Saturday, March 21, 2015

Podróż do Khajuraho

Wtorek - 10 Marzec

  Ponownie wczesna pobudka, bo o 6:30 – ci. Marian się dalej szykuje a ja wychodzę na papierosa. Przyglądam się pracownikom hotelu. Jeden chodzi na boso w górę i w dół trawników i nie wiadomo po co. Wreszcie podniósł jakiś śmieć, przeniósł i położył na stole przy basenie, obok stojących od wczoraj pustych butelek piwa. Widać że to inny świat. Niby wszystko tu gra ale coś nie tak. Większość pracuje tu bardzo wolno. Można zauważyć, że zamiast jednego człowieka, zatrudniają kilku na tą samą pozycję. I tak im prawie nic nie płacą. Więc wszyscy pracują bardzo wolno. W innym hotelu widziałem trzech chłopaków zmiatających olbrzymi trawnik z kwiatów, które opadły z drzew. U nas przyszedł by jeden z dmuchawą i byłoby czysto w ciągu 5 minut a tu trzech ludzi ma zatrudnienie na cały dzień. I jak zamiotą to nowe spadną.
     W naszym hotelu na każdym stopniu schodów  siedzą figurki aniołków. Mają oderwane skrzydła. Nie mogliśmy się domyśleć dlaczego. Teraz zrozumiałem. Gdyby zostawili skrzydła, to trudno byłoby je ustawić przy kolumnie lub ścianach. Nie zadbali jednak o detale. Można by np. ładnie odciąć i wyszlifować. Nie po prostu urwali i zostawili wystające śruby.

 
     Idziemy na śniadanie. Pierwsze nie  bardzo zadawalające. Trudno jest wybrać coś do zjedzenia. Wcinamy więc chleb z dżemem.
      Wreszcie wyruszamy. Mamy przed sobą 4 godziny jazdy. Jest to podróż niespodzianek i niesamowitych przeżyć. Mijamy dziesiątki miasteczek. W każdym coś się dzieje. Poznajemy życie tych ludzi od innej strony. Nie to co pokazują agencje turystyczne czy filmy reklamowe.
      Z przodu samochodu zauważam grupkę idących ludzi. Ten prowadzący jest całkowicie nago. To Guru – przywódca duchowy. Podobno nigdy, nawet w najzimniejsze dni, nie zakłada na siebie najmniejszego kawałka materiału. Za nim mała grupka jego wyznawców.


 
    Innym razem na środku drogi stoi słoń i grupa przystrojonych hindusów. Zatrzymujemy się i robimy zdjęcia. Oczywiście każdy taki przystanek, kosztuje kilka dolarów. Wtedy spokojnie można zrobić fotki. Słoń wyuczony i kładzie swoją trąbę na naszych głowach. Daje mu kilka owoców i ruszamy dalej.




 
    Przy drodze w miasteczku, stoją szeregami małe stragany, szopki. Można tu kupić wszystko. Nieraz organizowane są rodzajami sprzedawanych towarów. Cała ulica z owocami. W innym miejscu –fryzjerzy. Jeden przy drugim. Następnie mechanicy. Przy ich „zakładach” leżą różne części zamienne i używane opony. Gorsze od tych, które tu wyrzucamy na śmieci.




 
     Przebijamy się ponownie przez drogi zapchane Tuk-Tukami. Autobusy jeżdżą prosto i szybko. Wszyscy inni uciekają  z drogi. Wszędzie leżące i spacerujące krowy.

 
 





 
    Następna ciekawa atrakcja to wesela albo raczej przygotowania do nich. Jest to podobno sezon na śluby. A odbywają się każdego dnia a nie tak jak u nas w weekendy. Mijamy pełno miejsc udekorowanych łańcuchami i świecidełkami, podobnymi do naszych świątecznych na choinkę.  Stoi wiele przygotowanych na weselny orszak rikszy. Te obite są srebrnymi i złotymi blachami. Natomiast samochody owinięte są sznurami kwiatów.




