Wednesday, June 13, 2012

     Środa  13 Czerwiec 2012




     Codzienność nie zawsze jest bardzo interesująca, trudno więc znaleźć temat o wydarzeniach zwykłego dnia. Żeby utrzymać ciągłość tej strony, zdecydowałem, że nieraz dodam coś odmiennego. Może będą to moje opinie o sytuacji w ameryce, albo wspomnienia z przeszłości.  Mógłbym też Wam opisać na przykład jak poszedłem do sklepu i kupiłem chleb i mleko, ale jest to zbyt prywatne.



   Wrócę dziś do dawnych czasów. Przypomnę Wam, jakie miałem przeżycia z murzynami, których bardzo lubiłem w momencie wyjazdu z polski. Przecież socjalizm uczył nas kochać tych wszystkich, którzy męczeni są przez zachodni brudny kapitalizm. I tak w podstawówce czytaliśmy wiele lat wierszyki o murzynku Bambo. Później wyświetlano nam amerykańskie filmy o biednych czarnych. Na przykład „Korzenie”. Tak zawsze działała propaganda komunistyczna. W gruncie rzeczy nie kłamali. Pokazywali jednak tylko jedną stronę medalu. Nie dochodziły do nas filmy o tym, że oni tez żyją dobrze, ale tylko te jak ich niesprawiedliwie traktowano. Po przyjeździe do Stanów, szybko poznaliśmy prawdę. Tak jak w każdej grupie społecznej są ci dobrzy i źli. Niestety ta gorsza grupa była większością i przez wiele lat trzeba było się trzymać od nich z daleka. Dodam, że obecnie mam wielu znajomych i pracowników tej rasy i są wspaniałymi ludźmi.

   W tamtych czasach „czarna koalicja” dobrze dawała nam się we znaki. Są to zorganizowane grupy, w których jednostki żyją na pracy innych. Prosta rzecz. Wprowadzają swoich ludzi do pracy na budowach. Którzy mają płacone tak jak wszyscy inni ze związków zawodowych. Różnica jest tylko taka, że zobowiązani są oddać 20% swoich zarobków swoim przywódcom. Im więcej ludzi na budowach, tym lepiej im się powodzi. Muszę jeszcze dodać, że 90% z tych wszystkich, jakich kiedykolwiek przyjąłem nie nadawała się do pracy. Albo mieli dwie lewe ręce, albo leniwi. Wielu wcale nie próbowało udawać, że pracują. Wiedzieli, że chroniła ich siła tych grup. Wszyscy się ich bali i nic nie można było im zrobić. Byli nietykalni, tak jak za dawnych czasów Al Capone. W latach osiemdziesiątych, policja trzymała się od tego z daleka. Wszystko było tłumaczone równouprawnieniem.  Przecież czarni też muszą mieć prace. Nikt się nie przejmował się faktem, że są oni wykorzystywani przez kilku.

     Pamiętam dzień, w którym pracowałem dla firmy Edanwald. Było to centrum Harlemu. Przebudowywaliśmy 125-ą ulicę. W miejscu naszej pracy pojawił się żółty autobus. Wyszło z niego przynajmniej 20 czarnych. Ja patrzyłem na to z drugiego końca budowy. Zaczęła się jakaś awantura między nimi a naszymi kierownikami budowy. Pierwsze, co zauważyłem, to wielka ucieczka pracowników. Każdy biegł w inna stronę. Ja byłem w bezpiecznej odległości. Ludzie z autobusu zaczęli ich gonić i widać, że mieli pistolety. Słychać było strzały. Po prawej stronie stały nasze kontenery, które używamy do przechowywania narzędzi i rożnych materiałów. Jeden z robotników otworzył drzwi i wbiegł do środka. Kilku wpadło za nim i zatrzasnęło drzwi. Resztę tej historii znam z opowiadań moich ludzi. Do kontenera podbiegł mój kolega inżynier, Paul. Zaczął walić pięściami w drzwi żeby mu otworzyli. Ale tamci nie mieli takiego zamiaru. Podobno krzyczał, że ich wszystkich wyrzuci z pracy. To też nie pomogło. Po chwili zrezygnował i schował się za nimi. Wszystko to trwało tylko kilka minut. Chodziło więcej o nastraszenie niż jakiś konkretny atak. Podziałało, bo przez wiele miesięcy próbowaliśmy omijać nawet najmniejszy z nimi konflikt.

