Wednesday, March 18, 2015

Niedziela 8 Marca – ciąg dalszy


    

    Dobijamy do Agry. Sytuacja ruchu drogowego jest jeszcze gorsza niż w Delhi. Trudno się nieraz przebić przez tłumy motocykli i tuk-tuków.
     Podjeżdżamy do nowego hotelu.


 

Zostawiamy walizki i natychmiast wyruszamy na zwiedzanie.
Pierwszy przystanek – Taj Mahal. 




Nie chcee tutaj robić lekcji przy każdym obiekcie, ale historia tego budynku – mauzoleum jest ciekawa. Zbudowany jest z białego marmuru. Widać dużo kolorowych wzorów.  Wygląda jak malunki ale tak nie jest. Każdy listek, kwiat który widać to tysiące kamieni szlachetnych i półszlachetnych. Z tą techniką poznaliśmy się później wchodząc do fabryczki, gdzie tworzono takie dzieła w ceramice, szkatułkach, dzbanach, etc. Najpierw malowane są wzory liści, kwiatów. Później, w miejscach tych wzorów, marmur jest żłobiony na odpowiednią głębokość. Z kamieni szlachetnych wycinane są mikroskopijnej wielkości detale i wklejane w te miejsca. Później wszystko szlifowane i wyrównywane. Efekt jest. Widać to na tych „płotach” chroniących groby.


 
W 1631 roku Mumtaz Mahal, żona panującego wówczas cesarza, zmarła przy porodzie czternastego dziecka. Miała wtedy 38 lat. Przed śmiercią, cesarz przyrzekł jej spełnić trzy życzenia. Nigdy się nie ożenić (tak się stało, ale miał wiele konkubin. To po co komu żona?). Zbudować jej budynek, który będzie ją upamiętniał po śmierci i zaopiekować się dziećmi.  Budowa tego mauzoleum trwała 22 lata i pracowało tam 25 tysięcy robotników.  Prawdopodobnie kosztowało to kraj olbrzymie pieniądze i doprowadziło do kłopotów finansowych. Widocznie miłość do dzieci była kiepsko przekazana, bo pod koniec panowania, synowie zaczęli walczyć o władzę i wygrał ją trzeci z synów Mumtaz Mahal. Natychmiast po przejęciu władzy, wsadził ojca do odosobnionego pomieszczenia z którego można było patrzeć na mauzoleum Taj Mahal. Tam spędził on ostatnie 8 lat swojego życia. Przyglądając się grobowcowi swojej żony, zmarł w 1666 roku.
     Pierwszy raz idziemy ulicami, żeby dostać się do muzeum. Brakuje nam treningu w tym szaleństwie i przechodzenie przez ruchliwe drogi jest pewnego rodzaju wyzwaniem. Żyć albo nie żyć, o to jest pytanie.
Jesteśmy wcześniej, więc podobno jest mniej ludzi. Nie radzę w takim przypadku zwiedzać tego miejsca  w sobotę po południu. Tłumy są wszędzie.

 

Ciekawostka. Wszędzie gdzie bywaliśmy, kobiety w odróżnieniu od mężczyzn, zawsze wyglądają dobrze. A to dzięki ich kolorowych i bardzo ładnych strojów.




Na szczęście tereny tego miejsca są olbrzymie, więc wszyscy mają się gdzie zmieścić. Gorzej jak chcemy dostać się do środka. Stoi olbrzymia kolejka.


 Tutaj, podobnie jak w innych miejscach w których byłem, dobrze jest mieć prywatnego przewodnika. Mają oni wyrobione dojścia i omijamy całą kolejkę. Wchodzimy osobnym wejściem.
      W środku to już inna sprawa. Dwa grobowce umieszczone są w dużej sali i ogrodzone piękną granitową, rzeźbioną ścianką.


Tłum obchodzi to wokół. Ludzie wchodzą na siebie i ciągle ktoś mnie przepycha. Nie jest to przyjemne. Robię więc zdjęcia i próbuję się wydostać. Im dalej tym gorzej. Na samym końcu to już męka. Ktoś trzymał ręce na moich plecach i pchał mnie do przodu. Ja koncentrowałem się na trzymaniu mojej torby z aparatami. Obawiając się, że ktoś może mi je ukraść. Kiedy się wydostałem, okazało się że straciliśmy po drodze Mariana. Wyszedł dopiero po 10 minutach.



