Będąc w tak gorących miejscach, powinno wstawać się bardzo wcześnie i
wykorzystywać poranny chłód. Tutaj temperatury w południe przekraczają 40 stopni
a w nocy jest tylko 15-cie.
Jesteśmy jednak na wakacjach i trudno powstrzymać się przed
delikatnym lenistwem. Wstajemy więc o godzinie ósmej. Jeszcze w hotelu jemy
smaczne śniadanie. Zabieramy samochód i ruszamy w drogę. Zdecydowałem się w
pierwszy dzień przejechać w najodleglejszy koniec Arizony, żeby z powrotem było
przyjemniej (z przerwami). Mamy przed sobą 650 kilometrów. Robimy jednak
przystanek. Najpierw przejeżdżamy obok Hoover Dam, czyli sławnej zapory Hoovera.
Nie zatrzymujemy się, bo nie mamy czasu. Po godzinie dojeżdżamy do Black Canyon.
Parkujemy przy samej rzece Colorado. Tam dostajemy zarezerwowane kajaki i
wypływamy.
Rzeka jest bardzo szeroka ale w tym miejscu dość spokojna. Nie ma
więc problemu walki z jej nurtem. Ta część kanionu nie jest tak spektakularna
jak główny Grand Canyon ale jest bardzo przyjemnie.
Niestety nie będziemy mogli
się wykąpać bo temperatura wody jest dosłownie zimowa. Po godzinie płynięcia pod
prąd znajdujemy w skałach małe jaskinie. Zatrzymujemy się tam na chwilę i
relaksujemy.
Najpiękniejsza jest tu sama woda. Jej kolor. Kiedy jest płytko
widać wyraźnie jej szmaragdowy kolor.
Oczywiście od pierwszego dnia mamy ze sobą butelki z wodą. Przy tych
temperaturach jest to niezbędne.
Jak się później okaże, robienie zdjęć w większosci miejsc będzie
wyzwaniem. Słońce jest bardzo ostre. Nie ma możliwości wybrania kierunku.
Stajemy w danym miejscu i chcąc złapać coś ważnego w kadrze kamery, muszę robić
zdjęcia pod słońce. Każdy kto bawi się w fotografa, wie że trudno jest zrobić
fotkę dobrej jakości w takich sytuacjach.
Powrót do przystani to następna godzina. Nie możemy pozwolić
sobie na dodatkowe atrakcje bo czeka nas następne 6 godzin jazdy.
Tak zakończyłby się nasz dzień. W samochodzie. Ktoś mógłby
powiedzieć że to starta czasu. Ale nie jest to prawda, kiedy jedzie się przez
Arizonę. Na początku tereny były trochę nudniejsze, ale im dalej tym piękniej. W
aucie cały czas słychać och and ach. Większość skał i gór tej części stanu jest
w barwach czerwieni. Tak samo ziemia jest tego koloru.
W północnej części
Arizony nie ma dużo kaktusów. W południowej są parki narodowe nimi pokryte.
Tutaj sporadycznie wystają na wypalonych terenach. Reszta to trawa, drobna
roślinność. Nie dziwota, że konie tutaj są dużo mniejsze od naszych. Wyglądają
jak duże kucyki. Jednak to nie fauna tworzy urok krajobrazów, lecz góry. Jadąc
po płaskim terenie mamy przed soba drogi proste jak strzały, znikające gdzieś na
horyzoncie.
W chwili dojazdu do gór zmieniają się one w fantasycznie
powykręcane, szukające miejsca do przedostania się na drugą stronę. Musiała to
być niesamowita praca, żeby wybudować te drogi w tak dawnych czasach.
Przejeżdżamy też przez najsławniejszą o numerze 66. Była ona
pierwsza która przekroczyła ten kontynent.
Dobijamy do miejsca już o zmierzchu. Odłożenie walizek i
przyjemna część wypełnienia żołądków w hotelowej restauracji.
Wednesday, August 23, 2017
Tuesday, August 22, 2017
Las Vegas
Podróż do Las Vegas przebiegła bez żadnych komplikacji.
Dolecieliśmy pod wieczór. Odebranie samochodu zajmuje około godziny. Potem
szybki dojazd do centrum miasta. W chwili wyjścia z samochodu był jeszcze dzień.
Tym razem mieszkaliśmy w Cesar Palace.
Hotele są tutaj olbrzymie. Każdy z nich to jak małe miasteczko. Nawet gorzej, bo nie ma jedenj ulicy tylko setki różnych korytarzy. Parter to same kasyna. Tysiące ludzi siedzi przy maszynach i stołach gier, tracąc fortuny.
Ciekawa historia. Znam człowieka, który był właścicielem firmy budowlanej. Mój kolega pracował dla niego bezpośrednio. Latali często prywatnym samolotem, właśnie do Las Vegas. Paul grał tylko dla zabawy ale tamten wydawał setki tysięcy i wiecej. Znali go już tam dobrze, bo natychmiast dostawał kredyt. Nie musiał nawet wydawać swoich pieniędzy. Spłacał to po jakimś czasie. Raz byłem tam, właśnie z Paulem. Poszliśmy do restauracji z żonami. Przy stole podaliśmy informację, że jesteśmy przysłani przez tego człowieka. Wszystko dostaliśmy za darmo. Przy stole przez cały obiad stał kelner, który podawał nam wszystko czego sobie zażyczyliśmy. Z szampanem włącznie. Niestety wpadł on tak głęboko w ten hazard, że przegrał wszystko co miał. Oczywiście zbankrutował. Nie może jeździć do Las Vegas, bo dobrali by się do niego. Nie oddał im wielu milionów dolarów. Kilka lat temu dostałem nowego operatora maszyn i okazało się, że to on. Pracuje fizycznie. Nie narzekał. Mówił że przeżył piękne chwile i nie ma żalu do tego co się stało.