     Jedno z najgorszych doświadczeń z koalicją miałem na mojej pierwszej budowie z firmą Tully. Walczyły tam dwie frakcje. Każda z nich chciała żebym zatrudnił ich ludzi. Walczyli nie tylko ze mną, ale także miedzy sobą. Było to prawdziwe błędne koło. Na początku budowy, przyjąłem jednego z grupy, która „się mną opiekowała”. To znaczy tak twierdzili. Przyjmij naszego człowieka, to my zagwarantujemy Wam bezpieczeństwo z innymi koalicjami. Po kilku tygodniach zjawiła się druga grupa. Musisz przyjąć naszego człowieka – rozkazali. Zgodziłem się bez walki, tylko zaznaczyłem, że z powodu wielkości budowy (była stosunkowo mała), muszę zwolnić tego z innej grupy. Oczywiście się z tym zgodzili. Następnego dnia wrócili Ci pierwsi z pytaniem, czemu zwolniłem ich robotnika. Spokojnie wytłumaczyłem, że nie miałem wyboru. Tamci mnie zastraszyli. Przyrzekli mi: To się więcej nie zdarzy. I znów wymianka. Przyjąłem tego wyrzuconego a wyrzuciłem tego wczorajszego. Umówiliśmy się, że w momencie pojawienia się drugiej grupy, natychmiast do nich zadzwonię. Spokojnie wytrwałem do końca dnia. Zjawili się następnego poranka. Zanim zaczęliśmy rozmawiać, zadzwoniłem do tych pierwszych. W kilkanaście minut, byliśmy wszyscy razem. Zaczęła się gwałtowna wymiana słów, po czym jeden z tych typów wyciągnął pistolet. W tym momencie zrozumiałem, że robi się gorąco. Powoli zaczęliśmy wycofywać się z placu. W pewnym momencie usłyszałem ostrzegawczy strzał z pistoletu. Dałem więc w długą. Nigdy bym nie pomyślał, że potrafię tak szybko biegać. Słyszałem, że ktoś biegnie za mną. Po kilku chwilach dostałem się na boisko szkole, które ogrodzone było wysoką siatką. Znalazłem się w pułapce. Jedyna droga odwrotu była z tej strony, z której przybiegłem, ale była ona zamknięta przez faceta z pistoletem, który w tym czasie też dobiegł do boiska. Nie namyślając się wiele skoczyłem na siatkę, próbując się wspiąć na górę. Niestety, nie było to łatwe. Oczka tej siatki były tak drobne, że trudno mi było znaleźć oparcie dla stóp. Zawisłem więc bezradnie około metra nad ziemią i nie mogłem się dalej wspiąć. Na czoło wystąpiły mi wielkie krople potu. Myślałem, że wybiła moja ostatnia godzina.

     W tym momencie usłyszałem syreny policyjnych samochodów. Goniący mnie facet z pistoletem też je usłyszał i zawrócił. Kilka sekund później ulica była pusta. Moi ludzie zaczęli pomału wychodzić ze swoich kryjówek i wracać na plac budowy. Skrzyżowanie, na którym zdarzyła się ta strzelanina pokryte było łuskami kul. Policja przy każdej łusce ustawiała numerek i robiła zdjęcia. Wszyscy byliśmy bladzi i przerażeni. Rozluźniłem się dopiero trochę, kiedy podszedłem do naszego operatora maszyn. Siedział on wewnątrz swojej koparki, dokładnie po środku całej tej strzelaniny. Nie zdążył uciec, przeczekał więc tam całą akcję. Wyszedł z tego z życiem, ale niestety nerwy jego zawiodły i się zsikał. 

   Przez tydzień było spokojnie. Następnie zjawili się Ci główni i znów musiałem zatrudnić ich człowieka. Na tej budowie miałem jednak spokój do jej zakończenia. Później okazało się, że FBI pracowało już nad sprawą tych grup. To, co się stało, też było w kartotekach. Ale o tym może innym razem.

Monday, June 11, 2012

           Poniedziałek 11 Czerwiec  

  

     Jak poznaje się swój wiek? Najpierw trzeba zorganizować dużą imprezę i po niej sprawdzić ile dni potrzeba do powrotu sił. Dawniej po każdej imprezie był ból głowy i inne zaburzenia fizyczne, ale po kilku godzinach następnego dnia, wracałem do codziennych czynności. Ostatnio pierwszy dzień po zabawie, to tylko przerzucanie zwiotczałego ciała z łóżka na kanapę albo leżak, jeżeli jest ładna pogoda. Dopiero wieczorem jakieś sprzątanko, ale też w zwolnionym tempie. Nawet na drugi dzień, kiedy trzeba iść do pracy, komunikacja mojego mózgu z innymi częściami ciała jest jakoś ograniczona. Na przykład, mózg mówi idź sprawdź swoich ludzi co robią, a tyłek nie chce się podnieść z fotela. 

    Pozostaje jedynie satysfakcja,  że impreza była udana, bo o to przecież chodzi. Nieudolność organizmu jest w naszym wieku wliczona w koszt organizacji całości.

    A jak udana? Załączę kilka sms-ów przysłanych na drugi dzień.

-  Party było wspaniałe, jesteście najlepszymi gospodarzami i wyglądacie fantastycznie MM - (Dodam,  że jeśli chodzi o wygląd, to na pewno mówią o mnie!)

- Janusz, Nie mieliśmy  okazji z Johnem  Wam podziękować wczoraj za super imprezę.....

Jak zwykle  razem z Wiesia odwaliliscie niesamowita robote.Macie zawsze wszystko tak dopiętą na ostatni guzik, zaczynając od potraw, muzyki, atmosfery, bajecznego ogródka... in nawet udało Wam sie załatwić niezłego barmana...