Robiąc cały czas zdjęcia, wychodzimy z tego miejsca i udajemy się do umieszczonego obok Czerwonego Fortu.
    Jest to pałac królewski, który zbudowany był przed Taj Mahal w roku 1565-tym.  Powstał z czerwonego piaskowca. Jest potężny i rozległy.





 
Spacerujemy po tym pięknym zamku przez dłuższy czas. Odwiedzamy także miejsce, w którym zamknięty był władca, który zbudował Taj Mahal.
    Robi się późno i czas wracać do hotelu.  Zanim jednak tam się udajemy, stajemy w miejscu o którym wspominałem. Akbar International. Tu jest sklep i produkcja tych wyrobów z marmuru.

 
    Oglądamy artystów wykonujących te żmudne prace. A później przechodzimy się po sklepie przyglądając się ich efektom.



 
      Przed budynkiem leżą leniwe psy.


 Tutaj oprócz świętych krów, można spotkać wszędzie tysiące psów. A kota widzieliśmy tylko jednego.
  Jesteśmy już bardzo głodni. W hotelu lecimy prosto do restauracji.

 
Kiedy przysiadamy się do stołu, kelner zakłada nam fartuszki.


 Marian się śmieje, uważając, że robią to na wypadek, gdyby klienci zaczęli wymiotować. Zamawiamy danie, które złożone jest z próbek indyjskich rarytasów. Zaczynamy oczywiście od hinduskiego piwa.
    Podają nam główne danie. Od samego początku pękam ze śmiechu. Marian robi się czerwony. Kapie z niego pot. Wygląda jak wulkan, który ma za chwile wybuchnąć. Jedzenie jest bardzo pikantne. Podchodzi kelner i pyta się czy nam coś jeszcze podać. Mówię, że tak. Gaśnicę strażacką.
    Jedzenie bardzo smaczne ale „troszeczkę” za ostre. Kelner znów wraca i pyta się czy chcemy jakiś deser. Oczywiście i on się pyta jaki rodzaj. Odpowiadam, że nie ważne jaki. Ważne żeby był taki pikantny jak obiad. Przepraszał i powiedział, że mają tylko słodkie, więc powiedziałem że w takim wypadku rezygnujemy.
     Powrót do pokoju i natychmiast do łóżka. Jutro musimy wstać o 6 rano.






 

Tuesday, March 17, 2015

Zwiedzanie Delhi

Niedziela  -  8 Marzec

 

 

    Szkoda, że nie mamy absolutnej pamięci. Tyle rzeczy się wydarzyło i nie wiem czy będę mógł to wszystko opisać. 

     Nie spałem, albo bardzo krótko tej nocy. Prawdopodobnie, ponieważ zrobiłem to wcześniej w samolocie. Wsłuchiwałem się w delikatne chrapanie Mariana i kiedy otworzył oczy o siódmej rano, zaczęliśmy natychmiast rozmawiać. Zaraz potem wstaliśmy i rozpoczęliśmy przygotowania do wyjścia. Wyglądałem przez okno, obserwując jastrzębie i inne ptaki, siedzące na pobliskim drzewie.
 

 
 Czułem się wreszcie zrelaksowany. Niepokoje poprzednich dni minęły i byłem w pełni gotowy na rozpoczęcie naszej nowej przygody – Indie!

    Spakowani, zeszliśmy do restauracji na śniadanie. Bardzo smaczne, obfite. Chwila przy basenie na papierosa.
 
Zaraz po tym udaliśmy się na poszukiwanie naszego przewodnika, znajdując go przy recepcji hotelu. Wyruszamy.

    Mamy także swojego kierowcę. Teraz decyzja co robić. Przez opóźniony przyjazd, straciliśmy dzień w Delhi. Teraz zostało nam pół dnia i decyzja co chcemy zobaczyć. Bez zastanowienia decydujemy się na przejazd rikszą po  starym mieście. Przeprawa samochodem okazuje się pełną emocji atrakcją. Tutaj nie ma żadnych przepisów drogowych. Inaczej. Są, ale wszyscy je łamią. Wyprzedza się z lewej i z prawej. Ten co odważniejszy, zajeżdża drogę temu który jeździ ostrożniej. Ruch drogowy składa się z samochodów, ciężarówek, motocykli, motorowerów, rikszy, tuk tuków (czyli zmotoryzowanych rikszy), pojazdów ciągnących przez zwierzęta i pieszych. Nikt nie ma pierwszeństwa, nikt nie zostaje w tyle. Jak to się dzieje że nie ma tu wypadków? Nie mogłem tego zrozumieć. Najważniejsza operacja tej całej przepychanki, to trąbienie. Każdy naciska klakson, potrzeba czy nie.