Trzeba więc dobrze się pilnować, żeby nie wpaść w gorączkę złota. Jak się zacznie to trudno przerwać. Szczególnie, że zaprogramowane jest to w perfidny sposób. Zawsze w okolicy ktoś coś wygra. Natychmiast włączają się różne alarmy i wszyscy wiedzą, że komuś się powiodło. Wracają podnieceni do gry i tak hotel zarabia miliony. My nie przyjechaliśmy bawić się w to ryzyko. Byłem tu kilka razy i zawsze udało mi się coś wygrać. W chwili wygranej, nie ważne jakiej, zamykałem bisnes i wychodziłem z kasyna. Tym razem nie ryzykowałem. Zostawiliśmy walizki w ładnym pokoju. Wieśka poszła spać. Źle się czuła. Ja z Elaine wyszliśmy na miasto. Na zewnątrz był już wieczór. To lepiej, bo Las Vegas wtedy właśnie wygląda najpiękniej. Pochodziliśmy po głównej ulicy, oglądając światła głównych hoteli. Wystawała tam wieża Eifla, Empire State Building z Nowego Jorku, piramida egipska i setki innych niezwykłych budowli.
Wszędzie olbrzymie świetlne reklamy. Tutaj można załapać się na przeróżne koncerty i występy artystów. Wystepują tu codziennie grupy, które od dawna starciły popularność. Każdy jednak może znaleźć sobie to co lubi. Wielu piosenkarzy jest świetnych, tylko już nie tak bardzo popularnych.
W wielu miejscach stoją mężczyzni, którzy wykonują ten sam gest. W jedenej ręce mają plik reklamówek a w drugiej tylko jedną i uderzają nią w tamte. Są to reklamy prostytutek i miejsc szczególnych zabaw. W tym stanie jest to legalne. W hotelach chodzi też bardzo wiele pięknych pań i nasze dobre męskie oko i węch daje nam znać że to panie do wzięcia.
Po spacerze weszliśmy do hotelu Wenecja. Pięknie wygląda z zewnątrz.
Już tam zaczynają się kanały wodne, po których pływają gondole. Olbrzymie korytarze, wygladają jak ulice. Sufit zrobiony jest tak, że idalnie zastępuje niebo w czasie zmierzchu. Tak też wygląda główny plac Wenecji.
Można tam znaleźć wiele restauracji. I my zatrzymaliśmy się w jednej z nich na obiad. Elaine zamówiła danie z krewetkami. Bardzo je lubimy. Po otrzymaniu dania troszkę się jednak przestraszyła i nie była pewna jak to jeść. Były one bardzo duże. Miały wszystkie „nogi” i wyraźnie wystające, wybałuszone oczy.
Wróciliśmy do hotelu po 23-iej. Wcześnie rano udajemy się na pierwszy dzień przygód.
Hotele są tutaj olbrzymie. Każdy z nich to jak małe miasteczko. Nawet gorzej, bo nie ma jedenj ulicy tylko setki różnych korytarzy. Parter to same kasyna. Tysiące ludzi siedzi przy maszynach i stołach gier, tracąc fortuny.
Ciekawa historia. Znam człowieka, który był właścicielem firmy budowlanej. Mój kolega pracował dla niego bezpośrednio. Latali często prywatnym samolotem, właśnie do Las Vegas. Paul grał tylko dla zabawy ale tamten wydawał setki tysięcy i wiecej. Znali go już tam dobrze, bo natychmiast dostawał kredyt. Nie musiał nawet wydawać swoich pieniędzy. Spłacał to po jakimś czasie. Raz byłem tam, właśnie z Paulem. Poszliśmy do restauracji z żonami. Przy stole podaliśmy informację, że jesteśmy przysłani przez tego człowieka. Wszystko dostaliśmy za darmo. Przy stole przez cały obiad stał kelner, który podawał nam wszystko czego sobie zażyczyliśmy. Z szampanem włącznie. Niestety wpadł on tak głęboko w ten hazard, że przegrał wszystko co miał. Oczywiście zbankrutował. Nie może jeździć do Las Vegas, bo dobrali by się do niego. Nie oddał im wielu milionów dolarów. Kilka lat temu dostałem nowego operatora maszyn i okazało się, że to on. Pracuje fizycznie. Nie narzekał. Mówił że przeżył piękne chwile i nie ma żalu do tego co się stało.