Nikt Wam nie może dorównać!!!!!! 

- Wasze party, Wasz ogród i Wy jesteście wspaniali. Dziękuję bardzo za najlepszy czas
jaki mieliśmy w życiu.
Love Malgosia i Jurek

  

  Jest także duża ilość podziękowań telefonicznych. Bardzo nam miło z tego

powodu, bo poświęciliśmy wiele czasu i wysiłku, żeby wszystko dobrze

 wypadło i jest to dla nas najlepsza nagroda.

   Wrócę teraz do początku. Cały dzień obserwowałem chmury, bo zapowiadali przelotne deszcze i burze, a to by nam wszystko zepsuło. Kropiło wielokrotnie, ale wieczorem się wypogodziło i tak już zostało.  Jedzenie, z polskiej restauracji, dowiozłem na piątą a Wiesia i Elaine w tym czasie szykowały sałatki. Jak się później okazało wszystko było bardzo smaczne, ale przygotowaliśmy tego za dużo. Teraz moi ludzie w pracy mają załatwione posiłki na kilka dni.


    Wszystko wewnątrz i na zewnątrz przygotowane było już w tamtym tygodniu, także muzyka i inne atrakcje. Ludzie zjawili się nieprzyzwoicie punktualnie. Mówię tak, bo jesteśmy przyzwyczajeni, że zawsze się spóźniają. Tym razem w ciągu pół godziny, byli wszyscy. Czyli 40 osób. Przy barze zakręcił się najpierw George, mąż Ewy. To jest ta koleżanka, która przyjęła nas do swojego domu, kiedy w pierwsze tygodnie pobytu w Ameryce (30 lat temu) nie mieliśmy gdzie mieszkać. Kiedy zjawili się Tarantowie, John przejął natychmiast tą rolę i on serwował nam drinki przez większość imprezy. Mam z tym szczęście. Sam musiał bym siedzieć w barze albo kogoś wynająć. On to lubi i potrafi robić przenaróżniejsze i bardzo wymyślne drinki.

     Większość ludzi wyszła do ogrodu i sprawdzała, jakie są zmiany od ostatniej wizyty. Wszystko się podobało a nawet dwie pary spytały się, czy mogą u nas urządzić wesele dla dzieci. Ha,ha.




Ja przez pierwsze godziny puszczam trochę spokojniejszą muzykę. Aż  do momentu, kiedy widzę, że ludzie gotowi są na tańce. Wtedy puszczam film z ostatniej imprezy. W sobotę jeszcze dodatkowo poszło Koko Euro Spoko a także miałem swój kabaretowy, dziesięciominutowy występ,  który sam przygotowałem. Tego Wam nie opiszę. Nie da się. Ludzie się naśmiali i wtedy zaczęliśmy muzykę disco.

 

 Bawiliśmy się do drugiej rano. I znów wszyscy wyszli w tym samym czasie. My w trójkę posiedzieliśmy jeszcze godzinkę, przyglądając się pobojowisku z myślami, co to będzie jutro. 



     
Oczywiście jest zrobionych dużo zdjęć, ale z obejrzeniem ich trzeba będzie trochę poczekać. Muszę oczywiście zrobić z nich film. A mam już kilka innych projektów w swoim kalendarzu. Na dole załączę tylko kilka z nich.  







Wraca mąż do domu.
- Chleb kupiłeś? - pyta zona.
- Zakupy to nie jest męskie zajęcie! - odpowiada mąż.
- No to zajmij się męskim zajęciem - odpowiada żona podciągając spódniczkę.
- A co, pożartować nie można?! Gdzie ta siatka?

                                ---------------------------------------------------------------
- Co ty tak źle wyglądasz?
- Ach, mąż mnie zdradza i tak chudnę ze zmartwienia.
- No to odejdź od niego!
- Nie mogę!
- Dlaczego?
- Mam jeszcze pięć kilo nadwagi.
                                --------------------------------------------------------------

Friday, June 1, 2012

     

        Piątek 1 Czerwca  

 Wracam do ostatniego piątku. Zacznę od tego,  że jestem ostatnim z kierowników budów, który robi takie party dla swoich pracowników. Może jednym z powodów jest strona finansowa, bo ja sam za to płacę a nie moja firma, ale głównym powodem jest sprawa bezpieczeństwa. Wiecie,  że w Stanach każdy sądzi każdego o najdrobniejszą sprawę. Najgorzej mają firmy budowlane. Wiadomo,  że u nas zawsze będą jakieś wypadki a nie trudno udowodnić,  że to wina firmy. Chyba,  żeby zamiast budować, poświęcilibyśmy 80% czasu na sprzątaniu. Firmy coraz więcej kładą nacisk na BHP a nam coraz trudniej coś zbudować. Tak jest też z BBQ. Wiadomo,  że ludzie coś wypiją i niech zdarzy się jakiś wypadek, my jesteśmy winni. Mnie się boją tego zabronić, ale wszyscy mówią,  że jak odejdę na emeryturę to nikt już tego nie będzie robił. Moi kierownicy od bezpieczeństwa na wszelki wypadek poszli do domu o godzinie dwunastej,  żeby nie być świadkiem przygotowań i całej imprezy. Świat staje się bardzo smutny.

