Tuesday, August 23, 2016

Las Vegas, Czerwony Kanion


    Przeżyliśmy najgorszy dzień, wiec teraz można powspominać te pozostałe. Przed wyjazdem znałem te tereny z filmów, zdjęć. Byłem też w Zion Park, ale tylko przejazdem. Bardzo mi się to wszystko podobało, ale rzeczywistość zaskoczyła i przewyższyła wszystkie oczekiwania. Nieraz wyobrażamy sobie dziwne, odlegle planety. Jak piękne mogą one być. Okazuje się że nie trzeba. Spacerując po tych parkach spotkać możemy to wszystko na naszej Ziemi.
     Polecieliśmy samolotem do Las Vegas. Sam lot jest bardzo ciekawy. Kiedy niebo jest bezchmurne, a tak było, oglądać można góry i wąwozy z okna samolotu. I tu widoki są już niezwykłe.




Miasto hazardu i rozpusty, w satnie Nevada, zobaczyliśmy tylko z okien samolotu i samochodu. 


Byliśmy już tutaj i tym razem przyjechaliśmy w innym celu.
Początkowo droga na pustynnych terenach. Zachaczyliśmy o kawałek stanu Arizona.


Dopiero po dwóch godzinach jazdy, w stanie Utah, zauważyć można było zmiany w ich wyglądzie.


Zabawne jest to, że zachwyceni górami zatrzymaliśmy się przy drodze na pierwsze zdjęcia. 



A to było tak jakby obejrzeć kościół  w Koninie zamiast Notre Dame w Paryżu. Filmuję cały przejazd na kamerze w samochodzie. Jest coraz ładniej.
   Dobiliśmy na miejsce bardzo wcześnie. Wystarczy czasu na szybki wypad w pobliskie góry.  Hotel który wybrałem wygląda trochę jak w starych westernach.


    Wewnątrz jednak bardzo ładnie i czysto. Jedzenie okazało się później bardzo kiepskie. Raz tylko skorzystaliśmy z ich restauracji.
Rozpakowujemy się szybko i wsiadamy w samochód. Już w domu zaplanowałem wyjazd do Czerwonego Kanionu (Red Canyon), który znajduje się pół godziny od naszego miejsca.
     Szybki dojazd i natychmiastowe wow!, ach!, och! z naszej strony.
Parkujemy samochód z boku drogi i idziemy na pieszo w góry. Wspinamy się na sam szczyt. Po drodze oczywiście robimy pełno zdjęć. Nie będę tu opisywał wspinaczki. Myślę że obejrzenie zdjęć przekaże całość naszych zachwytów.







    Po zejściu jest nam mało wrażeń. Jedziemy troszkę dalej. Przejeżdżamy pod bramą ze skały i następny przystanek.


    Tym razem spokojny spacer w rzadkim świerkowym lesie i tych czerwonych skałach.





   Teraz możemy wracać do pokoju na odpoczynek. Myślimy, że widzieliśmy wszystko, ale to tylko ciasto. Krem i rodzynki czekają na nas w kolejnych, nadchodzących dniach.

Monday, August 22, 2016

Spooky Slot


      Wróciliśmy!
 Nie wiem od czego zacząć. Chociaż wycieczka nasza była stosunkowo krótka,  przyniosła nam wiele radości i niespodziewanych wrażeń. Zacznę może od najbardziej ciekawych chwil.
    Dzień drugi. Jesteśmy w Bryce Park. Dzisiejsza wyprawa jest zaplanowana przeze mnie w bardzo mało znane tereny dla codziennych turystów.
     Godzinę jazdy samochodem zajęło nam odszukanie miejsca, gdzie zjeżdżamy z głównej drogi w niezagospodarowane tereny. Droga z ubitego czerwonego piachu jest bardzo nierówna. Jedziemy więc bardzo wolno. Z daleka widać góry ale tereny przez które przejeżdżamy są plaski i prawie pustynne. 