      Po drodze, przewodnik tłumaczy, że zjedziemy na boczną drogę, żeby coś obejrzeć.
 
Nie chce zatrzymywać się na głównej drodze bo nie chce otrzymać listu miłosnego. Tłumaczy, że tak nazywają tutaj mandaty.

     Dojechaliśmy do starego miasta. Trudno opisać moje wrażenia. Miejsce, gdzie wszystko jest w chaosie. Od ruchu drogowego, zagospodarowania terenu do codziennych, normalnych czynności.  A jednak, kiedy przypatrzysz się temu wszystkiemu, wszyscy wiedzą dokładnie co robić i znają swoje miejsce.  W oryginalnym planie mieliśmy obejrzeć kilka interesujących zabytków w tym mieście. Na to nie starczy czasu. Przejeżdżamy obok jednego z nich. Red Fort czyli Czerwony Fort.

 
 Oryginalnie ten sam pałac znajdował się w mieście Agra. Kiedy ich Szach przeniósł stolicę a Agry do Delhi, wybudował tutaj swój pałac, który ma taka samą nazwę jak ten w Agrze. Skończony został w 1648 roku.                                                
     Wychodzimy z samochodu, żeby uwiecznić go na zdjęciach. Później stajemy w starym mieście.
 
Uliczki przykryte są siecią linii elektrycznych i telefonicznych. Jak ktokolwiek może się w tym połapać pozostaje tajemnicą.
 
 
 
Prawdopodobnie wiele z tych linii jest nielegalnych.  Sprzedaje się tu wszystko i wszędzie.

     Zamawiamy riksze. Dwie, żeby można się nawzajem sfotografować.
 


 
 Fotografuję dużo ale więcej próbuję używać kamery filmowej. Myślę, że film pokaże więcej niż zdjęcia. Riksza zawozi nas na koniec do miejsca, gdzie znajduje się targowisko. Jest dość wcześnie, więc nie ma jeszcze dużego ruchu. Można tu kupić wszystko ale widać, że specjalizuje się w sprzedaży odzieży.
 


 
       Przez całą podróż, zaskakują nas nietypowe obrazki. Coś co nie ma nic wspólnego z tym o czym piszę. Zdjęcia te będę umieszczał pod koniec opisywanego dnia.
      Po powrocie do auta, żegnamy się z przewodnikiem i jedziemy do Agry. Po drodze spotykamy dużo starych samochodów. Musza mieć jakiś zlot. 

 
 
Pierwsze kilka godzin to przejazd autostradą, ale i tu znaleźć można wiele interesujących rzeczy.  Odjeżdżamy od miasta na odległość, gdzie nie ma już żadnych zabudowań. Co chwila pojawiają się jednak wyspy nowobudowanych wieżowców mieszkaniowych. Sama architektura jest bardzo dziwna. Wszystkie są nie wykończone. Wygląda to jak w jakimś futurystycznym filmie z czasów po wojnie nuklearnej.  Ponownie pola i następna wyspa budynków. I tak przez następne dziesiątki kilometrów.

      Kiedy to znika pojawiają się wysokie kominy. Dziesiątki, setki. Nieraz w grupach, nieraz pojedyncze. To cegielnie. Pola są rozkopane. Nowe produkcje, opuszczone dziury, fabryczki pustaków.
 

 

       Zatrzymujemy się na minute przy jakiejś "restauracji". Tam spotykamy ojca i córkę. On gra na jakimś hinduskim instrumencie a ona tańczy.


 
  Muszę też wspomnieć, że od dłuższego czasu odczuwam wpływ brudnego powietrza. Wargi są suche i czuję smak jakiś metali. W pewnym momencie Marian pyta się czy zauważyłem że nie ma tu cmentarzy. Odpowiadam, że oczywiście i pytam się czy czuje ten sam smak w ustach. Mówi że tak. Wyjaśniam więc, że tutaj pali się ludzi i rozrzuca popioły. Teraz może się domyśleć co w tych ustach czuje.
     