        Tak jak wspominałem, robię to raz na rok. Wiadomo,  że bez dobrych ludzi nigdy bym nie skończył budowy na czas i mój sukces jest też ich zasługą.  Wiedząc o tym, jeśli jest taka potrzeba, walczę o swoich ludzi z firmą i próbuję zapewnić im stałą pracę. A właśnie w ten dzień, przez to małe przyjęcie okazuję im swoją wdzięczność. 

  Impreza zaczęła się na czas o godzinie 14:00. Świnia dojechała za pół godziny. Zawsze na życzenie ma jabłko w pysku a kartofel w tyłku. Nie wiem, czemu nikt nie chce spróbować ziemniaka? Oprócz tego miałem kurczaki i kilka rodzajow kiełbas, nawet kaszankę. Tym szczególnie wszyscy się interesowali, bo po angielsku to jest blood sausage, czyli kiełbasa z krwi, albo jeszcze lepiej krwawa kiełbasa. Większość się zgodziła,  że jest bardzo smaczna. Oczywiście były różne dodatki jak sałatki, ogórki a nawet polskie grzyby. Wszystko to zostało pochłonięte przez moich ludzi przez kilka godzin. Zjedzone zostały nawet takie części (teraz będzie nieprzyjemne), jak oczy i mózg. Portugalczycy uznają to za przysmak. Yaaak! Na poniższym zdjęciu widać mojego brygadzistę, Orlando, który zachwyca się mózgiem.



     Oczywiście nie zabrakło polskiego piwa. A ponieważ oni zwykle piją amerykańskie cieniutkie piwko jak Budweiser, Corona etc, to efekty naszego, pojawiły się już po pierwszej kolejce. I tu okazało się, że nieobecność inspektorów od BHP jest mile widziana. Były więc gry na pieniądze. W tym dominowali stolarze a narodowość - Włosi.


  Po kilku godzinach, inżynierowie wyszli na prowadzenie i z nimi miałem najwięcej kłopotów. Najpierw jeden z nich (syn jednego z właścicieli) wszedł do zamrażarki na lód. Inni natychmiast to wykorzystali i przymknęli go na jakiś czas. Polskie piwo jednak działało i wyszedł z lodówki uśmiechnięty jakby wrócił z plaży.


    Następnie inny - Tom, domyślił się, że powinien pracować w cyrku i trzeba go było gonić z dachów biura, czy balansującego na wszystkich możliwych konstrukcjach.


   Później wywiązała się walka na gaśnice i wodę.  Teraz muszę je powymieniać, bo są puste. 


    Oczywiście większość przebiegła spokojnie przy rozmowach, wspominkach, jedzeniu i muzyce. Całość zakończyła się wieczorem około 19:00. Jeszcze jedna udana impreza. Na zakonczenie reszta fotek.

Przychodzi pedał do sklepu i mówi:                   
- Poproszę salami!
- W palsterkach?
- A czy ja wyglądam jak skarbonka?

 - Panie majster, łopata mi się złamała!
- To oprzyj się o betoniarkę!

 Idzie sobie Czerwony Kapturek przez las,
aż tu zza krzaków wyskakuje Wilk.
- Cześć Wilku! - krzyczy Czerwony Kapturek.
- Co jest, nie boisz się - pyta zdziwiony wilk.
- A czemu mam się bać: pieniędzy nie mam
a pieprzyć się lubię....


Monday, May 28, 2012

 

           Poniedziałek 28 Maj


    Czas wielki coś napisać. Ostatnio byłem trochę zajęty. Przede wszystkim w pracy, bo miałem ciężki tydzień i to z nietypowego powodu - pogody. Ostatnio u nas prawie jak w tropikalnych krajach. Gorąco, słonecznie i niewiadomo skąd przychodzą chmury. Pół godziny olbrzymia ulewa i znów piękna pogoda. Jest to w porządku, jeśli chodzi o normalne życie, bo jest ładnie a także nie ma suszy.
     Niestety na budowie to pół godziny robi nam takie szkody, że resztę dnia trzeba poświęcić na naprawy.
    W piątek miałem przyjęcie dla swoich pracowników. Robię je raz na rok w podziękowaniu za ich pracę. O tym napiszę za kilka dni, bo muszę posprawdzać zdjęcia.
    Za dwa tygodnie, będzie u nas przyjęcie dla naszych przyjaciół. Będzie to pierwsza zabawa po bardzo długiej przerwie. Co roku urządzamy przynajmniej trzy wielkie zabawy. Na Sylwestra, Halloween i jakąś latem. Z powodu choroby rodziców, nie mieliśmy żadnej od czasu Sylwestra 2011, czyli  18 miesięcy. O tym oczywiście napiszę po jej zakończeniu.
     Spieszyliśmy się jednak z zakończeniem różnych rozpoczętych prac w naszym ogrodzie. Był to jeszcze jeden z powodów,  przez które nie miałem czasu na pisanie. Dzisiaj zostały one zakończone. Nie znaczy to, że nie będzie nic do pracy. Wiesia zawsze coś nowego wymyśli, ale na dzień dzisiejszy mam spokój.

