Tuesday, August 5, 2014

Lata PRL-u





W krajach rozwiniętych takich jak Stany Zjednoczone, Anglia, etc., praca satyryków była bardzo ciężka. Trudno jest zadowolić przeróżne gusta tłumu. U nas w latach 70-tych, 80-tych, kabarety, satyrycy nie musieli się dużo wysilać. Nasz system bym kabaretem samym w sobie. Trzeba było tylko dobrze obserwować i umieć to przekazać, żeby ominąć uważne oko cenzora.
     Przeciętny Polak trudno wiązał koniec z końcem i jak pamiętam, przeważnie kasy wystarczało wszystkim do 13-tego a później musieli kombinować. A nawet jak mieli pieniądze, to trudno było znaleźć coś do kupienia. A same produkty, też często nadawały się do kabaretowych programów.

       Najważniejsze dla nas były święta. Nie tylko że były one dla nas ważne ale komunistyczny rząd próbował nas w tym czasie “pocieszać”. Pamiętacie 1-go Maja? Zaraz przed tym dniem w sklepach mięsnych pojawiała się kiełbasa, można było dostać papier toaletowy i gazety (wykorzystywane do wytarcia … najlepsza była Trybuna Ludu, a jak to poszło, to musiałaby trochę sztywniejsza np. Przyjaciółka) odłożyć na gorsze czasy. Pojawiały się cytryny, nawet pomarańcze. Nie mówiąc już o samym dniu 1-go maja, kiedy na imprezach serwowane były paróweczki. 
     Załączam tu pewna anegdotkę, którą kiedyś przeczytałem.

Wiadomo, że w tych latach i tych poprzedzających, nasza kuchnia była bardzo uboga. Podobno była to zasługa Gomułki, który niezbyt wyszukane gusty kulinarne narzucał społeczeństwu. Uwielbiał on kaszankę i oczywiście dostarczana ona była do Komitetu Centralnego przez prywatnego producenta. Jadł ją z kiszona kapusta, wiec często powtarzał, kapusta ma tyle kalorii i witamin, ile cytryny. Co miało w jakiś sposób udowodnić że nie potrzeba nam cytryn. Polacy pytali się, jak kwaszoną kapustę wycisnąć do herbaty!

Tak więc 1-Maja, Święto Bożego Narodzenia były okresem, gdzie czytaliśmy w gazetach, że zbliżają się transporty cytryn, pomarańczy (tzw. “jaj Fidela”), bananów. Czekaliśmy na to wszystko i naprawdę się one pojawiały.

      Z mięsem nie było inaczej, szczególnie jak chcieliśmy zjeść coś innego niż kiełbasa, czyli np. szynkę. Rząd nasz zawsze potrafił znaleźć wyjście z ciężkiej sytuacji i wprowadzał regulacje rynku chowając to pod płaszczykiem np. poprawy zdrowia obywateli kraju. Tak też wiele lat udowadniali nam, że margaryna jest dużo zdrowsza i powinniśmy zmniejszyć konsumpcje masła. Na mięso też wymyślono sposób. Pamiętacie jak z restauracjach i barach, nie można było zamówić potrawy z mięsem? W 80-tych latach, wprowadzono poniedziałki jako dni bezmięsne. Później dodano do tego środę. Śmieszne jest to, że łatwiej byłoby im ustanowić piątek bezmięsny, bo nasza religia by się z tym zgodziła, ale sama myśl, że pomogli by Kościołowi, byłaby herezją a po drugie myślę, że w ten sposób dodano jeszcze jeden dzień bezmięsny, gdyż wielu religijnych ludzi, mięsa w ten dzień nie dotyka.
     Wszystko to można było wytrzymać, do momentu kiedy zabrakło wódki. Wtedy Polacy zaczęli się buntować!

       Było za to wiele produktów, szczególnie dla dzieci, które pamiętamy aż do tych czasów. Ile one nam sprawiały radości.

  - Oranżada w proszku! Miała ona być dodawana do wody i dać nam dodatkowy napój chłodzący, których też brakowało. Nie pamiętam, żeby ktoś kiedykolwiek zawracał sobie głowę rozpuszczaniem tego w wodzie. . Natychmiast wyżerało się to cudo paluchem. Nie mówiąc o tym, że te paluchy nie były zawsze czyste. I tutaj zboczę trochę z tematu.

Nie twierdze, że dzieci były kiedyś brudne czy zaniedbane, ale higiena nie była najważniejsza w naszym życiu. Jadło się wszystko i wszędzie. Wszystko było naturalne, nie zawsze opłukane, czyste. I nikt nie miał żadnych uczuleń! Teraz wyczyściliśmy nasz organizm ze wszystkich bakterii, nawet tych potrzebnych, że co drugi z nas ma drobne lub poważne uczulenia. I niestety już nie ma możliwości powrotu do “natury”.

