowiedziałem się że po tym czasie wyczekiwania zwróciły mu uwagę, to najpierw ta Indianka wskoczyła na nie że to ich kraj i mog robić co chcą. Zaraz po tym ten za barem dodał, że teraz to on naprawdę zwolni i będą musiały czekać dużo dłużej.
    Kraina zalana słońcem. Na szczęście jest bardzo sucho, więc nie odczuwa się tego tak jak w nowym Jorku. Ale nawet kaktusy, spalone są na czarny węgiel. Przez niebo przesuwają się chmurki, ale w większości jest to całodzienne, prażące słońce. W południe większość ludzi nie chodzi na szlaki turystyczne. Znajdowaliśmy się więc tam sami. Także dlatego, że wyszukiwaliśmy miejsca, gdzie ich nie było. Nie lubimy chodzić w tłumach. Kiedy byliśmy oglądać tereny Glen Canyon, musieliśmy iść z innymi. Okazało się tam, że chociaż jestem już w starszym wieku, byłem w dużo lepszej kondycji niż większość młodych. Spotkaliśmy  młodą dziewczynę wymiotującą z powodu przegrzania. Inna mdlała i koleżanki ją chłodziły. Wielu ludzi prowadzonych było przez innych. My nie tylko że doszliśmy do tego miejsca, ale przeciwnie, poszliśmy dalej wspinać się na góry. Nosiliśmy jednak ze sobą wiele butelek z wodą.
Zaskoczeni byliśmy rodzajem tłumu. Większość to Europejczycy i oczywiście Chińczyki. Setki. Oni chodzą stadami. Tylko w miejsca bardzo znane, nie spotka się ich na szlakach, gdzie trzeba się trochę pomęczyć. Idą żeby zrobić zdjęcia i natychmiast wracają. Owinięci we wszystko co możliwe. Z parasolkami, maskami na twarzy, okularami wielkości pół twarzy. Niektórzy w czarnych grubych płaszczach. Komedia.
Pięć dni ale za to bardzo intesywnych. Wspinaliśmy się na góry, wchodziliśmy w wąwozy, zwiedzaliśmy kaniony, kąpaliśmy się w jeziorze Powell, pływaliśmy kajakami po rzece Colorado. Złamaliśmy też ich przepisy i poszliśmy przez zagradzające płoty w miejsca, które oni nie pozwalają wchodzić. Tak jak w dzieciństwie, znaleźliśmy dziury w płocie. Całe wakacje bardzo aktywne, ale nie możemy powiedzieć, że udało nam się schudnąć. Po tych wyprawach, zawsze dobrze sobie zjedliśmy.

Jeszcze jedno. Dzisiaj w Nowym Jorku mieliśmy częściowe zaćmienie słońca. Księżyc przykrył słońce w 75-iu procentach.  Nawet miałem ciemną szybkę, jak w dzieciństwie w Polsce, przez którą można było sobie obejrzeć to niezwykłe zjawisko.



Monday, August 14, 2017

Wakacje

Powinienem się cieszyć, bo jutro po pracy wyjeżdżamy na kilka dni wakacji do Arizony. Radość psuje jednak nasza chwilowa sytuacja. Ja męczę się tym co się stało w pracy i wyjazd w tej chwili nie jest najlepszym rozwiązaniem. Wiesia kończy wielomiesięczną pracę nad nowym projektem. Okazało się że miasto wyznaczyło środę na spotkanie z jej firmą, na którym ma ona zaprezentować swój projekt. Od jej prezentacji zależy, czy go otrzymają. Udało jej się przenieć na wtorek (dzień naszego wyjazdu). Będzie się musiała spieszyć i zaraz po spotkaniu pojedzie na lotnisko, gdzie ma nas spotkać. Elaine dostała się na studia magisterskie i teraz załatwia wszystkie sprawy z jej rejestracją i układaniem szczegółów nowego semstru. Wypadło to wszystko w dokładnie w chwili naszego wyjazdu. Każdy jest więc trochę zdenerwowany. Mam nadzieję, że rozładuje się to wszystko już w samolocie i po tym będziemy mogli cieszyć się tymi dniami wypoczynku.
     Mam dokładnie zaplanowane miejsca które chcemy odwiedzić. Jak się to ułoży to już po powrocie.