Mija następna godzina i znajdujemy miejsce, gdzie zaparkowanych jest kilka samochodów. Wszystkie te miejsca oglądałem przez Google Map, i  w ten sposób zaplanowałem to wszystko. Postanawiam jechać dalej, ale droga jest bardzo trudna. Samochód przechyla się nieraz do 45 stopni. Boję się że coś uszkodzę, przejeżdżając przez różne koleiny w skałach. Wreszcie dobijamy do miejsca, gdzie stoją następne trzy samochody. Tutaj kończy się nasza jazda. Bierzemy plecaki, kamery i reszta na pieszo.
    Stajemy na brzegu olbrzymiego wąwozu. 




W dole widać mniejsze góry. Tam zauważam pęknięcia w skałach i domyślam się, że są to przełęcze, których szukam. Najpierw trzeba jednak zejść na dół. Kilku innych turystów nie może znaleźć drogi. Tutaj nie ma żadnych wytyczonych tras. Wszystko robi się na własne ryzyko.
    Odkrywam zejście.  Nie jest tak źle, chociaż kilka miejsc jest niebezpiecznych. Przesuwamy się kilku centymetrowymi występami na skałach. Temperatury przekraczają 40 stopni Celsjusza.  Kiedy zeszliśmy na dno wąwozu, 


musieliśmy odpocząć. Wszyscy jesteśmy trochę zmęczeni. 


Zaraz po tym odkrywam pierwszą przełęcz. 


Tutaj nazywają to Narrows, czyli coś jak przesmyki. Są to miejsca, stworzone przez przepływającą wodę, po ulewach deszczowych. Teraz jest to suche miejsce. Nie można jednak wchodzić tam jeżeli jest możliwość opadów. Chyba że ma się samobójcze myśli.
     Cudowne miejsce. Czerwone skały, zakręty, niesamowite kształty. Zatrzymujemy się przy każdym z nich i robimy zdjęcia. 







Początkowo głęboki na kilkadziesiąt metrów i dość szeroki.  Idziemy trochę pod górę, tak więc głębokość się zmniejsza, także szerokość. Zadowoleni wracamy do wyjścia. Spotykamy tam parę z którą dziewczyny wymieniają wrażenia. Dowiadujemy się, że ten drugi, który chcemy zobaczyć jest zaraz obok. Ma być trochę trudniejszy, ale do przejścia. Żeby się tymi słowami udławili!!!
    Stanęliśmy przed wejściem Spooky Slot. Tutaj trzeba się wspiąć kilka metrów po pionowej ścianie. 


Jest kilka wyżłobionych dziur. Skały są jednak tak wygładzone, że trudno się czegoś złapać. Ostrzegam dziewczyny, że drogi powrotnej nie ma. Musimy wyjść drugim końcem. Zejście po tym byłoby prawie niemożliwe. One decydują się iść dalej. Pomagamy sobie nawzajem i dostajemy się do naszej przełęczy. 


Kilka następnych kroków i już wiemy, że jesteśmy w kłopocie. Każde następne przejście staje się wyzwaniem. Podsadzamy się i wciągamy nawzajem. Opanowuje nas strach. Telefony tu nie działają. Bardzo gorąco a wody nam dużo nie zostało.  Nikt nas tutaj nie znajdzie a nie ma jak wezwać pomocy. Jesteśmy kilkadziesiąt kilometrów od zamieszkanych terenów.
     Elaine idzie pierwsza i wkrótce słyszymy, jak w rozpaczy mówi, że tu się nie da przejść. Przed nami dziura wypełniona woda. Przed nią gładka ściana 3-4 metry wysoka. Nie ma najmniejszej dziurki, występu o który można byłoby się złapać. Elaine próbuje, ale zsuwa się w dół i wpada w czerwone błoto. Dziewczyny panikują. Postanawiam ściągnąć buty i wchodzę w błoto. Pod nim powierzchnia jest bardzo nierówno. Ustawiam się odpowiednio i zaczynam podsadzać dziewczyny. Udaje się. Teraz ja sam muszę się tam dostać, ale nie potrafię. Ześlizguję się ze skał. Wreszcie one razem, podają mi dłonie i ja rozkraczony, wspinam po bocznych ścianach a one mnie wspomagają. Niestety tam jest jeszcze straszniej. Elaine jest już przerażona. Wiesia, bardzo zmęczona. Narzeka że nie ma sił. Ja udaję bohatera ale jestem tak przestraszony jak one.
     Przejście staje się tak wąskie, że muszę się przeciskać na siłę.