      Pierwszy projekt to bar przy Jaquzi. Zbudowałem go tak, że korzystać z niego można na zewnątrz ale także, kiedy moczymy się w wodzie. Pokryłem go tydzień temu materiałem z Meksyku. W Polsce byłaby to słoma. Najlepiej zobaczyć to na zdjęciach.



     
Dwa następne są ze sobą powiązane. Najpierw wykopałem w ziemi dół, który obłożony kamieniem, będzie służył do palenia ogniska. Przykryty jest on deskami, żeby na codzień, była to tylko dekoracja. Wokół, ułożyłem kostki ceglane. Każdą, musiałem przyciąć, pod odpowiednim kątem, żeby powstało koło. A jeszcze wokół tego wyłożyłem dekoracyjnym kamieniem.
Także od strony wejścia do ogrodu, postawiłem bramkę, w stylu mojego baru. Wmontowałem w to kable elektryczne i założyłem oświetlenie. Wszystko to, oprócz paleniska, nie ma praktycznego celu, ale raczej do dekoracji.





   Oprócz tego, wiele drobnych rzeczy, jak dodatkowe oświetlenie, dekoracje, kwiaty, etc.
    Szkoda, że nie mogę tego pokazać w nocy, bo naprawdę ma duży urok. Następnym razem jak mnie odwiedzicie to musi być latem. Grażyna i Kaziu mogliby posiedzieć sobie, oglądać gwiazdy i słuchać muzyki Procor Harum. Kilka dodatkowych zdjęć.




                              
  Ponieważ ostatnio nie mogę wymyśleć jaką to awanturę mogę mieć z żoną, trzeba znaleźć jakiś inny humor. Pospisywałem różne Graffiti, które wypisywane są w polsce w przeróżnych miejscach. Niektóre poniżej:
- Życie to choroba przenoszona drogą płciową.
- Zakonnica - ksiądz samica.
- Wyliżę podpaski - wampir.
- Winda popsuta! Najbliższa winda w następnym bloku.
- Rosjanie - Nie. Rosjanki - Tak
- Gdy życie ci zbrzydło i stało się piekłem
  włóż głowę do klopa i jeb.ij się deklem.
- Chcesz sikać w kolorach tęczy?
  Lej pod słońce.
- Cukierki są słodkie, ale sex
  nie popsuje Ci zębów.
- Co by tu napisać?
                                                                    

Tuesday, May 15, 2012

                   Micia

   Dzisiaj bez zdjęć, filmów czy humoru. Wczoraj wieczorem, po przyjściu z pracy poszedłem ostatni raz do szpitala dla zwierząt z naszym kotkiem Micią. Była z nami prawie 20 lat. W przeliczeniu na ludzkie, to około sto lat. Niestety była już tak słaba, że nie mieliśmy serca dalej patrzeć jak się męczy. Prawdopodobnie pożyłaby jeszcze kilka tygodni albo nawet miesięcy, ale  nie miało to sensu. Przez wiele dni zmienialiśmy decyzję, aż wreszcie wszyscy wspólnie zdecydowaliśmy, że dla jej dobra trzeba to zrobić. Oczywiście na mnie to przypadło.
    Tak, więc umówiłem się z lekarką i wczoraj się z nią spotkałem. Zostałem z Micią przez cały okres tego zabiegu uśpienia. Do ostatniej chwili leżała spokojnie i patrzyła się na mnie, kiedy ją głaskałem. Po tym już wiem, że nie będę miał więcej żadnego zwierzątka w naszym domu. Nie chcę więcej czegoś takiego przeżywać. Wróciłem do domu i zastałem rozpłakaną Wiesię w trakcie wyrzucania wszystkich drobiazgów po naszym kotku.
   Kiedy wróciłem dzisiaj z pracy zdałem sobie sprawę, że brakuje mi jej powitania, choć nie raz męczyło mnie jej miauczenie.  
    Może jedno zdjęcie. W kilka tygodni jak ją dostaliśmy od znajomych.
           