Trzeba więc dobrze się pilnować, żeby nie wpaść w gorączkę złota. Jak się zacznie to trudno przerwać. Szczególnie, że zaprogramowane jest to w perfidny sposób. Zawsze w okolicy ktoś coś wygra. Natychmiast włączają się różne alarmy i wszyscy wiedzą, że komuś się powiodło. Wracają podnieceni do gry i tak hotel zarabia miliony. My nie przyjechaliśmy bawić się w to ryzyko. Byłem tu kilka razy i zawsze udało mi się coś wygrać. W chwili wygranej, nie ważne jakiej, zamykałem bisnes i wychodziłem z kasyna. Tym razem nie ryzykowałem. Zostawiliśmy walizki w ładnym pokoju. Wieśka poszła spać. Źle się czuła. Ja z Elaine wyszliśmy na miasto. Na zewnątrz był już wieczór. To lepiej, bo Las Vegas wtedy właśnie wygląda najpiękniej. Pochodziliśmy po głównej ulicy, oglądając światła głównych hoteli. Wystawała tam wieża Eifla, Empire State Building z Nowego Jorku, piramida egipska i setki innych niezwykłych budowli.
Wszędzie olbrzymie świetlne reklamy. Tutaj można załapać się na przeróżne koncerty i występy artystów. Wystepują tu codziennie grupy, które od dawna starciły popularność. Każdy jednak może znaleźć sobie to co lubi. Wielu piosenkarzy jest świetnych, tylko już nie tak bardzo popularnych.
W wielu miejscach stoją mężczyzni, którzy wykonują ten sam gest. W jedenej ręce mają plik reklamówek a w drugiej tylko jedną i uderzają nią w tamte. Są to reklamy prostytutek i miejsc szczególnych zabaw. W tym stanie jest to legalne. W hotelach chodzi też bardzo wiele pięknych pań i nasze dobre męskie oko i węch daje nam znać że to panie do wzięcia.
Po spacerze weszliśmy do hotelu Wenecja. Pięknie wygląda z zewnątrz.
Już tam zaczynają się kanały wodne, po których pływają gondole. Olbrzymie korytarze, wygladają jak ulice. Sufit zrobiony jest tak, że idalnie zastępuje niebo w czasie zmierzchu. Tak też wygląda główny plac Wenecji.
Można tam znaleźć wiele restauracji. I my zatrzymaliśmy się w jednej z nich na obiad. Elaine zamówiła danie z krewetkami. Bardzo je lubimy. Po otrzymaniu dania troszkę się jednak przestraszyła i nie była pewna jak to jeść. Były one bardzo duże. Miały wszystkie „nogi” i wyraźnie wystające, wybałuszone oczy.
Wróciliśmy do hotelu po 23-iej. Wcześnie rano udajemy się na pierwszy dzień przygód.
Monday, August 21, 2017
Arizona
Następne, niezapomniane wakacje dobiegły końca. W tym wypadku były one bardzo krótkie, bo 5 dni, ale zaplanowałem je tak, że wypełnione były atrakcjami do ostatniej godziny. Oczywiście zanim dojdę do zdjęć, muszę mieć trochę czasu. Dzisiaj chciałem opisać ogólne wrażenia. Byliśmy już w tych okolicach. Większość czasu spędziliśmy jednak w stanie Utah. Arizona znajduje się na południu od niego. Chociaż byliśmy bardzo blisko odwiedzonych poprzednio terenów, jest to całkowicie inny świat. Utah to tereny górzyste. Najpiękniejsze jakie można sobie wyobrazić. Poruszając się tam w większości czasu, znajdujemy się między górami, pagórkami. Widzi się więc bardzo dokładnie piękno tych malowniczych krajobrazów. Arizona jest inna. Stając na jakimś szczycie, ogląda się widoki z najpiękniejszych filmów, bajek. Jak Bóg tworzył świat, to tutaj bawił się w artystę i miał dużo cierpliwości. Jak przeszedł do naszych krajów to trochę się znudził i spieszył się z pracą. Olbrzymie płaskie, prawie pustynne, wypalone przez słońce tereny. Po lewo, prawo, gdzieś w środku, wyrastają skały, góry o niesamowitych kształtach. Przez miliony lat wypłukiwane przez wody, erozję powietrza tworzą rzeźby, których nie powstydziłby się największy artysta. Oprócz tych gór tereny porozdzierane są setkami kanionów. Większość jest teraz sucha. Ożywiają się tylko w czasie ulewnych deszczy. Tylko główny i największy, także najbardziej znany, Glen Canyon, wypełniony jest wodą. Zaczyna sie od jeziora Powell.
Dokładniej opiszę to w czasie pokazywania zdjęć. Każdy skrawek tych terenów to cud natury.
Treaz o nieco mnie przyjemnej części naszych wakacji. Północno - wschodnia część Arizony należy do Indian Nawaho. I tutaj zaczyna się problem. Rozumiem że są to ich tereny. Ale podróżuję po całym świecie i wszystkie tereny do kogoś należą. Każdy dba o nie. Jedni mniej, inni więcej. W Stanach jest pełno narodowych parków które są bardzo zadbane i pod ochroną. Wszędzie można jednak gdzieś pochodzić i pooglądać. Kilkadziesiąt kilometrów na północ w stanie Utach, mogliśmy chodzić i podziwiać ich piękno. Tutaj Indianie uważają, że nikt nie ma prawa wejścia na ich ziemie. Są tylko wytyczone skrawki na które wpuszczają. Każda, nawet najmniejsza droga otoczona jest drutami kolczastymi. Nie można przystanąć i przejść się po okolicy. Jechaliśmy nieraz wiele godzin i nie było jednego miejsca na przystanek i spacer.