Wymiennie tu niektóre z produktów które wtedy mogliśmy zdobywać w naszych pustych sklepach.

- Herbata : Jubileuszowa, popularna, madras (rarytas!). Była też ohydna Ulung. Było powiedzenie: A kaj się taki ulung?

  

- Polo Cockta – to polska Coca-Cola albo prawie Cola.
 - Serki. Były Edamski, Tylżycki, Mazurski, Jeziorański. Wszystkie tak samo smakowały, tylko miale inne naklejki.

- Mleko w szklanych butelkach. Ze srebrnym wciskanym kapslem było chude a z żółtym – pełnotłuste. Pamiętacie w szkole podstawowej, jak zmuszani byliśmy do picia gorącego mleka. Najgorsze były te kożuchy zbierające się na powierzchni mleka.

 
 
 

- A woda sodowa? W domu syfon a na ulicach saturator. I tutaj też była higiena. Najpierw piło się z tej samej musztardówce. Facet który to obsługiwał, po wypiciu sody przez jedną osobę stawiał ja na saturatorze, naciskał przycisk i malutka fontanna wody (zawsze tej samej, bo po spłukaniu szklanki, woda spływała do tego samego zbiornika była używana w nieskończoność) oblewała szklankę i ta była gotowa do następnego użytku. Można było się nawet napić tej sodówki z sokiem (soki ściągaliśmy z DDR-u) lub po prostu samej, czyli potocznie nazywanej “gruźliczanki”.
 
 
 

 
- Wata cukrowa. Wytwarzało się ja na naszych oczach. Cukier wsypywano do kręcącego się bębna i na skutek temperatury, powstająca cukrową watę zbierano drewnianym patykiem. Najczęściej można ja było dostać na odpustach, jarmarkach.

- Lizaki. Występowały w dwóch wersjach. Pierwsze to okrągłe, płaskie. Przeważnie były w kolorze czerwonym. Drugie w kształcie kogucika na drewnianym patyku i oryginalnie, nie były pakowane w celofan.
 

 

- Murzynki, czyli cieple lody (w Stanach nazwa byłaby uznana za rasizm), lody Kalipso, Bambino, Marcepany, Chałwa, blok lubuski, draże indyjskie, dropsy, toffi, herbatniki, irysy, kukulki, miętówki, prince polo, etc.


 

- Guma do żucia Donald – to był przykład działań dywersyjnych wrogich mocarstw. Obrazki z gum, można było wymienić na każdy potrzebny artykuł.


- Papierosy – Popularne, Sporty, Giewonty, Klubowe i te dla kobiet jak Carmeny, Caro. Pierwsze były palone przez prawdziwych mężczyzn. Szczególnie te bez filtra.


- Proszek IXI – Prawdziwy proszek do prania. Wielu twierdziło, że wyżerał dziury w rękach, ale gdyby to była prawda, większość kobiet w Polsce miała by ręce trędowatych, bo przecież całe pranie było wykonywanie ręcznie.

 

- Mydło. Pierwsze poznane przeze mnie mydło to oczywiście brązowa kostka, bez opakowania. Było ono tez używane przez kobiety do prania które robione na tarze (czyli pofałdowana blacha w drewnianej oprawie) o która tarło się bieliznę. Mydło wcierane było w mokra już bieliznę, lub krojone nożem na drobne platki. To zastąpiły później płatki mydlane, a nasze mydła, choć w jakości dużo się nie zmieniły, zaczęły pojawiać się w papierowych opakowaniach.


 

- Pasta do zębów Nivea. Polecana przez większość dentystów. A była inna? Pasta która się nie pieniła, zawierała w większości kredę i najważniejsze, że była obrzydliwa w smaku. Za to często używana do czyszczenia wszystkiego innego niż zęby, zaczynając od srebra i nie kończąc na tenisówkach.


- Ortalion. Płaszcz komunistycznej polski. Wzorzec mody, który bardzo reklamował sam Zbigniew Cybulski. Powstały nawet gangi ortalionowe, które kradły te płaszcze z lokali gastronomicznych. Ortaliony nosiło się wszędzie i na każdą okazje. W jednym z numerów “Przekroju”, redaktor pisma odradzał swojej czytelniczce wkładania ortalionu do ślubu, “gdyż swym szelestem mógłby zakłócić ceremonie”.
 


- Alkohol był dostępny wszędzie, ale można było pić jeszcze taniej. Czyli spożywając denaturat. Używany przeważnie do palników. Kobiety opalały na nim kury. A niektórzy wybrali to sobie jako ulubiony trunek. Nic nie znaczyła trupia czaszka na nalepce z nazwą. Metody picia były różne. Niektórzy przecedzali go przez kawałek chleba. Inni pili z cukrem. Wielu z nich skończyło permanentnym kalectwem lub śmiercią.
 