Wednesday, May 9, 2012

     NOWY ŚWIAT

 Wróciłem z pracy wykończony fizycznie i psychicznie. Zanim jednak wyciągnę się wygodnie w łóżku, postanowiłem coś na ten temat napisać.
    Jeszcze niedawno chodziłem do pracy z przyjemnością. Każdy dzień był nowym wyzwaniem i rozwiązywanie problemów dawało dużo satysfakcji. Czas się zmienia. Nie mogę się doczekać przejścia na emeryturę. Świat opanowany jest przez polityków, socjalistów i zielonych, czyli tych, którzy przejmują się więcej jeleniem jedzącym kogoś trawnik niż ludźmi, którzy mają problemy z postawieniem jedzenia na stole dla swojej rodziny.
    Moja obecna budowa wyceniona jest na 400 milionów dolarów. Powinna trwać około trzech lat. Bez żadnych trudności mógłbym zaoszczędzić dla miasta minimum 50 milionów dolarów i skrócić czas jej trwania o pół roku lub więcej. Najważniejsze w tym jest to, że to nie pieniądze miasta są marnowane tylko nasze podatki. Moja budowa jest jedną z wielu, wiadomo, więc dlaczego podatki są coraz wyższe.
    Tylko kilka przykładów. Droga, którą przebudowuję, leży nad brzegami oceanu. Wzdłuż, równolegle do niej ciągnie się dróżka dla rowerów i pieszych.
 Jak bym policzył tych, którzy jej używają, w najgorszym dniu liczba nie przekroczyłaby setki. Budowa składa się z kilku faz. Dwie linie w kierunku północnym. Po przesunięciu ruchu, dodatkowa linia na północ i jedna na południe. Jeszcze raz zmiana ruchu i dwie linie na południe. To opisane w bardzo prosty sposób, bo nie jestem tu w stanie przekazać całości tego procesu. Najważniejsze w tym wszystkim, że za każdym razem, kiedy następuje zmiana ruchu, dróżka znajduje się na naszej drodze i trzeba budować tymczasową. Powtarza się to wiele razy. Gdyby ktoś zdecydował, żeby ją zamknąć na dwa lata, jedynymi poszkodowanymi, byłaby ta grupka ludzi, która się tam nieraz pojawia. Czy to nie jest warte zaoszczędzenia 30  milionów dolarów? Ja nie mam żadnej drogi na rowery w naszym miasteczku i żyję. I 95% innych ludzi też ich nie ma. Gdyby tak pojeździli sobie na tych rowerach tak jak my, na pobocznych drogach to by tak naprawdę zmieniło ich życie?
     Szerokość naszej drogi jest około 40 metrów. Po każdej stronie jest wiele miejsca. Rośnie tam trochę nic nieliczących się drzew i wiele krzaków.  Gdyby to wyciąć, wybudować drogę obok a później zasadzić dwa razy tyle drzew i krzaków  ( o wiele ładniejszych niż te, co tam rosną) można byłoby zmniejszyć koszt o jedną czwartą i przyspieszyć prace o rok. I jeszcze jedna ważna rzecz. Każdego dnia musimy zamykać jedną z trzech linii w każdym kierunku, co tworzy wielokilometrowe korki. Doprowadza to ludzi do pasji. Rzucają na nas różnymi rzeczami, przeklinają. Gdyby budować według mojego planu, nie byłoby takiej potrzeby.
     My, jako prywatna firma, wygraliśmy ten kontrakt z powodu najniżej wyceny. Dodany jest do tego czas. Czyli budowa obliczona jest np. na trzy lata. Kiedy skończymy ją trzy miesiące wcześniej, dostaniemy 8 milionów nagrody. Kiedy spóźnimy się trzy miesiące, zapłacimy 8 milionów kary. Wyglądałoby to na sprawiedliwy kontrakt. Jest tu jednak pewien problem.
Inspektorzy, którzy nas sprawdzają też są prywatną firmą, ale zatrudnioną przez miasto na zasadach czas i materiał. Czyli płacone mają za każdego człowieka, za każdą godzinę z np. 10% dodatkiem. I tu jest problem. Nam zależy żeby szybko skończyć a im żeby jak najdłużej pracować. Im dłużej, tym więcej zarobią. Nie trudno jest znaleźć coś, co nie zgodne jest z przepisami, więc oni, którzy mają pełne poparcie miasta utrudniają nam życie i trudno cokolwiek jest zbudować.
     Ostatnio bardzo często padało. Wszystkie dołki, rowy zalane są wodą. Tydzień temu założyłem pompę, żeby wyciągnąć wodę z rowu, w którym skończyłem układać rury kanalizacyjne. Wody było tyle, że 30 minut pompowania i byłoby po wszystkim. Woda z tego rowu, miała być pompowana do innego rowu, który wykopałem obok. Wyłożony był on specjalnym materiałem, który przepuszcza wodę, ale zatrzymuje zanieczyszczenia. No i co? Budowa zatrzymana przez inspektora. Dlaczego? No bo przecież w tej wodzie mogą być jakieś zanieczyszczenia, które przedostaną się przez ten materiał i wtedy ziemia będzie skażona!!!!!
Pamiętajcie, że to woda deszczowa. Ten sam deszcz padał obok i on nie jest skażony. Ale w naszym rowie! Na pewno skażona. Musiałem sprowadzić specjalne zbiornik, do którego pompowałem tą wodę. Tam były trzy przegrody, przez które woda się przelewa, zanim wypuścimy ją do tego dołka, który zbudowałem przedtem. Koszt - nasz. Strata czasu - dwa dni.
     