Wiele innych, bardzo pięknych można obejrzeć za ich pozwoleniem. Ale to nie jest tak jak inne narodowe parki, gdzie wjeżdża się za opłatą i można z nich korzystać. Tutaj trzeba składać petycje o pozwolenie. Tak na przykład nie dostaliśmy się do miejsca które bardzo chciałem zobaczyć - The Waves. Okazało się że trzeba prosić o pozwolenie kilka dni przed dniem odwiedzin. I nie zawsze się je dostanie. Są inne (Np. Antelope Canyon), gdzie po otrzymaniu takiego pozwolenia (dostałem je trzy dni przed wycieczką) zawożą Cię ciężarówkami i jest tam tylu ludzi, że trudno się przecisnąć). Trudno zrobić sobie zdjęcie. Trudno nacieszyć się widokami tego cudu, bo obija się od Ciebie setki ludzi. Powodem tego jest to, że wszystkie inne miejsca są zabronione do odwiedzin. Każdy idzie więc do tych pięciu, które są otwarte dla zwiedzających. Za olbrzymią opłatą. Ten Canyon kosztował nas 150 dolarów, za godzinę w tłumie ludzi. W parkach krajowych płaciliśmy 25 dolarów za tydzień zwiedzania w dowolnych godzinach. Nie ma też żadnych infromacji o turystycznych atrakcjach. Ponownie porownując to z innymi stanami. W każdym hotelu, sklepach są broszurki. Gdzie jechać, co zobaczyć. Tutaj nie ma nic. Jechaliśmy z hotelu do hotelu i nie znalezliśmy jednej reklamy, mapy. Pytać się pracujących tam Indian to starata czasu. Na każde pytanie była jedna odpowiedź. Ja nie wiem! Czy jest tu miejsce, gdzie można pochodzić? Ja nie wiem! Jak dojechać do pobliskiego parku? Ja nie wiem!
Bardzo nieprzyjemni. Leniwi! W Starbucks chcieliśmy kupić kawę. Przed nami staly dwie pary turystów i Indianka. Po dziesięciu minutach pary zrezygnowały z czekania. Ja też. Wieśka z Elaine wytrwały. Za barem spacerował duży Indianin i nie mamy pojęcia co robił. Kręcił się i cały czas czegoś szukał. Po następnych 15 minutach dziewczyny wróciły do samochodu bez kawy. Dowiedziałem się że po tym czasie wyczekiwania zwróciły mu uwagę, to najpierw ta Indianka wskoczyła na nie że to ich kraj i mog robić co chcą. Zaraz po tym ten za barem dodał, że teraz to on naprawdę zwolni i będą musiały czekać dużo dłużej.
Kraina zalana słońcem. Na szczęście jest bardzo sucho, więc nie odczuwa się tego tak jak w nowym Jorku. Ale nawet kaktusy, spalone są na czarny węgiel. Przez niebo przesuwają się chmurki, ale w większości jest to całodzienne, prażące słońce. W południe większość ludzi nie chodzi na szlaki turystyczne. Znajdowaliśmy się więc tam sami. Także dlatego, że wyszukiwaliśmy miejsca, gdzie ich nie było. Nie lubimy chodzić w tłumach. Kiedy byliśmy oglądać tereny Glen Canyon, musieliśmy iść z innymi. Okazało się tam, że chociaż jestem już w starszym wieku, byłem w dużo lepszej kondycji niż większość młodych. Spotkaliśmy młodą dziewczynę wymiotującą z powodu przegrzania. Inna mdlała i koleżanki ją chłodziły. Wielu ludzi prowadzonych było przez innych. My nie tylko że doszliśmy do tego miejsca, ale przeciwnie, poszliśmy dalej wspinać się na góry. Nosiliśmy jednak ze sobą wiele butelek z wodą.
Zaskoczeni byliśmy rodzajem tłumu. Większość to Europejczycy i oczywiście Chińczyki. Setki. Oni chodzą stadami. Tylko w miejsca bardzo znane, nie spotka się ich na szlakach, gdzie trzeba się trochę pomęczyć. Idą żeby zrobić zdjęcia i natychmiast wracają. Owinięci we wszystko co możliwe. Z parasolkami, maskami na twarzy, okularami wielkości pół twarzy. Niektórzy w czarnych grubych płaszczach. Komedia.
Pięć dni ale za to bardzo intesywnych. Wspinaliśmy się na góry, wchodziliśmy w wąwozy, zwiedzaliśmy kaniony, kąpaliśmy się w jeziorze Powell, pływaliśmy kajakami po rzece Colorado. Złamaliśmy też ich przepisy i poszliśmy przez zagradzające płoty w miejsca, które oni nie pozwalają wchodzić. Tak jak w dzieciństwie, znaleźliśmy dziury w płocie. Całe wakacje bardzo aktywne, ale nie możemy powiedzieć, że udało nam się schudnąć. Po tych wyprawach, zawsze dobrze sobie zjedliśmy.