- Na koniec główny produkt komunistycznych czasów. Wiąże się z najważniejszymi wydarzeniami każdego dorosłego Polaka. Posiada wiele nazw i nieraz próbowano je podrobić ale to jest niemożliwe. Czyli nasz Jabol, ala J-23, Belt, Patykiem Pisane czyli nasz legendarny trunek, zasiarczone wino. Piło się to w domach i na świeżym powietrzu. Pili chłopi i inteligencja. Pito ze szklanek i z tak zwanego gwinta.

Kiedy byłem na studiach, trunek ten miał największe wzięcie w postaci tak zwanego grzańca. Posiadaliśmy wtedy wielolitrowe garnki, do których wlewało się maksymalna ilość butelek Jabcola. Dorzucało się do tego przyprawę - goździki i podgrzewało się na kuchniach gazowych. Jest to jedyne wino, które tak można było zrobić (oczywiście inne też można podgrzać, ale nie miały takiego smaku i prawdopodobnie z powodu braku siarki!!!)

 
Oczywiście można by było jeszcze podać setki innych przykładów, ale to była tylko na zachętę do pomyślenia o tych dawnych, “dobrych” czasach.

Friday, August 1, 2014

I'm back


   
 I'm back, czyli jestem z powrotem.

 Po kilku rozmowach, postanowiłem wrócić (przynajmniej na jakiś czas) do tego Bloga. Trudno jest powiązać pracę, obowiązki w domu, moje dodatkowe hobby z jego prowadzeniem.    
    Dostałem prośbę od kilku osób, o pozwolenie na wejście do mojego bloga ( bo podobno jak przerwałem pisanie, pokazała się wiadomosć, że trzeba mieć zaproszenie do wstępu ). Wyjaśniam, że nie była to blokada poszczególnych osób, po prostu przestałem go prowadzić.
    Wiele się wydarzyło, do niektórych spraw wrócę w późniejszym czasie, o niektórych nie warto mówić a innych nie chce się wspominać. Najważniejsze jest to, że za dwa tygodnie, całą rodzinką udajemy sie na wakacje do Kenii i Tanzanii. Jest to też jeden z powodów, że powracam do bloga. Siostra mnie o to prosiła, bo inaczej trudno przekazać by było nasze przeżycia i wrażenia z tej wyprawy.
    Zawsze przed wyjazdem jestem trochę czymś przestraszony. Tym razem jest kilka rzeczy. Oczywiście przeloty samolotem. Tym razem będzie ich aż siedem. Długie godziny, starty, ladowania, przesiadki, wyczekiwania. Dobrze chociaż że nie lecimy Malaysian Airline i nie przelatujemy nad Ukrainą.
   Ebola wirus. Chyba małe zagrożenie, bo wypadki tej choroby zdarzają się na razie w zachodniej części Afryki a my bedziemy we wschodniej. No i oczywiście terrorysci, gdzie w Kenii było już kilka przypadków ich ataków i to na ludność cywilną. Jak dojdą dzikie zwierzęta, to matematycznie mamy jakieś 50% przeżycia tej wycieczki. Ha, ha. Nie jest tak źle!