 
Przechodzi wiele kobiet noszących wszystko na głowie.



Tutejsze piękności, uśmiechają się do kamer.


 
    Często mijamy ręczne pompy wodne. Tam można spotkać tych co przychodzą po wodę, ale także piorących bieliznę lub biorących kąpiel.



 
      Większe prania, odbywają się przy rzekach. Takie, jak ja pamiętam z dzieciństwa w Golinie. Suszone to wszystko jest na pobliskich trawach.  
 
 
 Tak mieszkają
 Tutejszy Maharadża 
 Ilu ludzi może wejść w tutejszego Tuk-tuka? Więcej niż w nasz samochód.
 
     Wiejska dyskoteka.


Thursday, March 19, 2015

Orchha

Poniedziałek  -  9 Marca


Zaraz po pobudce, pakujemy walizki i udajemy się na szybkie śniadanie. Wychodzimy z hotelu z przewodnikiem i tym razem udajemy się na stację kolejową. Nie różni się bardzo od pozostałych miejsc w tym kraju. Pełno ludzi, biednie i brudno. Spotkać tu można wielu turystów ale także setki miejscowych. Widać że i tutaj nikt nie przestrzega żadnych przepisów. Ludzie przechodzą przez tory, nawet w momencie wjazdu pociągu na peron.
 
Przyglądam się tym torom i zauważam że nie są proste. Mam nadzieję, że chociaż są w całości i nie będzie brakowało jakiś kawałków w naszej drodze.
     Pociąg przyjeżdża spóźniony o 10 minut. Siedzimy w pierwszej klasie, w pierwszym wagonie. Nie jest to na pewno nasza kategoria pierwszej klasy, ale całkiem przyzwoicie. Podają natychmiast butelki z wodą i pytają się czy chcemy śniadanie. Oczywiście szybko odmawiamy. Nie chcemy spędzić kilka następnych dni w łóżku.
    Przejeżdżamy przez wiele miasteczek i wsi. Zobaczyć tam można było każdy odcień biedy. Szałasy, ludzie śpiący na ulicznych chodnikach, święte krowy między olbrzymimi wysypiskami śmieci. 

 

 

 Przejeżdżające lokalne pociągi, wyglądające jak więzienia i wypełnione są  po brzegi ludźmi. Okna w nich są zakratowane i tylko jedno, nazwane wyjście bezpieczeństwa, ma wyjmowana kratkę. Gdyby coś się stało, ludzie Ci mają małe szanse wyjścia z tych wagonów.

 
    Na stacjach spotkać można sprzedających. A sprzedają wszystko.
Mężczyzna biega wokół wagonów z czajnikiem i próbuje zarobić na zwykłej wodzie. Szklanki trzeba mieć swoje.

Pamiętajmy, że oni zarabiają tutaj przeciętnie  od 2-óch do 4-rech dolarów na dzień. Każdy grosz się liczy.
     Śmieci są wszędzie. Często widać ludzi szukających w nich coś co może im się przydać.

 Na jednej ze stacji, zauważam trochę za późno więc nie zrobiłem zdjęcia, czegoś jeszcze bardziej szokującego. Na peronie stoi mur odgradzający stacje od ulicy. Co jakieś 150 metrów, na ścianie tej, wystają dwie murowane ścianki a między nimi dziura w chodniku. Przy jednej stoi mężczyzna i sika. To są publiczne toalety.  Wszyscy inni, jeżeli mają ochotę, mogą się temu przyglądać.
     Po trzech godzinach dojeżdżamy do Orchha. Tam czeka na nas nowy kierowca. Jedziemy do następnego hotelu. Zaskoczenie. Myślałem, że im dalej od stolicy, tym gorsze będą warunki. To nie okazało się prawdą.




Witają nas ze sznurami kwiatów i malują na czole żółtą kropkę.


     Pokój jest olbrzymi, ale tym razem mamy bardzo duże ale jedno łóżko. Jedna łazienka z jacuzzi a druga z prysznicem, umywalką i toaletą.