Jeszcze jedno. Dzisiaj w Nowym Jorku mieliśmy częściowe zaćmienie słońca. Księżyc przykrył słońce w 75-iu procentach. Nawet miałem ciemną szybkę, jak w dzieciństwie w Polsce, przez którą można było sobie obejrzeć to niezwykłe zjawisko.
Monday, August 14, 2017
Wakacje
Powinienem się cieszyć, bo jutro po pracy wyjeżdżamy na kilka dni wakacji do Arizony. Radość psuje jednak nasza chwilowa sytuacja. Ja męczę się tym co się stało w pracy i wyjazd w tej chwili nie jest najlepszym rozwiązaniem. Wiesia kończy wielomiesięczną pracę nad nowym projektem. Okazało się że miasto wyznaczyło środę na spotkanie z jej firmą, na którym ma ona zaprezentować swój projekt. Od jej prezentacji zależy, czy go otrzymają. Udało jej się przenieć na wtorek (dzień naszego wyjazdu). Będzie się musiała spieszyć i zaraz po spotkaniu pojedzie na lotnisko, gdzie ma nas spotkać. Elaine dostała się na studia magisterskie i teraz załatwia wszystkie sprawy z jej rejestracją i układaniem szczegółów nowego semstru. Wypadło to wszystko w dokładnie w chwili naszego wyjazdu. Każdy jest więc trochę zdenerwowany. Mam nadzieję, że rozładuje się to wszystko już w samolocie i po tym będziemy mogli cieszyć się tymi dniami wypoczynku.
Mam dokładnie zaplanowane miejsca które chcemy odwiedzić. Jak się to ułoży to już po powrocie.
Thursday, August 10, 2017
Problemy w pracy
Wiele jest powodów dla których ktoś milczy, chowa się po kątach. Może to
być na przykład przepracowanie lub brak ochoty kontaktów z innymi. A może to być
reakcja bardzo typowa dla mężczyzn. Kiedy martwią się czymś, zamiast podzielić
się swoimi obawami, poprosić o pomoc, wolą to przemilczeć. Nie pisałem z tego
właśnie powodu. Musiałem wyjasnić swoją sytuację. Czy jest już wyjaśniona? Nie
myślę, ale jest spokojniej.
Pracuję dla mojej firmy już 25 lat. Wykonałem dla nie największe budowy jakie mieli w swojej historii. Suma ich wartości przekracza 2 miliardy dolarów. Wszystkie zakończone były sukcesem.
Kiedy zaczynałem u nich, była to firma średniej wielkości. To że zdobylem dla nich odgruzowanie Strefy Zero, postawiło ich wśród najważniejszych w Nowym Jorku. Przez te wszystkie lata nie pamiętam żeby mój bezpośredni szef powiedział słowo dziekuję. Przyzwyczaiłem się. Zarabiam swoje pieniądze i wytłumaczyłem sobie że może to lepiej, niż pracować dla kogoś kto by mi dziękował a mało płacił. Kiedy jednak otrzymuję takie pochwały od agencji miasta dla których pracuję, od ludzi z innych firm, którzy widzieli moje budowy, od pracowników i związków zawodowych a nie słyszy się tego od tego dla którego to wykonuję, wydaje się że coś nie jest w porządku. Wiem nawet dlaczego tak jest. Jest on jednym z tych, którzy lubią jak inny się trochę przy nim poniży a przynajmniej wycałuje jego tyłek. Ja nigdy tego nie potrafiłem robić i teraz jest na to za późno. Jestem zbyt dumny żeby się na to zgodzić. Udowodniłem swoją lojaność ciężką pracą. To mu nie wystarczy. Dochodziło więc wiele razy do konfliktów. Aż niedawno przekroczyliśmy granice i po prostu mnie wyrzycił z pracy. Po 25-iu latach pracy. Nie było to przyjemne, ale nie zmusi mnie to do zmiany podejścia do lizania dupy!
Przeraziła mnie trochę myśl o przyszłości. Chociaż nie myślę, że miałbym problemy ze znalezieniem innej pracy. Zostało mi kilka lat do emerytury i brak siły na zaczynanie od nowa.
Brat tego szefa, który jest prezydentem firmy, nie zgodził się jednak z jego decyzją. Zadzwonił i po bardzo długiej rozmowie, zgodziliśmy się że powrocę do pracy.
Słyszalem że ludzie z miasta dzwonili do mojej firmy i wyrazili swoją opinię o pomyłce w moim zwolnieniu. Nie widzieli możliwości zakończenia budowy sukcesem bez mojej osoby. Miło też było usłyszeć wiele głosów pracowników, którzy byli oburzeni. Moi stolarze zaczęli nawet rozmawiać o rzuceniu pracy.
Okazało się też jak mały jest nasz świat. Mój główny brygadzista Orlando był w tym czasie na wakacjach w Portugali. Dzień po moim zwolnieniu był na weselu swojego brata. Tam podszedł do niego jakiś Portugalczyk (bardzo dużo z nich pracowało całe życie w Nowym Jorku, właśnie na budowach), który spytał się: Słyszałeś że wyrzucili Szumańskiego z pracy?