Teraz troche na inny temat.
Szczególnie w ostatnich czasach, lata naszego dzieciństwa, czyli komunistyczna Polska lat 70-tych i 80-tych, stała się obiektem rozmów, dyskusji, kontrowersji. Duża część społeczeństwa powróciła do stanu uwielbienia tych czasów i reszta, która je potępia.
    Ja podchodzę do tego tematu troszeczkę inaczej. Z jednej strony nigdy nie życzył bym nikomu powrotu do takiego życia to jednak, ponieważ przeżywałem ten okres w większości jako dziecko, nie interesując się finansowymi problemami rodziców, nie mając żadnego pojęcia o polityce, naćpany jak narkotykami propagandą komunistycznego rządu, po prostu oglądałem te czasy oczami dziecka. I nie można mieć pretensji o to, że zostało nam w pamięci wiele rzeczy do których czujemy sentyment i nieraz nam czegoś brakuje. I dzisiaj chciałem powrócić to tych tak innych lat, bo w moim wieku nostalgia, wspomnienia, są dużą częścią mojego życia. 
    Zacznę o różnych technicznych rzeczach, urządzeniach, które zniknęły już z naszego życia, lub zmieniły się nie do poznania. Młode pokolenie nie zdaje sobie sprawy jaka jest przepaść dzieli ich czasy od naszych.
      Siedząc przed 55” telewizorem, wiszącym jak obraz na ścianie, z jakością odbioru, która nieraz wydaje się za dobra, za wyraźna, przypominam sobie pierwsze odbiorniki telewizyjne.
   Układając się do snu, jako kilkuletni chłopak, słuchałem opowiadania starszej  siostry (oczywiście spaliśmy w jednym łóżku), o jakimś cudownym pudle, które ojciec ma jutro kupić i w którym podobno będzie można zobaczyć ludzi i inne przeróżne cuda. Nie miałem pojęcia o czym ona mówi ale czekaliśmy z niecierpliwością na dostarczenie tej magicznej skrzynki. Trochę to trwało i wreszcie jest.  Dumny ojciec przekręcił gałkę telewizora i po chwili na ekranie pojawił się śnieg, czyli po prostu nic. Tysiące kropek, ale coś się tam działo. I to już wywołało Ah! z naszych otwartych ust. Nic nie można było zobaczyć przez pierwsze dni. W naszej okolicy, stacja telewizyjna była w Poznaniu, bardzo daleko a moc jej też była ograniczona i sygnał do nas nie docierał. Dopiero po kilku dniach, ojciec zamontował na dachu olbrzymią antenę i na ekranie pojawiły się cienie. Trwało to przez pewien okres. Oglądaliśmy coś, ale tak naprawdę to mało było widać i w większości nasza wyobraźnia pomagała nam w wyobrażeniu tego co nam pokazywali. Z czasem się to zmieniało i wkroczyliśmy w wiek elektroniki.
Pamiętacie pierwsze telewizory? Każdy mógł je naprawić! Jak coś przestało działać, obracało się telewizor, zdejmowało tylną ściankę, spoglądało na żarzące się tam lampki i jak któraś świeciła się inaczej, np. niebieskim światłem, zamiast żółtego, znaczyło to ze jest zepsuta i po prostu się ją wymieniało. Telewizja działała jak nowa.

  
   Następnie, pojawił się świat kolorów. Szukając zawsze doskonałości, ludziom przestała wystarczać szarość. I tu pojawił się  genialny wynalazek. Cudowna szyba na żyłce. Za bardzo małe pieniądze, kupowało się to cudo i wieszało przed ekranem telewizji. Przezroczysta szybka, pomalowana była na trzy kolory. Na górze niebieski, środek na żółto a dół na zielono. Wow. Ameryka tego nigdy nie miała!
     Dobrze jak się oglądało programy przyrodnicze. Nieraz trafiała się scena z trawą na dole, niebem na górze i jakimiś terenami pomiędzy. Nawet nie źle to wyglądało. Wszystko inne już trochę inaczej. Najgorzej było, jak przemawiali do nas nasi przywódcy, tłumacząc nam jacy jesteśmy szczęśliwcy, że żyjemy w tym kraju a nie jakiej wypełnionej przestępstwami, niesprawiedliwością Ameryce. Wyglądali, jakby chorowali na poważną chorobę zakaźną, która zależała od tego w jakim miejscu znajdowała się ich głowa. Żółtaczka była jak Gomułka był po środku ekranu.
    Skończyła nam się ta kolorowa telewizja, kiedy po umyciu szybki, siostra, Ola przypadkowo posadziła swój tyłek bezpośrednio na niej i szybka rozpadła się na kilka kawałków. Już nigdy po tym nie powróciliśmy do tego cudeńka.
    Telewizja zmusiła komunistów do wytężonej pracy i cenzura pracowała przez 24 godziny na dobę. A to zmuszało też artystów, to ciężkiej pracy i produkowanie swoich prac, programów tak żeby przechytrzyć cenzorów i wymuszała wysoki poziom intelektualny. Nawet sam układ programu dnia był dla nich ważny. Tak więc w niedziele, najlepsze programy dla dzieci szły w tych samych godzinach, w których odbywały się Msze Święte w kościołach, co zmuszało nas do wymykania się po cichu, chowając się przed czujnym okiem matki i szybkiego powrotu do domu, żeby obejrzeć Teleranek, Disneyland, Znak Zorro, Złamana Strzała, Niewidzialna Ręka etc.
   Starsi też mieli swoje ulubione programy. Była wtedy czwartkowa Kobra, Tele-Echo.  Bawiły nas kabarety Starszych Panow, Olgi Lipińskiej, Dudek.
No i najlepszy film kinematografii polskiej Czterej Pancerni i Pies.
Sport był ważna częścią telewizji.  Zimowe wieczory spędzało się oglądając Mistrzostwa w łyżwiarstwie, przemijały olimpiady i najważniejsze wydarzenie roku – Wyścig Pokoju. Dla nas było ważne żeby pokonać Ruskich i Niemców (oczywiście z NRD). Oczywiście piłka nożna, a w tamtych czasach zdarzało się nam wygrywać. Uwielbiałem słuchać komentarzy sportowych takich ludzi jak Ciszewski i Tomaszewski. Bawiły nas też ich pomyłki i powtarzano je sobie jako kawały.  Załaczę kilka (albo więcej) takich gaf, tych starszych i nowszych.