 Oprócz tego nie jest to prosta przełęcz. Trzeba przybierać różne kształty, żeby przez nie przejść. Na przykład litery S. Dochodzimy do miejsca, gdzie przeciskamy się przez dziurę. Wiem, że jak tam wejdę, to już nie wyjdę. Nie można zobaczyć co jest za nią. Nie ma jednak wyjścia. Tak czołgamy się i przeciskamy przez następne pół godziny. Nie zwracamy nawet na uroki tego miejsca. Teraz przypomina mi się jak było tam ładnie, ale wtedy, nie było na to czasu ani ochoty.
      Wreszcie wydostajemy się na szczyt góry. 



Żeby wrócić do miejsca skąd przyszliśmy, powinno się znaleźć drugą przełęcz. Dziewczyny odmawiają wejścia w jakikolwiek wąwóz. Stoimy na drugiej stronie tego głównego, olbrzymiego wąwozu. Nawet nie wiem gdzie jesteśmy. Tylko sens kierunku, mówi mi, że gdzieś w tamtym kierunku jest nasz samochód. Na złość, na horyzoncie zbierają się ciemne chmury. Będzie padać.
    Kilka razy w różnych miejscach, zbliżamy się do brzegów wąwozu, ale tam tylko przepaść. Nie ma możliwości zejścia. Znów trochę szczęścia i zaczynamy się zsuwać. Na dole wąwozu jesteśmy wykończeni fizycznie i psychicznie. Teraz trzeba się wspiąć na druga stronę i odnaleźć auto.
     Udało się. Wpadamy szybko do środka i natychmiast ruszam. Widać, że przed nami już pada. Boję się, że nas złapie. Naciskam na gaz. Chociaż w tamta stronę bardzo uważałem, teraz jadę bardzo szybko. Niestety nie zdążyłem. W połowie drogi, widzimy samochód zanurzony w czerwonym błocie. Przed nim droga nim wypełniona i oberwane zbocza drogi.  Musiało tu bardzo padać. Teraz trochę mniej, ale woda dalej przepływa wielkim strumieniem. Przechodzą tam rury pod drogą, ale były za małe na takie ilości deszczów. Kierowca rozebrany, pokryty tym błotem, próbuje coś zrobić ale nie ma szans. Telefony dalej nie mają połączenia. Pół godziny i dobija następne auto. Ten ma telefon z którego udaje mu się skontaktować z policją. Odnajdują nas po godzinie i sprowadzają ciężki sprzęt, który oczyszcza całe błoto. Udaje przedostać się nam na drugą stronę.
     Po godzinie jesteśmy w hotelu. Już w trochę lepszym nastroju, chociaż bardzo zmęczeni.  Na drugi dzień przyjmujemy to już jako jeszcze jedną przygodę w naszych wyprawach. Pewne jest jedno. Dziewczyny już nigdy nie zdecydują się na podobną wycieczkę.