      Mamy dwie godziny dla siebie. Odpoczywamy przy basenie, popijając piwo.
 
Potem udajemy się do szesnastowiecznej świątyni – Ram Raja Temple. Jedynej świątyni, w której ich bóg Rama jest czczony jak król. Musiało to być potężne miasto. To główne odwiedzamy pierwsze. Jest okazałe i widać że w swoich czasach musiało być bardzo piękne. Tutaj budynki są jednak bardzo zaniedbane. Wiele zabytków w tym kraju, konserwowanych jest przez UNESCO ale ten nie dostał się na ich listę. Rząd Indyjski nie wkłada w to dużo pieniędzy i wszystko powoli niszczeje. Szkoda bo jest naprawdę piękny.



 
 
 Nawet kasujący bilety wygląda jak bezdomny.

 
      W środku nie ma dużo turystów, bo miejsce to już nie jest takie popularne. Spotykamy dwie dziewczynki.  Robię im zdjęcia i one pozują bardzo chętnie. Dzieci w tym kraju są zaskakująco ładne.


     Oglądając okolice z góry, można zauważyć setki innych budowli. Były to miejsca zamieszkania bogatych ludzi a także dodatkowe świątynie.



    Przy wyjściu spotykamy siedzące tam małpy. Spokojnie nas obserwują. Tylko jedna się złości, ale to przez Mariana, który ją drażni.
 
 

    Zaraz potem robimy zdjęcia z jednym ze „świętych ludzi”. Siedzi w niszy tej budowli i się modli. 

Na rzeka widzimy kobiety piorące bieliznę. Podchodzimy bliżej ale jedna wstaje i pokazuje, że za zdjęcia trzeba płacić. Dajemy jej dolara i robi się bardzo miła.

 
     Odwiedzamy jeszcze kilka z tych budynków.  Wszystkie są wykonane w podobnym stylu. Mimo wszystko każda czym zachwyca. Na ostatniej siedzi pełno sępów. Niektóre wyglądają jakby tam ktoś je wyrzeźbił .



      Wracamy do hotelu. Przed obiadem decyduję się na kąpiel. Hotel sprawia mi niespodziankę. Z wyglądu pięknie ale łazienka szwankuje. Wchodzę do kabiny prysznica. Bardzo nowoczesna. Woda wylatuje z każdej strony z przynajmniej 15 wytrysków. Najpierw mam trudności z ich włączeniem. Pierwszy przycisk i lodowata woda wytryskuje z lewej strony. Zamykam, odsuwam się od lewej i przy następnym naciśnięciu wylatuje z prawej. Dopiero po jakimś czasie udaje mi się znaleźć ten nad głową i odpowiednią temperaturę wody. Wreszcie mam. Niestety mydło zostało na zewnątrz. Wychodzę i przesuwane drzwi wypadły z prowadnicy. Naprawa znów zajmuje chwilę.
   Udaje mi się skończyć kąpiel, ale jeszcze przed samym końcem, zdaję sobie sprawę, że woda nie spływa i stoję w niej po kostki. Dotykam spływu i widzę że się rusza, więc delikatnie wyciągam. Woda natychmiast wypłynęła. Fajnie myślę. Był zapchany. Wycieram się, otwieram drzwi i zauważam, że wszystka woda wypłynęła do łazienki. Po zakończeniu wszystkiego, poszedłem szukać Mariana, z postanowieniem że mu nic nie powiem. On ma brać prysznic po obiedzie. Niech się trochę pomęczy.
Na obiad czekamy pół godziny. Już byłem znudzony przez to czekanie a Marian znów je jak szwagier Kaziu. Jak ja skończyłem to on zaczynał. Każdy kawałek musi być spokojnie skonsumowany. Każdy kawałek mięsa pokrojony na mniejszy. Jak już go nie widać, to on jeszcze go kroi na pół.
     Ja odpoczywam a Marian bierze prysznic. Śmieje się jak słyszę, że wypadają drzwi.