"...widać poruszenie w kroku chodziarza..." - O Korzeniowskim

„Celny strzał, ale nad bramką”

"Jeszcze trzy ruchy i Włoszka będzie szczęśliwa" - Artur Szulc (TVP) o kajakarce Josefie Idem

"Pani Szewińska nie jest już tak świeża w kroku, jak dawniej"- Bohdan Tomaszewski.

„Jadą...
Cały peleton...
Kierownica obok kierownicy, pedał obok pedała.”

Mecz Polska-Irlania Północa, koncówka pierwszej połowy.
Najazd kamery na irlandzkiego szkoleniowca i w tle słychać jego głos:
-Fucking referee...
Komentator na to:
- No słyszelismy jeszcze ostatnie wskazówki dla piłkarzy przed koncowym gwizdkiem...

„Veron złapał się za włosy, a raczej nie miał się za co złapać bo jest łysy.”

"Polacy w białych koszulkach i czerwonych spodenkach, a Norwegowie w strojach odwrotnie pokolorowanych"

Proszę państwa teraz Adam Małysz ... Oj, jak słabo, jak słabo ... (dlugą chwilę potem) proszę państwa, to był przedskoczek

"Szurkowski, cudowne dziecko dwóch pedałów."

"Litwinka postanowiła utrudnić nam oglądanie meczu i rozgrzewa się przed naszym stanowiskiem, a że mierzy dobrze ponad 190 cm, nic nie widać. Ale oto robi skłony, więc jest szansa."

"U nas jest do południa poranek, a u Państwa noc, więc dobranoc."

"Wiatr wieje w plecy, tzn. wieje im w twarz, bo przecież płyną tyłem do przodu!"

"Do końca meczu została godzina, czyli około 60 minut."

"Dystans 400 m stylem dowolnym rozgrywany jest od 1894 roku - tylko wtedy pływali na 550 m."

"Zlikwidowano taką nieżyciową kategorię do 48 kg, bo cóż to za mężczyzna, który waży tylko 48 kg."

 "Zawodnicy są tak zaangażowani w walkę, jak aktorki filmów porno w dialogi" - Jerzy Kulej


"Jak państwo widzicie, nic nie widać w tej mgle" - Edward Durda


"Polak walczy z Murzynem - to ten w czerwonych spodenkach."


Z muzycznych, najważniejsze były festiwale w Sopocie i Opolu.
   Wracając do sprzętu elektronicznego. Kilka zdjęć z tych najważniejszych.
                   

                                             Radio Szarotka
                 

                                          Radio Koliber
                 

                                            Magnetofon ZK 120

                            

             Ówczesny I-Pod - Magnetofon kasetowy MK 122

                                
                                             Kasety

                             
                                             Gramofon Bambino

                           




                                            Płyty pocztówkowe
 
                        

                                     Aparat fotograficzny Ami

      I  setki innych ale i nie jestem w stanie wszystkiego tu zamieścić.

  Jeszcze krótka informacja. Od pewnego czasu mam też inny blog, który powstaje bardzo wolno. Są to moje zdjęcia ptaków (z informacjami o nich) a później dojdą jeszcze zwierzęta. Ta strona jest robiona dla siebie samego. Po prostu chcę mieć swoje zdjęcia ułożone i łatwe do odszukania. A zarazem robiąc to dużo się o nich uczę i łatwiej mi rozróżniać te które chcę uchwycić na klatkach mojego aparatu. Podaję stronę poniżej. Tym razem jest ona po angielsku ale można nacisnąć na polskie tłumaczenie, choć będzie ono trochę wypaczone.

http://www.fanofbirds.blogspot.com/

Monday, March 10, 2014

Zabawa w kręgle.


  
   Zaczyna się Nowy Rok, wiec powoli zbliżają się podróże, czyli kolejne emocje w samolotach. Chociaż łatwiej mi to idzie niż w pierwszych próbach, dalej odczuwam strach,  siedząc w tych metalowych puszkach, tysiące metrów nad ziemią. Oczywiście żeby było przyjemniej obejrzałem wczoraj film „Non Stop”, który opowiada historię samolotu zagrożonego terrorystami i chociaż kończy się dobrze, pasażerowie przechodzą całą serię momentów mrożących krew w żyłach.