     Kilka miesięcy temu, zacząłem zakładać główną kanalizację. Ponieważ rury miały być umieszczone bardzo głęboko a tam są tylko piaski, wykopanie tego rowu nie jest łatwe. Specjalną maszyną wbijamy w ziemię metalowe (nazwę to deski), długości 12 metrów i szerokie na metr. Połączone są one razem i kiedy to skończymy, są tam wbite w ziemię dwie metalowe ściany. Wtedy tylko wykopać piasek między nimi i wyłożyć rury. Kiedy skończyłem, deski zostały wyciągnięte i rów zasypany. Następnego dnia zacząłem zakładać inne rury dla elektryków w tym samym miejscu, ale już tylko 30 centymetrów głęboko. W momencie zaczęcia kopania, zjawia się inspektor od drzew i zatrzymuje budowę. Dlaczego? Dwa metry od naszego rowu jest koniec naszej budowy i rosną zaniedbane, malutkie, połamane drzewka. Twierdzi, że kopiąc ten rów, możemy uszkodzić ich korzenie i drzewka umrą. Trzeba, więc wszystko wykopać ręcznie i w momencie znalezienia takiego korzenia on fachowo go obetnie. Nie pomogło tłumaczenie, że tydzień temu wbiliśmy tutaj 12 metrową ścianę, więc cokolwiek tam nie było już zostało przecięte. Musieliśmy kopać bez maszyny. W rowie długości 150 metrów, znalazł dwa korzenie. Nie musiał obcinać,  nasze deski zrobiły swoje. Koszt - nasz. Strata czasu - trzy dni.
     Mógłbym pisać godzinami i nie skończyłbym tego tematu. Smutne to wszystko. Empire State Building wybudowano w ciągu roku. Dawno, dawno temu. Teraz Fredom Tower budują już 8 lat i zostało im jeszcze kilka. Tak jest z drogami, mostami i wszystkim innym. Jak jestem z moimi młodymi inżynierami, żałuję ich. Ja mam jeszcze 8 lat i emerytura a oni całą karierę. Oni też się martwią. Wielu z nich nie wytrzymuje tej głupoty i myśli o zmianie pracy albo założeniu prywatnej firmy. Jeden chce zostać kucharzem. Ha ha.
Wszystko jest to jednak bardzo smutne. W tej całej biurokracji, głupocie giną talenty, prywatna inicjatywa, ambicje a wszystko kończy się na odwalaniu roboty, bez genialnych rozwiązań, bez ambitnych posunięć. Wszystko ma być zrobione według zapisanych zasad. Nikt nie myśli o tym, że przepisy te to tylko kierunek a warunki na budowach zmuszają nas do różnych zmian.
Ja jestem z tego gatunku, który musi wymrzeć, bo nie potrafię znaleźć się w tym nowym świecie.
    Kilka zdjęć z mojej budowy.




  Żona wróciła dzisiaj z pracy i znalazł mnie
leżącego na stole kuchennym, nagiego,
obsypanego mąką....
  - Co się stało - spytała zaniepokojona.
 -  Przecież kazałaś mi ukręcić ciasto
na jajach...
I znów była awantura!

    

Monday, May 7, 2012

        Jarzębina  


      Nie mogę powstrzymać się ze skomentowaniem tego nowego eksperymentu polaków.
Dzisiaj kolega przesłał mi muzyczny rarytas. Zespół Jarzębina wygrał konkurs na oficjalną piosenkę polskiej reprezentacji w piłce nożnej na Euro 2012. Może ktoś wytłumaczy mi o co tu chodzi? Może jestem za długo za granicami polski i nie rozumiem już swojego własnego narodu. A może jestem po prostu muzycznym beztalenciem. Gdyby był to folklor, prawdopodobnie też by mi się nie podobało, ale mógł bym to jakoś przełknąć. Ale to nie jest to.  W jednej z naszych gazet napisano artykuł w którym autor pyta się, że może to jest tak złe, że przyjęte będzie jako coś dobrego, dziwnego i się przyjmie. Czy na to liczyli Ci, co na to głosowali? 
     Przypominają mi się inne imprezy sportowe, zorganizowane przez różne kraje. W większości wypadków, piosenki z tych imprez stały się przebojami. Sprowadzane są najlepsze zespoły lub piosenkarze i nie zawsze z tego kraju w którym organizowana jest impreza. A nas stać tylko na coś takiego? Mam nadzieję, że nasza drużyna będzie grała lepiej niż Jarzębina, bo możemy skończyć na tym, że po pierwszych meczach będą musieli zastąpić urocze artystki i sami będą śpiewać tym drużynom, które przejdą eliminacje. W wielkich wydarzeniach sportowych, kraje prześcigają się w orginalności otwarcia i zakończenia imprezy.  Bez oglądania Euro 2012, my już wygraliśmy ten wyścig.
    A tutaj nasz uroczy zespół Jarzębina
 Jak zwykle, miałem dodać jakiś kawał, ale po tym co napisałem, już nic dodać nie trzeba.