Ciągnę więc dalej moją budowę, ale nie czuję się dobrze. Nie jestem pewien czy tamten nie planuje jakiejś zemsty, nie jest przyjemny, jeśli wogóle się widzimy. Powiem nawet że jest wściekły, że ja wróciłem do pracy. Na razie próbuję o tym nie myśleć, chociaż jest to trudne. Będę też próbował się jakoś zabezpieczyć, gdyby on np. zdecydował się mnie zwolnić po skończeniu tej budowy lub nawet po zakończeniu najważniejszych operacji. Trzeba sobie dać jakoś radę, bo najgorzej jest zwalać wszystko na innych, narzekać i nie robić nic, żeby sytuację naprawić.
Pracuję dla mojej firmy już 25 lat. Wykonałem dla nie największe budowy jakie mieli w swojej historii. Suma ich wartości przekracza 2 miliardy dolarów. Wszystkie zakończone były sukcesem.
Kiedy zaczynałem u nich, była to firma średniej wielkości. To że zdobylem dla nich odgruzowanie Strefy Zero, postawiło ich wśród najważniejszych w Nowym Jorku. Przez te wszystkie lata nie pamiętam żeby mój bezpośredni szef powiedział słowo dziekuję. Przyzwyczaiłem się. Zarabiam swoje pieniądze i wytłumaczyłem sobie że może to lepiej, niż pracować dla kogoś kto by mi dziękował a mało płacił. Kiedy jednak otrzymuję takie pochwały od agencji miasta dla których pracuję, od ludzi z innych firm, którzy widzieli moje budowy, od pracowników i związków zawodowych a nie słyszy się tego od tego dla którego to wykonuję, wydaje się że coś nie jest w porządku. Wiem nawet dlaczego tak jest. Jest on jednym z tych, którzy lubią jak inny się trochę przy nim poniży a przynajmniej wycałuje jego tyłek. Ja nigdy tego nie potrafiłem robić i teraz jest na to za późno. Jestem zbyt dumny żeby się na to zgodzić. Udowodniłem swoją lojaność ciężką pracą. To mu nie wystarczy. Dochodziło więc wiele razy do konfliktów. Aż niedawno przekroczyliśmy granice i po prostu mnie wyrzycił z pracy. Po 25-iu latach pracy. Nie było to przyjemne, ale nie zmusi mnie to do zmiany podejścia do lizania dupy!
Przeraziła mnie trochę myśl o przyszłości. Chociaż nie myślę, że miałbym problemy ze znalezieniem innej pracy. Zostało mi kilka lat do emerytury i brak siły na zaczynanie od nowa.
Brat tego szefa, który jest prezydentem firmy, nie zgodził się jednak z jego decyzją. Zadzwonił i po bardzo długiej rozmowie, zgodziliśmy się że powrocę do pracy.
Słyszalem że ludzie z miasta dzwonili do mojej firmy i wyrazili swoją opinię o pomyłce w moim zwolnieniu. Nie widzieli możliwości zakończenia budowy sukcesem bez mojej osoby. Miło też było usłyszeć wiele głosów pracowników, którzy byli oburzeni. Moi stolarze zaczęli nawet rozmawiać o rzuceniu pracy.
Okazało się też jak mały jest nasz świat. Mój główny brygadzista Orlando był w tym czasie na wakacjach w Portugali. Dzień po moim zwolnieniu był na weselu swojego brata. Tam podszedł do niego jakiś Portugalczyk (bardzo dużo z nich pracowało całe życie w Nowym Jorku, właśnie na budowach), który spytał się: Słyszałeś że wyrzucili Szumańskiego z pracy?
Ciągnę więc dalej moją budowę, ale nie czuję się dobrze. Nie jestem pewien czy tamten nie planuje jakiejś zemsty, nie jest przyjemny, jeśli wogóle się widzimy. Powiem nawet że jest wściekły, że ja wróciłem do pracy. Na razie próbuję o tym nie myśleć, chociaż jest to trudne. Będę też próbował się jakoś zabezpieczyć, gdyby on np. zdecydował się mnie zwolnić po skończeniu tej budowy lub nawet po zakończeniu najważniejszych operacji. Trzeba sobie dać jakoś radę, bo najgorzej jest zwalać wszystko na innych, narzekać i nie robić nic, żeby sytuację naprawić.
Sunday, July 23, 2017
Bardzo zwyczajna niedziela
Dzisiaj pierwszy raz od wielu tygodni czułem że trochę odpocząłem. Ostatnio
ledwie się poruszałem. Praca którą mieliśmy wykonać w ciągu 10 dni, skończona
została w dziewięć.
Może jeden dzień wydaje się być małą różnicą ale wierzcie mi, że to bardzo wiele. Dalej mamy dużo pracy, ale to nie jest to co w te kilka dni. Martwi mnie tylko to, że moja prawa ręka Joe a take główny brygadzista Orlando, biorą wakacje w tym samym czasie, zaczynając od jutra. Ponownie będę musiał się trochę namęczyć. Czekam z niecierpliwością na moje wakacje. Za trzy tygodnie wyjeżdżamy na kilka dni do Arizony a pierwszego września do Afryki. Odbije sobie na Orlando i Joe. Ustawię tak prace, żeby mieli jak najwięcej roboty. Ha, ha.