Sunday, August 14, 2016

Olimpiada



Wi
ększoć z nas w większym lub mniejszym stopniu, przygląda się zmaganiom sportowców na olimpiadzie.
Nieraz zastanawiam się czy to warto poświecać swoją młodość, żeby raz stanąć na podium zwycięzców. Gorzej. Większość z nich nigdy tam nie stanie. Jeżeli trenują ten sport który przynosi zyski materialne to przynajmniej jest ich zawód, tak jak każdego z nas. W ich wypadku dochodzi talent i poświęcenie w nieskończonych treningach.
Jest jednak wiele sportów, które mogą dać tylko satysfakcję. Kiedy chodziłem do Technikum w Koninie, na naszym szkolnym stadionie biegal jakiś chłopak. Ktoś mi powiedział, że to Jan Pusty. Nawet nie wiedziałem czy chodził do naszej szkoły, czy tylko tutaj trenował. Dalej nie mam pojęcia. Pochodzi on z Koła, czyli z naszych okolic. Kiedy my się bawiliśmy, on biegał. Później sta
ł się najszybszym biegaczem w Polsce na 110 metrów przez płotki. Został nawet wicemistrzem Europy w 1978 roku. Osiągnał coś czego nikt z nas nie ma szans zrealizować.
Od samego początku pobytu w Stanach znaliśmy Jacka Bojańczyka. Nasz dobry przyjaciel. Spotykaliśmy się wielokrotnie i bywaliśmy wspólnie na wielu imprezach. Troszkę później poznałem jego brata, Piotra. Bardzo skromny, nic nigdy nie mówił o sobie. A jest wielu wśród nas, którzy szczycą się nowymi ciuchami, czy zegarkiem.
Piotrowi nie powodziło się dobrze i postanowił przenieść się do Kanady. Nie miał nawet czym tam dojechać. Ja też wtedy zaczynałem swoją karierę zawodową. Miałem stary samochód i zamierzałem go zmienić na lepszy. Postanowiłem go podarować Piotrowi. Był to stary grat, ale dalej jeździł. On nie chciał tego przyjąć i zgodziliśmy się, że zapłaci mi 100 dolarów. W jednym z ostatnich spotkań, zaczęliśmy rozmawiać na temat sportu i zapytałem się czy znają parę taneczną na lodzie Teresę Wejna i Piotra Bojańczyka. Wtedy sam się zapytałem: zaraz, ty masz takie same nazwisko, czy go znasz? Okazało się, że to był on. Przez dziewięć lat był mistrzem polski w parach tanecznych. Zajmował wysokie miejsca w mistrzostwach świata i 9-te na Olimpiadzie w 1976 roku.
   Szczególnie w komunistycznych czasach, sportowcy nie mieli dobrze płacone. Byłem zaszczycony, że go poznałem, ale przykro mi było, że znajduje się on w takiej sytuacji. Mimo wszystko kraj powinien zadbać o tych którzy reprezentowali nas, szczególnie tych z sukcesami. Po wyjeździe, kontakty się urwały. Wiem że znalazł dobrą pracę i dawał sobie jakoś radę, ale to wszystko. Życzę mu większych sukcesów w życiu osobistym niż w sportowym.
Jest coś w ludziach, co zmusza nas do zdobywania rzeczy, miejsc nieosiągalnych. Do bicia rekordów, nie do pobicia. Dzięki temu cywilizacja bez przerwy się rozwija i doskonali. Sportowcy są tylko częścią tego całego dążenia do doskonałości. Podziwać trzeba ich za wytrwałość i ciężką pracę. Prawdopodobnie możliwość stania na tym najwyższym podium jest dużo ważniejsza niż nasze przyziemne przyjemności dnia codziennego.


Można się też nieraz pośmiać. Na przykład z tych dwóch Filipinczyków. Nie tylko z wykonania ich skoków. Przypatrzcie się ich zachowaniu po skokach. Oni prawdopodobnie przyjechali na te zawody dobrze się pobawić i po skokach trzepnęli się po dłoniach mówiąc: no wreszcie skończone, idziemy na dyskotekę!


Thursday, August 11, 2016

Zion i Bryce Park



    Planowanie wakacji w tym roku jest bardzo trudne. Nie jestem w stanie wsiąść pełnego wolnego tygodnia. Praca zawodowa mi na to nie pozwala. Zdecydowałem się więc na inne rozwiązanie i będę musiał wakacje rozłożyć na kilka krótszych.
   Za tydzień wyjedziemy na kilka dni do parków w stanie Utah. W tamtych okolicach jest chyba najwięcej miejsc które przyciągają turystów. My wpadniemy  do Zion park and Bryce Park.
     Wszystkie one powstały w podobny sposób jak Grand Canyon, który znajduje się w ich pobliżu. Skały wyżłobione przez miliony lat przepływającymi wodami i powietrzem. Zion Park jest znany z pięknych kolorów. Skały tam są w kolorach czerwieni i ich odcieni. Znajduje się tam setki, tysiące małych wąwozów, po których można spacerować. Nie są one zwykłymi przełęczami. Zadziwiają kształtami i kolorami. 
    Zdarza się tam też wiele wypadków, ale ludzie zawsze szukają emocji i ryzykują. Podczas szybkich ulew deszczowych, woda wpada w niektóre wąwozy i gdyby ktoś tam sobie spacerował, nie ma dużej możliwości na przeżycie tego spotkania.
   Jest to olbrzymi park i tysiące szlaków. Sam układałem nasze trasy. Mam nadzieję że wybrałem coś ciekawego. Już niedługo się o tym przekonamy.
   Tak wygląda ten park.