 
 
 

Monday, March 16, 2015

Lot do Indii


     Jestem w domu i nic nie wyszło ze straszenia. Cały i zdrowy.
Jeżeli chodzi o doświadczenia z tej wycieczki to można to określić krótko. To jest inny świat, który my znamy. Jeżeli ktoś nie potrafi znieść brudu, biedy i przykrych zapachów to nie radził bym się tam wybierać. Chyba że ograniczy się do hoteli (które w większości są o bardzo dobrym standardzie) i kilka zabytkowych miejsc, jak na przykład Taj Mahal. 

7 Marzec

   Próbujemy zapomnieć o horrorze poprzedniego dnia i zacząć tą wycieczkę od początku. Od pierwszej jednak chwili coś nie gra. Czekam na taksówkę, która nie pojawia się w zamówionym czasie. Dzwonię do biura tej kompanii i „blondynka” odpowiada, żebym się nie martwił. Taksówka się pojawi i zdążę na czas. Po pół godzinie, dzwonię ponownie. Tym razem odbiera mężczyzna i zdziwiony mówi, że samochód czeka pod moim domem już od 40 minut. Wyszedłem na zewnątrz i znalazłem limuzynę zaparkowaną od tyłu domu. Nikt nie zadzwonił żeby mi to powiedzieć.
    Łapię szybko walizkę i wybiegam z domu. Na szczęście nie ma korków na drodze. Dojeżdżamy spóźnieni tylko kilka minut. Marian już czeka. Przechodzimy przez wszystkie kontrole. Zabawne, że Marian przechodząc przez bramki gdzie sprawdzają walizki i kontrolę osobistą, ponownie (bo wczoraj też tak było) dostaje kartkę, która zwalnia go od sciągania butów, paska etc. Podszedłem do celnika i spytałem się dlaczego on zawsze dostaje a nie ja. Czy może dlatego że jest mały i jest im go żal? Zaśmiał się, ale kartki mi nie dał.
    Samolot wylatuje na czas. Tym razem mamy trochę szczęścia. Obok są dwa wolne miejsca. Przesiadam się szybko. W ten sposób i Marian i ja mamy obok puste miejsce i można wygodniej się wyspać.
    Po siedmiu godzinach jesteśmy w Brukseli. Znajdujemy miejsce lotu do Indii. Po 3 godzinach wchodzimy do samolotu. Tu trochę mniej szczęścia. Tym razem siedzimy osobno. Znów Marianowi  się udaje. Siedzi przy oknie. A ja nie tylko, że bez okna, ale miedzy pasażerami. Najpierw po lewej siada Hinduska para a za chwilę po prawej, dziewczyna z tyłkiem większym niż jej fotel. Była tak wielka, że jej plecy były jak wałek i kiedy opierała się o fotel, ramiona odsunięte były od oparcia o 30 centymetrów.
      Nawet nie mogłem się oprzeć o poręcz fotela, bo jej ciało przelewało się na moją stronę. Natychmiast wziąłem pastylkę na sen. Szybko usnąłem i tak jakoś przespałem całą podróż.
     Lądowanie w Delhi pomyślne. Wyjście na zewnątrz tez dość sprawne. Walizki były jednak ostatnie i trochę się martwiliśmy czy ich nie zgubili.
Odnaleźliśmy naszego kierowcę i w pół godziny znaleźliśmy się w Taj Mahal Hotel. Bardzo ładny z zewnątrz. Przy bramach, czekały straże hotelu. Oglądali podwozie z lustrami. Otwierali wszystkie drzwi a nawet maskę samochodu. Widocznie tutaj muszą się dobrze strzec przed terrorystami.
 
     Wewnątrz kilka formalności i znaleźliśmy się w pokoju. Bez wielkich luksusów ale bardzo czysty i przyjemny. Wzięliśmy szybko prysznic, wypiliśmy kawę i trochę odsapnęliśmy.



Ja połączyłem się z siostrą Grażyną przez Skype i telefonicznie z żoną, żeby powiadomić o szczęśliwym locie. Poszliśmy spać o 3 rano, gotowi na rozpoczęcie naszej przygody.

Friday, March 6, 2015

Najgorsze linie lotnicze - United Airline

    Kłamałem. Pisałem, że nie pojawię się na moim blogu aż do czasu powrotu.