Nasi najbliżsi znajomi Ewa i George, zdecydowali się na sprzedaż domu. Prawdopodobnie wyprowadzą się do innego stanu, ale tego jeszcze nie wiedzą. Ich dom pokazany jest na internecie w bardzo drogim programie 3-D. Można wirtualnie pochodzić sobie po ich domu.
Tak niektórzy mieszkają.
Po prawej stronie pisze all. Tam można zmienić na różne piętra. Kliknięcie na domek po lewej zbliży cały model. Można go obracać myszką w każdą wybraną stronę. Kliknięcie na człowieka, pozwala wejść w wybrany pokój.
Pogoda dalej na tym samym poziomie. Razem z wilgotnością jest około 35 do 40 stopni.
Trawa już zaczyna żółknąć, a podlewam ją dwa razy dziennie. Nawet ptaki się chowają i jak sypię im nasiona to zjawiają się dopiero późnym popołudniem.
Kilka starych zdjęć. Nasza pamięć jest zawodna. Pamiętamy to co najważniejsze. Szczegóły giną z czasem. Są one jednak dalej zaszufladkowane w naszym mózgu. Trzeba tylko umieć te szufladki otworzyć. Zdjęcia to właśnie robią. Nowa generacja ma to szczęście, że kamery, aparaty fotograficzne są dostępne dla każdego. Nie tak było za naszych czasów. Na zdjęciu ze śpiącym ojcem, zauważyłem dwa drobiazgi. Koc, który był z nami przez dziesiątki lat i taca, która stoi przy ojcu. Mama zawsze robiła mi śniadanie i stawiała przy łóżku. Kiedy mnie budziła, jedzenie stało gotowe. Jadłem na pół śpiąco. Wtedy to było dla mnie normalne. Nigdy nie pomyślałem ile to dla niej było wysiłku i poswięcenia.
Może jeden dzień wydaje się być małą różnicą ale wierzcie mi, że to bardzo wiele. Dalej mamy dużo pracy, ale to nie jest to co w te kilka dni. Martwi mnie tylko to, że moja prawa ręka Joe a take główny brygadzista Orlando, biorą wakacje w tym samym czasie, zaczynając od jutra. Ponownie będę musiał się trochę namęczyć. Czekam z niecierpliwością na moje wakacje. Za trzy tygodnie wyjeżdżamy na kilka dni do Arizony a pierwszego września do Afryki. Odbije sobie na Orlando i Joe. Ustawię tak prace, żeby mieli jak najwięcej roboty. Ha, ha.
Nasi najbliżsi znajomi Ewa i George, zdecydowali się na sprzedaż domu. Prawdopodobnie wyprowadzą się do innego stanu, ale tego jeszcze nie wiedzą. Ich dom pokazany jest na internecie w bardzo drogim programie 3-D. Można wirtualnie pochodzić sobie po ich domu.
Tak niektórzy mieszkają.
Po prawej stronie pisze all. Tam można zmienić na różne piętra. Kliknięcie na domek po lewej zbliży cały model. Można go obracać myszką w każdą wybraną stronę. Kliknięcie na człowieka, pozwala wejść w wybrany pokój.
Pogoda dalej na tym samym poziomie. Razem z wilgotnością jest około 35 do 40 stopni.
Trawa już zaczyna żółknąć, a podlewam ją dwa razy dziennie. Nawet ptaki się chowają i jak sypię im nasiona to zjawiają się dopiero późnym popołudniem.
Kilka starych zdjęć. Nasza pamięć jest zawodna. Pamiętamy to co najważniejsze. Szczegóły giną z czasem. Są one jednak dalej zaszufladkowane w naszym mózgu. Trzeba tylko umieć te szufladki otworzyć. Zdjęcia to właśnie robią. Nowa generacja ma to szczęście, że kamery, aparaty fotograficzne są dostępne dla każdego. Nie tak było za naszych czasów. Na zdjęciu ze śpiącym ojcem, zauważyłem dwa drobiazgi. Koc, który był z nami przez dziesiątki lat i taca, która stoi przy ojcu. Mama zawsze robiła mi śniadanie i stawiała przy łóżku. Kiedy mnie budziła, jedzenie stało gotowe. Jadłem na pół śpiąco. Wtedy to było dla mnie normalne. Nigdy nie pomyślałem ile to dla niej było wysiłku i poswięcenia.
Ten misiu po środku to poruszona Grażyna.
Wednesday, July 12, 2017
Praca 24 godziny na dobę
To już trzeci dzień w który pracujemy 24 godziny na dobę. Zostało mi 7 dni do skończenia, jeśli uda mi się wykonćc plan. Wjazd na autostradę został zamknięty. Jest to nietypowa sytuacja, bo miasto raczej na to nie pozwala. Wolą wydać dodatkowe miliony dolarów, ale nie utrudniać kierowcom życia. Dla niejednego wydaje się to właściwym wyjściem ale ja nie zawsze się z tym zgadzam. Miliony dolarów idą z naszych podatków a krótkie utrudnienie w dojeźdie do celu, nie zmieni bardzo naszego życia.
Pierwszy dzień poszedł gładko. W ciągu 24-ech godzin zdjeliśmy całą betonową drogę.