   Drugi to Bryce. Jest inny. Więcej można zwrócić uwagę na panoramy. Nie dużo jest miejsc na świecie z takimi widokami. Kilka zdjęć z tego miejsca. Nie trzeba chyba komentować.




Wednesday, August 10, 2016

Czego się boimy

       Jak codziennie, poszedłem dzisiaj kupić sobie kawę w Dunkin Donuts. Zaraz za mną ustawił się muzułmanin. Jeden z tych bardzo przestrzegających swoją religię. Widać to po jego stroju. Muszę się przyznać, że nie czułem się dobrze. Może jestem przewrażliwiony, bo przeżyłem 11 września, ale nie czuję się bezpiecznie w ich towarzystwie. Ubrany był w ich typową suknię do kostek a na to nałożoną miał kamizelkę, wyglądającą dokładnie jak te do których przyczepiają sobie bomby. Nic się nie stało i wielu powie mi natychmiast że jestem nietolerancyjny. Ale mnie to wisi. Jeden z nich wejdzie do jakiegoś sklepu i wysadzi ludzi w powietrze. Nie koniecznie to muszę być ja, ale będzie tam ktoś, kto ma rodzinę i oni będą musieli to przeżywać. Oczywiście nikt do nich nie podejdzie z próbą sprawdzenia co jest pod tą kamizelką! Czyli jesteśmy skazani na ich łaskę.  Nie rozumiem czemu jesteśmy zmuszani przez nasze rządy do mieszania się z nimi. Nie ma między nami nic wspólnego. Oni nie chcą się dostosować do naszej kultury. Uciekają ze swoich krajów ale nienawidzą naszą kulturę i obyczaje. Ustawiają sobie za cel zniszczenia tego co my lubimy i zmianą tego na ich system! Już za to powinni iść do więzienia. Nie mam nic przeciwko nim, jeśli będą zyli sobie między tymi, których kochają, między tymi którzy wierzą w tego samego boga, między tymi którzy mają te same cele w życiu.
    Mówi się że nie wszyscy muzułmanie są źli! Naprawdę? Oczywiście są wyjątki. Nie każdy z nich chce być terrorystą. Ale przyjżyjmy się zdjęciom z ich krajów. Ostatnio złapali oni rosyjskiego pilota helikoptera, który przewoził produkty w celu pomocy humanitarnej dla tamtejszej ludnosci.
   Zdjęcie pokazuje jak cywile ciągną go po piaskach pustyni. Popatrzcie na biegnących obok ludzi. Zadowoleni nakrecają wszystko na kamerach telefonów. 


Nie ma nawet mowy o proteście. Oni wszyscy się z tego cieszą. Jaka inna religia do tego by dopuściła. 
   Takich fotografii można obejrzeć tysiące. Zadowolone tłumy, przygladające się kamieniowaniu kobiety, która została zgwłacona, czyli miała nielagalny seks! Wiwatujące, kiedy palą człowieka zamkniętego w klatce.
Tych zdjęć nie będę załączał bo sa bardzo brutalne. Nikt mi nie wciśnie, że ta religia jest pokojowa i przyjazna. Ale niech nawet będzie i zgodzę sie z tym. Niech tylko przeniosą si do swoich krajów  i tam wyznawać mogą jakiego chcą Boga.
   A ja chcę stać w kolejce po kawę bez strachu, że jakiś zasrany fanatyk wysadzi mnie w powietrze i nie chcę, żeby przydarzyło się to komukolwiek innemu.