    Rano, jadąc do pracy i słuchając najnowszych wiadomości dowiedziałem się  o wypadku lotniczym, który w tym momencie jest tylko jedną wielką zagadką. Wiadomo już, że samolot linii lotniczych z Malezji uległ jakiemuś wypadkowi, tylko nie wiadomo dokładnie co się stało. Musiało to być coś bardzo nagłego, bo piloci nie nadali jednej, najmniejszej wiadomości, ostrzeżenia czy wezwania o pomoc. W tej chwili podano wiadomość o dwóch pasażerach, którzy lecieli na skradzionych paszportach. Nie wiadomo czy oni mieli z tym coś wspólnego. Dziwi mnie, że w czasach, kiedy przeciętny haker może się dostać do większości informacji na świecie, nawet tajnych, linie lotnicze nie mają takich możliwości. W wiadomościach podano, że linie  Malaysian Airline  i wiele innych nie mają dostępu do międzynarodowego programu z podobnymi informacjami. To dla mnie bardzo dobra wiadomość. Będzie mi się spokojniej leciało, wiedząc że ja muszę ściągać buty, pasek, zegarek i przechodzić przez te wszystkie kontrole, a gdzieś obok wsiada ze mną ktoś kto ma skradziony paszport i nikt o tym nie wie!!
     Jeszcze jedna ciekawostka, tym razem z Nowego Jorku. W Izraelu proponują nowa ustawę, która mówi, że do wojska będą pobierani tylko religijni obywatele tego kraju. Nic na ten temat nie wiem i nie mam zamiaru się tym interesować. To ich sprawa co tam chcą robić. U nas jednak, na ulice Nowego Jorku, w proteście przeciwko tej ustawie wyszło tysiące ortodoksyjnych żydów. Dlaczego u nas? No bo większość ortodoksyjnych żydów żyje właśnie w Nowym Jorku a nie w Izraelu czy w jakimkolwiek innym kraju. Ilu ich jest? Popatrzcie na załączone zdjęcie, które nie pokazuje całości, bo stało ich tam zbitych w kupę przez 6 ulic. 


A są to Ci religijni żydzi, którzy stanowią mniejszą cześć żydowskiej populacji. Ktoś kiedyś powiedział, że Nowy Jork jest żydowskim miastem. Zaczynam w to wierzyć.
     Dzięki naszym znajomym Małgosi i John Tarranto, zebraliśmy się wczoraj w niedzielę, w pobliskim Centrum Handlowym na grę w kręgle.
Większość z nas grała w to pierwszy raz, kilku miało z tym styczność ale małą. Chyba tylko sam John miał pewne doświadczenie w tej grze.
Już od początku zapowiadała się dobra zabawa. Podzieliliśmy się na dwie grupy, kobiety i mężczyźni.  Nie będę opisywał zasad gry, wspomnę tylko że trzeba rzucić, pchnąć kulę i wymierzyć w cel, czyli kręgle stojące około 20 metrów przed graczem, tak żeby przewrócić jak ich największą  ilość. Kobiety zaczęły od rzucania w tak różnych kierunkach, że poprosiliśmy żeby postawili boczne siatki (przeważnie używane dla dzieci),


wtedy kula, która normalnie źle rzucona wypadła by z gry, tutaj odbijając się od siatki wracała na tor. Śmialiśmy się, bo nieraz kula zanim dotarła do kręgli odbiła się po kilka razy, z boku do boku a na końcu zbiła wszystkie kręgle. Ja zauważyłem, że tak jak na wojnie, nie ważne czy kula trafi prosto do celu, czy z rykoszetu ale ważne że trafi do celu.  
     Beata zaczęła sprawdzać różne kule. Spytałem się czego szuka? Ona mi odpowiada, że szuka odpowiedniej, bo bardzo lubi duże dziurki. Odpowiedziałem, że się z nią zgadzam, ja też!
     Same metody rzucania też były zabawne. Jak powinno to wyglądać?
Kula ma trzy dziurki, dzięki którym można złapać kule,


 krótki rozbieg i silne pchniecie kula w kierunku kręgli.