Wakacje zaczynają się pod złą gwiazdą. Kiedy wyjeżdżałem z domu do pracy, matka natura pokazała swoje złośliwe oblicze. Zaczął padać śnieg i od razu bardzo gęsty. O szóstej, wszystko było pokryte warstwą puchu. W biurze włączyłem natychmiast komputer, żeby sprawdzić opóźnienia na lotnisku. Niestety linia telefoniczna i internetowa została uszkodzona i nie mieliśmy połączenia. Został mi tylko telefon komórkowy. Od razu zdenerwowany, bo około 70 procent lotów było odwołanych. Ale to na razie do południa. Jeszce nie pokazywali wieczornych lotów. Opady śniegu dopiero się rozpoczęły i przybierają na sile.
      Tak doczekałem się południa. Dalej brak informacji o moim locie. Zwijam manele i wracam do domu. Taksówka zamówiona na 17:30. Nie zostało mi nic innego tylko przygotować wszystko do normalnego wyjazdu i czekać.
    Wreszcie pojawia  się informacja. Nasz samolot jest na czas i ma wylecieć. Szcześliwy siadam do taksówki i jedziemy na lotnisko. Nie było dużo samochodów na drodze. Dojechaliśmy w ciągu 45 minut. Dokładnie w tym samym czasie dobił Marian. Przeszliśmy bez problemu prze wszystkie odprawy. Mamy dużo szczęścia przy tej fatalnej pogodzie. Sprawdzamy jeszce raz nasz lot. Wszystko jest na czas. Idziemy na piwo. Kiedy zostało nam 45 minut do odlotu, dobijamy do naszej Gate.
I tu zaczyna się nasza historia. Ogłaszają, że nasz samolot przyleciał z Chin ale na inny terminal.
Będą go musieli przeciągać do nas. O godzinie 20 pojawia sie napis, że wylot jest opóźniony o pół godziny, czylina 21:30. O 21-ej pojawia się opóźnienie na 22-gą. O 21:30-ci  na 22:30. I tak dokładnie co pół godziny. O 23:00 zobaczyliśmy nasz samolot. Ciągnął go mały samochodzik, który nie dawał rady na lodzie. Obserwowaliśmy to przez 45 minut. Pod koniec, jakiś geniusz wymyślił, że może spróbować większy samochodzik. I faktycznie bez problemu dociągnął go do naszego rękawa. O 24:30 zaczeliśmy kołować. Już na starcie, ogłoszono, że piloci przekroczyli limit czasu o 10 minut (według ich związków zawodowych, mogą pracować maksymalnie 20 godzin). Tutaj ich czekanie na samolot plus lot do Dlehi zajął by 20 godzin i 10 minut. Wróciliśmy więc do rękawa i kazali nam wysiąść. Podano informację, żeby udać się do innego stanowiska i tam wyjaśnią nam co będzie z naszym lotem.
    Za komputerami siedzą dwie zblazowane panie. Obsułga pojedyńczej osoby zajmuje około 15 do 20 minut. My jasteśmy w okolicy numeru 200. Później dochodzą jeszcze dwie osoby, które wyparowują po pół godzinie. Kiedy dochodzimy w kolejce do numeru, może 30-tego (po trzech godzinach stania w kolejce), pan i pani ogłaszają, że są zmęczeni, bo pracowali 8 godzin i udają się na odpoczynek. Ktoś inny pojawi się za 1.5 godziny. Ludzie wpadają w szał. Krzyki i prośby. Facet grozi nam i dzwoni po policję. Pojawiają się w ciągu kilku minut. Przyjemniejsi od tego bubka. Protesty nie pomagają. Kładziemy się na podłodze i każdy próbuje trochę się przespać.
   W obiecanym czasie pojawia się pierwsza kobieta a po kilkunastu minutach trzy inne. My dobijamy do nich o godzinie 6:30. Po krótkiej rozmowie znajdują nam nowy lot. Niestety tym razem z przesiadką w Brukseli. No i oczywiście tracimy jeden dzień wakacji. Nie jesteśmy już w stanie protestować. Marian usypia na stojąco. 
   Zostaje nam odebranie bagażu. Szukanie taksówki i powrót do domu.
Trochę odpocznę i będziemy próbować jeszcze raz. Trzeba oczywiście zawiadomić tych w Delhi i pozmieniać program.

Tuesday, March 3, 2015

Straszenie podróżą do Indii.