Tuesday, August 9, 2016

  Pracując w Nowym Jorku ma się gwarancję, że zawsze coś ciekawego się przydarzy. Na przykład dzisiaj.
Najpierw dojeżdżając do pracy, na zjezdzie z autostrady, spotkałem rodzinkę gęsi, która spacerowała sobie w kierunku głównej drogi. Zablokowałem im drogę i tak powoli spychałem je do powrotu w bezpieczne miejsce. Trwało to prawie 20 minut. Powiodło się i udało mi się je uratować.  Poniżej filmik.


   Niedługo po rozpoczęciu budowy, następne wydarzenie. Ktoś wyrzucił, na środku autostrady, „faceta„, który tam zaczął po niej spacerować. Zadzwoniliśmy na policję. Przyjechali natychmiast i go złapali go (uciekał). Wsadzili do karetki pogotowia. Jak zobaczycie na zdjęciu, to nie jest taki zwykły facet. Ma dorobione pewne części ciała. 


    Co mnie jednak wyprowadziło z równowagi, to zachowanie policjantów. Jak zawsze chwalę ich za bardzo szybką i sprawną działalność, to zawsze jest jeden problem. Nie dbają dużo o wszystkich wokół. Zamknęli autostradę z wiadomego powodu, ale mogli ją natychmiast otworzyć. Ale nie, zadowoleni, oglądali tego wariata i zajęło im 20 minut, żeby pozwolić innym kierowcom ponownie ruszyć. W takim czasie tworzą się korki na kilometry. 