Ale to tylko jedna z metod, bo dzięki naszym paniom odkryliśmy ich więcej. Ewka była najlepsza. Stawała bez rozbiegu na linii rzutu i zaczynała udawać dzwon kościelny. Kula zawieszona na dłoni i ruchy dzwonu, w przód i tył i tak po kilku razach i odegrania hymnu kościelnego wyrzucała kulę. I ponieważ związane to było z rytuałem kościelnego dzwonu, musiała dostać łaski nieba, bo kula która trafiała z boku w bok,  na koniec zbijała wszystkie kręgi. Majka przyglądała się innym ale postanowiła grać swoją metodą. Podbiegała do linii rzutu biegiem kaczuszki, tup, tup, tup, drobniutkimi kroczkami ale nie wykorzystywała tego "rozpędu", tylko stawała na linii i już po pełnym zatrzymaniu wyrzucała kulę. I znów wyniki były całkiem niezłe. Wtedy zacząłem się zastanawiać, czy ja nie robię błędów i nie powinienem wykorzystać jednej z tych metod. Może bym lepiej trafiał. Małgosia, która nie była zgodna z innymi kobietami, próbowała rzucać poprawnie i przez to była często gorsza, chociaż jej kule dochodziły prosto do celu, ale zbiła mniej kręgli niż te rzucane od boku do boku.
     Panowie też potrafili dotrzymywać kroku kobietom. Najpierw Leszek zadziwił nas wspaniałym rzutem.  Siedząc zaraz za nim, o mało co nie straciłem życia, bo ten w rozmachu stracił kule i ta zamiast do przodu, poleciała w przeciwnym kierunku i spadła przed moimi nogami. Po tym rzucie przesiadłem się na inne miejsce. Zyga podobnie stracił tak kulę ale trochę bezpieczniej.  Reszta to oczywiście dobra zabawa. Lepsze i gorsze rzuty, ale wszystko to przyjemnie spędzony czas. 






Kobiety natychmiast wpadły na pomysł, żeby zrobić coś jeszcze i mają zamiar spotkać się na kursie gotowania. Mam nadzieję że będą lepsze niż w kręgle, bo inaczej szkoda mi tych co będą musieli jeść to co ugotują! Ja myślę o zebraniu panów na kurs szydełkowania!
   Na koniec jak zwykle coś interesującego do oglądania.

                             O tych z niezwykłym szczęściem.


Zabawne i ciekawe



I jeszcze więcej  z Rosji



Sunday, March 2, 2014

Weekend


      Niedziela wieczór. Skończyłem właśnie prace nad wykańczaniem strychu, oczywiście tylko na dzisiaj, bo jeszcze dużo zostało do pełnego zakończenia. Wyglądałem przez okno, czy śnieg już zaczął padać, ale na razie cisza. Do poniedziałku ma spaść następne 30 centymetrów.Wydaje mi się, że w tym roku śnieg będzie padał nawet w lipcu!
Łeb mi pęka. Tak to jest z migreną. Zawsze atakuje mnie w weekendy. I tak kończy się wymarzony weekendowy odpoczynek. 
     Wczoraj także udało mi się skończyć filmik z naszej imprezy sylwestrowej. Załączam go poniżej, z nadzieją, że będzie działał. W USA jeszcze odbiera, ale nie wiem czy nie zablokowali w Polsce. Postarałem się załączyć polskie tłumaczenia tekstów, oprócz środkowej części. Dla wytłumaczenia, film który jest ze mną i Beyonce, wyświetlany był także w czsie imprezy, przed północą. W skócie, witam wszystkich na imprezie, ale moja przemowa przerwana jest przez telefon. Ktoś nam wszystkim znany, dzwoni i łączy się przez Skype. Składa nam wszystkim życzenia. Zaraz po tym, dziękuję im i umawiam się na obiad następnego dnia. 
    Na filmie widać lepiej niż na zdjęciach (które Wam kiedyś wysłałem) jak wyglądało oświetlenie naszego domu w czasie imprezy.
   A teraz zapraszam do filmu, a ja idę wziąść prysznic, chwilkę odpocząć i spać, bo trzeba mieć siły do odśnieżania domu .