Saturday, April 28, 2012

      Teatr w Brooklynie                  


     Po pracy we wtorek wróciłem do domu. Zjadłem obiad, przebrałem się i z powrotem w samochód. Jak już wspominałem, spektakl odbył się na scenie teatru St.Ann’s Warehouse. W przetłumaczeniu to Magazyny Świętej Anny. Nieraz się namyślam, kto wymyśla te wszystkie nazwy?  Prawdopodobnie można to czymś wytłumaczyć tylko, że my o tym nie wiemy. Ale jak tłumaczą w Polsce tytuły amerykańskich filmów, to myślę, że kilku panów się spotyka, piją cały wieczór wódkę a jak już nie mogą więcej w siebie wlać, to jeden z odważniejszych woła: No Panowie, do pracy! Bo jak inaczej można wymyśleć takie tytuły jak oni. Przecież tak zrobili z filmem „Dirty Dancing„, czyli można było by dokładnie powiedzieć Brudny Taniec, Nieczysty Taniec. Nie brzmi to dobrze, więc mogli coś zmienić, ale dalej powiązać jakoś z tym filmem. Ale „Wirujący Sex„???  No to musiało być po pijaku!
      Ale odszedłem od tematu. Dojechałem na miejsce około siódmej. Tam czekałem na przyjazd Wiesi oraz Mariana Osesa.  Ponieważ Elaine nie dała radę przyjechać, zadzwoniłem do Mariana i ten chętnie się zgodził. Faktycznie teatr ten umieszczony jest w budynkach po starych magazynach. Ale okolica bardzo interesująca. Dużo restauracji, barów.
     Czekając na Wiesię, zauważyłem na chodniku palącego mężczyznę. Poznałem Jana Peszka, który grał jedną z głównych ról. Podszedłem i spytałem się, czy on tak kilka papierosów naraz, żeby się dobrze napalić przed pracą. Uśmiechnął się i powiedział, że tylko jeden. Przedstawiłem się, mówiąc, że jestem z rodziny Sparażyńskiego. On wtedy szybko: A to pan Jan? Okazało się, że wujek dał mu już wydrukowany przeze mnie portret do podpisu i zapamiętał moje imię.
     Spektakl zaczął się dokładnie o ósmej. Trochę więc o samej sztuce. Jest to przyjęcie urodzinowe ojca bogatszej rodziny. Na imprezę przybywa cała rodzina (dzieci, wnuczkowie, rodzice). Także dowiadujemy się, że niedawno był pogrzeb jego córki, która popełniła samobójstwo. Po wstępnych rozmowach, jeden z synów wygłasza przemówienie na cześć ojca, w którym poinformuje wszystkich, że ojciec molestował seksualnie jego i tą nieżyjącą już córkę. Reszta toczy się wokół tego tematu.
     Nie znam książki, więc nie wiem czy jest dobra. Scenariusz, według którego grali aktorzy nie bardzo mi się spodobał. Niektóre zachowania i reakcje, były dla mnie trochę za proste, banalne w tak poważnym problemie. Natomiast reżyser uratował wszystko i zrobił z tego bardzo dobre widowisko. Bardzo pięknie połączył wszystkie nakładające się na siebie sceny. Muzyka, oświetlenie zrobiła resztę. No i oczywiście należą się duże brawa wszystkim aktorom. Bardzo podobała mi się ich gra. Odbierałem całość z wielką ciekawością, ponieważ pierwszy raz w życiu patrzyłem na ludzi, których znałem i ciekaw byłem czy będą tacy, jakich ich poznałem czy to będą inne osoby. Byli inni.
  


      Kiedy wyszliśmy z teatru, była już jedenasta.  Poczekaliśmy chwilkę, żeby pożegnać się z wujkiem. Wyszedł za kilka minut. Pogratulowaliśmy jemu i innym świetnego widowiska i ucałowaliśmy się na dobranoc.
     Dzisiaj, to jest w sobotę 28-go Kwietnia, podjechałem raz jeszcze pod hotel, w którym mieszkają. Chciałem spędzić kilka chwil z nim samym, żeby porozmawiać trochę o zwykłych rodzinnych sprawach. Poszliśmy na miasto na kawę. Tam powspominaliśmy stare czasy. Po godzinie musieliśmy wracać, bo ja mogłem zaparkować samochód na tylko ten czas. Po wrzuceniu pieniędzy na następne 60 minut, poszliśmy do jego pokoju. Pozwoliło nam to spędzić miłe chwile na pogawędce. Niestety, trzeba było wracać do domu. Jeszcze jedno pożegnanie.
     Muszę powiedzieć, że będę bardzo mile wspominał te odwiedziny. Wujek jak zwykle był przemiły i sprawiło mi wielką radość, że mogłem go zaprosić do swojego domu, pokazać trochę Nowy Jork i w ten, choć tak skromny sposób, podziękować mu, że zawsze był tak blisko z naszą rodziną. Szczęśliwego powrotu do polski i uściski dla Cioci Zosi i całej rodzinki.
    Marian zrobił kilka zdjęć na swoim telefonie, więc jakość może nie najlepsza, ale mimo wszystko załączam je poniżej.