Sunday, August 7, 2016

Amerykańskie wesela

       W ostatni piątek byliśmy na weselu córki znajomego . Na szczęście wykurowałem się na tyle, że nawet mogłem zatańczyć. Sam Ruffo jest moim brygadzistą stolarzy. Pracuje dla mnie już 18 lat. Kilku z Was zna go z pobytu w Nowym Jorku. 
     Wesela w Nowym Jorku to pościg w pokazaniu się przed znajomymi. Każdy to robi i trudno nawet się od tego wykręcić, bo wszyscy inni pomyśleli by że się jest sknerą, skąpcem. Wesela i pogrzeby to najlepszy biznes. Normalnie kupisz wiązankę kwiatów za 20 dolarów, ale ta sama, z dodatkową kokardką będzie Cię kosztować 100 dolarów na wesele. 
   Planowanie zaczyna się od sali na przyjęcie. Jest ich bardzo dużo, ale różnej klasy. Jeżeli chce się zamówić na sobotę i np. latem, to nieraz trzeba czekać trzy lata. Tak było z moim kolegą z pracy. Wariactwo. Ja bym nigdy nie doczekał się swojego wesela. Miejsca te są naprawdę wymyślne. Byliśmy już na wielu tej najlepszej klasy. Wspomnę, że koszt takiej imprezy  (przeważnie 120 do 150 osób) wynosi od 60000 do 100000 dolarów. I nie są to wesela milionerów. Byliśmy na weselu Polki z Rosjaninem, gdzie po salach kręciło się pełno postaci z czasów Baroku. Ubrani w piękne stroje, podawali przystawki, napoje, stali przy drzwiach etc. Na innym włoskim, na stolach z jedzeniem leżały nagie kobiety (oczywiście wszystko ważne przykryte dekoracjami), pomalowane na złoto i przystrojone pięknymi złotymi dodatkami. Są sale w których para młoda wjeżdża w efektowny sposób. Jedna pojawiła się w pięknej otwartej, udekorowanej kwiatami windzie, w samym centrum sali tanecznej. Otworzyła się podłoga i stamtąd wynurzyła się w oparach wodnych ta winda.
Inny kolega miał salę, gdzie ze ściany wynurzały się schody. Wyjechały do końca sali , około 30 metrów. Na końcu stała para młoda. Zeszli nimi do samego stołu przy którym mieli siedzieć i schody zniknęły w ścianie.
     Druga część to muzyka. Przeważnie będzie to zespół lub DJ. Ale są często dodatki. Kilka lat temu na włoskim weselu u kolegi z pracy (Włoch z pochodzenia) na balkonach w salach gdzie się jadło śpiewała piękne włoskie piosenki grupa mężczyzn. Inni mają wykonawców muzyki klasycznej, lub folkloru np. grupa Meksykanów.
     Jedzenie. Dla wielu najważniejsza część. Wielokrotnie przesadzone. Wiele lat temu, ponownie na włoskim weselu, sala z ciastkami i deserami miała długość, może 30 metrów. Po dwóch stronach stały stoły, jeden przy drugim i pokryte były talerzami z tymi delicjami. Gdybym wziął tylko po jednym z każdego rodzaju to mógłbym się wyżywić tym przez cały tydzień.
      Co jest jeszcze u nas ciekawe. Mamy okazje być na różnych etnicznych weselach. Włoskie, Greckie, Rosyjskie, Polskie, Karaibskie, Afrykańskie i wiele inych. Nie zawsze może się to podobać. Np. byliśmy na weselu kolegi z wysp Karaibskich a jego małżonka była z Afryki. Trochę nas wymęczyli. Nie podali jedzenie i picia aż do momentu przywitania wszystkich ważnych osób. Na czym to polegało. Osoba przy mikrofonie mówiła jakąś historię o danej osobie i po tym wchodziła ona na salę w rytmie Afrykańskiej muzyki. Wyglądało to zabawnie, takie przytupywanie, kołysanie sie do rytmu. Za nią dołączali się wszyscy co ją znali. Obchodzili salę i siadali przy stole. Następna osoba. Trwało to chyba z godzinę. W tym czasie biedna para młoda stała na zewnątrz budynku a była to pełnia lata. Jak weszli to byli zalani potem.
      Jak podali jedzenie to rzucilismy się głodni. Ale tam był kurczak z białym ryżem, kurczak z żółtym ryżem, kurczak z ciemnym ryżem i ryba z ryżem. Wziąłem rybę i nie dało się tego zjeść bo była tak pikantna. 
    Wracam do ostatniego wesela. Włosko - Greckie.  To jest nieraz problemem u nas. Goście na sali to biali, czarni, orientalni, każdy rodzaj. I każdy lubi inną muzykę. Trudno wszystkich zadowolić. Najgorzej jednak jak i para młoda jest mieszana. Grecy siedzieli obok nas. Nie tańczyli przy żadnej muzyce. Dopiero jak zagrali ich (nie do tańczenia muzyka) to wszyscy wypadli na salę. Ale byli już tak podpici, że tylko porozlewali wino na całej podłodze i dużo nie potańczyli. Skończyła się Grecka, zaczęła sie włoska i wszyscy się już bawili razem. Oczywiście oprócz Greków.
     Sala była bardzo ładna, ale bez żadnych wymyślnych dodatków. Jedzenie bardzo smaczne. 
Szczególnie „cocktail hour„. Jest to godzina przed rozpoczęciem zabawy. Wszyscy mają czas się poznać, trochę wypić i zjeść bardzo dużo. Było tu wszystko. Ryby, krewetki, raki, małże. Każdy rodzaj mięsa i włoskie pasty. Nie było możliwości nie znaleźć coś dla siebie. Najedliśmy się tak, że jak podali główne danie to nie mogliśmy zjeść do końca. Desery jednak były jeszcze lepsze. Wieśka zatrzymała się przy fontannie z ciepłej czekolady. Można tam było wstawić co się chciało nadziane na patyczkach i później zjeść ale już oblane czekoladą. Też sobie dobrze podjedliśmy. 
   Kilka zdjęć. Tak wyglądała główna sala.


Para młoda.



Rodzice pani młodej


I niektórzy z moich pracowników, których było na weselu chyba z 20-tu.



Wiesia


Sunday, July 31, 2016

Weekend bez pracy.

 Ponownie naderwałem sobie przy pracy coś w plecach. Nie mogę się dobrze wyprostować, ani siedzieć przy komputerze. Okładam się różnymi gorącymi materiałami i liczę na cudowne wyleczenie. Na razie nic mi nie pozostaje tylko leżeć, chociaż to też nie jest bez bólu.