Thursday, August 10, 2017

Problemy w pracy

     Wiele jest powodów dla których ktoś milczy, chowa się po kątach. Może to być na przykład przepracowanie lub brak ochoty kontaktów z innymi. A może to być reakcja bardzo typowa dla mężczyzn. Kiedy martwią się czymś, zamiast podzielić się swoimi obawami, poprosić o pomoc, wolą to przemilczeć. Nie pisałem z tego właśnie powodu. Musiałem wyjasnić swoją sytuację. Czy jest już wyjaśniona? Nie myślę, ale jest spokojniej.
     Pracuję dla mojej firmy już 25 lat. Wykonałem dla nie największe budowy jakie mieli w swojej historii. Suma ich wartości przekracza 2 miliardy dolarów. Wszystkie zakończone były sukcesem.
    Kiedy zaczynałem u nich, była to firma średniej wielkości. To że zdobylem dla nich odgruzowanie Strefy Zero, postawiło ich wśród najważniejszych w Nowym Jorku. Przez te wszystkie lata nie pamiętam żeby mój bezpośredni szef powiedział słowo dziekuję. Przyzwyczaiłem się. Zarabiam swoje pieniądze i wytłumaczyłem sobie że może to lepiej, niż pracować dla kogoś kto by mi dziękował a mało płacił. Kiedy jednak otrzymuję takie pochwały od agencji miasta dla których pracuję, od ludzi z innych firm, którzy widzieli moje budowy, od pracowników i związków zawodowych a nie słyszy się tego od tego dla którego to wykonuję, wydaje się że coś nie jest w porządku. Wiem nawet dlaczego tak jest. Jest on jednym z tych, którzy lubią jak inny się trochę przy nim poniży a przynajmniej wycałuje jego tyłek. Ja nigdy tego nie potrafiłem robić i teraz jest na to za późno. Jestem zbyt dumny żeby się na to zgodzić. Udowodniłem swoją lojaność ciężką pracą. To mu nie wystarczy. Dochodziło więc wiele razy do konfliktów. Aż niedawno przekroczyliśmy granice i po prostu mnie wyrzycił z pracy. Po 25-iu latach pracy. Nie było to przyjemne, ale nie zmusi mnie to do zmiany podejścia do lizania dupy!
     Przeraziła mnie trochę myśl o przyszłości. Chociaż nie myślę, że miałbym problemy ze znalezieniem innej pracy. Zostało mi kilka lat do emerytury i brak siły na zaczynanie od nowa.
Brat tego szefa, który jest prezydentem firmy, nie zgodził się jednak z jego decyzją. Zadzwonił i po bardzo długiej rozmowie, zgodziliśmy się że powrocę do pracy. 
     Słyszalem że ludzie z miasta dzwonili do mojej firmy i wyrazili swoją opinię o pomyłce w moim zwolnieniu. Nie widzieli możliwości zakończenia budowy sukcesem bez mojej osoby. Miło też było usłyszeć wiele głosów pracowników, którzy byli oburzeni. Moi stolarze zaczęli nawet rozmawiać o rzuceniu pracy.
     Okazało się też jak mały jest nasz świat. Mój główny brygadzista Orlando był w tym czasie na wakacjach w Portugali. Dzień po moim zwolnieniu był na weselu swojego brata. Tam podszedł do niego jakiś Portugalczyk (bardzo dużo z nich pracowało całe życie w Nowym Jorku, właśnie na budowach), który spytał się: Słyszałeś że wyrzucili Szumańskiego z pracy?
     Ciągnę więc dalej moją budowę, ale nie czuję się dobrze. Nie jestem pewien czy tamten nie planuje jakiejś zemsty, nie jest przyjemny, jeśli wogóle się widzimy. Powiem nawet że jest wściekły, że ja wróciłem do pracy. Na razie próbuję o tym nie myśleć, chociaż jest to trudne. Będę też próbował się jakoś zabezpieczyć, gdyby on np. zdecydował się mnie zwolnić po skończeniu tej budowy lub nawet po zakończeniu najważniejszych  operacji. Trzeba sobie dać jakoś radę, bo najgorzej jest zwalać wszystko na innych, narzekać i nie robić nic, żeby sytuację naprawić.