    To już ostatni chyba raz piszę coś przed moim wyjazdem. Jestem w pełni gotowy do wyprawy. Niestety nie wiadomo jak nam to wypali, bo zapowiadają następne opady śniegu. Dzisiaj ma spaść 8 centymetrów i w dzień wyjazdu następne osiem. Może spowodować to opóźnienia w lotach. Zobaczymy. Nic na to poradzić nie można.
     Wszyscy wokół mnie mają dobrą zabawę w straszeniu. Każdy mam jakąś historię. Albo znajomy, który tam był, albo czytali coś w gazetach.  Nie bardzo się tym przejmuję.
      Przyjrzyjmy się co nam tam może grozić.
     Choroby. Od zwykłego zarazka w żołądku i „trzęsiawki” przez kilka dni i wymiotach, do poważniejszych jak tyfus, malaria, etc. A także zarażenia zalążkami robaków,  których jajka przenoszone są przez komary i muchy a   potem rosną sobie w naszym organizmie. Często o tym słychać. A robaczki te, rosną sobie nawet w naszych np. oczach, jak ten poniżej.


      Porwania dla pieniędzy. Mam nadzieję, że się na nas nie skuszą, bo Marian jest bardzo drobniutki i nikt na niego się nie skusi. Wieśka wczoraj opowiadała mi o takim jednym, który był trzymany przez dwa lata w malutkim pomieszczeniu. Tu np. turyści z różnych krajów, czekający na zapłacenie okupu.

     Loty samolotami w Indii. Nie wiadomo jaki jest ich stan techniczny no i piloci, też nie musza być najlepsi. A może polecimy czymś takim?


      Przejazdy pociągiem. Jeżeli w ogóle dostaniemy się do naszego wagonu, bo trochę ludzi na niego czeka..


To tez nie wiadomo jak dojedziemy.


    Przejeżdża rikszą, też może mieć swoje problemy, jeżeli będziemy musieli jechać z innymi pasażerami.


Lub, przy okazji naszej przejażdżki, kierowca będzie chciał coś dostarczyć do swojego domu.


     Żebyśmy nie musieli za długo przesiadywać w korkach ulicznych.


Które mogą być spowodowane także przez święte krowy.



Nadzieja, że ominą nas problemy z niedostatkiem wody. Tak jak w tej studni, gdzie jej zabrakło.

   Czy w najlepszym wypadku stracić tylko nogę lub rękę w planowanym spotkaniu z tygrysem.


Nie wspominając o przypadkowym spotkaniu terrorystów i w panice straceniu głowy.
       Wszystkim tym, którzy mnie straszą chyba pomogłem i teraz mogę poprosić o zostawienie mnie w spokoju i  cieszeniu się tym co może się nie zdarzy!
    Do usłyszenia po powrocie z Indii.   Bon Voyage, Have a nice trip. Przyjemnej podróży. 


Sunday, March 1, 2015

Rocznica ślubu Ewy I Georga

Cztery dni do wakacji, ale jeszcze raz zmuszony zostałem do odśnieżania. Spadło około 7 centymetrów. Jak skończyłem, to wszystko znów pokryte zostało nową warstwą. Wokół nas na ziemi leży dalej 60-70-cio centrymetrowa warstwa białego gówna. 
    Wczoraj poszliśmy do znajomych na obiad. Było nas 5 par. Jak się okazało, to ich rocznica ślubu.
Ewkę znamy od pierwszych dni pobytu w Stanach. Ona z mężem przyjęła nas do swojego mieszkania, kiedy znaleźliśmy się na ulicy. To już 34 lat minęło od tych dni. Pracowaliśmu razem w restauracji Kiev. Po kilku latach rozwiodła się z Mariuszem a później wyszła za Georga. I z nim właśnie obchodziła 26 rocznicę. George jest przemiłym człowiekiem. Jest biznesmenem z sukcesami. Najprościej nazwać to można że jest milionerem. Spotykamy się bardzo często, ale ani razu nie usłyszy się, żeby się tym chwalił. 
    Posiedzieliśmy w barze a później przeszliśmy do jadłodalni na obiad. Nie miałem aparatu, ale cyknąłem zdjęcie zastawionego stołu moim telefonem. 
 



    Po tym możecie sobie wyobrazić jak wygląda ich dom.
Posiedzieliśmy tam kilka godzin, wspominając stare czasy. Naśmialiśmy się z historii opowiadanych przez każdego z nas. Na zkończenie przeszliśmy do ich kina i tam obejrzeliśmy mój film z Afryki. Za miesiąc Mirka i Jacek udają się do jedengo z miejsc które my odwiedziliśmy. Botswana.
A Ewa i George myślą o podobnej wycieczce. Film zrobił wrażenie, bo dwie inne pary też zainteresowały się taką podróżą. 
   Po tym o 12:30 wróciliśmy do domu.
Przyjemnie spędzony wieczór.