Drugi też niezły. Czyszczenie i naprawa metalowych konstrukcji. Trzeci niestety to kłopot za kłopotem. Nie mam zamiaru wszystkiego opisywać, ale podam jeden z nich. Dźwig który mamy używać do podnoszenia betonowych płyt przyjechał na godzinę 5 rano. Wprowadziłem go na miejsce docelowe. Kiedy stanął tam gdzie trzeba, okazało się że jedna z części która utrzymuje ten dźwig w stabilnej pozycji znalazła się na studzience kanalizacyjnej. Oczywiście dźwig nie mógł na tym stać. Kazałem im przesunąć go o 3 metry i tu operator odmówił. Muszę dodać, że ma on zakładać płyty w promieniu 80 metrów, czyli te 3 metry nic nie znaczą. Mówi że to niezgodne z planem. Walczyłem z nim przez półtorej godziny, błagając, strasząc, tlumacząc że to żadna różnica bo dźwig jest większy niz potrzebujemy. Dopiero po tym czasie zgodził się go przesunąć.
Kiedy byliśmy gotowi, z każdej strony nadjechały samochody policyjne, strażacy, karetki pogotowia. Zablokowali nam drogę. Okazało się że ktoś topił się w rzece przy nas. Wyciągneli go za późno. Ciało leżało tam przez kilka godzin.
Z tymi wszystkimi problemami pracujemy przy 35-ciu stopniach Celsjusza. Na betonowej autostradzie, bez cienia jest trudno wytrzymać. Po 12 godzinach pracy wraca się do domu i najlepiej iść natychmiast spać. Ale ja tak nie potrafię. Jutro następny dzień i mam nadzieję że nadrobię dzisiejsze straty.
I oczywiście kolejne zdjęcia.
Jak bedziemy rozmawiac to powiedcie mi kto to jest ta pani pierwsza po lewej i stojacy pan przy mamie.
Monday, July 10, 2017
Karaoke party
W ubiegłą sobotę, mieliśmy spotkać się z przyjaciółmi u Małgosi i Johna. Z powodu możliwych opadów deszczu, przenieśli to na niedzielny wieczór. Nie jest to najlepszy dzień na przyjęcia, bo wielu z nas wstaje do pracy wcześnie rano. Okazało się jednak, że wszyscy przyszli. Tylko szybko się zwijali do domów.
W towarzystwie naszym jest wielu, którzy mają różne talenty, jednej rzeczy nikt nie potrafi - śpiewać. A okazało się, że ma być to wieczór karaoke. Był nawet specjalny DJ, który to prowadził. Przez długi czas nikt nie decydował się na występy. Dopiero alkohol dodał odwagi najodważniejszym. Mam uchwycone kilka momentów na telefonie, ale nie chcę nikomu robić przykrości i umieszczać tego na internecie. Oczywiście mnie przy mikrofonie nie zobaczono. Rozwarzaliśmy z kolegami o czasie w jakim zareagują sąsiedzi. Impreza odbywała się na dworze. Głośną muzykę można jeszcze znieść, ale to było trochę gorsze.
Wyszedłem po godzinie 22-giej. Właśnie wtedy pod dom podjechała policja. Szybko zadzwoniłem do jednego z przyjaciół. Skończyło się tylko na ostrzeżeniu.
Nie myślę, że ktoś jeszcze kiedyś będzie chciał zorganizować karaoke party.
Kolejne zdjęcia z przeszłości.
Dziwnie ogląda się zdjęcia na których są Ci co od nas odeszli. Mama z księdzem Wudarskim, brat i siostra ojca, Kaziu i Jadzia
Z tyłu tego zdjęcia napisane było: Sądzę, że mnie poznasz. Pokaż dzieciakom czy mnie poznają.
To dziadek po zakończeniu II Wojny Światowej w Armii Polskiej w Anglii.
Tuesday, July 4, 2017
Czwarty Lipiec
Kończy się dodatkowy dzień wolny, czyli święto 4-go Lipca. Jak już wspominałem, nie zamierzałem robić nic ciekawego. Przy nieprzerwanie pięknej pogodzie, bawiłem się pracą w naszym ogrodzie. W lipcu wygląda najładniej, bo kwitną wszystkie kwiaty. Większość prac jest skończona i od dzisiaj, zostaje mi tylko podlewanie i sprzątanie.
Grażyna. Jak rozmawialiśmy w Polsce, to wspominałem o tych hostach. Są one łatwe do sadzenia i nie trzeba nic przy nich robić. Co roku rosną trochę większe. Są w różnych kolorach i także kwitną w lipcu. Rosną w cieniu i słońcu, są więc bardzo praktyczne do wypełnienia pustych miejsc.
Muszę wspomnieć i pochwalić się, że Elaine skończyła następne studia. Do dyplomu w kierunku artystycznym, doszły jej z Biologii i mniejszy z Psychologii. Wytłumaczenie. W Stanach można studiować w jakimś kierunku (jak Elaine biologie), ale jak się bierze wystarczająco dużo przedmiotów z innego kierunku, można dostać minor (mniejszy) w tym kierunku.
Zobaczymy co będzie dalej.
Następne zdjęcia z tych odnalezionych w Polsce.
Subscribe to:
Posts (Atom)















