Tuesday, February 25, 2014

Sprawa z duchami




    Prawdopodobnie, naoglądałem się za dużo horrorów w moim życiu i powoli duchy wchodzą do mojego prywatnej codzienności. Bo to tylko tak można określić sytuacje w jakich się znajduję. No bo jak inaczej można wytłumaczyć te wszystkie zdarzenia niewyjaśnionych, tajemniczych wydarzeń w naszym prywatnym życiu?
    Wczoraj wróciłem do domu i zszedłem po coś do pokoju z barem. Zauważyłem, że okna były zamknięte ale nie zablokowane, czyli każdy mógł je z zewnątrz otworzyć . Jest zima, więc wiadomo, że okien nie otwiera się często, ale jak wielu mężów wie, żony uwielbiają wietrzyć dom przy każdej pogodzie. Ilu zna tą sytuację:
-       Czemu okna znów otwarte?
-       Przecież, trzeba przewietrzyć dom, potrzebujemy świeżego powietrza!
-       Kochanie, ale na zewnątrz jest minus 5 stopni a w domu nastawione na 30. Te okna są już otwarte pół godziny. To po cholerę ogrzewasz ogród? Wyłącz ogrzewanie!
-       Zwariowałeś! To w domu będzie zimno!
Oczywiście to samo jest latem, kiedy działa klimatyzacja. Z tym już się pogodziłem. Gorzej jest z tymi duchami. Kiedy żona wróciła do domu, wspominam, że znów zostawiła otwarte okna (nieraz zostawia otwarte drzwi) i ktoś może się włamać (nawet nie włamać, po prostu wejść ) do domu i nas okraść.
-       Znów zostawiłaś otwarte okna.
-       Gdzie?
-       Na dole w barze.
-       To nie ja! Ja tam nawet nie byłam.
-       Jak to nie, przecież pracowałaś tam całą sobotę!
-       To nie ma nic wspólnego z oknami. Ja ich nie dotykałam.
I nie wiem jak długo mógłbym o tym dyskutować, stwierdzenie jest jedno. To muszę być ja! Oczywiście, dobrze wiem że to nie ja, bo jest to niezgodne z moją religią, chłodzenia domu, kiedy je ogrzewam i to za grube pieniądze. Trzeba się przyzwyczaić i codziennie sprawdzać, czy te duchy znów ich nie otworzyły.
      Pod koniec miesiąca, dostaję rachunek z karty kredytowej. Nieraz się zdarza, że sumy są bardzo duże, ale to przeważnie w wypadku kiedy jedziemy na wakacje, albo kupujemy coś do domu. Nieraz jednak przeglądając te rachunki, zauważam dużą sumę i nie mam pojęcia skąd się wzięła.
-       Czy zdajesz sobie sprawę, że wydałaś na karcie w tym miesiącu kilka tysięcy dolarów?
-       Co Ty gadasz, to nie ja!
-       Tu wyraźnie pokazuje, że to na Twojej karcie.
-       Nie wiem co tam pisze, ale to nie ja.
-       W takim wypadku spójrz w to, bo może ktoś używa Twoja kartę.
-       Daj mi spokój, zawsze coś do mnie masz, nie mam zamiaru się denerwować. Sam wydałeś te pieniądze, a teraz na mnie!
Czyli znów te duchy. Nie wspomnę o tym, że kiedy wchodzi do domu, wiem kiedy wraca z zakupami, bo zawsze bardzo cicho przechodzi do sypialni. Tam się może szybko rozpakować. A kiedy wejdę i zobaczę te pełne zakupów torby to natychmiast pojawia się wytłumaczenie:
-       Nie wyobrażasz sobie jaka dzisiaj była przecena. Każda rzecz kosztowała mnie tylko kilka dolarów!
Ha, ha. Dobrze że mam poczucie humoru.
     A nieraz te duchy by się przydały. Bo mogły by pomóc w „trudnych” sytuacjach życiowych.
-       Musisz ze mną zejść do samochodu i pokazać mi jeszcze raz jak działają te wycieraczki!
-       A co zepsuły się?
-       Nie, ale nie mogłam ich włączyć!
-       To jak jechałaś, przecież dzisiaj leje deszcz!
-       No właśnie. Wiesz jak trudno było jechać jak nie mogłam ich włączyć? Nic nie widziałam!
-       ?????
I tu właśnie by się przydały.
Nieraz dochodzę do wniosku, że rozumiem homoseksualistów. Jak to może być przyjemnie, nie mieć tych codziennych problemów z kobietami. Ale co zrobić. My je tak kochamy. I po tych szybko zapomnianych konfrontacjach, znów jest cudownie. A tak jak w naszym przypadku, tak pięknie jest już ponad trzydzieści lat.
     Jeszcze jedno. Czy ktoś kiedyś zastanowił się, dlaczego na Walentynki, czyli dzień zakochanych, mężczyzna kupuje kwiaty, czekoladki kobiecie a rzadko działa to w drugą stronę? A przecież to nie jest Dzień Kobiet, tylko zakochanych! Czy nam się cos nie należy? Nie muszą być kwiaty. Może paczka papierosów, piwo? Byle co! One mają swój dzień, Dzień Kobiet. My nie mamy Dnia Mężczyzny! To chociaż w ten dzień. Ale nie, bo kobiety uważają, że to my się w nich zakochaliśmy a one nas po prostu zaakceptowały. Tak z litości, albo nie było lepszej okazji. Chociaż, trzeba przyznać, że miło podarować kobiecie kwiaty i widzieć jak się z podziękowaniem uśmiechają. Wtedy wszystkie te inne drobnostki w  życiu nie maja żadnego znaczenia.


I na dodatek kilka filmików przesłanych przez moich kolegów.
Pierwszy o różnych głupich, ciekawych, trudnych do uwierzenia pokazach. 

Drugi to kontynuacja z rosyjskich dróg. Wypadki. Mam nadzieje, ze działa, bo słyszałem, ze niektóre z tych filmów, chociaż tutaj działają, w Polsce są zablokowane. 


I ostatni z żartami robionymi przez program telewizyjny.